Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Tkacz - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
3217 pkt
punktów Virtualo

Tkacz - ebook

Świat Słowian, ich wierzeń i dawnych bogów. Pełen szumu cichego wiatru buszującego między sitowiem. I krzyku niosącego się między starym a nowym. Ognistych iskier krążących w powietrzu niczym zwiastun nadchodzącego zmierzchu. I pieśń, która daje nadzieję…
Nadir doświadcza lęku przed nieznanym i jednocześnie tym, co utracone. Wrogowie najeżdżają jego osadę, mordują mu bliskich oraz porywają jego ukochaną. Chociaż serce krwawi, postanawia odnaleźć Mirę. Droga jego przeznaczania jest jednak kręta.
Młody mężczyzna wkracza na ścieżkę pełną niebezpieczeństw, intryg oraz sekretów. Towarzyszy mu tajemniczy Gniewosz. Poznają świat, który jest Nadirowi obcy, oraz władzę, przed którą czasem trzeba się pokłonić.
Powieść na tle historycznych wydarzeń za panowania Piastów.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-978740-4-6
Rozmiar pliku: 934 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Cze­kam na Na­wię1. Na jej chłod­ny do­tyk – piesz­czo­tę, któ­ra w lo­do­wa­tym uści­sku przy­nie­sie mi śmierć. Jawi mi się jako isto­ta o wie­lu twa­rzach – raz to sta­ra ko­bie­ta o pu­stych, nie­wi­dzą­cych oczach, raz mło­da dziew­czy­na z bu­rzą ja­snych wło­sów, in­nym ra­zem wil­czy­ca o czar­nym py­sku. Każ­da z nich pa­trzy na mnie ina­czej, ale wszyst­kie w koń­cu sta­pia­ją się w jed­no – ci­chy cień, któ­ry stoi u gra­ni­cy świa­tów. W dło­niach trzy­ma ką­dziel z ni­cią ży­cia, splą­ta­ną w mi­ster­ne wę­zły, z któ­rych każ­dy opo­wia­da inną hi­sto­rię. Nit­ka drży na wie­trze, go­to­wa ze­rwać się przy naj­mniej­szym po­dmu­chu, ale jej ręce są pew­ne – spla­ta­ją, wią­żą, roz­pla­ta­ją. A może to tyl­ko moja wy­obraź­nia.

Cze­kam jed­nak na nią jak na wy­ba­wi­ciel­kę, któ­ra uwol­ni mnie od cię­ża­ru wspo­mnień i po­zwo­li mi się za­nu­rzyć w nie­koń­czą­cy się sen. Wpad­nę tam w bez­kre­sną pust­kę i ciem­ność, gdzie nie ma ni­cze­go, na­wet pa­mię­ci. Wiem za to, że nie tra­fię do nie­ba, o któ­rym ba­ja­ją ka­pła­ni no­we­go boga. Nie wie­rzę, że tam jest moje miej­sce.

Moje cia­ło jest zmę­czo­ne, a wspo­mnie­nia cięż­kie jak ka­mie­nie. Mgła spo­wi­ja pa­mięć, ale są ob­ra­zy, któ­re pło­ną w niej ży­wym ogniem – ob­ra­zy cza­sów, gdy by­łem mło­dy, głu­pi i pe­łen na­dziei.

W noz­drzach wciąż czu­ję za­pach dymu – nie ta­kie­go jak ten, któ­ry uno­si się te­raz nad moim pa­le­ni­skiem, lecz gę­ste­go, gry­zą­ce­go, jak­by spa­le­ni­zna mie­sza­ła się z po­tem i krwią. To był swąd, któ­ry spo­wił na­szą osa­dę tam­te­go dnia, jak za­po­wiedź nad­cho­dzą­ce­go znisz­cze­nia. Dra­pał gar­dło, wci­skał się do płuc i osia­dał na ję­zy­ku cięż­ką, ole­istą war­stwą. Pach­niał nie tyl­ko spo­pie­lo­nym drew­nem, ale też czymś in­nym – czymś, co wy­peł­nia­ło po­wie­trze po spa­le­niu do­mostw, skó­ry, ciał. Ten za­pach to­wa­rzy­szył mi od tam­te­go cza­su i ni­g­dy mnie nie opu­ścił.

W uszach wciąż sły­szę szum wia­tru w ko­ro­nach sta­rych dę­bów – jak szep­ty daw­no umar­łych bo­gów, któ­rzy nie mo­gli nas obro­nić. W tym szu­mie, w tym jęku drzew, czu­ło się sa­mot­ność i pust­kę, jak­by­śmy byli zda­ni tyl­ko na sie­bie, bez­bron­ni wo­bec nad­cho­dzą­cej na­wał­ni­cy. Bo­go­wie, któ­rych wzy­wa­łem, zda­wa­li się być nie­obec­ni, a moja mo­dli­twa ni­g­dy nie do­tar­ła do ich uszu. Wte­dy jesz­cze wie­rzy­łem w bo­gów, w ich li­tość i opie­kę. Dziś wiem, że byli tyl­ko mil­czą­cy­mi świad­ka­mi na­sze­go upad­ku.

Pa­mię­tam po­ran­ki nad je­zio­rem. Chłod­ne, spo­koj­ne, kie­dy rosa lśni­ła na tra­wie, a pta­ki śpie­wa­ły, nie­świa­do­me nad­cho­dzą­cej bu­rzy. Wie­rzy­łem, że świat jest pro­sty i zro­zu­mia­ły. Wte­dy nie wie­dzia­łem, co kry­je się w głę­bi lasu ani co cze­ka za ho­ry­zon­tem, za siną li­nią mo­rza.

I wów­czas w moim ży­ciu po­ja­wił się on. Czło­wiek o wie­lu imio­nach – Gun­nar, Otto, Gnie­wosz, Dau­sadr2. Imię to, choć brzmi jak echo pół­no­cy, sta­ło się ucie­le­śnie­niem cze­goś wię­cej. To on był tka­czem lo­sów. Jego twarz, choć za­ma­za­na mgłą cza­su, wciąż tkwi w mo­jej pa­mię­ci. Pa­mię­tam jego spoj­rze­nie – zim­ne, bez­li­to­sne, a w źre­ni­cach tań­czy­ły pło­mie­nie pie­kiel­ne. Było w nim coś, co jed­no­cze­śnie fa­scy­no­wa­ło i prze­ra­ża­ło. Coś, co obie­cy­wa­ło przy­go­dę, a zwia­sto­wa­ło nie­szczę­ście. Wy­da­wa­ło mi się, że w jego rę­kach były nici ży­cia, któ­re on sam, z nie­wzru­szo­ną pre­cy­zją mógł spla­tać w nie­zna­ne nam kształ­ty prze­zna­cze­nia. Czu­łem, że w każ­dej chwi­li mógł po­cią­gnąć za sznur­ki, któ­re od­mie­nia­ły­by na­sze losy, bez li­to­ści i bez­pow­rot­nie.

Opo­wiem wam o tam­tych dniach. O cza­sie, gdy sta­ną­łem na skra­ju prze­pa­ści, nie­świa­do­my, co cze­ka po dru­giej stro­nie. Dniach, któ­re były po­cząt­kiem koń­ca. Los spla­tał nici mo­je­go ży­cia w sieć, z któ­rej nie mo­głem się wy­rwać. A wszyst­ko za­czę­ło się od zwy­kłe­go po­ran­ka, gdy wró­ci­łem z po­lo­wa­nia z dwo­ma za­ją­ca­mi i prze­czu­ciem, że coś złe­go wisi w po­wie­trzu, ale wów­czas słoń­ce świe­ci­ło zbyt ja­sno, wiatr wiał zbyt ci­cho, a pta­ki śpie­wa­ły zbyt żar­li­wie, jak­by chcia­ły za­głu­szyć nad­cho­dzą­ce nie­szczę­ście.

------------------------------------------------------------------------

1.

1. Na­wia – w wie­rze­niach sło­wiań­skich kra­ina zmar­łych, miej­sce, do któ­re­go tra­fia­ją du­sze po śmier­ci.

2.

2. Dau­sadr – imię utwo­rzo­ne z nor­dyc­kie­go „Dau­ði” (śmierć) i „Sædr” (siew­ca), ozna­cza­ją­ce „Siew­ca śmier­ci”.W CIENIU WILKA

Gło­sy zza pa­li­sa­dy sta­wa­ły się co­raz wy­raź­niej­sze, nio­sły się po wo­dzie i prze­bi­ja­ły przez le­śną gę­stwi­nę. Na­dir uśmiech­nął się na myśl o cie­płym po­sił­ku i Mi­rze. Las się prze­rze­dzał, a pro­mie­nie po­ran­ne­go słoń­ca prze­bi­ja­ły przez ko­ro­ny drzew, rzu­ca­jąc świe­tli­ste pla­my na ściół­kę. Po­ran­na rosa chło­dzi­ła jego odzie­nie, a cię­żar dwóch zwią­za­nych za­ję­cy przy­po­mi­nał o uda­nych ło­wach.

Był zmę­czo­ny, ale spra­wia­ło mu to przy­jem­ność. Kro­ki miał wciąż sprę­ży­ste, a wil­got­ne od rosy łę­czy­sko ci­so­we­go łuku od­bi­ja­ło blask słoń­ca. Wny­ki, któ­re usta­wił po­przed­nie­go dnia, do­sko­na­le się spraw­dzi­ły. Mat­ka na pew­no się ucie­szy.

W koń­cu do­tarł do skra­ju lasu. Mię­dzy drze­wa­mi do­strzegł zna­jo­me strze­chy chat. W po­ran­nym słoń­cu osa­da zda­wa­ła się uno­sić nad zło­ci­stą ta­flą je­zio­ra. Wiatr le­d­wie marsz­czył gład­ką po­wierzch­nię wody, a dym z pa­le­nisk uno­sił się le­ni­wie nad pa­li­sa­dą i da­cha­mi chat. Przy po­mo­ście ko­ły­sa­ły się drew­nia­ne czół­na, a na brze­gu roz­wie­szo­ne sie­ci ła­god­nie fa­lo­wa­ły na wie­trze. Za­pach ryb i dymu mie­szał się z wo­nią nie­daw­no zrą­ba­ne­go drze­wa. Z od­da­li do­bie­ga­ły ra­do­sne krzy­ki dzie­ci, a nad nimi niósł się mia­ro­wy stu­kot mło­ta – oj­ciec już pra­co­wał w kuź­ni.

Pod sto­pa­mi Na­dira za­dud­nił głu­cho drew­nia­ny po­most. Przez uchy­lo­ną bra­mę do­strzegł so­lid­ne ścia­ny z gru­bych bali naj­bliż­szych chat. Po­ra­nek do­pie­ro się za­czy­nał, ale osa­da już tęt­ni­ła ży­ciem. Le­d­wie prze­kro­czył bra­mę, a opa­dła go gro­ma­da roz­czo­chra­nych dzie­ci.

– Na­dir! Za­ją­ce! – eks­cy­to­wał się ro­ze­śmia­ny mały chło­piec, wy­cią­ga­jąc rękę w stro­nę zdo­by­czy.

– Dwa! I ja­kie tłu­ste! – do­dał dru­gi, prze­py­cha­jąc się do przo­du.

Na­dir uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Wi­dzę, że ma­cie so­ko­li wzrok, urwi­sy. Co was tak wcze­śnie wy­gna­ło z chat?

– Po­lo­wa­nie! – od­krzyk­nął ten sam chło­piec. – Ja upo­lu­ję… – za­sta­no­wił się chwi­lę, pa­trząc w za­my­śle­niu na pa­tyk w dło­ni – …niedź­wie­dzia! – za­wo­łał w koń­cu i uniósł pa­tyk, uda­jąc, że ce­lu­je z łuku. W za­pa­le po­tknął się i upadł z gło­śnym ję­kiem.

– Ha­ha­ha! Nie­doj­da… Ła­ma­ga! – drwi­li ze śmie­chem po­zo­sta­li chłop­cy.

– Ej, daj­cie mu spo­kój! – Na­dir pod­szedł do le­żą­ce­go i po­mógł mu wstać. – Wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Ko­la­no… boli – mruk­nął chło­piec.

– Mu­sisz uwa­żać. – Na­dir po­kle­pał go po ra­mie­niu. – A z tym niedź­wie­dziem… to może po­cze­kaj, aż uro­śniesz. Na po­czą­tek wy­star­czy wie­wiór­ka.

W tym mo­men­cie zza jed­nej z chat wy­szła Edna, po­pra­wia­jąc chu­s­tę na gło­wie.

– Na­dirze, wró­ci­łeś! Bo­go­wie czu­wa­li. – Uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko, ale w jej oczach cza­ił się cień nie­po­ko­ju. – Uwa­żaj w tym le­sie, chłop­cze. Coś tam się dzie­je. Wil­ki wyją… ale to nie jest zwy­kłe wy­cie. Jest w nim coś… zło­wiesz­cze­go.

– Wiem, Edno. Dzię­ku­ję za tro­skę. – Na­dir ski­nął gło­wą i po­pa­trzył na za­ją­ce. – Przy­nio­słem coś na obiad.

– O, to wspa­nia­le! Mat­ka bę­dzie rada. A te wil­ki… – Po­krę­ci­ła gło­wą, spo­glą­da­jąc w stro­nę lasu.

Sie­dzą­cy przed cha­tą Dra­gor w sku­pie­niu opra­wiał brze­chwy strzał. Uniósł wzrok na Na­dira i Ednę.

– Edno, zno­wu te two­je stra­chy? – Po­ki­wał gło­wą z uśmie­chem. – Utop­ce, upio­ry… Wil­ki to tyl­ko wil­ki. Na­dir jest już nie­mal do­ro­sły i po­tra­fi o sie­bie za­dbać.

– Obyś miał ra­cję, Dra­go­rze – od­par­ła Edna. – Ale ja czu­ję… – za­mil­kła na chwi­lę, szu­ka­ła od­po­wied­nich słów – …jak­by cień padł na na­szą osa­dę.

Dra­gor spoj­rzał na za­ją­ce i uśmiech­nął się lek­ko pod gę­stą bro­dą.

– Do­bry łow­ca z cie­bie wy­ra­sta, Na­dirze – rzekł, kła­dąc cięż­ką dłoń na ra­mie­niu chłop­ca. – Ale pa­mię­taj, las to nie tyl­ko two­ja zdo­bycz. Ma swo­je pra­wa. Nie bierz wię­cej niż ci po­trze­ba, bo Le­szy3się roz­sier­dzi, a wte­dy i naj­lep­szy my­śli­wy nie wró­ci do domu. – Zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc w kie­run­ku pusz­czy. – A od pół­no­cy, sły­sza­łem, krę­cą się ja­cyś obcy. Mó­wią w ję­zy­ku, któ­re­go nie ro­zu­mie­my, a na pier­siach no­szą dziw­ne zna­ki, krzy­że ja­kieś. Mó­wią, że to znak ich boga, któ­re­go po­dob­no sami za­bi­li… Ach, nie zro­zu­mie czło­wiek tych in­no­ści… Ale to nie mogą być do­brzy lu­dzie, sko­ro swe­go boga do drze­wa przy­bi­li i jesz­cze jako znak to no­szą. Le­piej miej ostrą włócz­nię przy boku. Lu­dzie – za­wie­sił głos – lu­dzie są gor­si niż wil­ki Edny. Wilk za­bi­je, by prze­żyć, ale czło­wiek… Czło­wiek po­tra­fi za­bi­jać dla za­ba­wy i chci­wo­ści. A ci obcy… Ci, co ich spo­tka­li, mó­wi­li, że w ich oczach wi­dzie­li tyl­ko chci­wość.

Na­dir ski­nął gło­wą.

– Będę pa­mię­tał.

Las od za­wsze go po­cią­gał i przy­zy­wał. Za­nu­rza­jąc się w jego par­ne ostę­py, czuł nie­mal na­ma­cal­ną ci­szę i ciem­ność. Od­gło­sy były peł­ne ta­jem­ni­czo­ści – sze­lest li­ści, da­le­ki krzyk pta­ka, ci­che chrzęsz­cze­nie ga­łę­zi pod ła­pa­mi nie­wi­docz­nych stwo­rzeń. Wą­skie stru­gi świa­tła z tru­dem prze­bi­ja­ły się przez splą­ta­ne ko­ro­ny wie­ko­wych drzew, two­rząc na mchu i ściół­ce pla­my zło­ta i głę­bo­kie­go cie­nia. Tam czuł obec­ność Le­sze­go – cię­żar w pier­si, dreszcz na kar­ku, wra­że­nie, że ktoś go ob­ser­wu­je. Chwi­la­mi, prze­my­ka­jąc wy­dep­ta­ny­mi przez zwie­rzę­ta ścież­ka­mi, na­gle przy­sta­wał, czu­jąc, jak je­ży­ły mu się wło­ski na kar­ku. Sły­szał wte­dy le­d­wie sły­szal­ny po­mruk, jak­by echo szep­tu wia­tru, a w gło­wie roz­brzmie­wa­ły opo­wie­ści bab­ki o le­śnych du­chach strze­gą­cych swe­go kró­le­stwa przed ludz­ką chci­wo­ścią.

Bab­ka ma­wia­ła, że Le­szy to pan lasu, isto­ta o wie­lu twa­rzach – cza­sem uka­zy­wał się jako sta­rzec z korą za­miast skó­ry, cza­sem jako ol­brzym o oczach pło­ną­cych jak żar. Po­tra­fił być opie­ku­nem, ale i złym du­chem, któ­ry wo­dził na ma­now­ce tych, co nie oka­za­li mu sza­cun­ku. Dla­te­go przed wej­ściem do lasu za­wsze na­le­ża­ło zo­sta­wić ofia­rę – skib­kę chle­ba, garść ja­gód lub szczyp­tę soli. Inni szep­ta­li, że idąc w las, naj­le­piej no­sić przy so­bie też ga­łąz­kę je­mio­ły, by od­stra­szyć Wiły4, któ­re uwiel­bia­ły plą­tać ścież­ki i ku­sić po­dróż­nych swym śpie­wem.

Gdy wy­cho­dził z gę­stwi­ny na słoń­ce, te uczu­cia zni­ka­ły, roz­pra­sza­ne cie­płem i świa­tłem. Wsty­dził się wte­dy, że dał się po­nieść wy­obraź­ni. Ale w głę­bi du­szy wie­dział, że las to nie tyl­ko drze­wa i krze­wy. Był kró­le­stwem Le­sze­go, peł­nym ta­jem­nic i du­chów, któ­re pa­mię­ta­ły cza­sy, gdy lu­dzie skła­da­li im ofia­ry pod świę­ty­mi dę­ba­mi, za­nim przy­szli obcy ka­pła­ni z krzy­ża­mi i ogniem.

Cha­ta pach­nia­ła świe­żym chle­bem, cie­płem. Po pro­stu do­mem. Mat­ka, krzą­ta­jąc się przy pa­le­ni­sku, rzu­ci­ła ukrad­ko­we spoj­rze­nie w stro­nę Na­dira, jak­by chcia­ła się upew­nić, że nic mu się nie sta­ło.

– Wresz­cie je­steś – mruk­nę­ła.

Kie­dy pod­nio­sła wzrok, jej oczy lśni­ły głę­bo­kim brą­zem – nie­mal czar­ne, a jed­nak cie­płe. Skó­ra mia­ła oliw­ko­wy od­cień, inny niż u ko­biet we wsi. Wło­sy, gę­ste i ciem­ne jak skrzy­dła kru­ka, opa­da­ły na ple­cy w cięż­kich splo­tach. Nie­któ­rzy wciąż pa­trzy­li na nią z dy­stan­sem – pa­mię­ta­li, że nie jest stąd. Mimo lat wciąż czu­ła się tu obca, jak wów­czas, gdy zna­le­zio­no ją na brze­gu mo­rza, wy­rzu­co­ną przez fale. Jej daw­ne ży­cie prze­pa­dło wraz z ło­dzią po­chło­nię­tą przez sine i zim­ne wody. Na­dal tę­sk­ni­ła za su­chym do­ty­kiem wia­tru i piesz­czo­tą pu­styn­ne­go słoń­ca, za wi­ra­mi pia­sku, któ­re wiatr two­rzył na bez­kre­snych rów­ni­nach. Czu­ła wciąż w ustach sło­dycz dak­ty­li, któ­re to­wa­rzy­szy­ły jej we wspo­mnie­niach o domu. Ale dla Na­dira była po pro­stu mat­ką.

– Wiesz, że nie lu­bię, jak włó­czysz się no­ca­mi po le­sie. A ostat­nio… – urwa­ła, a na jej twa­rzy po­ja­wił się cień smut­ku. – Mam złe prze­czu­cia. Coś wisi w po­wie­trzu. A te wil­ki… wyły ina­czej. Nie­po­ko­ją­co. Jak­by cier­pia­ły.

– Ga­dasz jak sta­ra Edna, mamo – po­wie­dział żar­to­bli­wie, ale wi­dząc, że mat­ka pa­trzy na nie­go po­waż­nie, sam rów­nież spo­waż­niał.

– A co? Edna głu­pia? – Mat­ka unio­sła brew. – Ko­bie­ty wie­dzą swo­je, a ty my­ślisz, że je­steś mą­drzej­szy od daw­nych opo­wie­ści i od… – za­wa­ha­ła się, szu­ka­jąc wła­ści­wych słów – od tego, co ser­ce pod­po­wia­da.

– No do­brze, mamo, do­brze. – Na­dir uniósł ręce w ge­ście pod­da­nia. – Już nie będę się śmiał. Ale to pew­nie tyl­ko wil­ki.

– Obyś miał ra­cję, synu – wes­tchnę­ła, spo­glą­da­jąc w stro­nę okna.

Po chwi­li prze­nio­sła wzrok na nie­go i pa­trzy­ła dłu­go, jak­by chcia­ła za­pa­mię­tać każ­dy rys jego twa­rzy. W jego spoj­rze­niu od­naj­dy­wa­ła echo wła­sne­go ludu – moc­ne ko­ści po­licz­ko­we, ciem­niej­sze wło­sy, cień da­le­kich kra­in, któ­rych już ni­g­dy nie uj­rzy. Nada­ła mu imię Na­dir, bo w jej ję­zy­ku, któ­ry już le­d­wo pa­mię­ta­ła, sło­wo to ozna­cza­ło coś rzad­kie­go i wy­jąt­ko­we­go. Był jej da­rem od losu, je­dy­nym skar­bem, któ­re­go nie mo­gła jej ode­brać żad­na bu­rza, żad­na fala, żad­na obca zie­mia.

– Ale… – za­mil­kła na chwi­lę. – Coś się zmie­ni­ło. Czu­ję to.

– Tyl­ko wil­ki. Zwy­kłe wil­ki – od­po­wie­dział, pró­bu­jąc do­dać so­bie i mat­ce otu­chy.

– Zwy­kłe? – Mat­ka unio­sła brew jesz­cze wy­żej. – A sły­sza­łeś je? Na­praw­dę sły­sza­łeś? To nie był głód, Na­dirze. To był… żal. Roz­pacz. Jak­by coś stra­ci­ły. Albo ko­goś. Pa­mię­tam, jak w dzie­ciń­stwie opo­wia­da­no mi, że wy­cie dhi’b, wil­ka, to głos dżin­nów, któ­re zgu­bi­ły się w wi­rach wia­tru.

Na­dir umilkł, nie­pew­ny, co od­po­wie­dzieć. Ni­g­dy wcze­śniej mat­ka nie mó­wi­ła o wil­kach w taki spo­sób. Do­tych­czas opi­sy­wa­ła je jako dra­pież­ni­ki, któ­rych na­le­ży się wy­strze­gać.

– Może… może masz ra­cję, mamo – po­wie­dział w koń­cu. – Może wil­ki na­praw­dę coś stra­ci­ły. Może…

– Może to znak – prze­rwa­ła mu mat­ka, a jej głos za­drżał. – Znak od bo­gów. Mó­wią, że wil­ki są ich po­słań­ca­mi. Że przy­no­szą wie­ści o do­brych i złych cza­sach. A to wy­cie… to brzmi, jak­by zwia­sto­wa­ły nie­szczę­ście.

Do cha­ty wpadł młod­szy brat Na­dira, Ra­do­mir. Wsko­czył na bra­ta z en­tu­zja­zmem i uwie­si­ła mu się na ra­mie­niu. Jego wło­sy, ciem­ne, lecz ja­śniej­sze niż u mat­ki, roz­czo­chra­ły się w wi­rze ru­chu. Miał jej oczy – ten sam głę­bo­ki brąz, któ­ry zda­wał się po­chła­niać świa­tło.

– Ile zła­pa­łeś? Dwa? – za­wo­łał z eks­cy­ta­cją. – Ja też kie­dyś pój­dę z tobą na po­lo­wa­nie! Na­uczysz mnie, praw­da? Wi­dzia­łeś ja­kieś śla­dy? Wil­ki były bli­sko? Sta­ra Edna mó­wi­ła, że to nie są zwy­kłe wil­ki… – Urwał, gdy za­uwa­żył mat­kę, któ­ra zmarsz­czy­ła czo­ło. Jej spoj­rze­nie, za­wsze peł­ne cie­pła, te­raz było jak ostrze­że­nie.

– Opo­wiedz mi, jak je zła­pa­łeś! – wtrą­ci­ła Mi­le­na, sio­stra Na­dira, pod­ska­ku­jąc z nie­cier­pli­wo­ścią. Jej śnia­da cera, odzie­dzi­czo­na po mat­ce, ró­żo­wi­ła się od emo­cji. – Czy ucie­ka­ły? Były szyb­kie? A może scho­wa­ły się pod krza­ka­mi?

W cha­cie zro­bi­ło się gwar­no. Śmie­chy i okrzy­ki dzie­ci wy­peł­ni­ły wnę­trze. Mat­ka po­krę­ci­ła gło­wą z uśmie­chem, ale w jej oczach na­dal wid­niał cień nie­po­ko­ju. Pa­trzy­ła na syna – na jego oliw­ko­wą skó­rę i ciem­ne oczy, któ­re tak bar­dzo przy­po­mi­na­ły jej wła­sne. Cza­sem draż­ni­ło ją, że miesz­kań­cy wsi wi­dzą w nim „ob­ce­go”, ale jed­no­cze­śnie czu­ła dumę. Był ży­wym do­wo­dem jej prze­trwa­nia.

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie! – Na­dir za­śmiał się, wi­dząc ich pod­eks­cy­to­wa­nie. – Były spryt­ne, ale moje pu­łap­ki oka­za­ły się spryt­niej­sze. Ale to – mru­gnął do sio­stry – se­kret my­śli­we­go. Może kie­dyś was za­bio­rę, jak tro­chę pod­ro­śnie­cie.

– Aku­rat! – prych­nę­ła dziew­czyn­ka. – Pew­nie za­bie­rzesz Mirę. – Spoj­rza­ła na bra­ta za­dzior­nie. – A kie­dy się z nią oże­nisz?

Na­dir zmarsz­czył brwi, za­sko­czo­ny, ale Mi­le­na kon­ty­nu­owa­ła z uśmie­chem.

– Wiesz, była tu i o cie­bie py­ta­ła. Po­wie­dzia­łam, że cię nie ma. Jak jej nie upil­nu­jesz, to Zby­lut ci ją sprząt­nie!

– Mira tu była? Kie­dy? – za­py­tał Na­dir, sta­ra­jąc się ukryć za­sko­cze­nie. Cie­pło, któ­re na­gle roz­la­ło się po jego po­licz­kach, kon­tra­sto­wa­ło z oliw­ko­wym od­cie­niem skó­ry.

– Wczo­raj wie­czo­rem. Przy­nio­sła ja­go­dy albo orze­chy. Już nie pa­mię­tam. Wy­glą­da­ła na zmar­twio­ną.

– Zmar­twio­ną? Dla­cze­go?

– A skąd ja mam wie­dzieć? – prych­nę­ła Mi­le­na i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Może dla­te­go, że zno­wu włó­czy­łeś się po nocy po le­sie? Albo dla­te­go, że ostat­nio nie umó­wi­li­ście się na swo­je se­kret­ne spo­tka­nia? – do­da­ła z prze­ką­sem.

Na­dir po­czuł, jak krew na­pły­wa mu do twa­rzy.

– Skąd wiesz o…?

– O tym, że się spo­ty­ka­cie? – prze­rwa­ła mu dziew­czyn­ka i wy­buch­nę­ła śmie­chem. – Prze­cież wszy­scy wie­dzą, że się wy­my­ka­cie ra­zem. To żad­na ta­jem­ni­ca! Wi­dzia­łam was raz, jak wra­ca­li­ście o świ­cie. Trzy­ma­li­ście się za ręce, a Mira mia­ła wło­sy peł­ne li­ści. My­ślisz, że je­stem śle­pa?

Na­dir spoj­rzał na sio­strę z wy­rzu­tem, ale w jego gło­sie było wię­cej za­kło­po­ta­nia niż gnie­wu.

– Mi­le­no…

– No co? – we­szła mu w sło­wo. – Nie uda­waj, że to wiel­ka ta­jem­ni­ca. Na­wet sta­ra Edna mó­wi­ła, że wi­dzia­ła was nad je­zio­rem. A Zby­lut… – urwa­ła, wi­dząc, jak brat marsz­czy czo­ło.

Mat­ka, któ­ra do tej pory mil­cza­ła, unio­sła brew.

– Mił­ka – za­czę­ła, ale ta jej prze­rwa­ła.

– No co, mama? Prze­cież to nic złe­go! Mira by­ła­by jak star­sza sio­stra, a Na­dir – spoj­rza­ła na bra­ta z prze­ką­sem – może wresz­cie prze­sta­nie uda­wać, że mu się nie po­do­ba.

– A Zby­lut krę­ci się koło Miry – wtrą­cił ci­cho Ra­do­mir.

Mat­ka spoj­rza­ła na Ra­do­mi­ra i w jego ry­sach do­strze­gła echo da­le­kich kra­in – ten sam kształt ust, któ­ry ostat­nio za­uwa­ży­ła u prze­jeż­dża­ją­cych kup­ców z po­łu­dnia i wi­dy­wa­ła w swo­im od­bi­ciu, gdy spo­glą­da­ła w ta­flę wody. Cza­sem my­śla­ła, że jej dzie­ci są jak żywe mo­sty mię­dzy dwo­ma świa­ta­mi: tym, któ­ry utra­ci­ła, a tym, któ­ry zbu­do­wa­ła. Ale dziś, gdy wil­ki wyły ina­czej, czu­ła, że ten most może się za­wa­lić.

– Wi­dzia­łem ich ra­zem nad je­zio­rem. Śmia­li się.

– Zby­lut? – Za­zdrość za­pie­kła Na­dira ni­czym ukłu­cie igły. – Kie­dy to było?

– Wczo­raj po po­łu­dniu – od­parł brat. – Ga­da­li o czymś i… no wiesz. Śmia­li się.

Mi­le­na za­chi­cho­ta­ła.

– Może to o to­bie roz­ma­wia­li? Może Zby­lut opo­wia­dał jej, że za­miast zaj­mo­wać się dziew­czy­na­mi, ła­piesz za­ją­ce!

Na­dir par­sk­nął z uda­wa­ną iry­ta­cją.

– Bar­dzo śmiesz­ne. Głu­pia je­steś, smar­ku­lo! – rzu­cił i szturch­nął sio­strę lek­ko w ra­mię.

– Sam je­steś głu­pi! I wca­le nie je­stem smar­ku­lą! – Mi­le­na od­po­wie­dzia­ła z obu­rze­niem, ale za­raz jej oczy roz­bły­sły psot­nym uśmie­chem. – Mira po­wie­dzia­ła, że masz ład­ne oczy! „Jak dwa wę­gle w ogniu” – par­sk­nę­ła. – Ta­kie ta­jem­ni­cze i głę­bo­kie – chi­cho­ta­ła, prze­drzeź­nia­jąc za­chwyt Miry.

Na­dir po­czuł, jak cie­pło roz­le­wa się na jego po­licz­kach. Od­wró­cił wzrok, a jego ciem­ne rzę­sy opa­dły, ma­sku­jąc zmie­sza­nie.

– Co ty wy­ga­du­jesz?

– Mó­wię, jak było! – Dziew­czyn­ka za­śmia­ła się, wi­dząc, jak go za­wsty­dzi­ła.

Mat­ka prze­rwa­ła ich prze­ko­ma­rza­nie sta­now­czym to­nem:

– Dość już tego! Na­dir, sia­daj. Ja­gły z su­szo­ny­mi śliw­ka­mi i mio­dem już cze­ka­ją. – Jej głos był cie­pły, ale gdy spoj­rza­ła na syna, w jej oczach po­ja­wił się le­d­wo za­uwa­żal­ny błysk nie­po­ko­ju. Za­sta­na­wia­ła się, czy kto­kol­wiek we wsi ro­zu­mie, że te oczy, któ­re tak urze­kły Mirę, są czę­ścią dzie­dzic­twa star­sze­go niż cała ich osa­da.

Na­dir spoj­rzał na mi­skę pa­ru­ją­cą na sto­le. Aro­mat słod­kich śli­wek i mio­du przy­pra­wił go o bur­cze­nie w brzu­chu.

– Już jem, mamo – od­parł i usiadł na ła­wie.

Wziął drew­nia­ną łyż­kę i na­brał so­lid­ną por­cję ka­szy. Cie­pło po­sił­ku roz­la­ło się po jego cie­le, od­pę­dza­jąc zmę­cze­nie noc­nej wy­pra­wy.

Mat­ka po­de­szła do okna i spoj­rza­ła w stro­nę kuź­ni, skąd do­bie­gał mia­ro­wy stu­kot mło­ta. Na jej twa­rzy po­ja­wił się cień po­wa­gi.

– Twój oj­ciec – za­wa­ha­ła się na mo­ment, po czym wes­tchnę­ła ci­cho. – Cze­ka na cie­bie w kuź­ni. I nie wy­glą­da na za­do­wo­lo­ne­go. Le­piej się po­spiesz.

Na­dir po­chło­nął po­si­łek. Łap­czy­wie prze­łknął ostat­ni kęs ka­szy, wy­dra­pał li­po­wą łyż­ką mi­skę i wstał od sto­łu. Wy­tarł usta wierz­chem dło­ni, rzu­cił mat­ce uspo­ka­ja­ją­ce spoj­rze­nie i po­wie­dział:

– Już idę.

Wy­szedł z cha­ty, czu­jąc na ple­cach cię­żar jej za­tro­ska­ne­go wzro­ku. Stu­kot mło­ta sta­wał się co­raz wy­raź­niej­szy.

– Nie jest do­brze – mruk­nął pod no­sem i po­szedł w stro­nę kuź­ni.

Wie­dział, że oj­ciec bę­dzie nie­za­do­wo­lo­ny. Obie­cał po­móc od rana, ale las… jak za­wsze stra­cił tam wię­cej cza­su, niż pla­no­wał.

Kuź­nia, jak zwy­kle, roz­brzmie­wa­ła od­gło­sa­mi. Ryt­micz­ny dźwięk ku­cia mie­szał się z sy­kiem har­to­wa­ne­go me­ta­lu i skrzy­pie­niem mie­cha. Po­wie­trze było cięż­kie od za­pa­chu dymu, potu i go­rą­ce­go że­la­za.

Oj­ciec, po­chy­lo­ny nad pa­le­ni­skiem, na­wet nie pod­niósł gło­wy, gdy Na­dir wszedł. Za­ci­śnię­ty­mi usta­mi po­ru­szał mie­chem, roz­pa­la­jąc ogień do czer­wo­no­ści.

– Zno­wu w le­sie? – rzu­cił szorst­ko, nie pa­trząc na syna. Jego głos był chra­pli­wy od wy­sił­ku i tłu­mio­nej zło­ści. – Sier­py cze­ka­ją na ostrze­nie – cią­gnął, wciąż nie pa­trząc na chło­pa­ka. – A ra­dło dla Bol­ka samo się nie zro­bi. Po­go­da się psu­je, plo­ny trze­ba ze­brać, za­nim desz­cze wszyst­ko znisz­czą.

Na­dir za­ci­snął pię­ści, czu­jąc, jak iry­ta­cja za­czy­na na­ra­stać.

– Wiem – od­parł, opa­no­wu­jąc gniew. – Ale mię­so też jest waż­ne.

– Wszy­scy się czymś zaj­mu­ją – kon­ty­nu­ował oj­ciec i wresz­cie pod­niósł wzrok. – Tyl­ko cie­bie jak zwy­kle nie ma, kie­dy je­steś po­trzeb­ny.

– Mię­so się przy­da. Po­trze­bu­je­my go tak samo jak na­rzę­dzi, ziar­na i wszyst­kie­go in­ne­go. A to, że przy­nio­słem je­dze­nie, nic nie zna­czy? – od­parł z prze­ką­sem.

Oj­ciec od­wró­cił się po­wo­li. Zmę­czo­ne oczy spo­tka­ły się ze wzro­kiem Na­dira. W jego spoj­rze­niu od­bi­ja­ły się nie tyl­ko złość i fru­stra­cja, ale tak­że coś głęb­sze­go – za­wód i ból.

– Wiem, Na­dirze. Wiem – po­wie­dział. – Ale to nie wy­star­czy. Mu­sisz my­śleć o przy­szło­ści – oznaj­mił, a jego głos stał się tward­szy. – Myśl o plo­nach, o bez­pie­czeń­stwie. Pra­ca w kuź­ni jest po­trzeb­na, a ko­wal sza­no­wa­ny. Mu­sisz się uczyć. Myśl o nor­mal­nym ży­ciu. Nie tyl­ko o – za­milkł na mo­ment, szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go sło­wa – włó­czę­go­stwie.

– Włó­czę­go­stwie?! – wy­buch­nął Na­dir. Jego głos za­drżał z gnie­wu. – My­ślisz, że to za­ba­wa? Po­lu­ję, uczę się strze­lać, wal­czyć… Kie­dyś sam mó­wi­łeś, że męż­czy­zna musi być od­waż­ny, za­rad­ny i za­wsze bro­nić swo­ich naj­bliż­szych! A te­raz? Cho­wasz się w kuź­ni i kle­piesz że­la­zo! Za­po­mnia­łeś, jak to jest trzy­mać miecz w dło­ni? To jest to nor­mal­ne ży­cie, ja­kie­go chcesz dla mnie? A co bę­dzie, jak Nie­mi się po­ja­wią? Dra­gor mó­wił, że są co­raz bli­żej nas.

Oj­ciec ścią­gnął brwi. Na jego twa­rzy po­ja­wił się gniew, a w gło­sie po­brzmie­wa­ła groź­ba. W jego oczach jed­nak było coś wię­cej niż tyl­ko złość – było tam coś, co przy­po­mi­na­ło cień prze­szło­ści. Może wi­dział już ko­goś, kto szedł tą samą ścież­ką, a może sam kie­dyś stał w tym sa­mym miej­scu, z tym sa­mym ogniem w pier­si, go­tów spa­lić się w imię nie­zna­nej jesz­cze praw­dy. A może wi­dział sie­bie – młod­sze­go, bar­dziej po­ryw­cze­go, zde­ter­mi­no­wa­ne­go, by zmie­nić coś, cze­go zmie­nić się nie dało. Może wła­śnie dla­te­go gniew mie­szał się w nim z czymś jesz­cze – cie­niem lęku, któ­re­go nie chciał na­zwać.

– Nie wiesz, o czym mó­wisz, Na­dirze – wark­nął, za­ci­ska­jąc dło­nie na rę­ko­je­ści mło­ta. – Nie masz po­ję­cia, co wi­dzia­łem. Nie masz po­ję­cia, czym jest praw­dzi­wa wal­ka. Uwierz mi, to nie jest ży­cie, ja­kie­go bym dla cie­bie pra­gnął. Nic nie wiesz…

– Strach cię spa­ra­li­żo­wał! – wy­krzyk­nął Na­dir i nie po­tra­fił już po­wstrzy­mać po­to­ku słów. – Je­steś tchó­rzem! Ow­szem, nic nie wiem o to­bie, bo za­wsze mnie zby­wasz. Ile mu­sia­łem pro­sić, abyś cho­ciaż tro­chę chciał mnie na­uczyć wal­czyć… Nie dzi­wię się tym, co nie po­tra­fią wal­czyć, ale ty po­tra­fisz… i dla­te­go mi wstyd, że się cho­wasz… tchórz!

Sło­wa, jak ude­rze­nia, roz­brzmia­ły echem w kuź­ni. Oj­ciec za­marł, a jego dłoń za­ci­snę­ła się na rę­ko­je­ści mło­ta tak moc­no, że kost­ki zbie­la­ły. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że rzu­ci się na syna. Na­dir stał przez mo­ment, drżąc z gnie­wu, a po­tem od­wró­cił się na pię­cie i wy­biegł, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Za nim po­zo­sta­ła tyl­ko ci­sza, prze­ry­wa­na trza­ska­niem ognia w pa­le­ni­sku.

Oj­ciec stał nie­ru­cho­mo. Sło­wo „tchórz” wże­ra­ło się w jego umysł. Gdzieś w głę­bi ser­ca po­czuł, jak bo­le­sne wspo­mnie­nia za­czy­na­ją po­wra­cać. Ob­ra­zy, któ­re każ­dej nocy na­wie­dza­ły go, gdy tyl­ko za­mknął oczy.

Pa­mię­tał woj­nę i bi­twy. Ten brud­ny, cha­otycz­ny wir krwi, bólu i śmier­ci. Pa­mię­tał wy­cie ran­nych, jęki umie­ra­ją­cych, smród ciał gni­ją­cych w upa­le. Wi­dział wo­jow­ni­ków, przy­po­mi­na­ją­cych bar­dziej zwie­rzę­ta niż lu­dzi – pi­ja­nych i trzę­są­cych się ze stra­chu. Sto­ją­cych w mu­rze tarcz i ro­bią­cych pod sie­bie. Pa­mię­tał twarz swo­je­go bra­ta, młod­sze­go o dwa lata, umie­ra­ją­ce­go w jego ra­mio­nach, z ocza­mi peł­ny­mi zdzi­wie­nia i bólu. To wte­dy po­sta­no­wił: dość. Po­rzu­cił miecz. Po­rzu­cił wo­jen­ne ży­cie, by chro­nić ro­dzi­nę. Zna­lazł spo­koj­ne miej­sce w tej za­gu­bio­nej w ostę­pach osa­dzie. Chciał spo­ko­ju dla swo­jej żony i dzie­ci. Ale te­raz… te­raz wła­sny syn na­zwał go tchó­rzem.

Z cięż­kim wes­tchnie­niem pod­szedł do sta­rej, za­ku­rzo­nej skrzy­ni w rogu kuź­ni. Otwo­rzył ją ostroż­nie. W środ­ku, sta­ran­nie owi­nię­ty w po­żół­kłe płót­no, spo­czy­wał po­dłuż­ny przed­miot. Roz­wi­nął go po­wo­li. Miecz. Ostrze wciąż lśni­ło jak nowe. Dłu­ga, pro­sta głow­nia po­ły­ski­wa­ła w pół­mro­ku, a na jej po­wierzch­ni wiły się sub­tel­ne wzo­ry ta­jem­nych zna­ków. W świe­tle pa­da­ją­cym z okna do­strzegł de­li­kat­ne srebr­ne nit­ki, któ­re zdo­bi­ły stal, ukła­da­jąc się w geo­me­trycz­ne kształ­ty i krzy­że. Na sa­mym szczy­cie ostrza, tuż przy rę­ko­je­ści, po­ły­ski­wał znak przy­po­mi­na­ją­cy słoń­ce – ro­ze­ta z pro­mie­nia­mi, któ­ra zda­wa­ła się tchnąć w broń du­szę daw­nych cza­sów.

Rę­ko­jeść mie­cza była pro­sta, ale wy­ra­zi­sta. Gdy ob­ró­cił ostrze, wpa­trzył się w wy­tra­wio­ny bli­sko niej na­pis – le­d­wo wi­docz­ny, ale na­dal czy­tel­ny znak płat­ne­rza, któ­ry chciał, by jego imię prze­trwa­ło lata.

Miecz był cięż­ki, ale do­sko­na­le wy­wa­żo­ny. Każ­dy ruch ostrza wy­da­wał się na­tu­ral­ny, jak­by broń sta­wa­ła się czę­ścią dło­ni, któ­ra ją trzy­ma­ła. To nie była zwy­kła stal – to była broń wo­jow­ni­ka, któ­ry wal­czył na po­lach wie­lu bi­tew i za­wsze no­sił ją z dumą. Ostrze, choć no­si­ło śla­dy wie­lu lat, wciąż było pięk­ne. W jego lśnią­cej po­wierzch­ni za­klę­ta była pa­mięć o po­przed­nich wła­ści­cie­lach i ich bo­jach. Na­wet te­raz, po la­tach spę­dzo­nych w ciem­no­ści skrzy­ni, miecz zda­wał się szep­tać hi­sto­rie o daw­nej chwa­le i już za­po­mnia­nych bi­twach.

Na­zna­czo­ne bli­zna­mi dło­nie za­ci­snę­ły się na rę­ko­je­ści. Cię­żar mie­cza był zna­jo­my i przy­no­sił ze sobą wspo­mnie­nia – bra­ter­stwa, stra­ty, bólu i żalu. Dumy. Spoj­rzał na ostrze i do­strzegł w nim od­bi­cie swo­je­go daw­ne­go ży­cia.

Czy Na­dir zro­zu­mie? Czy bę­dzie mu­siał po­dą­żyć tą samą ścież­ką, by po­jąć, co oj­ciec wi­dział i cze­go do­świad­czył?

Za­mknął oczy, po­zwa­la­jąc wspo­mnie­niom ogar­nąć jego umysł. Czuł, jak w gło­wie za­czy­na­ją kłę­bić się ob­ra­zy z daw­nych dni. Po chwi­li, z cięż­kim wes­tchnie­niem, otwo­rzył je po­wo­li. Sta­ran­nie za­wi­nął ostrze w płót­no i scho­wał miecz z po­wro­tem do skrzy­ni.

Nie. Nie te­raz. I oby ni­g­dy.

A Na­dir biegł, emo­cje wi­ro­wa­ły w nim jak nie­spo­koj­na bu­rza. Wście­kłość mie­sza­ła się z ża­lem, tar­ga­ły nim sprzecz­ne my­śli. Krew pul­so­wa­ła w skro­niach ni­czym ude­rze­nia bęb­na, a w uszach wciąż roz­brzmie­wa­ły peł­ne zło­ści sło­wa rzu­co­ne ojcu w twarz. Każ­dy krok na chrzęsz­czą­cej ścież­ce przy­po­mi­nał mu o wy­rzu­tach su­mie­nia, ale gniew sku­tecz­nie je za­głu­szał.

Wiatr niósł za nim gry­zą­cy za­pach dymu z kuź­ni, wdzie­ra­ją­cy się w noz­drza ni­czym przy­po­mnie­nie o nie­zre­ali­zo­wa­nych ocze­ki­wa­niach. Na brze­gu je­zio­ra zo­ba­czył Mirę. Jej zwy­kle pro­mien­na twarz była te­raz za­my­ślo­na, a w oczach cza­ił się nie­po­kój. Po­de­szła do nie­go po­wo­li, a jej ręce unio­sły się w ge­ście, jak­by chcia­ły go ob­jąć, ale jego wzrok spra­wił, że je cof­nę­ła.

– Na­dirze, co się sta­ło? – za­py­ta­ła ci­cho, do­ty­ka­jąc tyl­ko jego ra­mie­nia de­li­kat­nie. – Wi­dzia­łam, jak wy­bie­głeś z kuź­ni. Zno­wu po­kłó­ci­łeś się z oj­cem?

Jego spoj­rze­nie było peł­ne fu­rii.

– On po pro­stu mnie nie ro­zu­mie! – wark­nął, a jego głos drżał od tłu­mio­nej zło­ści. – Cią­gle po­wta­rza, że je­stem lek­ko­myśl­ny, że nie mam po­ję­cia o od­po­wie­dzial­no­ści! A sam? Cały czas tyl­ko kuź­nia, rola, jak­by to był cały świat! Za­po­mniał, co to zna­czy żyć! I mnie też chce ska­zać na taki los. Ni­g­dy mi nie opo­wie­dział o swo­jej prze­szło­ści. Mil­czy, jak gdy­by to była ja­kaś ta­jem­ni­ca.

Mira cof­nę­ła się o krok, za­sko­czo­na jego gwał­tow­ną re­ak­cją.

– Na­dirze, twój oj­ciec… – za­czę­ła, ale za­wa­ha­ła się, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. – Je­steś dla nie­go nie­spra­wie­dli­wy. On nie za­wsze taki był. Wszy­scy w osa­dzie pa­mię­ta­ją, że kie­dyś był kimś in­nym. A te­raz, bez nie­go i jego pra­cy, by­ło­by nam trud­no. Wszy­scy go po­trze­bu­ją.

– Kim?! – prze­rwał jej Na­dir gorz­kim śmie­chem, któ­ry bar­dziej przy­po­mi­nał pe­łen bólu krzyk. – Kim?! Mó­wisz, że był kimś in­nym, a ja o tym nic nie wiem! Tyl­ko ja­kieś plot­ki. Dla­cze­go?! Dla­cze­go mu­szę żyć w tej cho­ler­nej nie­wie­dzy?! Może ci wszy­scy, o któ­rych mó­wisz, są dla nie­go waż­niej­si niż ja. A dla mnie ma tyl­ko po­ła­jan­ki.

Mira pa­trzy­ła na nie­go z nie­po­ko­jem, a w jej oczach po­ja­wi­ły się łzy.

– Na­dirze, pro­szę, uspo­kój się – wy­szep­ta­ła i pró­bo­wa­ła go ob­jąć.

– Nie do­ty­kaj mnie! – wy­ce­dził przez za­ci­śnię­te zęby, od­su­wa­jąc się gwał­tow­nie.

Jego ręka w od­ru­chu unio­sła się w po­wie­trzu – nie żeby ją ude­rzyć, ale jak­by chciał od­gro­dzić się od wszyst­kie­go, na­wet od niej. Mira drgnę­ła i cof­nę­ła się jesz­cze bar­dziej, a jej spoj­rze­nie w jed­nej chwi­li wy­peł­ni­ło się czymś, co ści­snę­ło go w żo­łąd­ku. Nie był to tyl­ko strach – to było coś wię­cej.

Roz­cza­ro­wa­nie.

Jak­by w tej jed­nej chwi­li prze­sta­ła go po­zna­wać.

– On mnie za­wiódł, Miro. – Jego głos był twar­dy, nie­prze­jed­na­ny. – Za­wsze go po­dzi­wia­łem, a te­raz… te­raz wi­dzę, że jest tchó­rzem.

I wte­dy po­wie­dział coś, cze­go od razu po­ża­ło­wał.

– Może ty też go tak bro­nisz, bo tak samo bo­isz się praw­dy… jak Zby­lut.

Zo­ba­czył, jak Mira otwie­ra usta, ale nie wy­do­by­wa się z nich ani jed­no sło­wo. Jej po­licz­ki bla­dły, a po­tem czer­wie­ni­ły się, jak­by zo­sta­ła ude­rzo­na.

– O czym ty mó­wisz? – szep­nę­ła.

– O tym, że za­wsze znaj­dziesz sło­wa na obro­nę tych, któ­rych lu­bisz. – W jego gło­sie po­ja­wi­ła się go­rycz, któ­rej na­wet nie pró­bo­wał ukryć. – Może dla­te­go tak do­brze do­ga­du­jesz się ze Zby­lu­tem? On też nie ma w so­bie od­wa­gi, po­ta­ku­je wszyst­kim, słu­cha się ro­dzi­ców, za to jest miły, praw­da? Miły, przy­stoj­ny… a na­wet za­baw­ny.

Mira pa­trzy­ła na nie­go, nie ro­zu­mie­jąc.

– Na­dirze. – Jej głos drżał, ale nie było w nim już gnie­wu, tyl­ko ból. – To o to cho­dzi? Na­praw­dę my­ślisz, że…

Nie do­koń­czy­ła. Za­ci­snę­ła usta i po­trzą­snę­ła gło­wą, jak­by nie wie­rzy­ła, że wła­śnie to usły­sza­ła.

– Idę. – Na­dir od­wró­cił się, nie pa­trząc na nią. – Mu­szę być sam.

Rzu­cił się w stro­nę lasu i znik­nął mię­dzy drze­wa­mi.

Mira otar­ła po­li­czek, spo­glą­da­jąc za nik­ną­cą w le­sie syl­wet­ką.

Zno­wu to zro­bił… Zno­wu. Nie wie­dzia­ła, co się z nim ostat­nio dzie­je. Może mają ra­cję, że to krew jego mat­ki bu­rzy się w nim te­raz. Za­wsze go bro­ni­ła, gdy mó­wi­li, że to przez obcą, złą krew. Wie­rzy­ła, że jest naj­lep­szym chło­pa­kiem na świe­cie. Ale w ta­kiej chwi­li jak ta, trud­no jej było utrzy­mać w so­bie tę wia­rę.

Nie chcia­ła o tym my­śleć. Nie te­raz. Nie w ten spo­sób.

Bez­wład­nie usia­dła na mo­krym pia­sku. Za­ci­snę­ła po­wie­ki, by przy­wo­łać inne chwi­le. Te, któ­re były tyl­ko ich.

Wi­dzia­ła sie­bie, jak bie­ga boso po mięk­kim mchu, a on śmie­je się za jej ple­ca­mi, uda­jąc, że nie na­dą­ża. Jak w chłod­nym cie­niu so­sen chwy­ta ją za rękę, cią­gnie do przo­du, aż obo­je wpa­da­ją na po­la­nę, gdzie wy­so­kie pa­pro­cie ko­ły­szą się w ryt­mie cie­płe­go wia­tru. Jak ukry­wa­ją się przed desz­czem pod gę­sty­mi ga­łę­zia­mi, śmie­jąc się, gdy kro­ple spa­da­ją na ich unie­sio­ne ku nie­bu twa­rze.

Pa­mię­ta­ła staw, ukry­ty głę­bo­ko w pusz­czy, gdzie nie do­cie­rał nikt oprócz nich. Woda tam była ciem­na, ci­cha i gład­ka jak ta­fla lodu. Nie po­ru­sza­ła się, na­wet gdy wiatr wpra­wiał nad­brzeż­ne trzci­ny w po­wol­ny ta­niec. Pa­mię­ta­ła, jak sta­nę­ła na omsza­łym ka­mie­niu, po­wo­li zsu­wa­jąc suk­nię z ra­mion. Przez uła­mek chwi­li czu­ła na so­bie jego wzrok, cie­pły i ba­daw­czy, za­nim ma­te­riał opadł ci­cho na zie­mię.

Wcho­dzi­ła do wody ostroż­nie, czu­jąc, jak chłód otu­la jej skó­rę, prze­ni­ka sto­py, łyd­ki, uda. Za­drża­ła – czy z zim­na, czy z cze­goś in­ne­go? On wciąż stał na brze­gu, jak­by za­pa­mię­ty­wał każ­dy jej ruch, każ­dy gest. Do­pie­ro gdy od­wró­ci­ła się i wy­cią­gnę­ła ku nie­mu rękę, uśmie­cha­jąc się lek­ko, on wszedł za nią. Pierw­szy krok był nie­pew­ny, ale po­tem ta­fla za­czę­ła stop­nio­wo, de­li­kat­nie roz­cho­dzić się wo­kół nie­go.

Pa­mię­ta­ła jego do­tyk, czu­łość w tym, jak przy­cią­gnął ją do sie­bie. Pa­mię­ta­ła ich od­de­chy, w któ­rych mie­sza­ły się wil­goć i ży­wicz­ny za­pach boru. Pa­mię­ta­ła, jak le­że­li po­tem na tra­wie – na­gie cia­ła otu­lo­ne zio­ła­mi i okry­wa­ne kwia­ta­mi, któ­re opa­dły z drzew. Wil­got­ne płat­ki przy­kle­ja­ły się do ich skó­ry, a w gęst­nie­ją­cym zmierz­chu sły­sze­li tyl­ko wła­sne od­de­chy i szum drzew nad sobą.

I jesz­cze uro­czy­sko, za­snu­te mgła­mi o świ­cie. Szli tam po­wo­li, jak­by z czcią, w mil­cze­niu, by nie spło­szyć du­chów lasu. Pach­nia­ło wil­got­ną zie­mią, omsza­ły­mi ka­mie­nia­mi, czymś pier­wot­nym i pra­daw­nym. Byli tyl­ko oni – jej dłoń w jego dło­ni, cie­pło, któ­re pły­nę­ło od jego cia­ła.

Był jej ca­łym świa­tem.

Za­ci­snę­ła pal­ce na skraw­ku suk­ni. Nie chcia­ła czuć bólu. Chcia­ła pa­mię­tać je­dy­nie to. Ich śmiech. Cie­pło jego skó­ry. Błysk w ciem­nych, głę­bo­kich oczach, gdy pa­trzył tyl­ko na nią.

Ale echo jego gniew­nych słów wciąż drża­ło w jej my­ślach.

A Na­dir biegł. Biegł co­raz szyb­ciej, czu­jąc, jak jego gniew ustę­pu­je miej­sca zmę­cze­niu i cha­oso­wi my­śli. Ga­łę­zie chło­sta­ły go po twa­rzy, a ostre kol­ce je­żyn dra­pa­ły skó­rę, ale on igno­ro­wał ból.

Las sta­wał się co­raz gęst­szy, a ci­sza wo­kół nie­go na­ra­sta­ła. Ga­łę­zie drzew za­my­ka­ły się nad nim. Tyl­ko echo wła­snych kro­ków i da­le­kie wy­cie wil­ka prze­ry­wa­ło tę zło­wro­gą mar­two­tę.

W koń­cu, wy­czer­pa­ny, do­tarł do zna­jo­me­go miej­sca – wiel­kie­go, sta­re­go dębu. Ko­rze­nie drze­wa, jak ra­mio­na pra­daw­ne­go straż­ni­ka, ota­cza­ły ka­wa­łek zie­mi ni­czym na­tu­ral­ne schro­nie­nie. Pień dębu, na­zna­czo­ny głę­bo­ką szra­mą po pio­ru­nie, zda­wał się pul­so­wać spo­ko­jem i siłą.

Na­dir opadł na zie­mię i oparł ple­cy o szorst­ką korę. Jego od­dech stop­nio­wo zwal­niał, a my­śli kłę­bi­ły się ni­czym bu­rzo­we chmu­ry. Czuł, jak za­czy­na mu wi­ro­wać w gło­wie.

Dla­cze­go oj­ciec ni­g­dy mi nic nie po­wie­dział? Czy Mira mnie te­raz znie­na­wi­dzi? Dla­cze­go wszyst­ko jest ta­kie skom­pli­ko­wa­ne?

Za­mknął oczy, po­zwa­la­jąc, by cię­żar zmę­cze­nia w koń­cu go po­ko­nał. Choć słoń­ce wciąż wi­sia­ło wy­so­ko na nie­bie, wiatr niósł już za­po­wiedź nad­cho­dzą­ce­go chło­du. Cień dębu ota­czał go ni­czym ko­ły­ska, da­jąc schro­nie­nie od moc­nych pro­mie­ni dnia. At­mos­fe­ra tego miej­sca – ci­sza lasu, szum li­ści, za­pach zie­mi – dzia­ła­ła na nie­go ko­ją­co, cała przy­ro­da sta­ra­ła się go uko­ły­sać. W od­da­li za­wył wilk – prze­cią­gle, ża­ło­śnie, jak gdy­by prze­strze­ga­jąc przed czymś, co mia­ło na­dejść.

Na­dir za­snął, lecz w jego umy­śle wciąż brzmia­ły py­ta­nia bez od­po­wie­dzi. We śnie po­now­nie usły­szał wy­cie wil­ka, a jego echo nio­sło się po opu­sto­sza­łej kra­inie…

------------------------------------------------------------------------

1.

3. Le­szy – sło­wiań­ski duch lasu.

2.

4. Wiła – sło­wiań­ski de­mon o dwo­istej na­tu­rze, łą­czą­cy ce­chy nim­fy wod­nej i le­śnej bo­gin­ki, uwo­dzą­cy śpie­wem i plą­czą­cy ścież­ki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij