Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

The Efficient. Mroczna satyra korporacyjna - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 października 2026
15,00 zł
1500 pkt
punktów Virtualo

The Efficient. Mroczna satyra korporacyjna - ebook

WYDAJNOŚĆ TO JEDYNA RELIGIA. STATUS TO JEDYNA WALUTA. Doba Michaela ma dokładnie tyle godzin, ile wymaga grafik. Każda minuta bez pracy to strata. Każdy gest bez celu to błąd. W świecie opanowanym przez kult sukcesu i wieczną dostępność online, Michael osiągnął poziom doskonałości, o jakim inni mogą tylko pomarzyć. Jednak wystarczy krótka przerwa w zasięgu i jeden nieplanowany wyjazd, by w idealnie naoliwionej machinie pojawiła się pierwsza rysa. „The Efficient. Mroczna satyra korporacyjna” to gęsta, hipnotyzująca i mrocznie zabawna opowieść o absurdach korporacyjnego świata, w którym najgroźniejszym błędem systemu okazuje się... człowiek.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Komiks i Humor
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 410 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1.

Michael rzucił okiem na zegarek: 21:00. Formalnie dzień pracy dobiegł końca, chociaż samo pojęcie „zakończenia” zaczęło mu się ostatnio wydawać anachronizmem. Zamknął laptopa, czując w plecach przyjemny ciężar – znak, że dzisiaj jego osobista efektywność była na najwyższym poziomie. Przed nim majaczył wieczorny blok samorozwoju: w tym tygodniu w harmonogramie figurował kurs „Komunikacyjne strategie sukcesu”.

Między zamknięciem poczty a otwarciem modułu szkoleniowego Michael miał równe trzydzieści minut. W tym czasie musiał zdążyć zjeść kolację i, co ważniejsze, zamknąć dzienną kwotę w SuccessIn. Michael uważał te dwadzieścia minut przeglądania tablicy nie tylko za obowiązek, ale za swego rodzaju higienę umysłu: jeśli nie widzisz sukcesu innych, skąd masz wiedzieć, jak bardzo sam zostałeś w tyle?

W kuchni wyuczonym ruchem wyciągnął z lodówki plastikowy pojemnik ze standardową Racją żywnościową. Kiedy mikrofalówka cicho buczała, Michael nagle przyłapał się na dziwnej, niemal wywrotowej myśli: kiedy ostatni raz sam wybierał sobie jedzenie? Nie po prostu odbierał pudełko od kuriera, ale właśnie sam wybierał?

W pamięci wypłynęły mu obrazy z dalekiej młodości, które współczesnemu młodemu człowiekowi wydałyby się barbarzyństwem. Michael pamiętał czasy, kiedy ludzie marnowali cenną godzinę swojego życia na to, by błąkać się między alejkami w sklepie, dotykać warzyw i – co już kompletnie absurdalne – wymieniać puste frazy ze sprzedawcami. „Co słychać?”, „Dziś mamy piękną pogodę”... Michael uśmiechnął się pod nosem. Teraz przypominało to kadry z jakiegoś zapomnianego filmu.

A propos kina. Spróbował przypomnieć sobie tytuł ostatniego filmu, który obejrzał w całości, ale jego pamięć wydała z siebie tylko biały szum. Samo pojęcie „filmu” dawno wyparowało z obiegu. W ciągu ostatnich dwudziestu lat branża rozrywkowa dokonała imponującego skoku w stronę efektywności: najpierw nieporęczne, dwugodzinne produkcje zostały zastąpione serialami po czterdzieści minut, potem skrócono je do dwudziestu, aż w końcu zmieniły się w krótkie, dziesięciominutowe skecze. Teraz szczytem marzeń były pojedyncze, trzydziestosekundowe rolki. Szybko, zwięźle, bez odrywania od rzeczy ważnych. Oczywiście, chyba że mowa o profesjonalnym przebranżowieniu – tam wideo mogły trwać godzinami, co było nie tylko dozwolone, ale i gorąco wspierane przez Kierownictwo.

Pisk mikrofalówki przywrócił go do rzeczywistości. Michael wyjął pudełko i zabrał się za jedzenie. Wkładając do ust pierwszą łyżkę beżowej, papkowatej mieszanki, z przyzwyczajenia spróbował odgadnąć jej skład. „Mięso? Warzywa?” – zgadywanie nie miało sensu. Producent gwarantował, że Racja żywnościowa zawiera wszystko, co niezbędne do podtrzymania zdolności do pracy, a to był jedyny czynnik, który miał znaczenie. „Nie jesteś na urlopie, żeby wybrzydzać” – przemknęło mu przez myśl.

Zegarek znowu zapiszczał: do zajęć piętnaście minut.

„Dobra, przejrzę SuccessIn teraz, w trakcie jedzenia – zdecydował Michael – a zaoszczędzone pięć minut zostawię dla siebie jako czas osobisty po nauce”.

Uruchomił aplikację, która w ostatnich latach stała się główną miarą ludzkiej wartości. SuccessIn – platforma, na której pulsowało życie całego świata korporacyjnego. Krążyły plotki, że nawet pracownicy Inspekcji Efektywności mają tam ukryte profile, chociaż Michael był pewien, że dla takich niebiańskich bytów istnieje osobna, niedostępna dla zwykłych śmiertelników sieć.

Tablica mieniła się od triumfów: Anna zdobyła 14. stopień skuteczności w negocjacjach. („Trzeba będzie pogratulować”, zanotował w myślach Michael). John ukończył kurs motywacji. Veronica opublikowała esej o tym, jak skrócenie snu do czterech godzin koreluje z rozwojem kariery. („Obowiązkowo do przeczytania”, Michael poczuł nawet lekkie ukłucie zazdrości o jej produktywność).

Jego uwagę przykuł post Ryana – jedynego kolegi, którego Michael uważał za przyjaciela. Ten zaraportował ukończenie kursu NLP, ale – o dziwo – nie dołączył do wpisu wyliczenia swojej nowej, wyższej efektywności. „Pewnie oderwali go do jakiegoś pilnego taska – pomyślał Michael. – Jutro koniecznie muszę mu przypomnieć, że takie luki w profilu wyglądają wysoce nieprofesjonalnie”.

W tym momencie telefon zawibrował, powiadamiając o rozpoczęciu lekcji. Michael odsunął puste pudełko po racji i wyprostował plecy. Czas chłonąć wiedzę.

Michael dołączył do wideolekcji. Dzisiaj była środa – półmetek minikursu. W niedzielę czekał go egzamin na wymarzony certyfikat. Michael już w najdrobniejszych szczegółach wyobrażał sobie, jak wrzuca go na SuccessIn, a potem z zachwytem odświeża stronę, sprawdzając lajki i komentarze. Dawno przestał się zastanawiać nad szczerością tego odzewu – w zupełności wystarczała mu mechaniczna satysfakcja z kolejnego „Dobra robota!”, „Świetny wynik!” czy „Oby tak dalej!”.

Temat zajęć: „Motywacja zespołu”. Jako menedżer drugiej kategorii w dziale sprzedaży Michael uważał tę umiejętność za kluczową dla rozwoju kariery. Trenerka kursu, Monica, po godzinie teorii zapowiedziała część warsztatową. Kursantów podzielono na pary i Michaelowi trafiła się Veronica, szefowa działu analityków.

Wylosowali scenariusz: Michael to podwładny, Veronica – przełożona. Zadanie: zmotywować Michaela do przygotowania cotygodniowego raportu z efektywności zespołu. Przenieśli się do osobnego, wirtualnego pokoju.

— Cześć, Michael! Jak sukcesy? — zaczęła radośnie Veronica.

— Cześć, Veronica! Idę z wyprzedzeniem harmonogramu! A u ciebie?

— Też świetnie. Przejdźmy do rzeczy. Słuchaj, w tym tygodniu przypadł ci zaszczyt zajęcia się przygotowaniem cotygodniowego raportu. Co ty na to?

Michael natychmiast wszedł w rolę „stawiającego opór” pracownika:

— Dlaczego znowu ja? Robiłem go zaledwie dwa tygodnie temu, a w naszym zespole jest siedem osób!

— Rozumiem twoją uwagę, Michael, ale spójrz na to z innej perspektywy — Veronica profesjonalnie zmieniła ton. — Wyobraź sobie, że na podstawie naszego raportu tworzona jest ogólna statystyka efektywności całej Firmy. Twój wkład pomaga Kierownictwu osiągać globalne cele! Poza tym, Kierownictwo zawsze wyróżnia tych najbardziej proaktywnych pracowników. A co może być bardziej namacalne niż wysokiej jakości raportowanie? W gruncie rzeczy to zadanie to przywilej. I jeszcze jeden bonus: nie będziesz musiał łamać sobie głowy, czym się zająć w niedzielny wieczór.

Veronica na sekundę wyszła z roli i westchnęła:

— Och, jak ja nienawidzę tych niedziel! Krótki dzień pracy to jakiś relikt. Trzeba wydawać własne pieniądze na czas wolny. Słyszałam, że niektóre korporacje już przechodzą na pełny cykl „7/0”. Mam nadzieję, że przy kolejnej rotacji trafię do takiej firmy. No, to co powiesz, Michael?

— No proszę, Veronica, potrafisz odpowiednio rozłożyć akcenty! — szczerze zachwycił się Michael. — Oczywiście, już wprost palę się do tego, żeby sformatować ten raport. A co do niedziel, to trafiłaś w punkt. W zeszłym tygodniu musiałem wlec się nad jezioro i wrzucać posty o tym, jak beztrosko jem homary w restauracji. Wyobrażasz sobie, jakie to są koszty? Te pieniądze mogłyby już leżeć na lokacie!

— Koszmar, współczuję. Nie znoszę takich wydatków — przytaknęła Veronica. — Z drugiej strony to świetny sposób, żeby mimochodem zademonstrować swój status. Gdzie to wrzucałeś? Na ErfolGram?

— Jasne, gdzieżby indziej! A tak przy okazji, nie obserwujesz mnie? Łap linka.

— O, super, już daję follow. No dobra, pora wracać do grupy głównej.

Lekcja zakończyła się punktualnie o wpół do pierwszej w nocy. Michael z satysfakcją odnotował punktualność trenerki. Zgodnie z planem poświęcił ostatnie pięć minut na obowiązkowe przejrzenie SuccessIn, a następnie poszedł do łazienki.

Biorąc Turbo-prysznic, po raz kolejny pomyślał, jaka to genialna innowacja. Turbo-prysznice, które pojawiły się jakieś pięć lat temu, pozwoliły skrócić codzienną rutynę mycia ciała do zaledwie trzydziestu sekund. A oszczędność wody i prądu wynosiła około trzystu dolarów rocznie! Te drobniaki również trafiały na depozyt.

A propos depozytu. Michael przypomniał sobie, że łączna kwota jego oszczędności wkrótce przekroczy kolejny okrągły próg półtora miliona. Z tą radosną myślą błyskawicznie zasnął.ROZDZIAŁ 2.

Michael obudził się na dźwięk budzika, jak zwykle, o wpół do piątej rano. Dzięki codziennemu zażywaniu stymulantów jego umysł był jasny, a ciało rześkie, mimo chronicznego niedosypiania. Michael czytał kiedyś, że z biologicznego punktu widzenia człowiek potrzebuje siedmiu, a nawet ośmiu godzin snu, i że w przeszłości ludzie faktycznie stosowali się do tego zalecenia. Dla niego brzmiało to absurdalnie: nie potrafił pojąć, jak można zachować efektywność, marnując tyle czasu na puste zapomnienie.

Dobrze, że postęp dał społeczeństwu stymulanty, które pozwalały zregenerować siły w zaledwie kilka godzin. Oczywiście, ich długoterminowy wpływ na zdrowie pozostawał wielką niewiadomą, ale Michael rozumował racjonalnie: nawet jeśli skrócą mu życie, to żadna wielka strata. Po pięćdziesiątce czy sześćdziesiątce wydajność człowieka i tak nieuchronnie spada, co oznacza, że zarabianie pieniędzy w dotychczasowym tempie staje się niemożliwe. Po co w ogóle żyć, skoro nie dasz już sobie radę żeby pracować na sto procent swoich możliwości?

Oczywiście, Michael marzył o tym, żeby nie spać wcale. Krążyły plotki, że najwyższe Kierownictwo ma dostęp do leków, które dają taką możliwość, ale dla zwykłych pracowników były one nieosiągalne. Musiał zadowolić się tym, co było: producent standardowych stymulantów gwarantował rześkość przy czterogodzinnym śnie, a Michael rygorystycznie trzymał się tych wytycznych.

Każdy dzień zaczynał tak samo: od półgodzinnego przeglądania ErfolGramu. Przewijał posty o udanym życiu znajomych (podobne do tego, który sam wrzucił znad jeziora w zeszłą niedzielę) i filmiki motywacyjne. W jego aktualnościach migali obecni i byli przełożeni w luksusowych samochodach i najdroższych restauracjach, czy koledzy z pracy podczas prestiżowych rozrywek... Sekcja rekomendacji pękała w szwach od nagrań o tym, jak pomnożyć oszczędności, jak stać się idealnym pracownikiem i osiągnąć wszystkie wyznaczone KPI. A co najważniejsze – jak zdążyć zgromadzić w ciągu całego życia niewyobrażalną kwotę piętnastu milionów! Na widok tej liczby Michael zapalał się jak pochodnia. Mając poczucie, że świat leży u jego stóp, siadał do porannej nauki nowego zawodu.

Michael pracował jako menedżer drugiej kategorii w dziale sprzedaży od dwóch i pół roku i w przewidzianym czasie osiągnął szczyt swoich obecnych kompetencji. Oznaczało to, że do planowej zmiany branży zostało mu pół roku. Obecnie uczył się zawodu menedżera do spraw oceny ryzyka, co budziło w nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony czuł radosne oczekiwanie na egzaminy, późniejsze szukanie pracy, rozmowy i testy. Z drugiej – lekką irytację: znów będzie musiał poświęcić czas, żeby wypracować tę samą, obłędną skuteczność, którą miał w sprzedaży. Ale wiedział, że wszystko się ułoży. Najważniejsze to opuścić strefę komfortu. Przecież wyjście ze strefy komfortu to nic innego jak rozwój i sukces.

Włączył komputer i zalogował się na platformę edukacyjną. Program nauczania dla drugiego i każdego kolejnego zawodu był mocno okrojony w porównaniu ze studiami podstawowymi. Dzień składał się z trzech godzinnych bloków: sprawdzania pracy domowej, wykładu i ćwiczeń praktycznych. Michael rozwiązywał zadania z oceny ryzyka niemal automatycznie – większość tych zagadnień przerabiał już na pierwszym kierunku.

Jasne, wydawało się to czystą formalnością, ale zasady to zasady: dyplom był jedynym niepodważalnym dowodem profesjonalizmu. Zresztą, jaki miał wybór? Bez dyplomu nie znajdzie pracy, a jeśli w ciągu pół roku po zakończeniu nauki nie zatrudni się w nowym zawodzie, Inspekcja Efektywności i Sukcesu zacznie zadawać mu pytania. Michael wolał o nich nawet nie myśleć. Nie znał osobiście nikogo, kto miałby do czynienia z inspektorami, ale plotki nie zwiastowały niczego dobrego – mówiło się nawet o przymusowym zesłaniu do prac fizycznych, bez prawa do wyznaczania sobie celów zawodowych. O odłożeniu choćby miliona na takim stanowisku można było od razu zapomnieć.

Michael ze spokojem znosił powtarzanie materiału. To był tylko krok do opanowania ósmego zawodu, a stamtąd już niedaleko do dziesiątego! Jedyne, co go dręczyło, to fakt, że podczas samej nauki nie mógł być maksymalnie przydatny, ale uspokajał się myślą, że z nawiązką zrekompensuje to genialnym wynikiem na egzaminie.

Część grupowa zajęć minęła bez niespodzianek. Po wylogowaniu się z platformy Michael szybko zjadł śniadanie – zostało mu pół godziny na domową siłownię. Nie lubił sportu jako takiego. Pamiętał jak przez mgłę, że w dzieciństwie jazda na rowerze czy gra w piłkę sprawiały mu frajdę, ale teraz wydawało się to pozbawione sensu. Gry nie zapewniały odpowiedniej rzeźby mięśni.

Umięśniona sylwetka była obowiązkowym wyznacznikiem sukcesu. W dobrym tonie było wrzucanie przynajmniej raz w miesiącu na ErfolGram zdjęcia swoich mięśni – w przeciwnym razie obserwujący mogliby zwątpić w twoją dyscyplinę. Dlatego Michael codziennie odprawiał ten półgodzinny rytuał: bez przyjemności, za to z głęboką satysfakcją płynącą z faktu, że posty z nagim torsem zawsze zbierały zachwycone komentarze.

Po skończonym treningu Michael przebrał się i usiadł przy biurku. Próbował przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz był w biurze, ale nie potrafił – minęło już wiele lat. Michael słyszał, że dawniej ludzie codziennie dojeżdżali do pracy, a wieczorem wracali do domów, i ogarniało go przerażenie: ile czasu marnowano w ten sposób! Nawet w młodości, kiedy załapał się jeszcze na tryb hybrydowy i musiał pojawiać się w firmie raz w tygodniu, uważał tak nieracjonalne rozporządzanie zasobami za istne świętokradztwo. Teraz wszyscy pracownicy, których fizyczna obecność nie była wymagana do pełnienia obowiązków, pracowali z domu przez siedem dni w tygodniu.

Dni robocze Michaela niewiele różniły się od siebie: analiza raportów, spotkania z zespołem, negocjacje i dopinanie umów. Gdyby ktoś kazał mu opowiedzieć, co dokładnie robił w zeszły czwartek, raczej nie przypomniałby sobie żadnych szczegółów. Za to z dokładnością do jednego dolara podałby wyniki sprzedaży swojej grupy z tamtego tygodnia i procent, w jakim zrealizowali plan. Jego zespół zawsze wyrabiał minimum 200%, za co w każdym okresie rozliczeniowym Michael otrzymywał cyfrową odznakę na SuccessIn. Był bardzo dumny z tych wyróżnień. Nigdy nie zastanawiał się, czy jego praca przynosi komukolwiek pożytek – wydawało mu się to nieistotne. Odznaki wdzięczności nie mogły kłamać: Kierownictwo doceniało jego wysiłki i to w zupełności wystarczało.

Podczas pracy niepostrzeżenie nadeszła pora lunchu. Dźwięk budzika wyrwał Michaela z gąszczu tabel, przypominając mu, że musi zjeść. Jak zawsze w takich chwilach, w myślach przeklął naukowców. Dlaczego do tej pory nie wymyślili sposobu, żeby ograniczyć posiłki do jednego dziennie? Istniały co prawda mieszanki, które po jednym spożyciu dawały energię na kilka dni, ale taki tryb niszczył układ pokarmowy, a pracownik błyskawicznie tracił na wydajności. Musiał więc pogodzić się z przyjętym standardem trzech posiłków.

Michael wstawił rację do mikrofalówki i w wolne półtorej minuty postanowił napisać do Ryana – swojego jedynego kolegi. Właściwie mógłby go nazwać przyjacielem, gdyby to słowo w ogóle pasowało do relacji w dzisiejszych czasach. O bezinteresownych rozmowach czy wspólnym leniuchowaniu nie mogło być mowy – to nie przynosiło żadnego rozwoju, a więc było nieefektywne. W dobrym tonie było mieć partnera, z którym dzieliło się czas wolny raz na dwa tygodnie, w niedzielę, po zakończeniu pracy.

Najlepszą opcją był golf, ale kolejki do pól golfowych ciągnęły się miesiącami. Dlatego w najbliższą niedzielę Michael i Ryan zaplanowali przejażdżkę wybrzeżem w wynajętych supersamochodach. Na samą myśl o cenie wynajmu i o tym, że przez ograniczenia prędkości nie uda im się wykorzystać nawet jednej piątej możliwości tych maszyn, twarz Michaela wykrzywił grymas. Wiedział jednak jedno: zdjęcia i filmy z takiej wyprawy to gwarantowany sukces na ErfolGramie.

„Cześć, Ryan! Jak sukcesy? Jak tam wasz projekt?” – napisał Michael.

„O, cześć! – Ryan odpisał niemal natychmiast. – Wszystko świetnie. Prawie osiągnęliśmy cele kwartalne już w piątym tygodniu! Jeśli to tempo się utrzyma, zamkniemy kwartał z efektywnością na poziomie 280%. Premia jest tuż-tuż. A u ciebie?”

„Rewelacja, gratulacje! U nas też wszystko zgodnie z harmonogramem: za zeszły tydzień dowieźliśmy 240% planu. Idziemy na podobne wyniki w skali kwartału, Kierownictwo powinno być zadowolone – ciągnął Michael. – To co, niedziela aktualna? Jedziemy?”

„Jasne! O 17:00 pod wypożyczalnią?”

„Tak, od razu po pracy – potwierdził Michael i dodał: – Słuchaj, widziałem wczoraj twój wpis na SuccessIn. Zauważyłem, że nie wspomniałeś, o ile wzrosła twoja wydajność po tym kursie. Pomyślałem, że ci podpowiem”.

„O rany, faktycznie! Ale wpadka. Widocznie oderwał mnie jakiś telefon z pracy. Dzięki, Michael, już poprawiam! – podziękował Ryan. – No to do niedzieli. Sukcesów dzisiaj!”

„Samych sukcesów, Ryan!”

Michael z uśmiechem odłożył telefon. Wzajemny audyt efektywności – to właśnie nazywał prawdziwą przyjaźnią. Wyjął podgrzane jedzenie z mikrofalówki i zabrał się za posiłek.

Reszta dnia pracy Michaela upłynęła zwyczajnie, na ciągu telefonów, zebrań i raportów, raportów, zebrań i telefonów, aż w końcu planowo dobiegła końca. Michael kończył pracę, tak jak wszyscy jego współpracownicy i znajomi, około godziny 21:00 i uważał taki harmonogram za najbardziej optymalny, ponieważ zostawiał mu wystarczająco dużo czasu zarówno na rozwijanie umiejętności ogólnych, jak i na zdobywanie nowego zawodu. Co prawda, jako młody chłopak na początku swojej kariery, próbował kiedyś odchodzić od sprawdzonych praktyk i pracować więcej, ale empirycznie przekonał się, że wtedy brakuje mu czasu na pełnowartościową naukę. Musiał z kolei skracać czas snu do mniej niż czterech godzin. Z początku wydawało się, że to nic wielkiego, ale stopniowo narastało w nim obezwładniające zmęczenie i mimowolnie zauważał, że jego wydajność spada. A to już były poważne sprawy, z tym nie było żartów. Dlatego po młodzieńczych eksperymentach Michael, wzorem wszystkich wokół, wybrał dla siebie idealny balans między pracą a nauką.

Czasem Michaela nachodziła ciekawość: co by się stało, gdyby spróbował pracować od 9:00 do 18:00, tak jak miał to zapisane w umowie? (Myśl o tym, by pracować zgodnie z umową tylko od poniedziałku do piątku, oczywiście nigdy nie przyszła mu do głowy; już w niedzielne wieczory męczył się potwornie, wymyślając sobie rozrywki, a co można by robić przez dwa dni z rzędu bez pracy – tego kompletnie nie umiał sobie wyobrazić). W praktyce jednak w ogóle nie brał pod uwagę sprawdzania tego pomysłu. Doskonale pamiętał, jak podczas edukacji podstawowej pokazywano im filmy o życiu w krajach, które nie dołączyły do Unii Finansowej. W krajach, gdzie ludzie kierowali się swoimi emocjami, a nie chłodną kalkulacją efektywności działań. Kadry z tych filmów wryły mu się w pamięć na całe życie: ci ludzie nie odnosili sukcesów, nie potrafili zgromadzić fortuny na lokacie, a w rezultacie po śmierci nie byli chowani jak normalni, cywilizowani ludzie w inkrustowanej piramidzie! Michaelowi robiło się nieswojo na myśl o takim losie. Przez długie miesiące odganiał od siebie te ponure wizje, z podwójną energią starając się osiągać maksymalne wyniki w pracy i oczywiście wykorzystywać każdą możliwą minutę dnia na bycie efektywnym.

Po wykonaniu wszystkich wieczornych rytuałów Michael, sprawdzając powiadomienia na telefonie, zauważył, że jest już 1 września. Oznaczało to, że do najbardziej wyczekiwanego dnia w roku – Dnia Czczenia Sukcesu – został tylko miesiąc. Michael pamiętał z lekcji historii, że kiedyś było to święto Wszystkich Świętych, dzień pamięci o zmarłych, dzień wspominania nieżyjących członków rodziny. Całe szczęście, że te rodzinne instytucje dawno już uznano za całkowicie nieefektywne. Michael skrzywił się na wspomnienie niekończących się kłótni ze swoimi tak zwanymi rodzicami jeszcze z czasów nauki. Próbowali mu wtedy narzucić jakieś absurdalne wartości i poglądy, oskarżając Firmy i ich Kierownictwo o najróżniejsze grzechy. O tych oskarżeniach Michaelowi aż obrzydliwie było myśleć. Ale teraz, we współczesnym społeczeństwie sukcesu, 1 listopada był najważniejszym świętem, jedynym dniem w roku wolnym od pracy – nie tylko na papierze, ale i w rzeczywistości. Dniem, w którym wszyscy pracownicy, podobnie jak ich przodkowie odwiedzający kiedyś cmentarze, udawali się do ostatniego przystanku marzeń każdego człowieka mającego się za osobę celową: do Sanktuariów Sukcesu. Spoczywali w nich najbardziej szanowani i wydajni pracownicy, stanowiący wzór do naśladowania dla całej reszty.

I tak, myśląc o nadchodzącym święcie i z radosnym przeczuciem niezwykłej motywacji, którą dzięki niemu zyska, Michael zasnął.ROZDZIAŁ 3.

Reszta tygodnia pracy upłynęła w zwykłej rutynie. Jeden dzień zmieniał się z drugim, zbliżając niedzielę i zaplanowane spotkanie. W wyznaczonym dniu Michael, jak zawsze, skończył pracę o 15:00 i zaczął się szykować. Ponieważ planowali przejażdżkę samochodami, musiał założyć ubrania odpowiednich marek i dobrać do tego zegarek, żeby na zdjęciach prezentować się nienagannie. Rzecz jasna, wszystko to musiał wypożyczyć – przecież nie wrzuci na ErfolGram zdjęć w swoich zwykłych rzeczach!

Michael poszedł do wypożyczalni ekskluzywnych ubrań i dodatków, znajdującej się niedaleko jego domu. W ostatnich latach tego typu miejsca cieszyły się szaloną popularnością: za kilkaset dolarów można było na jeden dzień zmienić się w multimilionera. Ulubiony salon Michaela nazywał się Fashion Victim i znajdował się zaledwie pięć minut spacerem stąd. Ten fakt szczerze go cieszył – bliskość salonu oszczędzała mu mnóstwo czasu. Wiedział, że Ryan musi jechać do najbliższej wypożyczalni około pół godziny, co znaczyło, że kolega musiał skończyć pracę o 14:30. Michael mógł być efektywny przez całe trzydzieści minut dłużej.

— Cześć, Robert! Jak sukcesy? — przywitał się Michael, otwierając szklane drzwi.

— O, cześć! Wszystko świetnie. Dziś mamy najbardziej produktywny dzień w tygodniu, sam rozumiesz – niedziela! Prawie cały sektor biurowy jest dziś u nas — odpowiedział starszy menedżer. — A jak tam u ciebie? Gdzie się wybierasz?

— Idziemy na 240% planu w tym miesiącu! — pochwalił się z dumą Michael. — Dzisiaj planujemy trasę wzdłuż wybrzeża w autach sportowych. Co byś doradził, żebym wyglądał maksymalnie reprezentatywnie?

— Hmm, no to poszukajmy. Pokaż, czym będziecie jeździć.

Robert zaprowadził Michaela do sali z najnowszymi kolekcjami od projektantów. Pół godziny później Michael wyszedł z salonu i ruszył na przystanek autobusowy, z podziwem zerkając na swoje odbicie w każdej witrynie. Tym razem stanęło na spodniach w kolorze indygo, kremowym swetrze i brązowych butach z ekskluzywnej cielęcej skóry. Zwieńczeniem całego wizerunku był zegarek z żółtego złota, inkrustowany szafirami.

Michael policzył w pamięci: kupno takiego zestawu kosztowałoby jakieś sześćset tysięcy. Znowu poczuł radość, że istnieje branża wynajmu. Dzięki niej zwykły menedżer drugiej kategorii za marne dwieście dolarów mógł wyglądać jak ulubieniec losu.

„No to czas zaczynać”, pomyślał. Przybrawszy zagadkowo-poważny wyraz twarzy i krzyżując ręce na piersi, zrobił pierwsze tego dnia selfie. Kiedy sprawdził wynik, wrzucił zdjęcie na ErfolGram z podpisem: „Nic tak nie świadczy o człowieku, jak jego prawdziwe oblicze”.

W autobusie do Long Beach Michael z przyzwyczajenia taksował wzrokiem innych pasażerów, oceniając wartość ich ubrań. Z poczuciem wdzięczności wobec Roberta zauważył, że prawie wszyscy byli ubrani biedniej od niego. Podróż miała zająć godzinę, więc wszyscy pasażerowie oczywiście wlepiali wzrok w ekrany swoich telefonów. Nie było najmniejszych wątpliwości: każdy z zapałem przewijał ErfolGram. W niedziele i poniedziałki wszyscy bombardowali platformę swoimi treściami: pracownicy biurowi pokazywali swoje krótkie chwile rozrywki, a przedstawiciele najniższych szczebli – robotnicy fabryczni, elektrycy czy rolnicy – wrzucali urywki ze swojego prozaicznego życia.

Michael bardzo lubił oglądać materiały tworzone przez roboli. Dawało mu to upajające poczucie wyższości. To miłe uczucie wiedzieć, że jako przedstawiciel wyższej klasy odwiedzasz droższe miejsca i ubierasz się w rzeczy o niebo lepsze. W takich momentach całkowicie wypierał fakt, że ani ubranie, które miał na sobie, ani samochód, do którego za chwilę wsiądzie, tak naprawdę nie należały do niego. Co za różnica! Liczyło się tylko to, co zostanie uwiecznione w historii ErfolGramu. Czy istniała jakakolwiek inna, obiektywna miara sukcesu?

Podczas przeglądania postów droga minęła błyskawicznie. Stary autobus, sapiąc i zgrzytając, zahamował na właściwym przystanku. Na zegarku była 16:45. Zostało kwadrans, żeby spokojnym krokiem dojść na miejsce spotkania. Trasa wiodła obok ekskluzywnych barów na wybrzeżu, więc Michael nie omieszkał wejść do jednego z nich, zamówić koktajlu i zrobić jeszcze kilku statusowych zdjęć.

Punktualnie o 17:00 stał pod drzwiami wypożyczalni samochodów. Ryana nigdzie nie było. „Pewnie popsuł się autobus”, pomyślał Michael. Ostatnio transport publiczny działał coraz gorzej, ale nikt na to nie narzekał: ludzie jeździli nim tylko w swoim czasie wolnym, więc efektywność tych przejazdów absolutnie nikogo nie interesowała.

Michael wyjął telefon i napisał:

„Cześć, jestem na miejscu. Gdzie jesteś?”.

„Cześć, Michael! Trochę się spóźnię, musiałem przesiąść się na inny autobus, niech to szlag. Będę za piętnaście minut”.

„Ok, czekam”.

Michael odrzucił powiadomienie i, co zrozumiałe, natychmiast otworzył ErfolGram. Dodatkowe piętnaście minut to doskonała okazja, by umocnić swój wizerunek człowieka sukcesu w aktualnościach.

Po piętnastu minutach Michael dostrzegł zbliżającego się Ryana. Uśmiechnął się i pomachał ręką, w zamian otrzymując energiczne powitanie.

— Cześć! Nareszcie udało nam się zgrać kalendarze — Michael mocno uścisnął wyciągniętą dłoń.

— Cześć! Jasne, dawno się nie widzieliśmy. Ostatnie spotkanie musiałem odpuścić przez ten mój egzamin — Ryan uśmiechnął się przepraszająco.

— Tak, zgadza się. I jak wyniki? Zdobyłeś certyfikat?

— A nijak — Ryan rozłożył ręce z jakimś dziwnym, lekkim półuśmiechem. — Cofnęli mnie na powtórkę ostatniego semestru. Poprawka dopiero za pół roku.

— Słucham?! — Michael zamarł, wstrząśnięty tą informacją. — Jak to w ogóle możliwe? Jaki masz teraz action plan? Przecież masz twardy deadline, żeby w ciągu najbliższych sześciu miesięcy zrealizować onboarding na nowym stanowisku!

— Nic wielkiego. Popracuję dodatkowe pół roku w obecnej roli, wielkie mi co — Ryan próbował uspokoić przyjaciela. — W moim kontrakcie nie ma sztywnych widełek na zwolnienie i przejście.

— Zgadza się, ale przecież wiesz, jak to działa! Masz świadomość, że możesz wygenerować alert dla Inspekcji Efektywności? — Michael nie potrafił dojść do siebie. Dla niego oblanie egzaminu było równoznaczne z cywilną śmiercią.

— Daj spokój, nie przejmuj się, wszystko się ułoży — ciągnął spokojnie Ryan. — Różnie bywa. Za bardzo starałem się wykręcać wyniki na obecnym stanowisku i, przyznaję, ukradłem trochę czasu z nauki. No i odbiło mi się to czkawką. Próbowałem spać jeszcze krócej, ale nie jestem już taki młody, organizm nie pociągnął. O co się do mnie przyczepią? Efektywność mojej pracy przekracza 200%. Nie zdegradują takiego pracownika do zadań bez wyznaczania celów.

— Cóż, chyba masz rację. Za pierwszym razem na pewno cię nie przeniosą — Michael trochę się rozluźnił. — Mam nadzieję, że drugie podejście wygeneruje lepsze wyniki.

— Dzięki za wsparcie, Michael. Chodźmy już odebrać nasze ślicznotki — Ryan objął Michaela ramieniem, mając na myśli sportowe auta.

Michaelowi zrobiło się jednocześnie miło i nieswojo. W jego środowisku, zresztą jak i w całym rozwiniętym społeczeństwie, podobne gesty nie były akceptowane. Pracownicy ograniczali się do suchych, biznesowych uścisków dłoni, a ten fizyczny kontakt – ręka na ramieniu – wydawał się archaicznym pozdrowieniem z pokolenia ich rodziców. W głowie Michaela zaczynała układać się jakaś dziwna, niepokojąca sekwencja faktów, ale postanowił odgonić od siebie te myśli aż do wieczora. Teraz musiał skupić się na contencie: takie kadry z motywującymi cytatami same się przecież nie wrzucą.

Weszli do salonu samochodowego i natychmiast zanurzyli się w świecie najwyższego luksusu. Bugatti, Pagani, Lamborghini, Ferrari, Rolls-Royce — prezentowano tu wszystkie marki z absolutnego topu w ekskluzywnych wyposażeniach. Jednak w samych autach nie było niczego unikalnego — podobne salony znajdowały się w pobliżu każdego większego miasta. Prawdziwa wartość, sprawiająca, że serca koneserów biły szybciej, kryła się w czymś zupełnie innym. W tablicach rejestracyjnych.

Och, jak wiele ta kombinacja znaków znaczyła dla cywilizowanego człowieka! Mówiła o sukcesie właściciela więcej niż pojemność silnika czy design karoserii. Ceny rzadkich numerów szacowano na dziesiątki milionów dolarów, a trendów spadkowych nie przewidywano. Michael czytał na SuccessIn, że w nadchodzących latach wartość topowych tablic może zbliżyć się do stu milionów. Posiadanie takiego akcesorium stanowiło najwyższe marzenie: żeby każdy przechodzień od razu wiedział, że za kierownicą nie siedzi zwykły pracownik, ale ktoś, kto dotarł na sam szczyt.

Michael zdawał sobie sprawę, że w ciągu całego życia najprawdopodobniej nie uda mu się wykupić takiego numeru na własność. Pod koniec drogi będzie musiał wybrać: albo ekskluzywne blachy na auto, albo miejsce w Sanktuarium Sukcesu. Rzecz jasna, Michael wybierze Sanktuarium. Tym intensywniejszy był jego zachwyt, gdy wypożyczał takie auto. Usiąść za kierownicą, a co najważniejsze – wrzucić zdjęcie, na którym siedzi na masce wozu z taką rejestracją... dla takich chwil warto było żyć.

— Witam panów! — podszedł do nich menedżer. — W czym mogę pomóc?

— Dzień dobry. Rezerwacja na dwa auta — Michael podyktował numer zamówienia.

— Zgadza się, Michael i Ryan... Proszę o weryfikację waszych numerów identyfikacyjnych.

Przyjaciele podali dokumenty.

— Doskonale. Czerwone Ferrari i niebieskie Pagani! — menedżer udał entuzjazm. — Świetny wybór. Zdjęcia z taką parą zawsze gwarantują maksymalne zasięgi. Ostatnia formalność – proszę o dokonanie płatności.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij