Tęsknoty jeża - ebook
Pewnego dnia jeż, który często czuje się samotny, postanawia zaprosić do siebie wszystkie zwierzęta. Jednocześnie wzdryga się na samą myśl o tym, ponieważ obawia się, że coś może pójść nie tak. A co, jeśli słoń naprawdę się pojawi… Czy nie zniszczy wszystkiego? A jeśli żaba zacznie rechotać, czy ktokolwiek w ogóle usłyszy, co jeż ma do powiedzenia?
Co jest gorsze: niespodziewani goście czy bezsenność spowodowana oczekiwaniem na wizytę? Tak naprawdę istnieje ogromna różnica między pragnieniem czegoś a tego spełnieniem.
Może jeż po prostu powinien odnaleźć radość w swojej samotności.
Tęsknoty jeża to część bestsellerowej holenderskiej serii autorstwa Toona Tellegena, która podbiła cały świat. Książki z serii zostały przetłumaczone na ponad 35 języków, a w samej Holandii sprzedało się ponad milion egzemplarzy.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8457-070-8 |
| Rozmiar pliku: | 838 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pewnego dnia, u schyłku jesieni, jeż siedział przy oknie swojego domu i wyglądał na zewnątrz.
Mieszkał sam i nikt nigdy go nie odwiedzał. A jeśli ktoś przypadkiem znalazł się w pobliżu jego domu, pomyślał: „Zaraz, czy tu nie mieszka jeż?”, i zapukał do drzwi, jeż albo spał, albo tak długo zwlekał z ich otwarciem, że ów ktoś zdążył już sobie pójść.
Jeż przycisnął nos do szyby, zamknął oczy i pomyślał o znanych mu zwierzętach, które bez przerwy nawzajem się odwiedzały – nawet ot tak, po prostu, gdy żadne z nich nie obchodziło urodzin ani nie było żadnego innego powodu do świętowania. „A co, gdybym to ja kogoś zaprosił?” – pomyślał.
W końcu do tej pory jeszcze nigdy tego nie zrobił.
Otworzył oczy i podrapał się z tyłu głowy, między sterczącymi kolcami. Pomyślał jeszcze chwilę, po czym napisał list:
Drogie zwierzęta,
zapraszam Was wszystkie do siebie w odwiedziny.
Przygryzł pióro, znów podrapał się po głowie i dopisał poniżej:
Ale jeśli nikt nie przyjdzie, to też nic się nie stanie.
Zmarszczył czoło.
Zastanawiał się, czy gdy przeczytają list, nie pomyślą, że właściwie wcale nie życzy sobie odwiedzin. Albo że muszą jak najszybciej się do niego wybrać, bo lada chwila się rozmyśli… Bo ciągle zmienia zdanie…
„Nie wiem” – pomyślał.
Włożył list do szuflady szafy i pokręcił głową. „Nie wyślę go” – zdecydował. Jeszcze nie.2
Jeszcze nie. Jeż znów usiadł przy oknie i zamyślił się nad tymi słowami: _jeszcze_ i _nie_.
Zdawały się tańczyć w jego głowie. _Jeszcze_ co jakiś czas rozglądało się niepewnie dookoła. _Nie_ kręciło się w kółko, starannie odmierzając kroki.
Zamknął oczy. „W ten sposób lepiej je widzę” – pomyślał. _Nie_ mocno ściskało _jeszcze_, a _jeszcze_ tuliło się do _nie_. Tańczyły i nie widziały poza sobą świata.
Wtedy niespodziewanie otworzyły się drzwi i ktoś wszedł do środka. Było to _długo_, zauważył jeż. Rozpoznał je po płaszczu, który za nim powiewał.
_Długo_ podeszło do _jeszcze_ i _nie_, wcisnęło się pomiędzy i zaczęło z nimi tańczyć.
Jeż westchnął. Miał wrażenie, że do środka nagle weszło coś jeszcze, coś niewidzialnego. Coś, co jednocześnie jest i czego nie ma.
„_Niemożliwe_” – pomyślał. „To _niemożliwe_. Nawet nie da się go zobaczyć”.
Po chwili _długo_ sobie poszło i do środka weszło _wciąż_. Miało na sobie grubą puchową kurtkę i kaptur na głowie. Ono także wcisnęło się pomiędzy _jeszcze_ i _nie_.
Jeż poczuł, że kołacze mu serce, i wydawało mu się, że tańczące słowa przesuwają się w jego stronę, że przecinają jego myśli, czegoś od niego oczekują, coś chcą z nim zrobić. Nie wiedział tylko co.
Cała trójka wskoczyła na stół i tańczyła dalej, coraz szybciej i bardziej gwałtownie. Jeż ledwo mógł na to patrzeć. Miał już w myślach zamknąć oczy, a potem otworzyć je w rzeczywistości, wtedy jednak _wciąż_ nagle zniknęło.
_Jeszcze_ i _nie_ zeszły ze stołu i stanęły niezdecydowane na ziemi. Popatrzyły po sobie. Tańczyć dalej? _Jeszcze_ uniosło brwi, wprawdzie miało na to ochotę, ale _nie_ pokręciło głową.
Rozległ się hałas. Drzwi otworzyły się ponownie i do środka wszedł _raz_. Był podekscytowany, podskakiwał i szczebiotał. Na głowie miał dziwne czerwone piórko.
Chwycił _jeszcze_ oraz _nie_, które w mgnieniu oka się uspokoiły, i cała trójka zaczęła z ostrożna ze sobą tańczyć.
W mieszkaniu jeża zapadła ciemność.
„Jeszcze raz nie” – pomyślał jeż.
I nagle, gdy tak tańczyły, wydały mu się wspaniałe, pomyślał: „Tańczcie dalej, tańczcie do końca świata”. Bo poza tymi słowami wszystko spowite było w mroku.3
„Harce i zabawy” – pomyślał jeż i znów otworzył oczy. Dosyć tego. Tu chodzi o odwiedziny, a to nie przelewki.
Położył się na łóżku i pomyślał o leżącym w szufladzie liście.
„Być może wszyscy odpiszą, że nie przyjdą” – przyszło mu do głowy. Na pewno mają ku temu swoje powody.
Już widział, jak spod drzwi wpadają do środka dziesiątki listów. Podnosił je i czytał jeden za drugim:
_Jeśli mam przyjść z wizytą, życzę sobie trzypiętrowego ciasta miodowego obtoczonego w cukrze, z fontanną na czubku, z której będzie wypływać śmietana, i z lukrowym niebem ponad nią; choć raczej nie sądzę, żebym przyszedł._
_Już raz przyszłam, żeby Cię odwiedzić, ale mi nie otworzyłeś. Widziałam przez okno, jak pospiesznie chowasz się pod łóżkiem._
_Dziękuję za zaproszenie! Przyjść do Ciebie w gości – jak miło! Aż podskoczyłem z radości, gdy przeczytałem Twój list. W odwiedziny do jeża… Mimo to nie przyjdę._
_Nie wydaje mi się, żebym przyszła, choć jeszcze nie wiem dlaczego._
_Przyjdę, ale w myślach._
_W miejsce wizyty załączam pozdrowienia._
Jeż westchnął. Oczywiście, że nikt nie przyjdzie.
Położył list na ziemi przy łóżku i odwrócił się na plecy. Czuł zarazem ulgę i smutek. „Samotność jest częścią mnie – pomyślał – tak samo jak kolce. Gdybym zamiast nich miał skrzydła, nie czułbym się aż tak samotny. Fruwałbym sobie, gdzie tylko bym chciał, i niczego więcej bym nie pragnął”.
Chciał pójść spać, ale nie mógł zasnąć. „Może jednak przyjdą” – pomyślał.
Zadrżał, wstał i zaparzył herbatę. Tylko dla siebie. Dwie filiżanki.4
Po wypiciu herbaty wyjął z szuflady list i go przeczytał.
„A może przyjdą już jutro – zastanowił się – wszyscy jednocześnie. Z samego rana”.
Zrobiło mu się zimno i odłożył list na bok. Już słyszał, jak zwierzęta nadchodzą, cały las zdawał się trząść z podekscytowania.
Zwierzęta tłoczyły się pod jego drzwiami i wołały jedno przez drugie: „Jeżu, jesteśmy! My, twoi goście! Dziękujemy za zaproszenie! Przyszłyśmy wszystkie, co do jednego!”.
Otworzyły drzwi na oścież i tłumnie ruszyły do środka. Większość z nich przyszła, przyleciała lub przypełzła, lecz szczupak i karp, a nieco później także wieloryb i rekin, przypłynęły wraz z wielką falą, która przy okazji wdarła się do środka.
– Ależ tu miło, jeżu! – wołały zwierzęta. – Jest może herbata? A ciasto?
Zwierząt było za dużo, aby naszykować dla nich wszystkich herbatę. Do tego jeż miał tylko jedno małe odstałe ciasto. Bezradnie rozłożył ręce.
– Nic nie szkodzi – krzyknęły zwierzęta. – Za to sobie potańczymy.
Objęły się ramionami i zaintonowały:
– Jesteśmy w gościach, w gościach u jeża. Wprawdzie nie ma herbaty, ale mamy wszystko, czego nam trzeba. – I zaczęły tańczyć wokół stołu.
– Nie boicie się mnie? – spytał jeż i nastroszył kolce najbardziej, jak tylko potrafił.
– Nic z tych rzeczy – zakrzyknęły zwierzęta. – Jesteśmy zbyt szczęśliwe, żeby się bać.
Wciąż tańczyły, gdy nagle zarwała się pod nimi podłoga, a z powstałej w ten sposób dziury wyszli kret z dżdżownicą, wołając, że oni także przyszli z wizytą. Przynieśli ze sobą błotne ciasto, które według nich pozostawało zdatne do spożycia przez wiele lat, ale które jednocześnie musiało zostać niezwłocznie zjedzone.
– Kto by pomyślał? – dobiegały zewsząd okrzyki.
„Na pewno nie ja” – pomyślał jeż. Ukradkiem wyszedł na zewnątrz i wczołgał się w zarośla za swoim domem.
Wkrótce potem zwierzęta przestały tańczyć. Zatęskniły za nim.
– Jeżu, jeżu! – wołały.
Ich okrzyki niosły się daleko po lesie, tak że nawet wielbłąd i termit czym prędzej przybiegli z pustyni, nie chcąc niczego przegapić.
– Jeżu, jeżu, jeżu… – wołały bez przerwy wszystkie zwierzęta.
Ale jeż tylko wszedł jeszcze głębiej w zarośla.
Pokręcił głową, zmienił „Was wszystkie” na „jedno z Was”, przed tym dodał jeszcze „co najwyżej” i ponownie przeczytał swój list.5
„Nie – pomyślał. – Nadal istnieje ryzyko, że wszyscy przyjdą naraz”.
Przygryzł pióro i chwilę się zastanowił. „Jeśli nie wyślę listu, to tak czy inaczej nikt nie przyjdzie. Co do tego mam pewność. Nie zjawią się ot tak, bez zaproszenia”.
Na jego czole wystąpiły głębokie zmarszczki. „Naprawdę się mnie boją – uzmysłowił sobie – nie mają tylko odwagi mi tego powiedzieć. Moje kolce budzą w nich postrach. Gdy się spotykają, mówią do siebie, że cokolwiek by się wydarzyło, nie przyjdą do mnie z wizytą”.
– Chodzę w odwiedziny do wszystkich, tylko nie do jeża.
– Ja też nie.
– Te jego kolce…
– Tak, te straszne kolce…
– Wiesz, na co mu one?
– Nie.
– Żeby nas odstraszyć.
– Doprawdy?
– Ależ tak.
Jeż z powrotem odłożył list.
„Mają rację – pomyślał – odstraszam innych”. Zadrżał, a jego kolce się zakołysały.
Miał poczucie, jakby w środku niego ktoś biegał w tę i z powrotem, potrząsając wszystkim, co napotkał na swojej drodze, i chciał się wydostać. „Wcale nie budzę postrachu!” – wykrzyczał w myślach jeż.
Zapragnął otworzyć drzwi, stanąć na zewnątrz na palcach i zawołać: „Zwierzęta! To ja! Jeż! Jestem bardzo miły! Nie odstraszam!”.
Wówczas otworzyłyby się im oczy i odkrzyknęłyby mu chórem: „Jeżu, masz rację! Nikogo nie odstraszasz! Nie mógłbyś! Jesteś najmilszym zwierzęciem, jakie znamy. Jeśli nas zaprosisz, wszystkie przyjdziemy do ciebie z wizytą. Twoje kolce o niczym nie świadczą…”.
Jeż poczuł, jak na jego czole pomiędzy kolcami powstają jeszcze głębsze zmarszczki, a wtedy dopisał pod listem:
Moje kolce o niczym nie świadczą!
Przygryzł pióro, zadumał się i znów odłożył list do szuflady.
„Moje kolce jednak o czymś świadczą – doszedł do wniosku – moje kolce świadczą o czymś ważnym”.
Skinął głową. „Ważniejszym niż ja sam”.6
„Być może w tej właśnie chwili zwierzęta na całym świecie odwiedzają siebie nawzajem” – pomyślał chwilę później. Może nawet pytają jedno drugie:
– Tak między nami, nie wybierasz się przypadkiem w odwiedziny do jeża?
– Nie, a ty?
– Nie, ja też nie. Nie zaprosił mnie do siebie.
– Mnie też nie.
– Szkoda, co?
– Tak, wielka szkoda.
– Gdyby mnie zaprosił, to bym poszedł.
– Ja też.
– Na pewno to wie.
– Tak. Skoro on nas nie zaprasza, my też go nie zapraszamy.
– Otóż to.
Po czym wzruszają ramionami. Właśnie teraz. W tej chwili. W każdym zakątku lasu. I w morzu. Na pustyni. Za górami. Wszyscy wszystkich odwiedzają, tylko nie mnie. Tańczą, a w międzyczasie dyskutują na mój temat i wzruszają ramionami.
Jeż poczuł, jak ogarnia go dojmujący smutek. Wyszedł na zewnątrz i nasłuchiwał, czy skądś nie dobiegają odgłosy przyjęcia.
Ale w lesie panowała cisza. Daleko w oddali usłyszał, jak z drzewa spada słoń, a nieco bliżej, jak żaba usiłuje wykumkać kilka nut, które są dla niej za wysokie. Nie dostrzegł za to żadnych oznak świadczących o trwającym akurat przyjęciu albo o zwierzętach, które właśnie przebywają u siebie z wizytą.
Wtedy się zastanowił: „Być może nastał koniec wszelkich wizyt, może od dzisiaj są zabronione”.
Wyobraził sobie ogromne tablice z napisem:
OD DZISIAJ CHODZENIE W ODWIEDZINY DO INNYCH JEST SUROWO ZABRONIONE
i
OD DZISIAJ PRZYJMOWANIE WIZYT JEST SUROWO ZABRONIONE
Być może nikt już nikogo nie odwiedza i zwierzęta tylko pisują do siebie listy, ale i te stają się coraz rzadsze i krótsze:
Dzień dobry, jeżu,
to wszystko.
oraz:
Droga mucho,
jeż.
I nic więcej.
W takim przypadku też nie musiałby nikogo zapraszać.
Nadstawił uszu. Wydawało mu się, że słyszy, jak przepełnione smutkiem zwierzęta wzdychają w oddali, w końcu niczego nie lubią robić bardziej niż chadzać do siebie w odwiedziny i pisać listy.
Ale zakaz to zakaz.
„Co powinienem zrobić?” – zadawał sobie pytanie. Wyciągnął z szuflady list, przeczytał go dwukrotnie, spojrzał na palce u stóp, zamyślił się, po czym odłożył go z powrotem.
„Nie wiem” – stwierdził.7
Jeż stanął przed szafą, pomyślał o liście i pokręcił głową. Po chwili jednak zmienił zdanie, skinął, znów pokręcił głową, po czym jeszcze raz skinął.
Czasami powtarzał ten rytuał aż sto razy w ciągu dnia. „Jedyne, czego jestem pewien – myślał – to że moje zdanie nader często się zmienia, a ja tylko przyglądam się mu z boku i nie mam nic do powiedzenia na jego temat”.
Odkaszlnął, wyprostował się i pomyślał o zwierzętach, które dobrze znał i które na pewno przyszłyby go odwiedzić, gdyby tylko je zaprosił.
Weźmy takiego chrząszcza… Podrapał się po potylicy.
„Nie – pomyślał – zapominam się, chrząszcz na pewno by nie przyszedł, niechętnie odczytałby moje zaproszenie. Ot, ktoś, kto czegoś od niego chce. W odpowiedzi napisałby tak:
Drogi jeżu,
nie przyjdę do Ciebie z wizytą.
Chcesz, żebym coś dla Ciebie zrobił.
Chcesz skóry pozbawionej kolców.
Albo dwóch czułków na głowie (kto by nie chciał).
Albo poruszać się bezszelestnie.
Albo wszystko to naraz.
Dlaczego nie pozostaniesz taki, jaki jesteś?
Samotny, niczego niepewny, trochę nieszczęśliwy,
a trochę jednak tak?
Dlaczego nie wymyślisz sobie zwierząt, które by Cię odwiedziły,
porozmawiały z Tobą, zatańczyły, powiedziały, że lubią Twoje towarzystwo,
o wiele bardziej, niż przypuszczały?
Chrząszcz
Dokładnie tak by napisał” – pomyślał jeż.
Znów skinął głową i napisał odpowiedź do chrząszcza:
Drogi chrząszczu,
dziękuję za Twój list.
Masz rację: chcę wszystkich tych rzeczy.
Wymyślę sobie gości i pozostanę taki, jaki jestem.
Jeż
Napisał ten list od nowa jeszcze dziesięć razy, za każdym razem coś opuszczając, aż z jego pierwotnej treści nie zostało prawie nic.
„To bez różnicy – stwierdził – chrząszcz i tak nie przyjdzie, co do niego akurat jestem pewien”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki