Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Układanka - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
2699 pkt
punktów Virtualo

Układanka - ebook

Po odkryciu prawdy o swoim dzieciństwie David próbuje pogodzić się ze wspomnieniami, które przez lata pozostawały ukryte. Jednocześnie usiłuje odnaleźć się w uczuciu do Florence – relacji naznaczonej traumą, której oboje doświadczyli.

Gdy kariera Florence wisi na włosku, a David nagle staje się persona non grata, szybko okazuje się, że przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. W tym samym czasie Hanna, szwagierka Florence, pada ofiarą tajemniczych gróźb, które mogą zburzyć jej dotychczasowe życie.

Za wydarzeniami kryją się mroczne motywy i ludzie gotowi przekroczyć każdą granicę, by osiągnąć swoje cele.

Pogrążeni w chaosie, David i Florence muszą ustalić, kto stoi za tym wszystkim.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8457-075-3
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DWUNASTY GRUDNIA

To, co wpra­wia Hannę Tap­per w stan prze­ra­że­nia, to nie złu­dze­nie, że świat roz­padł się nagle na dwie czę­ści. Nie, krew tężeje w jej żyłach z powodu nara­sta­ją­cego w niej powoli trud­nego do opi­sa­nia uczu­cia, że coś jest nie tak. Jak gdyby ktoś prze­me­blo­wał rze­czy­wi­stość, gdy na krótką chwilę spoj­rzała w bok. Patrzy na stół w kuchni i pró­buje sobie przy­po­mnieć tam­ten dzień, kiedy Ber­nard, jej mąż, przy­niósł go do domu pierw­szego wspól­nego lata. Poma­lo­wała go na jasno­nie­bie­ski kolor jesz­cze tego samego wie­czoru. Ber­nard uznał, że Hanna wygląda sek­sow­nie w ciu­chach robo­czych i… ochrzcili ten stół. Póź­niej farba schła znacz­nie wol­niej, niż się spo­dzie­wali, a bluza Hanny popla­miła się na ple­cach na nie­bie­sko.

Dla odmiany aku­rat wtedy jej nie bolało.

Powinna się uśmiech­nąć na to wspo­mnie­nie. Albo wręcz pomy­śleć, że było pod­nie­ca­jące. Jed­nak z jakiejś przy­czyny wydaje jej się nie­rze­czy­wi­ste, jakby to ni­gdy się nie wyda­rzyło. Jak zacho­wać nie­wzru­szoną minę, gdy świat pró­buje nas wytrą­cić z rów­no­wagi? Hanna tłu­ma­czy sobie, że obecna sekunda niczym się nie różni od tej, w któ­rej otwie­rała list. Ale mimo to wszystko wokół niej zamarło, jakby czas sta­nął w miej­scu. A może jest wręcz odwrot­nie? Może czas pędzi na zła­ma­nie karku? Za oknem, po dru­giej stro­nie nie­bie­skiego stołu, pada lekki śnieg. Pokrył ich malutki traw­nik cie­niutką war­stewką bia­łego pudru. Płatki zdają się zawie­szone w powie­trzu. Podob­nie jak puls Hanny.

– Co tam masz? – pyta Ber­nard. – Ktoś nam przy­słał życze­nia na święta?

Hanna się wzdryga. Choć nie, tak jej się tylko wydaje. Na zewnątrz wygląda spo­koj­nie. Jedy­nie w jej wnę­trzu coś wibruje. I nie chce, żeby Ber­nard to dostrzegł. Mąż stoi obok niej i ści­ska w ręce resztę kore­spon­den­cji przy­nie­sio­nej ze skrzynki. Hanna kręci głową. Ma nadzieję, że ma obo­jętną minę.

– Ktoś musiał się pomy­lić – odpo­wiada, bez­tro­sko wyma­chu­jąc kartką w powie­trzu.

Ale ciało ją zdra­dza. Jak zawsze. Błysz­cząca pocz­tówka zgnio­tła się w kur­czo­wym uści­sku jej dłoni. Trzy lata temu naresz­cie udało się jej zajść w ciążę, mimo pro­te­stów leka­rzy. I to tu, na tym stole. Potem opra­wiła w ramki bluzę popla­mioną farbą i zamie­rzała ją wrę­czyć Ber­nar­dowi, gdy będzie mu prze­ka­zy­wała wia­do­mość, że został tatą. Ale poro­niła, zanim obraz zdą­żył zawi­snąć na ścia­nie.

Ber­nard kła­dzie na stole pocztę, zło­żoną głów­nie z ulo­tek rekla­mo­wych, po czym wyj­muje kartkę z dłoni Hanny. Przy­gląda się ilu­stra­cji przed­sta­wia­ją­cej męż­czy­znę w stroju żeglar­skim, który mówi coś, co wydru­ko­wano w chmurce nad jego głową. Marsz­czy czoło.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin – odczy­tuje.

Następ­nie otwiera kartkę.

Hanna wie, że jej mąż nie ma szans tego zro­zu­mieć.

Trzęsą jej się nogi, ale nie chce upaść przy Ber­nar­dzie. Opiera dłoń na stole i wbija wzrok w pół­mi­sek z wędli­nami, który został tam po lun­chu.

– Dziwne – stwier­dza Ber­nard, obra­ca­jąc kartką, jakby szu­kał w niej ukry­tej tre­ści. – Uro­dziny obcho­dzisz dopiero w maju. W dodatku w środku jest pusto.

Hanna wzru­sza ramio­nami.

– Może to kolejna reklama? – rzuca Ber­nard. – Cho­ciaż… pew­nie masz rację. Ktoś musiał się pomy­lić.

Hanna przy­ta­kuje, choć tak naprawdę nie słu­cha jego słów. Ber­nard wresz­cie kła­dzie kartkę na stole, a Hanna uświa­da­mia sobie, że długo wstrzy­my­wała oddech.

– Ja dosta­łem furę pism z urzędu skar­bo­wego – oznaj­mia jej mąż. – Lepiej od razu się nimi zajmę. Pew­nie cho­dzi o reje­stra­cję mojej nowej firmy.

Ber­nard zgar­nia swoje listy i wycho­dzi. Hanna opada na krze­sło. Tylko sekundy dzie­liły ją od osu­nię­cia się na zie­mię. Wyj­muje z kie­szeni inha­la­tor i bie­rze trzy głę­bo­kie wde­chy, nie odry­wa­jąc wzroku od kartki leżą­cej na stole. Potem odkłada lek na astmę i wsuwa sobie dło­nie pod kolana. Jakby się bała, że kartka ją popa­rzy, jeśli jej dotknie.

Ber­nard w jed­nym się nie pomy­lił. Kartka nie jest zaadre­so­wana do niej. Ale Hanna wie, do czy­ich rąk powinna tra­fić. Czyje uro­dziny wypa­dają tego dnia. Opatrz­ność zadbała nie tylko o to, by nie mogła zało­żyć wła­snej rodziny – nie dane było jej nawet zacho­wać pierw­szej.

Życze­nia są dla Cath­rin.

Jej sio­stry, która nie żyje od dwu­dzie­stu lat.

David zerka na Flo­rence roz­ma­wia­jącą przez tele­fon. Wyszli na spa­cer z Kre­ski­nem i David żałuje, że nie wło­żył cie­plej­szej kurtki. Za to bul­dog fran­cu­ski wydaje się nie­po­ru­szony chło­dem i szczeka rado­śnie, pró­bu­jąc kłap­nąć wiru­jące w powie­trzu płatki śniegu. I za każ­dym razem, kiedy mu się to udaje, robi zdzi­wioną minę, że pła­tek się roz­pusz­cza. Nie napa­dało zbyt wiele bia­łego puchu, ale cienka war­stewka pokry­wa­jąca zie­mię iskrzy się w słońcu. Ścieżka mean­druje mię­dzy drze­wami w zagaj­niku rosną­cym za osie­dlem dom­ków sze­re­go­wych, z któ­rych jeden należy do Davida. Kre­skin biega luzem. Zna drogę na pamięć.

David się cie­szy, że Flo­rence jest sku­piona na roz­mo­wie i nie patrzy w jego stronę, bo jest pewien, że ma na twa­rzy idio­tyczny uśmiech. Wciąż nie może uwie­rzyć, że Flo­rence Tap­per, dla któ­rej rzu­ciłby się na łeb, na szyję w oko cyklonu albo wdra­pał na wul­kan i któ­rej widok spra­wia, że zapiera mu dech, jest jego. Choć ma zara­zem pra­wie cał­ko­witą pew­ność, że lada chwila zrobi coś, co ją do niego znie­chęci.

Flo­rence się roz­łą­cza i posyła mu uśmiech.

– Prze­stań się na mnie gapić – mówi. – Nie widzisz, że pró­buję pra­co­wać?

– Komar ci tu sie­dział – odpo­wiada David, muska­jąc dło­nią jej szyję tuż nad czer­wo­nym sza­li­kiem.

Nie ma ręka­wi­czek i dotyk jej skóry powo­duje, że prze­cho­dzi go dreszcz pod­nie­ce­nia. Wciąż nie potrafi dotknąć Flo­rence, nie czu­jąc natych­mia­sto­wej chęci rzu­ce­nia się na nią i zdar­cia z niej ubra­nia. I nie­ważne, że tem­pe­ra­tura sięga trzech stopni poni­żej zera, bo jego ciało pło­nie takim ogniem, że mogłoby sto­pić cały śnieg w pro­mie­niu kilku metrów. David zdaje sobie sprawę, że to reak­cja w stylu macho, pry­mi­tywny zwie­rzęcy instynkt, a on prze­cież skoń­czył już trzy­dzie­ści pięć lat, ale jest, jak jest. I Flo­rence chyba dobrze odczy­tuje jego sygnały, bo odsuwa jego dłoń od swo­jej szyi.

– Serio? – pyta, uno­sząc jedną dłoń. – Komar? W grud­niu?

Minęły dopiero dwa mie­siące, odkąd ofi­cjal­nie zostali parą. Choć czy naprawdę ofi­cjal­nie? Flo­rence wciąż się tro­chę krzywi, kiedy David nazywa ją swoją dziew­czyną.

– Może jed­nak poje­dziesz ze mną jutro do Norrköpingu? – pyta ją. – Tylko pomyśl, dwie noce w hotelu. Tylko ty i ja. Byłoby super­ro­man­tycz­nie.

Flo­rence spo­gląda na niego i marsz­czy czoło.

– Niech no się zasta­no­wię… – mówi. – Pro­po­nu­jesz mi wspólny wypad na Next­Tech, targi przy­cią­ga­jące publicz­ność zło­żoną w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach z mania­ków kom­pu­te­ro­wych płci męskiej…

– Wyjąt­kowo inte­li­gent­nych ludzi – wtrąca David.

– …któ­rzy przy­jeż­dżają tam po to, żeby posłu­chać innych mania­ków…

– Przed­się­bior­ców.

– …a wie­czo­rami chleją piwo i grają w lase­rowy paint­ball?

– To… nie jest obo­wiąz­kowe.

Flo­rence gła­dzi się po bro­dzie, uda­jąc zamy­śle­nie.

– Pod­czas gdy alter­na­tywą dla tego wyjazdu jest pozo­sta­nie w domu, w ciszy wła­snego miesz­ka­nia, z kie­lisz­kiem wina i zacho­wy­wa­nie się jak doro­sły czło­wiek? – dodaje, bio­rąc Davida pod łokieć. – Łatwy wybór – kwi­tuje.

Wyj­muje z kie­szeni zgry­zioną piłkę, na któ­rej widok Kre­skin zaczyna wyma­chi­wać kró­ciut­kim ogon­kiem.

– Poza tym ktoś musi się zająć tym potwo­rem – dorzuca, po czym posyła piłkę łukiem w powie­trze, wzdłuż ścieżki.

Kre­skin star­tuje za zabawką z takim zapa­łem, jakby pierw­szy raz prze­ży­wał taką frajdę.

– A mówiąc cał­kiem poważ­nie, mam już plany – oznaj­mia Flo­rence. – Umó­wi­łam się z moim daw­nym pro­mo­to­rem. Zapro­sił mnie do Restau­ra­cji Gon­do­len.

– Ha! Gdy nie ma kota, myszy har­cują! – wykrzy­kuje David. – To zna­czy… yyy… Cho­dziło mi o to, że… Niech to szlag. Źle się wyra­zi­łem.

– On ma sie­dem­dzie­siąt lat – odpo­wiada Flo­rence, opusz­cza­jąc pięść, którą przed momen­tem lekko zdzie­liła Davida w pierś.

David wzdy­cha. Potrafi poznać, kiedy prze­grał. Ale chwyta rękę Flo­rence i przy­ci­ska ją z powro­tem do swo­jej klatki pier­sio­wej. Pła­tek śniegu wylą­do­wał na jej rzę­sach. Serce Davida bije mocno, jakby pró­bo­wało wysko­czyć i spo­cząć na dłoni Flo­rence. Chciałby jej wyja­śnić, że dni spę­dzane bez niej są naj­nud­niej­szym cza­sem w jego życiu. Ale nic nie mówi.

Wyda­rze­nia z minio­nej jesieni zbli­żyły ich do sie­bie. Zawdzię­cza to wszyst­kiemu, co David wtedy odkrył, począw­szy od faktu, że jest jed­nym z trojga braci – w dodatku tro­jacz­ków – aż do tra­gicz­nej śmierci Johana Arvids­sona i Klausa Nordströma. Johan był jego tera­peutą i poma­gał Davi­dowi radzić sobie z przy­pa­dło­ścią pole­ga­jącą na tym, że nie pamię­tał pierw­szych dwu­na­stu lat swo­jego życia. Klaus Nordström był komen­dan­tem sztok­holm­skiej poli­cji i człon­kiem taj­nego klubu zwa­nego Towa­rzy­stwem. To wła­śnie ono zle­ciło Joha­nowi opiekę nad Davi­dem oraz zadba­nie o to, by ni­gdy sobie nie przy­po­mniał wyda­rzeń z dzie­ciń­stwa w Smålandii. I jesie­nią David i Flo­rence musieli się zmie­rzyć z zagro­że­niem ze strony człon­ków tej orga­ni­za­cji.

Czyż można przejść razem taką próbę ognia i się do sie­bie nie zbli­żyć? Pierw­szy lep­szy psy­cho­log po week­en­do­wym kur­sie doszedłby do wnio­sku, że wła­śnie dla­tego David jest prze­ko­nany, że kocha Flo­rence. Ale prawda jest taka, że zapa­łał do niej uczu­ciem na długo przed wyda­rze­niami z jesieni. I po pro­stu potrze­bo­wał tro­chę czasu, by to zro­zu­mieć.

Ale mimo to nic nie mówi. Flo­rence już kilka razy nazwała go „straszną przy­lepą”. David ni­gdy wcze­śniej o tym nie myślał, ale zapewne fakt, że dora­stał w towa­rzy­stwie dwóch braci bliź­nia­ków, wytwo­rzyła w nim potrzebę bycia bli­sko dru­giej osoby. I pew­nie z tej samej przy­czyny – para­dok­sal­nie – pod­świa­do­mie sabo­to­wał wszyst­kie swoje dotych­cza­sowe związki. Spra­wiał, że jego part­nerki zaczy­nały tra­cić oddech. Tłam­sił je i przy­śpie­szał pro­ces zbli­ża­nia się do sie­bie. Ale tym razem nie chce popeł­nić tego błędu.

Kre­skin wraca z piłką. Pod­biega do Davida i kła­dzie się na boku w śniegu, jakby doznał nagłego para­liżu. Ale za moment prze­wraca się na grzbiet, z łap­kami w powie­trzu i piłką w zębach. David wie, o co mu cho­dzi.

– Kto jest dooobrym pie­skiem? – mówi i schyla się nad zwie­rza­kiem, żeby podra­pać go po brzu­chu. – Poka­za­łeś piłce, kto tu rzą­dzi? Poka­za­łeś?

Kre­skin mru­czy z zachwytu.

– Masz jakieś wie­ści od Samira? – Ku roz­cza­ro­wa­niu bul­doga David się pro­stuje i prze­nosi wzrok na Flo­rence. – Poli­cja coś usta­liła?

Media długo roz­pi­sy­wały się o podwój­nym zabój­stwie Arvids­sona i Nordströma. A w pierw­szych dniach prze­ści­gały się w wymy­śla­niu teo­rii na temat zaan­ga­żo­wa­nia komen­danta w tę tajem­ni­czą sprawę. Poli­cja kon­se­kwent­nie odma­wiała komen­ta­rzy, więc po jakimś cza­sie zain­te­re­so­wa­nie dzien­ni­ka­rzy osła­bło. Ale David i Flo­rence wie­dzą, że śled­czy mogą natra­fić na trop pro­wa­dzący pro­sto do Davida i jego matki. I dzięki Sami­rowi – ich uszom i oczom w komen­dzie – są na bie­żąco z usta­le­niami w śledz­twie.

Kre­skin naj­wy­raź­niej znu­dził się cze­ka­niem, bo wstaje i kła­dzie piłkę u stóp Flo­rence. Ta ją pod­nosi i rzuca w kępę drzew przy ścieżce. Psiak przez krótką chwilę młóci śnieg łap­kami, po czym wresz­cie star­tuje z miej­sca, nabiera pręd­ko­ści, z głu­chym pac­nię­ciem prze­bija niską zaspę i wpada w zaro­śla.

– Wciąż szu­kają powią­zań mię­dzy Klau­sem a Joha­nem – odpo­wiada Flo­rence. – Są prze­ko­nani, że poza­bi­jali się nawza­jem.

To w poło­wie prawda, bo Johan zabił Klausa. A odci­ski pal­ców Klausa zna­la­zły się na ręko­je­ści noża, któ­rym pozba­wiono życia Johana. Śled­czy nie mają jed­nak poję­cia, że Johana zamor­do­wał San­dro, nie są świa­domi rów­nież tego, że San­dro polo­wał na Davida.

– San­dro wyko­nał nie­złą robotę, zni­ka­jąc po wszyst­kim bez naj­mniej­szego śladu – dodaje Flo­rence. – Poza tym poli­cja nie wie, że ty i ja tam byli­śmy i wszystko widzie­li­śmy.

Nie­stety nie mogą być pewni, że tak pozo­sta­nie. Wystar­czy, że któ­ryś ze śled­czych albo co bar­dziej zago­rza­łych repor­te­rów ruszy głową i powiąże Davida z tymi tra­gicz­nymi wyda­rze­niami. Bo to wła­śnie on jest wspól­nym mia­now­ni­kiem łączą­cym Johana i Klausa.

Spo­śród drzew dobiega szcze­ka­nie Kre­skina.

– Może już czas, żeby­śmy się ode­zwali do Urbana? – pro­po­nuje David. – Wiem, że musimy być ostrożni, ale żaden trop nie wska­zuje na niego, a ja chciał­bym go o coś zapy­tać i bar­dzo mi zależy na uzy­ska­niu odpo­wie­dzi.

– Znik­nął jeden z two­ich braci – odpo­wiada Flo­rence. – Naprawdę uwa­żasz, że Urban wie, co się z nim stało?

David dora­stał z dwoma braćmi. Kiedy jeden z nich zmarł, David i drugi brat pró­bo­wali uciec z domu. David ude­rzył się w głowę i stra­cił przy­tom­ność oraz pamięć, ale bratu się udało. I od tam­tego dnia minęły dwa­dzie­ścia trzy lata.

Urban Jacobs­son to nie tylko naj­więk­szy w kraju pro­du­cent śru­bek i wła­ści­ciel nie­ru­cho­mo­ści, ale w dodatku jedyna osoba – znana Davi­dowi i Flo­rence – która w swoim cza­sie nale­żała do Towa­rzy­stwa. I w odróż­nie­niu od Klausa jesie­nią pró­bo­wał im pomóc. Bez Urbana David do dziś błą­dziłby w ciem­no­ści. Albo byłby mar­twy.

– Pomy­śla­łam o tym samym – dodaje Flo­rence i ponow­nie wyj­muje tele­fon. – Może rze­czy­wi­ście już pora się do niego ode­zwać.

– Na pewno się ucie­szy… – komen­tuje David z krzy­wym uśmiesz­kiem.

Pod­czas gdy Flo­rence szuka w kon­tak­tach nazwi­ska Urbana, David wcho­dzi do zagaj­nika. Gdzie, u dia­bła, podziewa się ten pies? W końcu dostrzega Kre­skina. Bul­dog ma całą mordkę w śniegu i wła­śnie zako­puje coś z zapa­łem w świeżo wygrze­ba­nym dołku. Spod war­stewki ziemi wystaje coś łudząco podob­nego do czer­wo­nej piłki.

– Kre­skin, gdzie masz piłkę? – pyta go David.

Psiak odwraca głowę w jego stronę, sta­wia uszy i ziaje, pod­czas gdy jego tylne łapki zako­pują skarb.

– Zgu­biła się? – zaga­duje go dalej David. – Co za szkoda! Musimy wra­cać do domu.

Kre­skin wydaje trium­falne szczek­nię­cie i prze­biega obok swo­jego pana. Wraca na ścieżkę, nie oglą­da­jąc się w tył. David kręci głową.

Pod­cho­dzi do Flo­rence, gdy ta wła­śnie koń­czy roz­mowę.

– Mia­łeś rację, mój tele­fon nie spra­wił mu przy­jem­no­ści – stwier­dza Flo­rence. – Ale zgo­dził się z nami spo­tkać dziś po połu­dniu.

David odpo­wiada jej kiw­nię­ciem głowy.

– Ale nie rób sobie zbyt wiel­kich nadziei – dodaje Flo­rence na widok jego miny. – Twój brat znik­nął dawno temu. Moim zda­niem szanse na to, że wciąż żyje i że Urban wie, gdzie go zna­leźć, są bar­dzo nie­wiel­kie.

– Wiem – przy­znaje David i ponow­nie przy­ta­kuje.

Mimo to nie porzuca nadziei. Przez całe świa­dome życie czuł się nie­kom­pletny. Jakby gdzieś po dro­dze zgu­bił kawa­łek sie­bie. I gdyby się jed­nak oka­zało, że jego brat żyje i w dodatku Urban wie, gdzie jest… poczułby się tak, jakby odna­lazł tę bra­ku­jącą część.

Przy­staje, obej­muje Flo­rence i mocno ją przy­tula. Wciąga do płuc jej zapach. Flo­rence pach­nie zimo­wym słoń­cem, let­nimi kąpie­lami, przy­godą i obiet­nicą. David znów karci się w myślach za swoje sza­blo­nowe myśle­nie. Jej cie­pło prze­nika jego ubra­nie i dociera do jego ciała. Flo­rence nie pró­buje się wyswo­bo­dzić.

– Kiedy wró­cimy, będziesz moja – szep­cze, wtu­lony ustami w jej włosy. – Zdą­żymy przed spo­tka­niem z twoją sio­strą.

– Nie sądzi­łam, że po wczo­raj­szym tak szybko odzy­skasz siły – odpo­wiada Flo­rence, przy­wie­ra­jąc do niego jesz­cze moc­niej.

Jego ciało reaguje natych­miast. Flo­rence unosi kącik ust, naj­wy­raź­niej zado­wo­lona z efektu, jaki na nim wywarła.

– Lepiej dotrzy­maj obiet­nicy – szep­cze mu do ucha. – Bo jeśli nie dotrzy­masz, przez cały tydzień zmy­wasz gary.

Hanna spo­gląda na pier­niczki przez szybkę pie­kar­nika.

– Niech to jasny szlag! – wykrzy­kuje i otwiera drzwiczki.

Cia­steczka są czarne jak węgielki. Dosłow­nie przed chwilą wyglą­dały na wciąż nie­upie­czone, więc zosta­wiła je jesz­cze na moment, ale led­wie zdą­żyła się odwró­cić, a już się spa­liły.

– Co się dzieje? – pyta Ber­nard, zaglą­da­jąc do kuchni.

Odka­słuje, gdy swąd spa­le­ni­zny dociera do jego noz­drzy. Hanna czuje, że zaraz się roz­pła­cze. Pró­buje powstrzy­mać łzy. To nie­nor­malne, ryczeć z powodu spa­lo­nych cia­stek. Ale kura­cja hor­mo­nalna wytrą­ciła ją z rów­no­wagi. Hanna wie, że to jedyny powód jej zmien­nych nastro­jów, jed­nak ta wie­dza w niczym jej nie pomaga. Świat sprzy­siągł się prze­ciwko niej, a ona czuje się jak stara baba. W dodatku tak bez­na­dziejna, że nie potrafi nawet upiec dur­nych pier­nicz­ków.

– Spo­koj­nie, no już… Prze­cież to nic takiego – uspo­kaja ją Ber­nard.

Wyj­muje bla­chę z pieca i kła­dzie ją na pod­stawce. Potem przy­tula Hannę.

– To tylko kilka cia­stek – mówi.

– Myślisz, że o tym nie wiem? – Hanna pociąga nosem. – Założę się, że twoje ide­alne sio­stru­nie ni­gdy nie spa­liły pier­nicz­ków. Zwłasz­cza Flo­rence…

– Moż­liwe, że masz rację. Ale w przy­padku Flo­rence tylko dla­tego, że ni­gdy w życiu nie posu­nęła się do tego, żeby spró­bo­wać je upiec.

– Ale gdyby się posu­nęła, na pewno wyszłyby jej świetne! Ona i David będą mieli śliczne dzieci…

Ber­nard odsuwa żonę na odle­głość wycią­gnię­tych rąk i zagląda jej w oczy.

– Nie wybie­gajmy tak daleko w przy­szłość – mówi.

– Wiesz, o co mi cho­dzi – mam­ro­cze Hanna, spusz­cza­jąc wzrok.

To z jej winy nie mogą się docze­kać dziecka. Nie­ważne, co mówi o tym Ber­nard. Zaczęło się, kiedy była nasto­latką. Pod­czas mie­siączki strasz­nie bolał ją brzuch. To wła­ści­wie nie był ból, tylko uczu­cie, jakby ktoś kroił jej ciało nożem. Mie­siąc w mie­siąc. W końcu leka­rze posta­wili dia­gnozę: endo­me­trioza. Hanna była wtedy za młoda, żeby zro­zu­mieć wszyst­kie szcze­góły, ale dotarło do niej tyle, że będzie cier­piała ból do końca życia i zapewne nie zaj­dzie w ciążę drogą natu­ralną.

W dodatku jedyny lek przy­no­szący ulgę w cier­pie­niu obni­żał poziom estro­genu, przez co prze­stała mieć owu­la­cję. Ow­szem, zła­go­dziło to ból, ale mogła zapo­mnieć o zało­że­niu rodziny. Nie wspo­mi­na­jąc o ocho­cie na seks. W zamian przy­szło jej się pogo­dzić z dodat­ko­wymi pięt­na­stoma kilo­gra­mami na wadze i kiep­ską cerą. Lata mię­dzy pięt­na­stymi a dwu­dzie­stymi pią­tymi uro­dzi­nami nie były naj­lep­szym okre­sem w jej życiu.

Ale potem poznała Ber­narda i pierw­szy raz ujrzała świa­tełko w tunelu. Bar­nard zapro­po­no­wał, żeby spró­bo­wali metody in vitro. Ale Han­nie nie wycho­dziło nawet to. I wła­śnie zaczęli piątą próbę. Być może ostat­nią. Ber­nard nie poru­sza tego tematu, ale już raz wspo­mniał o adop­cji. Hanna byłaby na jego miej­scu strasz­nie roz­cza­ro­wana, więc jest pewna, że wła­śnie tak czuje się jej mąż. Mimo że on mówi coś innego.

Jej rodzice, Sören i Anita, też ucie­szy­liby się z wnu­ków. Wpraw­dzie mają już Adama, bra­tanka Hanny, i twier­dzą, że są tym usa­tys­fak­cjo­no­wani, ale Hanna wie, jaka jest prawda.

Zwłasz­cza że sio­stry jej męża mnożą się na potęgę. Pomi­ja­jąc Flo­rence, która jest na tyle bez­czelna, że nawet nie pró­buje. Ale na pewno, jak więk­szość kobiet, uważa macie­rzyń­stwo za oczy­wi­stość. Ma wybór. I jeśli tylko zapra­gnie mieć dziecko, na pewno zaj­dzie w ciążę bez zdej­mo­wa­nia ubrań.

Hanna zerka w lustro i zamiera na swój widok. Kim­kol­wiek jest osoba patrząca na nią z dru­giej strony, nie życzy sobie nią być. Pie­przone hor­mony. Wie, że nie ma powodu zło­ścić się na Flo­rence. Ale dobrze jest troszkę sobie ulżyć.

– Muszę jesz­cze chwilkę popra­co­wać nad arty­ku­łem o tacie – mówi, osu­sza­jąc łzy skraw­kiem papieru do pie­cze­nia. – Zna­la­złam jesz­cze parę osób, z któ­rymi warto prze­pro­wa­dzić wywiad. Mam nadzieję, że powie­dzą mi wię­cej, niż zdo­ła­łam usta­lić do tej pory. Szcze­rze mówiąc, nie spo­dzie­wa­łam się, że tak trudno będzie skło­nić ludzi do mówie­nia o nim. Przy­po­mnisz mi, o któ­rej mamy być u two­jej sio­stry?

– Phi­lo­mene pro­siła, żeby­śmy wpa­dli koło siód­mej – odpo­wiada Ber­nard. Zerka na zega­rek. – Przy­po­mi­nam przy oka­zji, że idziemy do mojej sio­stry i two­jego brata. Na wypa­dek gdy­byś zapo­mniała, że są mał­żeń­stwem.

– Świet­nie. Zdążę upiec nową por­cję pier­nicz­ków.

Flo­rence nie zdą­żyła nawet otwo­rzyć drzwi w win­dzie, bo Marco, kie­rowca i „czło­wiek od wszyst­kiego” Urbana Jacobs­sona, robi to za nią. Uśmie­cha się przy tym od ucha do ucha.

– Flo­rence! – wykrzy­kuje. Ujmuje jej twarz obiema dłońmi i cmoka ją w policzki. – _Me alle­gro de verte!_

Jego bujne wąsy łasko­czą ją w brodę.

– Ja też się cie­szę, że cię widzę, Marco – odpo­wiada.

– Urban czeka na was w salo­nie. – Pro­wa­dzi ich kory­ta­rzem do miesz­ka­nia. – Nie­stety _señora_ Kic­kan wła­śnie wyszła.

Drzwi do „skrom­nego” apar­ta­mentu Jacobs­sona w kamie­nicy przy Narvavägen są otwarte na oścież. Nie­wy­klu­czone, że cena najmu tego lokum byłaby naj­wyż­sza w całym mie­ście, gdyby nie fakt, że Urban jest wła­ści­cie­lem całego budynku.

Hol wyło­żony mar­mu­rem wydaje się Flo­rence więk­szy, niż zapa­mię­tała. Ma wra­że­nie, że zmie­ści­łoby się w nim jej całe miesz­ka­nie. Przy­po­mina sobie, co Marco wła­śnie powie­dział o Kic­kan, i zerka na Davida. On chyba myśli o tym samym. Byłoby lepiej, gdyby żona Jacobs­sona wzięła udział w tej roz­mo­wie. Wła­dza, jaką spra­wuje nad mężem, pomo­gła im już nie raz.

Marco odchrzą­kuje i podaje im dwie pary folio­wych ochra­nia­czy na buty.

– _La señora_ kazała poło­żyć białą wykła­dzinę w salo­nie – wyja­śnia.

„No jasne” – myśli Flo­rence. „Biała wykła­dzina. W środku zimy”. Zakłada worki z gumką na obu­wie. David robi to samo. Potem wcho­dzą scho­dami na pię­tro. Echo roz­nosi sze­lest ochra­nia­czy na par­kie­cie, ale gdy wkra­czają do salonu, wszyst­kie dźwięki cichną. Wykła­dzina wygląda jak koł­dra puszy­stego śniegu.

Flo­rence spo­dzie­wała się, że gigan­tyczny tele­wi­zor na ścia­nie będzie włą­czony i zoba­czy frag­ment któ­re­goś z ulu­bio­nych pro­gra­mów Jacobs­sona. Ten rekin biz­nesu ma bowiem sła­bość do _reality show_ dla gospo­dyń domo­wych w dowol­nym ame­ry­kań­skim mie­ście. Ale ekran jest czarny, a Urban czeka na nich na środku salonu. To zły znak.

– Flo­rence! Davi­dzie! – wypo­wiada ich imiona i wita się z nimi kiw­nię­ciami głowy. – Domy­ślam się, Flo­rence, że popro­si­łaś o spo­tka­nie, żeby­śmy mogli for­mal­nie zakoń­czyć współ­pracę? Zatrud­ni­łem cię do repre­zen­to­wa­nia Davida, a to już nie­po­trzebne. Mam pod­pi­sać jakiś papier?

– Yyy… Oczy­wi­ście, przy­go­tuję roz­li­cze­nie – odpo­wiada Flo­rence. – Nie trzeba nic pod­pi­sy­wać, jutro prze­ślę ci mailem fak­turę. Ale nie w tej spra­wie dzwo­ni­łam. Mamy do cie­bie jesz­cze jedno pyta­nie.

Urban demon­stra­cyj­nie wzdy­cha i siada w fotelu. Zakłada nogę na nogę i łączy dło­nie w pira­midkę. „Okej” – myśli Flo­rence. „Znowu gramy w tę grę. Niech ci będzie”. Ona też jest w tym dobra.

– Wy dwoje zawsze wymy­śla­cie coś nowego – komen­tuje Jacobs­son.

Popeł­nił błąd, sia­da­jąc. Flo­rence robi dwa kroki w jego stronę i teraz, chcąc z nią roz­ma­wiać, Urban musi patrzeć w górę.

– Brat Davida – zaczyna praw­niczka. – Ten, któ­remu udało się uciec.

Jacobs­son ma nie­wzru­szoną minę.

– Rozu­miem, dla­czego o nim wcze­śniej nie wspo­mnia­łeś – włą­cza się David. – Do któ­re­goś momentu wciąż była szansa na to, że nic sobie nie przy­po­mnę. Ale teraz już wiem, że ktoś mu wtedy pomógł. Że całą tę naszą ucieczkę zor­ga­ni­zo­wał ktoś z Towa­rzy­stwa. I nawet jeśli cie­bie tam nie było, musia­łeś coś wie­dzieć. To wszystko, o co pro­szę. Powiedz mi, jak mogę odna­leźć brata.

Flo­rence wie, że David bar­dzo się stara nie budzić w sobie wiel­kich nadziei. Jego brat mógł prze­cież uto­nąć w jezio­rze tam­tej pamięt­nej nocy. Mimo to sły­szy w jego gło­sie nutkę despe­ra­cji. Bo jego brat rów­nie dobrze może być pilo­tem samo­lo­tów pasa­żer­skich, wykła­dać na uni­wer­sy­te­cie, pra­co­wać jako prze­wod­nik gór­ski w Andach albo zawo­dowo grać w pokera. A może jest bez­domny? Wszystko jest moż­liwe.

Urban kręci głową.

– Nie powi­nie­neś tu przy­cho­dzić – mówi do Davida. – Gdyby Towa­rzy­stwo się dowie­działo, że tu jesteś… – Milk­nie w poło­wie zda­nia.

Zapada cisza nazna­czona nie­wy­po­wie­dzianą groźbą.

– Ale się nie dowie – odpo­wiada Flo­rence. – Bo nikomu nie powiesz o naszej wizy­cie, prawda?

Urban roz­gląda się po pokoju. Zawie­sza wzrok za ple­cami Davida i Flo­rence i robi taką minę, jakby się nad czymś zasta­na­wiał.

– Chyba nie sądzi­cie, że już po wszyst­kim? – odzywa się po chwili.

Flo­rence zerka na Davida. Jacobs­son ni­gdy wcze­śniej nie był skłonny do takich wyznań.

– Nie sły­sze­li­śmy o Towa­rzy­stwie, odkąd napu­ściło na nas San­dra i Esbena – odpo­wiada Flo­rence. – Wygląda na to, że się wyco­fali, kiedy wkro­czyła poli­cja.

Jacobs­son kręci głową.

– To nie Towa­rzy­stwo zatrud­niło San­dra – wyja­śnia. – On to zro­bił. I szcze­rze wąt­pię, żeby się wyco­fał. Pew­nie tylko czeka na odpo­wied­nią oka­zję. Ale co ja tam wiem? Już od dawna nie zwie­rza nam się ze swo­ich pla­nów.

– O kim ty mówisz? – pyta David.

– Sądzę, że wiesz. W swoim cza­sie spo­ty­ka­łeś go czę­ściej niż nas.

David chwyta Flo­rence za przed­ra­mię, a ona zagląda mu w oczy. I przez sekundę widzi w nich prze­ra­żo­nego dzie­się­cio­latka.

– Ale nie po to tutaj przy­szli­ście – kon­ty­nu­uje Urban, choć prze­ma­wia tonem nie­do­pusz­cza­ją­cym żad­nych pytań. – W kwe­stii two­jego brata wie­cie wła­ści­wie wszystko. To było dawno temu. Muszę się pofa­ty­go­wać do mojej skrytki ban­ko­wej i zaj­rzeć do sta­rych papie­rów. Spo­tkajmy się ponow­nie pod koniec tygo­dnia. Dam wam wszyst­kie mate­riały, jakie posia­dam. W zamian za obiet­nicę, że póź­niej zosta­wi­cie mnie w spo­koju. Nie chcę mieć z tym wię­cej do czy­nie­nia. – Robi pauzę, ale po chwili znów się odzywa, tym razem o wiele przy­jaź­niej­szym tonem: – Nic chcę cię roz­cza­ro­wy­wać, Davi­dzie, ale od dłu­giego czasu nie mam żad­nych wie­ści.

– Ale on żyje? – rzuca David.

W jego oczach pło­nie tak wiel­kie pod­eks­cy­to­wa­nie, że Flo­rence boi się eks­plo­zji.

– Nie mam poję­cia – odpo­wiada Urban. – Ale mam nadzieję, że tak. Po tym, ile dla niego prze­szli­śmy…

– My? – pyta David z naci­skiem. – Czyli kto?

– To… Nie mogę tego zdra­dzić – stwier­dza Jacobs­son i odchrzą­kuje. – Nie gadaj za dużo na ten temat.

Urban milk­nie i marsz­czy czoło. Flo­rence daje Davi­dowi dys­kretny znak dło­nią, by odpu­ścił. Nie chce, by Jacobs­son poczuł się posta­wiony pod ścianą i wyco­fał się ze zło­żo­nej przed chwilą obiet­nicy. Zwłasz­cza w sytu­acji, gdy nie ma przy nim Kic­kan, która jako jedyna jest w sta­nie wepchnąć go na wła­ściwy tor.

– Bar­dzo dzię­ku­jemy – mówi z sze­ro­kim uśmie­chem. – Prze­ślę mailem doku­menty doty­czące naszej współ­pracy i będę cze­kać na wia­do­mość w spra­wie tych papie­rów. Obie­cuję, że potem nie będziesz musiał nas wię­cej oglą­dać.

Wysi­liła się na rze­czowy, pro­fe­sjo­nalny ton, żeby roze­gnać emo­cje obu­dzone wcze­śniej­szą roz­mową. Bo pod ich wpły­wem Urban mógłby się wyco­fać.

– Prze­każ, pro­szę, nasze ser­deczne pozdro­wie­nia swo­jej wspa­nia­łej żonie – dodaje. – I Pau­li­nie.

Wszy­scy troje żegnają się uści­skami dłoni, po czym Flo­rence i David wra­cają do holu. Marco czeka tam na nich, by ode­brać ochra­nia­cze na obu­wie. Flo­rence świa­do­mie zakoń­czyła spo­tka­nie wspo­mnie­niem Pau­liny – doro­słej córki Jacobs­sona, z którą odzy­skał kon­takt dzięki Davi­dowi i Flo­rence. Nie może tego powie­dzieć wprost, ale Urban jest im winien przy­sługę.

Napo­leon stoi na pomo­ście i patrzy na zamar­z­niętą zatokę. Już pra­wie noc. Choć to nie ma zna­cze­nia, bo słońce i tak zaszło już około trze­ciej po połu­dniu. Chłody przy­szły w tym roku wcze­śniej niż zwy­kle i traw­nik za ple­cami Napo­leona wygląda jak gładka biała koł­dra. Jedyne ślady, jakie na niej widać, to odci­ski jego butów pro­wa­dzące nad brzeg. Lubi tu przy­cho­dzić wie­czo­rami. Uważa, że pomo­sty mają w sobie coś wyjąt­ko­wego. Kuszą ilu­zją sta­łego lądu, ale w rze­czy­wi­sto­ści są tylko kru­chymi języ­kami wysta­wio­nymi w chaos i mrok. I sto­jąc na pomo­ście, stoi się nad otchła­nią.

Napo­leon kręci głową. Nie ma czasu na filo­zo­fo­wa­nie, nie­ważne, czy Nie­tz­sche miał rację, czy nie. Spo­gląda na tele­fon w swo­jej dłoni. Już naj­wyż­sza pora na następny krok, bo poli­cja zdą­żyła tro­chę ochło­nąć. Potem nagle sobie uzmy­sła­wia, że skoro San­dro nie żyje, już nikt nie nazywa go „Napo­leonem”. Bo to San­dro wymy­ślił to prze­zwi­sko. Mimo to podoba mu się taka ksywka, cho­ciaż cesarz Napo­leon Bona­parte, jak na jego gust, za bar­dzo rzu­cał się w oczy. Ale było w nim zara­zem coś, co spra­wia, że Napo­leon posta­na­wia zostać przy tym pseu­do­ni­mie. To prak­tyczne mieć dru­gie imię dla tej czę­ści sie­bie, która musi cza­sem… wziąć sprawy w swoje ręce. Ist­nieje więc on oraz Napo­leon. Nie ozna­cza to, że doznał nagłego roz­sz­cze­pie­nia jaźni. Nie, by­naj­mniej nie osza­lał. Po pro­stu dzięki temu w jego spra­wach będzie pano­wał więk­szy porzą­dek.

Począt­kowy plan nie zakła­dał wyeli­mi­no­wa­nia Davida Lunda, tylko porządne nastra­sze­nie go. Ale, jak to bywa z pla­nami, po dro­dze uległ on pew­nej mody­fi­ka­cji. David Lund oka­zał się o wiele bar­dziej uparty, niż Napo­leon prze­wi­dy­wał, więc osta­tecz­nie musi znik­nąć. To jedyne roz­wią­za­nie. I w zależ­no­ści od tego, jak sprawy się ułożą – a to, co wyda­rzyło się do tej pory, prze­kro­czyło jego naj­śmiel­sze wyobra­że­nia – może się oka­zać, że ta część planu zosta­nie zre­ali­zo­wana bez więk­szej zwłoki. Na szczę­ście w Towa­rzy­stwie wciąż są osoby, które zdają sobie sprawę z powagi sytu­acji. I które zapła­ci­łyby zbyt wysoką cenę, gdyby David zaczął mówić.

Napo­leon odblo­ko­wuje tele­fon, wybiera numer i wci­ska zie­loną słu­chawkę. I gdy tylko sły­szy głos po dru­giej stro­nie, zaczyna wyja­śniać, co ma być zro­bione. Nie trwa to długo, bo osoba, z którą roz­ma­wia, jest bystra i nie trzeba jej niczego powta­rzać. Nie to, co ta roz­hi­ste­ry­zo­wana, cia­sto­wata oferma Urban Jacobs­son.

Wiatr hula po Baggensfjärden, zdmu­chu­jąc z zatoki śnieg. Napo­leon obej­muje się rękami, bo prze­nika go chłód. Zaczął wdra­żać nowy plan już kilka tygo­dni temu i do tej pory wszystko układa się po jego myśli.

Szu­ka­jąc w apa­ra­cie kolej­nego numeru, rusza z powro­tem do domu. Chwilę póź­niej dzwoni do Urbana.

Cia­sto­wate ofermy mają jedną zaletę – da się je for­mo­wać wedle wła­snej woli.

Flo­rence wysiada z tak­sówki pro­sto w zaspę. Wresz­cie dotarli do Phi­lo­mene i Micha­ela. Spóź­nieni, bo David aż nadto wywią­zał się ze zło­żo­nej jej wcze­śniej obiet­nicy. Flo­rence boi się nawet spoj­rzeć na zega­rek. W dodatku w jed­nym bucie ma teraz mnó­stwo śniegu.

Prze­kli­na­jąc pod nosem, wyciąga stopę ze skó­rza­nego trze­wika. Natych­miast wpada do niego jesz­cze wię­cej bia­łego puchu. David wysiada po dru­giej stro­nie, z Kre­ski­nem na rękach. Uśmie­cha się łobu­zer­sko na widok Flo­rence balan­su­ją­cej na jed­nej nodze, z butem w dłoni, pró­bu­ją­cej wytrze­pać z niego śnieg.

– Jedno słowo i nie żyjesz – war­czy Flo­rence.

David prze­suwa po ustach pal­cem wska­zu­ją­cym zetknię­tym z kciu­kiem, jakby zapi­nał zamek bły­ska­wiczny. Zaraz potem udaje, że wyrzuca klu­czyk. Ale wciąż się uśmie­cha. Tak bez­czel­nie, że Flo­rence chęt­nie wymie­rzy­łaby mu poli­czek. Ale David jest na to zbyt przy­stojny. Zwłasz­cza kiedy ma taką zado­wo­loną minę. W odróż­nie­niu od niego wcale nie jest taka pewna, czy czeka ich wspólna przy­szłość, nie­mniej jed­nak podoba jej się to, co łączy ich obec­nie. Ale jej były mąż nauczył ją jed­nego – że wła­sne uczu­cia mogą być złudne. David zdą­żył już nawet zapro­po­no­wać, by razem zamiesz­kali, na co Flo­rence zare­ago­wała ata­kiem paniki. Jej zda­niem dobrze jest tak, jak jest. Przy­naj­mniej zanadto się nie zra­nią, kiedy przyj­dzie im ze sobą zerwać.

Ulica, na któ­rej zosta­wiła ich tak­sówka, jest słabo oświe­tlona. Ciem­ność roz­pra­sza tylko kilka usta­wio­nych z rzadka latarni. Za to miesz­kańcy nie­wiel­kich drew­nia­nych domów dali z sie­bie wszystko, by to nad­ro­bić, deko­ru­jąc ogródki lamp­kami i sta­wia­jąc gwiazdy bożo­na­ro­dze­niowe we wszyst­kich oknach.

– Czy ci ludzie powa­rio­wali? – mam­ro­cze Flo­rence, wciąż pod­ska­ku­jąc z butem w ręce. – Założę się, że ude­ko­ro­wali ogrody na święta już we wrze­śniu i pew­nie nie śpią po nocach z obawy, że sąsiad powiesi w tym roku wię­cej gir­land ledo­wych i postawi wię­cej świe­cą­cych reni­fe­rów.

– A mnie się podoba – oznaj­mia David. – Dzięki temu robi się przy­tul­nie. No i przy­po­mnia­łem sobie, że sam mam na tym polu zale­gło­ści. A ty? Ude­ko­ro­wa­łaś już okna?

– Gray­son zabiera swoje rze­czy dopiero w przy­szłym tygo­dniu – odpo­wiada Flo­rence, wcią­ga­jąc trze­wik. – Nie kiwnę pal­cem, dopóki jego graty nie znikną z mojego miesz­ka­nia.

Ma mokro w pal­cach. Kre­skin pró­buje się wyrwać z objęć Davida i o mało mu się to udaje.

– Zaraz cię pusz­czę – mówi do niego David. – Nie chcę tylko, żebyś zmie­nił się w bał­wana. Dokąd idziemy? – zwraca się do Flo­rence.

Ta poka­zuje ski­nie­niem głowy na dom po ich pra­wej stro­nie. W odróż­nie­niu od pozo­sta­łych ani na nim, ani w ogródku nie ma kolo­ro­wych lam­pek i dmu­cha­nych miko­ła­jów. I tak się tym odróż­nia, że ów brak ozdób świą­tecz­nych wydaje się coś mani­fe­sto­wać. Lecz prawda jest taka, że Phi­lo­mene jest zain­te­re­so­wana deko­ra­cjami bożo­na­ro­dze­nio­wymi w takim samym stop­niu, jak Flo­rence. Kiedy Phil i Michael docze­kali się dziecka, pod­jęli próbę uczy­nie­nia domu nieco bar­dziej przy­tul­nym, kie­ro­wani tą samą ambi­cją, która napę­dza wszyst­kich świeżo upie­czo­nych rodzi­ców. Ale gdy ich syn Adam zaczął mówić i już jako dwu­la­tek oznaj­mił, że świą­teczne ozdoby są „nie­prak­tyczne”, dali sobie spo­kój. Flo­rence jest pewna, że zro­bili to z poczu­ciem ulgi.

Wpraw­dzie kiedy była tu ostatni raz, dom był ude­ko­ro­wany od pod­łóg po sufity, bo Adam obcho­dził wła­śnie dzie­siąte uro­dziny i Phil posta­no­wiła się posta­rać. Ale naj­wy­raź­niej wszystko wró­ciło już do normy, co Flo­rence odno­to­wuje z uzna­niem.

– Oke­eej… – wysa­puje David, jakby nagle zaczął się stre­so­wać. – Mówisz, że zaraz spo­tkam twoje sio­stry… Léontine i Phi­lo­mene. No wła­śnie. Tak. Będą tam. No i twój brat. Ber­nard. On też będzie. Kto jesz­cze?

Prze­mie­rzają nie­wielki ogró­dek przed domem i kie­rują się do drzwi. Śnieg skrzypi pod nogami, a wokół jest tak baj­kowo, że David czuje się jak na pocz­tówce.

– Hanna, żona Ber­narda – odpo­wiada Flo­rence. – Jest sio­strą Micha­ela, męża Phi­lo­mene. Wiem, że to tro­chę dziwny układ, ale tak się poro­biło w mojej rodzi­nie. Na pewno będą też rodzice Hanny, Anita i Sören. No i dwoje nasto­let­nich dzieci Léontine, ale one zaszyją się w jakimś ciem­nym miej­scu.

David spo­gląda na Flo­rence sze­roko otwar­tymi oczami.

– Jesteś pewna, że o nikim nie zapo­mnia­łaś? – pyta sar­ka­stycz­nym tonem.

– Jestem. To zna­czy… oczy­wi­ście będą też mama i tato. Czyli Anders i Svea. Wła­ści­wie na początku uma­wia­li­śmy się u nich w domu, ale wyszło ina­czej.

– Innymi słowy, będzie caaała twoja rodzina – stwier­dza David, z tru­dem prze­ły­ka­jąc ślinę. – No dobrze. Świet­nie. Nie ma się czym stre­so­wać.

– Ech, masz prze­cież ochro­nia­rza – rzuca Flo­rence, zer­ka­jąc wymow­nie na Kre­skina. – A jeśli atmos­fera zrobi się za gęsta, zawsze możesz uciec do pokoju Adama i pograć na Xbok­sie.

– Już lubię tego chło­paka – stwier­dza David.

Flo­rence wci­ska dzwo­nek.

Kilka sekund póź­niej otwiera im Phil, ubrana w zie­lony swe­ter upstrzony czer­wo­nymi i bia­łymi kulecz­kami uda­ją­cymi bombki cho­in­kowe, ale jakimś cudem nie spra­wia wra­że­nia, jakby było jej w nim nie­wy­god­nie.

– Jeste­ście wresz­cie! – wykrzy­kuje, po czym odsuwa się na bok, by prze­pu­ścić gości w drzwiach. – Witamy!

David bie­rze głę­boki wdech.

Zosta­wiw­szy okry­cia w przed­po­koju, prze­cho­dzą do salonu. Z ukry­tych gło­śni­ków sączą się świą­teczne prze­boje, a w powie­trzu unosi się zapach grza­nego wina, przez co nawet Flo­rence udziela się atmos­fera przy­ję­cia gwiazd­ko­wego. Michael wycho­dzi z kuchni i wrę­cza im po kubku gorą­cego trunku.

– Dobrze wam zrobi – mówi i wyciąga rękę do Davida. – Michael – przed­sta­wia się. – Jestem mężem Phi­lo­mene i tatą Adama. W kuchni jest bufet, czę­stuj­cie się. Hanna napie­kła pysz­nych pier­nicz­ków.

David ści­ska dłoń gospo­da­rza, a potem wita się z pozo­sta­łymi człon­kami rodziny. Flo­rence jest cie­kawa, jak się przy tym czuje. Ni­gdy dotąd nie zasta­na­wiała się nad tym, jak dużą ma rodzinę, ale w isto­cie – kiedy zejdą się wszy­scy, mały dom jej sio­stry wypeł­nia się po brzegi. David ma tylko mamę, z którą w dodatku nie utrzy­muje kon­taktu, więc spę­dzałby święta samot­nie, nie licząc Kre­skina.

Psiak dostaje miskę wody. Kiedy zaspo­kaja pra­gnie­nie, wpada do salonu i o mało nie pod­cina Ber­narda. Biega jak sza­lony, nie dając się nikomu pogła­skać, ale gdy wraca do przed­po­koju, nagle staje jak wryty, siada i wpa­truje się w schody. Kilka stopni wyżej stoi Adam. Trzyma w dłoni żółtą piłeczkę z buźką Smi­ley. Ści­ska ją ryt­micz­nymi ruchami. To piłeczka odstre­so­wu­jąca, którą dostał od Hanny. Flo­rence rzadko widuje sio­strzeńca bez niej.

Chło­piec i pies mie­rzą się przez chwilę wzro­kiem. Potem Adam się schyla i pod­suwa Kre­ski­nowi pod nos naj­pierw rękę, potem piłkę. Flo­rence jesz­cze ni­gdy nie widziała bul­doga sie­dzą­cego w takim sku­pie­niu. A gdy Adam zaczyna go gła­skać, mogłaby przy­siąc, że psiak dosłow­nie się roz­pływa.

– Ten twój David ma dodat­kowe punkty za futrzaka – szep­cze jej do ucha Phil. – Jeśli go rzu­cisz, zadbaj o to, żeby zwie­rzak został z tobą.

– Ja też życzę ci wszyst­kiego dobrego na nad­cho­dzące święta – odpo­wiada Flo­rence.

Stu­kają się kub­kami z grza­nym winem.

W salo­nie sie­dzi rów­nież dwoje nasto­let­nich dzieci Léontine. Alvar i Naomi. Rodzeń­stwo zaszyło się w kącie, jak prze­po­wie­działa Flo­rence. Odkąd Alvar dorósł na tyle, by samo­dziel­nie wybie­rać sobie ubra­nia, nosi wyłącz­nie czerń, ale jeśli Flo­rence nie myli wzrok, dostrzega reni­fera na jego swe­trze. A kon­kret­nie szkie­let zwie­rzę­cia. Mało­laty sie­dzą z nosami w tele­fo­nach i robią wszystko, by spra­wiać wra­że­nie, iż nie biorą udziału w czymś tak bez­na­dziej­nym jak przy­ję­cie z oka­zji Dnia Świę­tej Łucji. W dodatku o jeden dzień za wcze­śnie. I w towa­rzy­stwie całej rodziny. Ale oboje pogry­zają tra­dy­cyjne bułeczki sza­fra­nowe pie­czone spe­cjal­nie na tę oka­zję. W śnież­no­bia­łych wło­sach Naomi, co do któ­rych Flo­rence od dawna żywi poważne podej­rze­nie, że są peruką, ale boi się zapy­tać, tkwi maleńka, ale krwi­sto­czer­wona spinka.

Rodzice zdą­żyli już porwać Davida i opo­wia­dają mu z oży­wie­niem o nowym domu we Fran­cji.

– To wła­ści­wie nie jest dom – wtrąca Léontine. – Tylko chatka. W dodatku grozi zawa­le­niem.

– Ale jaka malow­ni­cza! – pro­te­stuje tato. – I stoi tak bli­sko win­nicy, że wycho­dząc na dwór, można się potknąć o krzew wino­ro­śli!

– W takim razie uwa­żaj­cie, żeby się nie poła­mać – dorzuca ze śmie­chem Hanna.

David odwraca się w jej stronę.

– Flo­rence mi powie­działa, że jesteś dzien­ni­karką – mówi. – Pra­cu­jesz nad jakimś arty­ku­łem?

Hanna posyła szwa­gierce kar­cące spoj­rze­nie. Flo­rence bie­rze duży łyk wina. Alko­hol spływa jej cie­płą falą do żołądka. Podzi­wia zaan­ga­żo­wa­nie Davida. Poza tym tech­nika skła­nia­jąca innych do mówie­nia o sobie jest bar­dzo sku­teczna. Nie może wie­dzieć, że Hanna to trudny przy­pa­dek.

– Tak, ale nie sądzę, żeby to tak naprawdę zacie­ka­wiło kogoś oprócz mnie – odpo­wiada Hanna ze zmarsz­czo­nym czo­łem. – Pra­cuję nad por­tre­tem mojego bio­lo­gicz­nego ojca. Dla sobot­niego dodatku „Dagens Nyhe­ter”.

– Bio­lo­gicz­nego? – powta­rza David zasko­czo­nym tonem.

Zerka nie­pew­nie na Flo­rence.

Ta dostrzega zagu­bie­nie w jego spoj­rze­niu. „Cho­lera jasna” – prze­klina w myślach. Nie opo­wie­działa mu o tym. Ale nie spo­dzie­wała się, że ten temat wyj­dzie już w jego pierw­szej roz­mo­wie ze szwa­gierką.

– Sören i Anita adop­to­wali mnie po śmierci moich rodzi­ców – wyja­śnia Hanna. – Byłam wtedy dziec­kiem i nie­wiele pamię­tam.

– Oj, prze­pra­szam. Nie wie­dzia­łem – tłu­ma­czy się David.

Znów patrzy bez­rad­nie na Flo­rence, która sączy resztkę wina. Jest zła na sie­bie, bo Hanna i tak już za nią nie prze­pada, a teraz jesz­cze to. Rado­sne dźwięki świą­tecz­nych prze­bo­jów nie roz­pra­szają krę­pu­ją­cej ciszy. Na szczę­ście kilka sekund póź­niej robi to dobie­ga­jący z kory­ta­rza trium­falny okrzyk Micha­ela.

– Adam i ja pra­co­wa­li­śmy nad tym cudem całe przed­po­łu­dnie! – oznaj­mia gospo­darz, sta­jąc w progu salonu.

Ostroż­nie wcho­dzi do środka i sta­wia na stole domek z pier­nika opa­trzony przy­cze­pio­nym do dachu szyl­dem „Hotel Dziadka i Adama”.

– Ale dziadka jesz­cze nie ma! – pro­te­stuje Adam, nie prze­ry­wa­jąc gła­ska­nia Kre­skina.

Psiak leży na ple­cach i wysta­wia brzuch do dra­pa­nia.

– Och, kocha­nie… – wtrąca Anita. – Sören zła­pał okropne prze­zię­bie­nie i musiał zostać w domu. Nie chciał cię zara­zić. Dla­tego przy­szłam sama.

– Okej, w takim razie nie możemy go zjeść! – zarzą­dza Adam. – Domek jest dla dziadka.

Michael kła­dzie pier­ni­kowe arcy­dzieło na ławie przed kanapą. Nie zabra­kło w nim szcze­gó­łów – jest nawet Święty Miko­łaj przy­mie­rza­jący się do wej­ścia do komina, szyld ma ramkę z gala­retki mali­no­wej, a pod ścia­nami budynku są kłębki waty uda­jące śnieg.

– Jasne, że zacze­kamy, aż kie­row­nik hotelu wyzdro­wieje – zapew­nia Michael, otrze­pu­jąc dło­nie z okrusz­ków. – Może zadzwo­nisz do dziadka przez Face­Time i poka­żesz mu nasze dzieło?

Adam przy­ta­kuje i wraca do gła­ska­nia Kre­skina.

– Wra­ca­jąc do tematu, ojciec Hanny był wiel­kim filan­tro­pem. – Ber­nard obej­muje swoją żonę ramie­niem. – Wspie­rał wiele orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nych i wiele z nich prze­sta­łoby ist­nieć bez jego wspar­cia. A przy tym zawsze trzy­mał się w cie­niu. Naj­wyż­szy czas, żeby ludzie poznali jego zasługi, bo minęło już dwa­dzie­ścia lat.

– Od czego? – dopy­tuje ostroż­nie David.

Przy stole zapada cisza. Anita zamarła w poło­wie gestu, z kub­kiem grza­nego wina w dro­dze do ust. Wszy­scy patrzą na Hannę, a ona wpa­truje się we wła­sne kolana.

– Od jego śmierci – odpo­wiada po chwili. – Od wypadku, w któ­rym zgi­nęła cała moja rodzina.TRZYNASTY GRUDNIA

Annie żałuje, że zabrała łyżwy. Jak za każ­dym razem, kiedy wybie­rają się na wycieczkę. Sie­dzi na zwa­lo­nym pniu i bez entu­zja­zmu wiąże sznu­ro­wa­dła. Po chwili pod­nosi wzrok i patrzy na swoją rodzinę. Mąż Oskar sie­dzi obok niej w cien­kiej pucho­wej kurtce i mruży oczy w jaskra­wym słońcu. Uśmie­cha się bar­dzo sze­roko i Annie zaczyna się mar­twić, że pęk­nie mu twarz. Jej pomysł na udany dzień spro­wa­dza się do deski serów i dobrego serialu na Net­flik­sie. I doprawdy nie wie, jak to się stało, że ma w rodzi­nie samych entu­zja­stów sportu.

W tym roku lód skuł Baggensfjärden wcze­śniej niż zwy­kle. A skoro tak, to prze­cież oczy­wi­ste, że trzeba jeź­dzić po zatoce na łyż­wach aż do zmierz­chu. W dodatku dziś nie­dziela, więc co stoi na prze­szko­dzie, by zerwać się z łóżka zaraz po wscho­dzie słońca? Przy­naj­mniej tak filo­zo­fuje jej mąż. Ich dwaj syno­wie też kochają aktyw­ność na świe­żym powie­trzu, cho­ciaż wciąż led­wie odróż­niają czubki łyżew od pięt. Oskar zało­żył je chłop­com, zanim zawią­zał swoje, i patrząc na niego, Annie musi przy­znać, że ten jego rado­sny uśmiech jest zaraź­liwy.

Dziś przy­pada Dzień Świę­tej Łucji, więc chłopcy uparli się, by wło­żyć tra­dy­cyjne białe alby, do tego Annie musiała przy­kleić do ich kasków papie­rowe spi­cza­ste cza­peczki ude­ko­ro­wane gwiazd­kami. Poszło jej cał­kiem nie­źle, choć uważa, że efekt wygląda idio­tycz­nie. Sama pry­snęła sobie we włosy lakie­rem z bro­ka­tem i to musi wystar­czyć.

– Trzy­maj­cie się bli­sko brzegu, dopóki do was nie dołą­czymy! – woła do synów, po czym wraca do sznu­ro­wa­nia łyżew i robi to jak naj­wol­niej.

Ow­szem, pogoda dopi­sała. Drzewa są opró­szone śnie­giem, który skrzy się milio­nami kolo­ro­wych iskier. Dalej na zatoce widać innych łyż­wia­rzy w gru­bych sza­li­kach i kolo­ro­wych czap­kach. Wielu z nich, w tym doro­słych, ma na sobie białe alby. Nie­któ­rzy trzy­mają się za ręce i Annie mogłaby przy­siąc, że wyczuwa w powie­trzu zapach bułe­czek sza­fra­no­wych i gorą­cej cze­ko­lady. Panuje wręcz nie­przy­zwo­ita sie­lanka.

– Mamo! – woła Egil. Star­szy, dwu­na­sto­letni syn odda­lił się od brzegu mimo zakazu rodzi­ców. – Naje­cha­łem na jakiś dziwny kamień!

– Świet­nie… – wzdy­cha Oskar, który zdą­żył nieco spo­chmur­nieć. – Wła­śnie zaostrzy­łem mu łyżwy…

Annie wstaje i rusza w stronę chłopca. Tym­cza­sem młod­szy syn, czte­ro­letni Eskil, pod­nosi się z czwo­ra­ków i za moment znów ląduje na pupie, by­naj­mniej nie ostatni raz tego dnia. Papie­rowa cza­peczka odcze­pia się od jego kasku.

Kamień, na który naje­chał Egil, ma ten sam kolor, co ota­cza­jąca go pokrywa z lodu, i wydaje się ide­al­nie okrą­gły. Wystaje na nie wię­cej niż dzie­sięć cen­ty­me­trów i ma podob­nej dłu­go­ści śred­nicę. Ale chło­piec ma rację. Jest w tym kamie­niu coś nie­zwy­kłego. Powleka go dziwna powłoka, która przy­wo­dzi na myśl… skórę. W pierw­szej chwili Annie wpada na pomysł, że to główka kapu­sty, bo warzywo robi się podob­nie szkli­ste, gdy się je usmaży. Ale łyżwa Egila prze­cięła powłokę i obna­żyła biały kamień ukryty pod spodem. Annie nie wie dla­czego, ale nagle robi jej się nie­swojo.

– Pod­jedź do swo­jego brata – naka­zuje chłopcu nie­pew­nym gło­sem. – Pomóż mu przy­cze­pić cza­peczkę do kasku.

– A tato nie może tego zro­bić? – pyta Egil.

– Jedź do niego. Już! – powta­rza Annie.

Chło­piec wzdy­cha i rusza w stronę zwa­lo­nego pnia, do bra­ciszka i taty. Annie trąca czub­kiem łyżwy dziwny kamień. Zdziera skra­wek powłoczki i sły­szy cichy zgrzyt. Znów robi jej się nie­do­brze. Jest coraz bar­dziej prze­ko­nana, że to, na co patrzy, by­naj­mniej nie jest kamie­niem. Prze­cze­suje dło­nią włosy spry­skane bro­ka­tem i scho­dzi na klęczki, by się lepiej przyj­rzeć zna­le­zi­sku. Odgar­nia ręka­wiczką war­stwę zmro­żo­nego śniegu i dostrzega, że w isto­cie to, co wzięła za kamień, jest czub­kiem cze­goś więk­szego. Usuwa jesz­cze tro­chę bia­łego puchu i nagle wydaje krzyk prze­ra­że­nia.

– Co się dzieje, kocha­nie?! – woła Oskar.

Annie kręci głową. Sły­szy nie­po­kój w gło­sie męża, lecz nie ma odwagi mu odpo­wie­dzieć. Daje mu ręką znak, żeby nie pod­cho­dził. „Oddy­chaj” – upo­mina się w myślach. „Spo­koj­nie oddy­chaj”.

Pomy­liła się. Jasny kamień nie jest kamie­niem. A powłoka na nim nie tylko przy­wo­dzi na myśl skórę. To jest skóra.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij