Umbra Europae - ebook
Po wydarzeniach związanych z Codexem Silentium, Alojzy Mlent i Claire stają się najbardziej poszukiwanymi ludźmi w III Rzeszy. Jednocześnie naznaczony Codexem Adler, coraz bardziej przypomina człowieka rozdartego pomiędzy fanatyzmem a czymś, czego nie potrafi już kontrolować. Od skutej lodem tajgi, przez wschodnie bezdroża i miasta dawnych imperiów, aż po południowe szlaki ucieczki — rozpoczyna się desperacka podróż przez świat, który właśnie dogorywa.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-528-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Noc zapadła powoli.
Czeladź ucichła znacznie szybciej niż Kraków.
Tutaj po zmroku nie było już niemal nic — pojedyncze światła w oknach, odległe szczekanie psa, czasem stukot czyichś kroków na bruku. Reszta miasta pogrążała się w ciszy i chłodzie.
Powóz stał ukryty między zabudowaniami niedaleko jednej z bocznych ulic.
Kowal spał już owinięty grubym kocem, chrapiąc cicho gdzieś z przodu wozu.
Majewski również próbował odpocząć, choć co jakiś czas budził się odruchowo i sprawdzał okolicę.
Tylko Alojzy nadal nie spał.
Siedział z boku powozu, przy niewielkiej lampie naftowej, pochylony nad notatkami tak długo, że litery zaczynały mu się rozmywać przed oczami.
Kartki były już pełne dopisków.
Strzałek. Podkreśleń. Marginalnych uwag.
Symbole mieszały się z nazwami miejsc, łaciną i starymi polskimi określeniami.
Claire obserwowała go spod koca przez dłuższą chwilę.
W końcu westchnęła ciężko i zeszła z wozu.
Podeszła bliżej.
Alojzy nawet tego nie zauważył.
Dopiero kiedy usiadła obok niego na skrzyni, podniósł wzrok.
— Powinieneś odpocząć.
Alojzy od razu pokręcił głową.
— Nie mogę.
Claire spojrzała na notatki.
— Siedzisz nad tym od godzin.
— Wiem.
— I nic z tego nie rozumiesz.
To zabolało bardziej, niż powinno.
Bo była to prawda.
Alojzy przetarł oczy zmęczonym ruchem.
— Musi tu coś być.
Claire przyjrzała mu się uważnie.
— A jeśli nie?
Alojzy spojrzał na nią niemal oburzony.
— Codex zawsze prowadzi dalej.
— A jeśli pierwszy raz nie prowadzi?
Zapadła cisza.
Lampka naftowa trzaskała cicho.
Alojzy wrócił wzrokiem do notatek.
Nie chciał odpuścić.
Nie potrafił.
Claire po chwili oparła głowę o bok powozu i po prostu siedziała obok niego w milczeniu.
Alojzy przewracał kolejne strony.
Święty Stanisław. Czeladź. Służba. Symbole z Wieliczki.
Czytał wszystko jeszcze raz.
I jeszcze raz.
W końcu zaczął mamrotać pod nosem pojedyncze słowa.
— Dwór… służba… granica… ogień…
Claire spojrzała na niego spod półprzymkniętych powiek.
— Alojzy…
Nie odpowiedział.
Coś zaczynało mu przeszkadzać.
Jakiś szczegół.
Mały. Niemal niewidoczny.
Wrócił do jednego z symboli przepisanych pod kościołem.
Potem do wcześniejszych notatek.
I nagle zamarł.
Claire od razu to zauważyła.
— Co?
Alojzy nie odpowiedział od razu.
Przesunął palcem po jednym z zapisów.
Potem po kolejnym.
Serce zaczęło bić mu szybciej.
— Nie…
Claire wyprostowała się natychmiast.
— Co się stało?
Alojzy spojrzał na nią powoli.
I pierwszy raz od wielu godzin w jego oczach pojawiło się coś więcej niż zmęczenie.
Zrozumienie.
— To nie jest Czeladź.
Claire zmarszczyła brwi.
— Co?
Alojzy przewrócił notes w jej stronę.
— Popełniliśmy błąd.
Palcem wskazał jeden z symboli.
— To nie oznaczało miejsca docelowego.
Claire nadal nie rozumiała.
— To co oznaczało?
Alojzy wstał gwałtownie.
Tak gwałtownie, że aż lampka zadrżała.
— Kierunek.
Spojrzał gdzieś w noc.
Jakby nagle zobaczył całą układankę z góry.
— Czeladź miała nas tylko naprowadzić.
Claire powoli podniosła się również.
— To dokąd naprawdę prowadzi trop?
Alojzy spojrzał na nią.
I wypowiedział jedno słowo:
— Będzin.ROZDZIAŁ 128
Po słowie „Będzin” długo jeszcze nikt się nie odezwał.
Noc wydawała się nagle cięższa niż wcześniej, a cisza wokół powozu zaczęła przypominać bardziej oczekiwanie niż spokój.
Claire siedziała naprzeciwko Alojzego na skrzyni przykrytej kocem i wpatrywała się w jego notatki, próbując samodzielnie dostrzec to, co on zobaczył przed chwilą.
— Jesteś pewien? — spytała w końcu cicho.
Alojzy skinął głową.
— Tak.
Potarł zmęczone oczy.
— Czeladź była tylko częścią wskazówki. Punktem pośrednim.
Wskazał kilka symboli.
— Te ciągi nie opisują miejsca. Opisują drogę.
Claire przyglądała mu się uważnie.
— I naprawdę dopiero teraz to zauważyłeś?
Alojzy uśmiechnął się blado.
— Mój ojciec zawsze mówił, że największy problem z księgami polega na tym, że człowiek widzi w nich to, czego oczekuje.
Claire oparła łokcie o kolana.
— Twój ojciec mówił wiele dziwnych rzeczy.
Alojzy parsknął cicho śmiechem.
— To akurat prawda.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu.
Księżyc wisiał wysoko nad miastem, a chłodne światło odbijało się od mokrych dachów Czeladzi.
Claire odezwała się znowu:
— Naprawdę ciągle się przemieszczaliście?
Alojzy skinął powoli głową.
— Bardzo często.
Spojrzał gdzieś przed siebie.
Daleko.
Jakby próbował zobaczyć dawne obrazy.
— Ojciec nigdy nie potrafił usiedzieć długo w jednym miejscu. Najpierw mówił, że szuka pracy. Potem ksiąg. Potem śladów.
Uśmiechnął się gorzko.
— W końcu już sam nie wiedziałem, czego właściwie szuka.
Claire słuchała uważnie.
— Gdzie mieszkaliście najdłużej?
Alojzy zastanowił się chwilę.
— Chyba właśnie w Holandii.
Claire spojrzała na niego zaciekawiona.
— Czyli naprawdę ją lubiłeś?
— Tak.
Odpowiedział to bez zawahania.
— Była spokojna. Miałem tam pierwszy raz wrażenie, że życie może wyglądać normalnie.
Przesunął dłonią po notesie.
— Ojciec nadal zajmował się swoimi obsesjami, ale… tam przynajmniej nie musieliśmy ciągle uciekać.
Claire uśmiechnęła się lekko.
— Czyli trochę byłeś Holendrem.
Alojzy wzruszył ramionami.
— Chyba bardziej niż kimkolwiek innym.
Zapadła cisza.
Claire spojrzała na niego uważniej.
— A mimo wszystko wróciłeś tutaj.
Alojzy chciał odpowiedzieć.
Ale wtedy usłyszeli kroki.
Wszyscy momentalnie się napięli.
Majewski poderwał się natychmiast z koca. Kowal również usiadł gwałtownie, chwytając za pistolet.
Sylwetka wyłoniła się z ciemności powoli.
Długi płaszcz. Siwa broda. Okulary.
Ojciec Alojzego.
— Oho — mruknął Kowal. — Duchy jednak istnieją.
Starszy mężczyzna podszedł bliżej szybkim, nerwowym krokiem.
Tym razem jednak nie wyglądał na rozmodlonego szaleńca.
Wyglądał na przestraszonego.
— Oni tu są — powiedział od razu.
Alojzy momentalnie wstał.
— Kto?
Ojciec spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.
— Niemcy. Dużo Niemców.
Majewski spoważniał natychmiast.
— Gdzie?
— Wjeżdżają do miasta. Od strony głównej drogi.
Oddychał ciężko.
— Blokują ulice. Rozstawiają ludzi.
Kowal zaklął pod nosem.
Claire ścisnęła mocniej płaszcz.
Ojciec Alojzego wskazał gdzieś w ciemność.
— Oni nie pozwolą wam wyjechać z Czeladzi.
Zapadła ciężka cisza.
Alojzy poczuł lodowaty ucisk w żołądku.
Nie musiał nawet zgadywać.
Wiedział.
Spojrzał na Majewskiego.
— To Adler.
Jan skinął powoli głową.
Tak.
Oddziały Adlera właśnie zamykały im drogę ucieczki.
Ojciec Alojzego nie usiadł.
Krążył wokół powozu nerwowo, poprawiając okulary i rozglądając się co kilka sekund w stronę ulic prowadzących do centrum miasta, jakby spodziewał się, że Niemcy wyłonią się z ciemności w każdej chwili.
Majewski podszedł bliżej.
— Ilu ich było?
Starszy mężczyzna uniósł wzrok.
— Za dużo.
Odpowiedział to bez teatralności. Bez swojej zwyczajowej maniery.
I właśnie dlatego zabrzmiało to tak niepokojąco.
— Samochody — mówił dalej. — Ciężarówki. Motocykle. Żandarmi.
Potarł dłonią brodę.
— I oficerowie. Nie zwykli chłopcy z patrolu.
Alojzy poczuł, jak napięcie wraca całym ciężarem.
Ojciec mówił szybko, ale tym razem bardzo składnie.
Zbyt składnie.
— Rozstawiali ludzi przy głównych drogach. Widziałem mapy. Latarki. Listy nazwisk.
Spojrzał na syna.
— Oni są przygotowani.
Kowal przestał żartować całkowicie.
Majewski zmarszczył brwi.
— Szukają konkretnie was?
Ojciec skinął głową gwałtownie.
— Tak. Nie całego miasta. Was.
Claire przełknęła ślinę.
— Skąd mogą wiedzieć, że jesteśmy właśnie tutaj?
Alojzy odpowiedział pierwszy.
Cicho.
— Bo Adler zna sposób mojego myślenia.
Spojrzał na notatki leżące obok lampy.
— I pewnie sam rozpracował część symboli.
Ojciec Alojzego nagle podszedł bliżej.
— Jeden z nich miał twoje zdjęcie.
Zapadła cisza.
— Na pewno? — spytał Majewski.
— Widziałem.
Starszy mężczyzna wskazał na Alojzego.
— Pokazywali ludziom właśnie jego.
Kowal zaklął pod nosem.
Alojzy odwrócił wzrok.
Czyli to już nie było zwykłe poszukiwanie.
Adler zawężał krąg.
Ojciec mówił dalej:
— Oni nie wyglądali jak zwykły patrol. To nie było przypadkowe.
Spojrzał gdzieś w noc.
— Wyglądali… jakby wiedzieli, że coś tutaj znajdziecie.
Te słowa zawisły w powietrzu ciężko.
Bo dokładnie to było najbardziej przerażające.
Adler nie gonił już tylko ludzi.
Gonił odpowiedzi.
Majewski przeszedł kilka kroków obok powozu.
Myślał intensywnie.
— Jeśli obstawiają główne drogi… to rano możemy mieć problem z wyjazdem.
— Rano? — prychnął Kowal. — Ja już mam problem teraz.
Claire spojrzała na Alojzego.
— Co robimy?
Alojzy przez chwilę milczał.
Potem spojrzał gdzieś przed siebie i westchnął ciężko.
— Adler chyba naprawdę się wkurzył.
Kowal parsknął krótko.
— No wiesz. Wysadziliśmy mu sterowiec. Uciekliśmy z Krakowa. I ukradliśmy pół niemieckiej godności po drodze.
Claire uniosła lekko rękę.
— Technicznie sterowiec wysadziłam ja.
— Jeszcze gorzej — mruknął Majewski.
Ojciec Alojzego patrzył jednak zupełnie gdzie indziej.
Na ciemne ulice Czeladzi.
I odezwał się znacznie ciszej:
— On nie przyjechał tutaj tylko po was.
Alojzy spojrzał na niego uważnie.
— Co masz na myśli?
Starszy mężczyzna poprawił okulary drżącą dłonią.
— Ten człowiek… on czegoś się boi.
Po raz pierwszy od bardzo dawna Alojzy poczuł coś dziwnego.
Bo jeśli nawet Adler zaczynał się bać…
to znaczyło, że zbliżali się do czegoś znacznie większego, niż przypuszczali.ROZDZIAŁ 129
Rozmowa urwała się gwałtownie, gdy gdzieś niedaleko rozległy się głosy.
Niemieckie.
Wszyscy zamarli niemal jednocześnie.
Kroki. Coraz bliżej.
Majewski zgasił lampę jednym szybkim ruchem, a cała okolica momentalnie pogrążyła się w półmroku rozświetlanym jedynie słabym światłem księżyca.
— Pod wóz — syknął.
Claire nie czekała ani sekundy.
Wślizgnęła się pod siano na tyle powozu razem z Alojzym, podczas gdy Kowal i Majewski rozeszli się w przeciwne strony uliczki, chowając się w cieniu między zabudowaniami.
Ojciec Alojzego… po prostu został.
Stał obok powozu jak człowiek kompletnie pozbawiony instynktu samozachowawczego.
Alojzy chciał go wciągnąć pod siano, ale było już za późno.
Trzech Niemców skręciło w ulicę.
Żandarm i dwóch żołnierzy Wehrmachtu.
Szli wolno. Uważnie. Z karabinami przewieszonymi przez ramiona.
Ich sylwetki przesuwały się między ciemnymi ścianami kamienic niczym cień samej wojny.
Claire leżała obok Alojzego tak blisko, że słyszał jej oddech.
Cichy. Napięty.
Siano pachniało kurzem i wilgocią.
Alojzy próbował oddychać jak najciszej.
Niemcy zatrzymali się niedaleko powozu.
— Mówię ci, oni nadal są gdzieś tutaj — mruknął jeden z nich po niemiecku.
Drugi splunął na bruk.
— Miasto jest za małe. Nie mogli zniknąć.
Żandarm spojrzał na mapę.
— Rozkazy są jasne. Blokujemy wyjazdy i przeczesujemy okolice kościoła.
Alojzy poczuł, jak serce bije mu mocniej.
Kościół.
A więc Adler rzeczywiście już tam dotarł.
Ojciec Alojzego stał nieruchomo kilka metrów dalej.
Jeden z żołnierzy spojrzał na niego podejrzliwie.
— Ty. Co tu robisz?
Starzec poprawił okulary.
— Czekam na głosy.
Zapadła chwila ciszy.
Claire zacisnęła dłonie na płaszczu, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku.
Żołnierz westchnął zirytowany.
— Znowu jakiś wariat.
Ojciec skinął poważnie głową.
— Tak mówił też Poncjusz Piłat.
Drugi Wehrmachtowiec parsknął śmiechem.
— Dobra, zostaw go. Szkoda czasu.
Rozmawiali jeszcze chwilę o poszukiwaniach.
O zdjęciach. O blokadach. O tym, że rano mają wejść do kolejnych budynków.
Każde kolejne zdanie tylko potwierdzało jedno:
zagrożenie robiło się naprawdę poważne.
W końcu patrol ruszył dalej ulicą.
Kroki oddalały się powoli.
Dopiero kiedy całkowicie zniknęli za zakrętem, Claire wypuściła powietrze.
Alojzy wysunął się spod siana pierwszy.
Majewski i Kowal wrócili z ukrycia chwilę później.
Nikt przez moment się nie odzywał.
Alojzy spojrzał w stronę ciemnych ulic Czeladzi.
— I jak my się teraz mamy dostać do Będzina…?
Claire otrzepała płaszcz z siana i spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Najpierw zastanówmy się, jak wydostać się z tej ulicy.
Kowal prychnął cicho.
— Dziewczyna ma rację.
Majewski patrzył gdzieś przed siebie zamyślony.
I wtedy odezwał się ojciec Alojzego.
Cicho.
Nietypowo spokojnie.
— Jest pewna droga.
Wszyscy spojrzeli na niego jednocześnie.
Starzec poprawił okulary.
— Ale musicie znowu dostać się do kościoła.
Zapadła ciężka cisza.
Claire zmarszczyła brwi.
— Po tym wszystkim?
Ojciec skinął głową powoli.
— Pod kościołem są przejścia.
Alojzy poczuł, jak napięcie wraca natychmiast.
— Dokąd prowadzą?
Ojciec spojrzał na niego dziwnie.
Tak, jakby sam nie był pewien odpowiedzi.
— Dalej niż myślisz.
Majewski odwrócił się gwałtownie ku ulicy prowadzącej do centrum.
— Problem w tym, że teraz Niemcy na pewno obstawili już kościół.
I wszyscy wiedzieli, że miał rację.ROZDZIAŁ 130
Nie ruszyli od razu.
Najpierw Majewski ostrożnie sprawdził ulicę, potem kolejną przecznicę, a dopiero gdy upewnił się, że najbliższy patrol oddalił się wystarczająco daleko, skinął ręką na resztę.
— Idziemy.
Powóz został.
Konie również.
Kowal poklepał jednego z nich po szyi.
— Mam nadzieję, że jeszcze wrócimy.
Claire poprawiła płaszcz i ruszyła za Alojzym.
Ojciec Mlenta prowadził ich pierwszy raz od początku tej podróży z absolutną pewnością siebie. Nie mamrotał już bez sensu pod nosem, nie wykrzykiwał łacińskich sentencji.
Szedł szybko.
Jak człowiek, który zna drogę.
Ulice Czeladzi wydawały się teraz zupełnie inne niż za dnia.
Znacznie ciaśniejsze. Groźniejsze.
Każdy cień wyglądał podejrzanie. Każdy odgłos sprawiał, że wszyscy momentalnie zamierali.
Alojzy szedł tuż obok ojca.
— Powiedz mi w końcu, o jakich tunelach mówisz.
Starszy mężczyzna poprawił okulary.
— Pod świątynią są przejścia.
— To już wiemy.
Ojciec spojrzał na niego.
— Ale wy nie rozumiecie jak stare są te tunele.
Minęli boczną uliczkę, chowając się za murem, gdy gdzieś niedaleko przejechał niemiecki motocykl.
Dopiero gdy dźwięk silnika ucichł, ojciec mówił dalej:
— Te przejścia istniały jeszcze zanim powstała większość miasta. Część prowadziła do magazynów. Część do dawnych schronień. A część…
Zawahał się.
— Do zamku.
Claire spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Zamku w Będzinie?
Starzec skinął głową.
— Tunele są stare. Podniszczone. Niektóre zawalone.
Spojrzał gdzieś w ciemność.
— Ale część nadal istnieje.
Alojzy poczuł dziwny chłód.
— Skąd ty to wszystko wiesz?
Ojciec uśmiechnął się lekko.
Niezdrowo lekko.
— Bo przez lata ich szukałem.
Majewski odwrócił się przez ramię.
— Niemcy wiedzą o tych tunelach?
Ojciec pokręcił głową.
— Nie.
I tym razem w jego głosie zabrzmiała absolutna pewność.
— Niemcy nie mają pojęcia.
Przemieszczali się dalej bocznymi ulicami.
Czasem niemal przyklejeni do ścian budynków.
Czasem przebiegając przez otwarte fragmenty drogi.
Wojna nauczyła ich poruszać się inaczej. Ciszej. Szybciej.
W pewnym momencie Majewski gwałtownie uniósł rękę.
Wszyscy natychmiast przykucnęli za drewnianym płotem.
Głosy.
Niemieckie.
Tuż za rogiem.
Claire przycisnęła się mocniej do ściany.
Patrol stał zaledwie kilka metrów dalej.
— Adler chce zamknąć całe centrum — powiedział jeden z żołnierzy. — Do rana mają sprawdzić każdy większy budynek.
Drugi prychnął.
— Wszystko przez jednego bibliotekarza i dziewczynę.
— Nie tylko. Podobno chodzi o jakieś dokumenty.
Alojzy spojrzał na Claire.
Czyli Adler rzeczywiście mówił swoim ludziom o notatkach.
Żołnierz splunął na bruk.
— Oficerowie zachowują się, jakby ci ludzie mogli wygrać wojnę.
Zapadła chwila ciszy.
A potem odezwał się trzeci głos.
Znacznie chłodniejszy.
— Nie wiesz wszystkiego.
Wszyscy za płotem napięli się momentalnie.
Ten głos nie należał do zwykłego żołnierza.
— Adler uważa, że oni prowadzą go do czegoś ważnego. Bardzo ważnego.
Claire spojrzała na Alojzego szeroko otwartymi oczami.
Ojciec Mlenta natomiast zamknął oczy.
Jakby dokładnie tego się spodziewał.
Patrol ruszył dalej po chwili.
Dopiero wtedy Majewski dał znak do ruchu.
Ruszyli znowu.
Alojzy coraz mocniej czuł jedno:
oni już nie uciekali przed Adlerem.
Obie strony ścigały dokładnie to samo.
Rynek pojawił się przed nimi nagle, gdy wyszli zza ostatniego ciągu kamienic.
I wszyscy momentalnie zrozumieli, że mają problem.
Plac, który jeszcze poprzedniego ranka wydawał się spokojnym centrum niewielkiego miasta, teraz przypominał punkt wojskowej kontroli.
Patrole.
Wszędzie.
Niemieccy żołnierze stali przy studni, przy wejściach do uliczek, pod arkadami kamienic i w pobliżu samego kościoła. Co jakiś czas przez rynek przechodziły kolejne grupy Wehrmachtu albo żandarmerii, a światła latarek przecinały mrok niczym reflektory.
Kościół był już praktycznie obstawiony.
Claire przeklęła pod nosem.
— No to pięknie.
Majewski zmarszczył brwi.
— Nie przejdziemy tam niezauważeni.
Kowal wychylił się ostrożnie zza rogu.
— Nawet nie ma jak przebiec. Za dużo otwartej przestrzeni.
Alojzy patrzył na kościół w milczeniu.
Był tak blisko.
Kilkaset metrów.
A jednocześnie wydawał się teraz dalej niż kiedykolwiek.
I wtedy odezwał się ojciec.
— Przejdziecie.
Wszyscy spojrzeli na niego.
Starszy mężczyzna poprawił okulary i uśmiechnął się dziwnie.
Bardzo dziwnie.
— Tylko nie wszyscy naraz.
Claire zmarszczyła brwi.
— Co pan chce zrobić?
Ojciec Alojzego nie odpowiedział od razu.
Spojrzał na rynek.
Na Niemców.
Na kościół.
I nagle ruszył.
Po prostu.
Wyszedł zza budynku prosto na otwartą przestrzeń rynku.
— Tato! — syknął Alojzy odruchowo.
Za późno.
Starzec szedł już przez środek placu.
Wyprostowany. Spokojny.
Jak człowiek, który kompletnie nie rozumie czym jest strach.
Pierwszy patrol zauważył go niemal od razu.
— Hej! Ty!
Ojciec Alojzego zatrzymał się powoli.
Spojrzał na Niemców.
A potem… rozłożył ręce szeroko.
I wydarł się na cały rynek:
— VOX MORTUORUM NON TACET!
Echo odbiło się od kamienic.
Kilku żołnierzy aż drgnęło.
Claire patrzyła z absolutnym niedowierzaniem.
— O mój Boże…
Ojciec tymczasem ruszył dalej.
Prosto ku środkowi rynku.
I zaczął przemawiać.
Po łacinie. Po polsku. Momentami po niemiecku.
Chaotycznie. Głośno. Przeraźliwie.
— Oni są pod ziemią! Słyszę ich! Wszyscy ich słyszycie!
Żandarmi ruszyli ku niemu natychmiast.
— Zabierzcie tego wariata stąd!
Ale ojciec Alojzego był szybszy.
Wskoczył na krawędź studni i zaczął wykrzykiwać kolejne zdania, wymachując rękami tak teatralnie, że niemal cały rynek zaczął zwracać na niego uwagę.
Ludzie wyglądali przez okna. Kilku żołnierzy zbiegło się bliżej.
I właśnie o to chodziło.
Majewski spojrzał na resztę.
— Teraz.
Ruszyli.
Szybko. Nisko przy ścianach.
Korzystając z chaosu.
Claire przebiegła pierwsza. Za nią Kowal. Potem Alojzy i Majewski.
Wszyscy Niemcy patrzyli teraz na starca wrzeszczącego po łacinie ze środka rynku.
Jeden z żandarmów próbował ściągnąć go ze studni, ale ojciec Alojzego niemal się przed nim wywinął i zaczął recytować coś jeszcze głośniej.
— Sub terra! Sub terra!
— Zamknąć go!
Alojzy zatrzymał się na sekundę przy wejściu do bocznej uliczki prowadzącej ku kościołowi.
Spojrzał na ojca.
Na starego, obłąkanego człowieka stojącego pośrodku rynku i odwracającego uwagę całego niemieckiego patrolu.
I pierwszy raz od dawna pomyślał, że może…
może jego ojciec nie był aż tak szalony, jak wszyscy sądzili.
Boczna uliczka prowadząca do kościoła była ciemna i niemal całkowicie pusta.
Wszystkie patrole przesunęły się bliżej rynku, gdzie ojciec Alojzego nadal urządzał swój groteskowy spektakl pośród wrzasków, łaciny i prób uspokojenia go przez coraz bardziej zirytowanych Niemców.
Dzięki temu udało im się dotrzeć niemal pod sam mur świątyni.
Dopiero tutaj zatrzymali się na chwilę.
Wszyscy oddychali ciężko.
Claire oparła dłonie o kolana.
— On naprawdę właśnie odwrócił uwagę całego rynku.
Kowal pokręcił głową z niedowierzaniem.
— Ja już nawet nie wiem, czy on jest geniuszem czy wariatem.
Majewski wychylił się ostrożnie zza narożnika.
— Jedno drugiego nie wyklucza.
Alojzy patrzył jednak w stronę rynku.
Widział fragment sylwetki ojca między żołnierzami.
Niemcy próbowali sprowadzić go ze studni, ale starzec nadal wykrzykiwał coś o głosach spod ziemi i „śpiących pod kamieniem”.
I co najgorsze…
robił to przekonująco.
Claire spojrzała na Alojzego.
— Martwisz się o niego.
Alojzy długo nie odpowiadał.
W końcu westchnął.
— Całe życie próbowałem przekonać siebie, że on po prostu oszalał.
Spojrzał na kościół.
— A teraz zaczynam się zastanawiać, ile z tego wszystkiego było prawdą.
Majewski podszedł do bocznych drzwi świątyni.
Zamknięte.
Oczywiście.
Kowal zaklął pod nosem.
— No pięknie. Czyli po tym całym teatrze nadal stoimy pod zamkniętym kościołem.
Claire spojrzała na Alojzego.
— Da się to otworzyć?
Alojzy uklęknął przy zamku.
Stary mechanizm wyglądał dokładnie tak, jak wcześniej.
Solidny. Ciężki. Irytująco trudny.
Ale tym razem coś było inaczej.
Spojrzał niżej.
Na drewno przy framudze.
Drobne zarysowania.
Świeże.
Jakby ktoś otwierał te drzwi wielokrotnie w pośpiechu.
— Ktoś tędy chodzi — mruknął.
Majewski momentalnie spoważniał.
— Niemcy?
Alojzy pokręcił głową.
— Nie. To za stare ślady. I za ostrożne.
Claire spojrzała na niego uważnie.
— Zakonnica?
Alojzy nie zdążył odpowiedzieć.
Bo nagle usłyszeli gwizdek.
Krótki. Ostry.
Potem drugi.
Majewski momentalnie wyjrzał zza rogu.
I zaklął cicho.
— Rynek się ruszył.
Claire zbladła lekko.
— Co?
— Niemcy zaczynają przeczesywać boczne ulice.
Alojzy poczuł zimny ucisk w żołądku.
Ojciec kupił im trochę czasu.
Ale tylko trochę.
Kowal spojrzał nerwowo na uliczkę.
— Zaraz tu będą.
Alojzy ponownie spojrzał na zamek.
Na ślady.
Na stare drewno.
I wtedy coś zauważył.
Niewielkie wgłębienie obok framugi.
Prawie niewidoczne.
Jak miejsce na cienki metalowy element.
Claire nachyliła się bliżej.
— Co to?
Alojzy zmarszczył brwi.
Potem powoli wsunął palce do kieszeni płaszcza.
I wyciągnął coś, czego od dawna przy sobie nie używał.
Mały metalowy symbol.
Fragment starego znaku przerysowanego jeszcze w katakumbach pod Paryżem.
Ten sam, który wcześniej wydawał się kompletnie bezużyteczny.
Kowal spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Ty to nosisz przy sobie cały czas?!
Alojzy nie odpowiedział.
Bo właśnie wsunął symbol w szczelinę.
I usłyszeli kliknięcie.ROZDZIAŁ 131
Kliknięcie było ciche.
Prawie niezauważalne.
A jednak wszyscy usłyszeli je wyraźnie.
Zapadła krótka cisza.
Kowal zamrugał.
— Nie ma mowy…
Claire patrzyła na framugę z szeroko otwartymi oczami.
Alojzy bardzo powoli nacisnął drzwi.
Stare drewno ustąpiło z ciężkim skrzypnięciem.
Nieznacznie. Ale wystarczająco.
Z wnętrza kościoła uderzył ich chłód.
I ciemność.
Majewski momentalnie odwrócił się w stronę ulicy.
Głosy były coraz bliżej.
Niemcy rzeczywiście zaczynali przeszukiwać boczne przejścia prowadzące od rynku.
Nie mieli czasu.
— Do środka. Już.
Weszli jeden po drugim.
Najpierw Claire. Potem Kowal. Majewski.
Alojzy wszedł ostatni i ostrożnie domknął drzwi.
Kościół był niemal całkowicie ciemny.
Jedynie pojedyncze świece przy ołtarzu nadal się paliły, rzucając długie, niestabilne cienie na ściany i ławki.
Przez chwilę wszyscy tylko stali nieruchomo i nasłuchiwali.
Z zewnątrz dobiegały odległe głosy Niemców.
Ale tutaj…
panowała cisza.
Claire odezwała się pierwsza.
Szeptem.
— Jak ty to zrobiłeś?
Alojzy spojrzał na metalowy symbol w dłoni.
Sam nadal nie był pewien.
— Chyba… to nigdy nie był tylko symbol.
Majewski podszedł bliżej.
— Czyli ktoś stworzył z tego klucz.
Kowal pokręcił głową.
— Coraz bardziej mi się to wszystko nie podoba.
Alojzy schował znak do kieszeni.
Potem spojrzał w stronę zejścia prowadzącego pod świątynię.
Mrok wydawał się tam jeszcze gęstszy.
Jakby podziemia same czekały, aż znowu do nich wrócą.
Claire zauważyła jego spojrzenie.
— Nadal myślisz, że tunele istnieją?
— Muszą istnieć.
Majewski poprawił pistolet za paskiem.
— Oby twój ojciec wiedział, co mówi.
I wtedy…
rozległo się uderzenie w drzwi kościoła.
Wszyscy momentalnie zamarli.
Drugie.
Głośniejsze.
— Öffnen!
Niemcy.
Kowal zaklął pod nosem.
Claire odruchowo cofnęła się o krok.
Alojzy spojrzał na zejście.
— Nie zdążymy się schować tutaj na górze.
Majewski skinął głową.
— W dół.
Trzecie uderzenie zatrzęsło drzwiami.
— Öffnen sofort!
Alojzy ruszył pierwszy ku przejściu za ołtarzem.
Schody prowadzące pod ziemię wydawały się jeszcze ciaśniejsze niż wcześniej.
Claire szła tuż za nim.
Za nimi Kowal i Majewski.
Na górze rozległ się trzask.
Niemcy zaczynali wyważać wejście.
Alojzy zbiegł niżej.
Szybko. Prawie po omacku.
Podziemia przywitały ich chłodem i wilgocią.
Świece nadal się tam paliły.
Jakby ktoś był tutaj niedawno.
Jakby ktoś cały czas pilnował tego miejsca.
Majewski odwrócił się ku schodom.
— Zamknąć to jakoś?
Ale Alojzy już patrzył dalej.
Bo w głębi komnaty…
za półkami i kamienną ścianą…
widział wąskie przejście, którego wcześniej tam nie było.
Albo którego wcześniej po prostu nie zauważył.
A nad nim wyryty symbol.
Ten sam.
Klucz.
Alojzy podszedł bliżej powoli, niemal odruchowo unosząc lampę, którą zabrali z jednej z wnęk przy schodach.
Płomień drżał lekko.
Tak samo jak jego dłonie.
Przejście rzeczywiście tam było.
Wąskie. Niskie. Częściowo ukryte za kamienną półką pełną starych ksiąg i zakurzonych świeczników.
Jakby ktoś celowo próbował sprawić, by wyglądało na fragment ściany.
Claire stanęła obok niego.
— Wcześniej tego tu nie było?
Alojzy pokręcił głową.
— Albo nie zwróciliśmy uwagi.
Majewski spojrzał za siebie, ku schodom.
Na górze nadal słychać było Niemców.
Krzyki. Przesuwane ławki. Ciężkie kroki.
Byli już w kościele.
I to oznaczało jedno:
mieli bardzo mało czasu.
Kowal przesunął dłonią po kamieniu przy wejściu.
— To przejście wygląda jak grobowiec.
Ojciec Alojzego podszedł bliżej.
I uśmiechnął się.
Niepokojąco.
— Bo nim jest.
Wszyscy spojrzeli na niego.
Starzec dotknął wyrytego symbolu niemal czule.
— Dawniej chowano tutaj ludzi, którzy wiedzieli za dużo.
Claire przełknęła ślinę.
— To wcale nie brzmiało dobrze.
Alojzy świecił lampą coraz dalej wgłąb tunelu.
Korytarz ciągnął się w dół pod lekkim kątem.
Ciemny. Wilgotny.
I wyraźnie bardzo stary.
Na ścianach widniały kolejne symbole.
Niektóre niemal identyczne z tymi, które przepisywał wcześniej.
Inne zupełnie nowe.
Majewski syknął nagle:
— Cicho.
Wszyscy zamarli.
Na górze rozległ się głos Niemca.
Bliżej niż wcześniej.
— Hier unten!
Claire pobladła.
— Oni znaleźli zejście.
Kowal odbezpieczył pistolet.
Majewski zrobił to samo.
Alojzy spojrzał na nich natychmiast.
— Żadnych strzałów. Nie tutaj.
— A co proponujesz? — syknął Kowal. — Rozmowę o filozofii?
Ojciec Alojzego odezwał się nagle:
— Oni nie pójdą za nami daleko.
W jego głosie zabrzmiała dziwna pewność.
Alojzy spojrzał na niego uważnie.
— Skąd wiesz?
Starzec spojrzał w ciemność tunelu.
— Bo pod ziemią wszyscy zaczynają słyszeć rzeczy.
Zapadła krótka cisza.
Claire mruknęła pod nosem:
— Coraz bardziej zaczynam nienawidzić podziemi.
Na górze rozległ się trzask przewracanych półek.
Potem światło.
Niemcy byli już bardzo blisko wejścia do komnaty.
Majewski spojrzał na Alojzego.
— Decyzja. Teraz.
Alojzy ścisnął lampę mocniej.
Potem spojrzał w tunel.
Na ciemność prowadzącą ku Będzinowi.
Ku kolejnemu fragmentowi Codexu.
I skinął głową.
— Idziemy.
Ruszyli.
Szybko.
Ojciec pierwszy. Za nim Claire. Potem Alojzy.
Majewski i Kowal cofali się jeszcze chwilę tyłem, obserwując wejście do komnaty.
I właśnie wtedy na schodach pojawili się pierwsi Niemcy.
Światła latarek przecięły mrok podziemi.
— Da sind sie!
Kowal przewrócił ciężki świecznik na ziemię.
Metal huknął o kamień, blokując część przejścia.
Nie zatrzyma ich na długo.
Ale wystarczyło.
Wszyscy rzucili się wgłąb tunelu.
Za ich plecami rozległy się wrzaski Niemców.
A potem…
dziwny dźwięk.
Nie kroków.
Nie głosów.
Coś głębszego.
Jakby przeciąg przepływający przez bardzo stare korytarze.
Albo…
szept.ROZDZIAŁ 132
Tunel zdawał się nie mieć końca.
Biegli przez wilgotny, ciasny korytarz, potykając się o kamienie i resztki starego drewna zalegającego pod nogami. Światło lampy rzucało drżące cienie na ściany pokryte symbolami, a echo kroków odbijało się wielokrotnie, mieszając z odległymi krzykami Niemców.
Claire oddychała ciężko.
Kowal co chwilę oglądał się za siebie.
Majewski biegł z pistoletem w dłoni, gotowy w każdej chwili zawrócić i osłaniać resztę.
Tylko ojciec Alojzego wydawał się poruszać dziwnie spokojnie.
Jakby znał ten tunel od zawsze.
I właśnie wtedy Alojzy usłyszał szept.
Nie dźwięk.
Nie głos.
Coś znacznie gorszego.
Myśl.
Obcą. Ale jednocześnie brzmiącą tak, jakby od dawna była ukryta gdzieś z tyłu jego własnego umysłu.
Zatrzymał się gwałtownie.
Tak nagle, że Claire niemal na niego wpadła.
— Alojzy?!
Nie odpowiedział.
Stał nieruchomo pośrodku tunelu, patrząc przed siebie szeroko otwartymi oczami.
Szept powrócił.
Krótki.
Ledwie wyczuwalny.
Ale wyraźny.
Alojzy powoli odwrócił głowę ku ojcu.
I nagle coś zrozumiał.
Serce ścisnęło mu się lodowato.
— Nie…
Ojciec spojrzał na niego.
— Co?
Alojzy oddychał ciężko.
— Nie było cię z nami w kościele.
Zapadła cisza.
Claire zmarszczyła brwi.
— O czym ty mówisz?
Alojzy patrzył wyłącznie na ojca.
— Weszliśmy bez ciebie.
Ojciec zamrugał kilka razy.
— To nieprawda.
— Byłeś na rynku.
Alojzy zrobił krok w tył.
— Odwracałeś uwagę Niemców. Widziałem cię.
Ojciec milczał przez chwilę.
Za ich plecami nadal słychać było Niemców próbujących przedostać się przez zawalone przejście.
Ale dla Alojzego wszystko nagle stało się odległe.
Nierealne.
Bo im bardziej próbował sobie przypomnieć moment wejścia do kościoła…
tym mniej był pewien, kiedy właściwie ojciec znalazł się z nimi.
Starszy mężczyzna poprawił okulary powolnym ruchem.
I odezwał się ciszej niż wcześniej:
— Codex rządzi się swoimi prawami.
Claire spojrzała najpierw na ojca, potem na Alojzego.
— Dobra. Nie podoba mi się to zdanie.
Alojzy patrzył jednak dalej.
I nagle…
ojciec zaczął wyglądać inaczej.
Nie całkiem.
Tylko przez sekundę.
Jakby światło lampy przestało go dosięgać.
Jakby stał nie człowiek…
a cień człowieka.
Alojzy przetarł oczy gwałtownie.
Oddech ugrzązł mu w gardle.
Mrugnął.
I wtedy zobaczył, że ojca nie ma obok niego.
Tunel był pusty.
Claire i reszta byli kilka metrów dalej.
A zza niego…
rozległy się kroki.
Prawdziwe.
Ojciec Alojzego dopiero biegł ku niemu.
Zmęczony. Zdyszany. Całkowicie materialny.
Dobiegł w końcu i złapał go za ramię.
— Biegnij! Zaraz nas dopadną!
Klepnął go mocno po ramieniu.
Alojzy zamrugał oszołomiony.
Spojrzał jeszcze raz przed siebie.
Tunel był normalny.
Ojciec stał obok.
Claire patrzyła na niego z niepokojem.
— Alojzy?
On jednak nie odpowiedział.
Bo pierwszy raz od początku tej drogi naprawdę nie wiedział…
czy Codex prowadzi ich przez historię.
Czy przez szaleństwo.ROZDZIAŁ 133
Biegli dalej.
Coraz szybciej.
Tunel stawał się coraz węższy, bardziej niestabilny, a miejscami trzeba było niemal przeciskać się bokiem między popękanymi ścianami i drewnianymi belkami podpierającymi sufit.
Za nimi rozlegały się krzyki Niemców.
Coraz bliżej.
— Schneller!
Potem pierwszy strzał.
Huk odbił się echem przez cały tunel.
Claire odruchowo schyliła głowę.
Kolejna kula uderzyła w kamień kilka metrów od Alojzego, rozbijając fragment ściany i zasypując ich pyłem.
— Oni naprawdę chcą nas stąd wyciągnąć! — krzyknął Kowal.
— To nie jest najlepszy moment na odkrycia! — odkrzyknęła Claire.
Ojciec Alojzego biegł zaskakująco szybko jak na swój wiek.
I nadal się uśmiechał.
To było chyba najbardziej niepokojące.
Majewski spojrzał za siebie.
Światła niemieckich latarek pojawiały się już między zakrętami tunelu.
— Za blisko!
Kolejne strzały.
Tunel zatrząsł się lekko.
Stare drewno zaskrzypiało złowrogo.
Alojzy świecił lampą coraz dalej.
I nagle zobaczył schody.
Kamienne. Prowadzące w górę.
— Tam!
Ruszyli ostatkiem sił.
Schody były śliskie od wilgoci, a część stopni dawno popękała, ale mimo to wspinali się coraz wyżej.
Powietrze zaczynało się zmieniać.
Mniej duszne. Chłodniejsze.
I wtedy Alojzy dostrzegł światło.
Prawdziwe.
Nie lampę. Nie świecę.
Świt.
Wypadli z tunelu niemal jednocześnie.
Na zimne powietrze. Na kamienną salę.
Przez chwilę wszyscy tylko oddychali ciężko.
Alojzy uniósł wzrok.
I zrozumiał.
Zamek.
Byli w zamku w Będzinie.
Stare kamienne ściany, wysokie sklepienia i chłodne światło wpadające przez wąskie okna nie pozostawiały żadnych wątpliwości.
Dotarli.
Claire oparła dłonie o kolana, próbując złapać oddech.
— Ja… naprawdę zaczynam nienawidzić podziemi…
Ale Niemcy nadal byli za nimi.
Krzyki dochodziły już ze schodów tunelu.
Majewski odwrócił się gwałtownie.
— Musimy to zawalić!
Kowal zauważył drewnianą konstrukcję podtrzymującą część sklepienia przy wyjściu.
Starą. Spróchniałą.
Ale nadal trzymającą ciężar.
— To!
Nie potrzebowali więcej słów.
Wszyscy rzucili się ku belkom.
Kowal i Majewski zaczęli je rozbijać kolbami pistoletów i kamieniami, Claire pomagała odciągać luźne elementy, a Alojzy chwycił leżący przy ścianie żelazny pręt.
Krzyki Niemców były już bardzo blisko.
Pierwszy żołnierz pojawił się na schodach.
Padł strzał.
Kula przeleciała obok Claire.
Alojzy z całych sił uderzył w ostatnią belkę.
Drewno pękło z hukiem.
I wtedy wszystko zaczęło się walić.
Kamienie runęły z góry.
Tunel zatrząsł się potężnie.
Rozległy się wrzaski Niemców.
Pył eksplodował w powietrzu.
Wszyscy rzucili się do tyłu, gdy całe wejście zawaliło się pod tonami kamienia i ziemi.
Zapadła cisza.
Ciężka. Głucha.
Tunel przestał istnieć.
Pod gruzem pogrzebanych zostało kilku Niemców.
Majewski oddychał ciężko.
Kowal usiadł na podłodze i spojrzał na zawalone wejście.
— No… to raczej za nami nie pójdą.
Alojzy zauważył przy gruzach karabin jednego z Niemców wyrzucony siłą zawalenia.
Podszedł i podniósł broń.
Pierwszy raz od początku tej drogi naprawdę uzbroił się na poważnie.
Claire spojrzała na niego uważnie.
On jednak milczał.
Wtedy rozległ się śpiew.
Ojciec Alojzego stał kilka metrów dalej pośród zamkowej sali i śpiewał po łacinie, rozkładając ręce niczym człowiek odprawiający dziwną ceremonię.
Echo niosło jego głos po kamiennych ścianach.
Alojzy pokręcił głową powoli.
Zmęczony. Zdezorientowany.
I w końcu spytał:
— Kiedy właściwie do nas dołączyłeś?
Ojciec spojrzał na niego.
Uśmiechnął się lekko.
A potem odpowiedział po łacinie:
— Cum tempus id permisit.
Claire zmarszczyła brwi.
— Co on powiedział?
Alojzy patrzył na ojca nieruchomo.
— „Wtedy, gdy było to odpowiednie.”ROZDZIAŁ 134
Przemieszczali się przez zamek ostrożnie.
Stare korytarze były chłodne i wilgotne, a część ścian nosiła ślady czasu, wojny i wcześniejszych walk. Kamienne schody skrzypiały pod ciężarem kroków, gdzieniegdzie leżały fragmenty gruzu, a przez wąskie okna wpadało blade światło poranka.
Mimo wszystko…
byli bezpieczni.
Przynajmniej na chwilę.
To uczucie wydawało się niemal obce po ostatnich dniach.
Claire szła obok Alojzego, nadal zmęczona ucieczką przez tunele, ale coraz bardziej zaciekawiona samym zamkiem.
— Nie wiedziałam, że jest aż taki duży.
Kowal prychnął lekko.
— Bo zamek z daleka zawsze wygląda mniejszy niż wtedy, gdy trzeba po nim łazić.
Majewski szedł kilka kroków przed nimi z pistoletem schowanym pod płaszczem, sprawdzając kolejne przejścia.
Ojciec Alojzego natomiast znowu mamrotał coś po łacinie pod nosem, dotykając ścian i kamieni tak, jakby próbował „słuchać” samego zamku.
W końcu wyszli na wewnętrzny plac.
Poranne światło rozlało się po kamieniach, a chłodny wiatr uderzył ich w twarze po dusznych tunelach.
Nad nimi górowała główna wieża.
Podniszczona. Nadgryziona czasem.
Ale nadal majestatyczna.
Kowal spojrzał ku górze.
— Chodźmy tam. Będzie widać całe miasto.
Wspinaczka była długa i męcząca.
Kamienne schody były nierówne, miejscami popękane, ale po czasie dotarli na samą górę.
I wtedy zobaczyli Będzin.
Miasto rozciągało się pod nimi w chłodnym świetle poranka.
Kamienice. Fabryki. Dymiące kominy. Wąskie uliczki.
I ludzie.
Dużo ludzi.
Alojzy oparł dłonie o kamienny mur wieży i patrzył długo w dół.
Kowal odezwał się pierwszy:
— Dziwne miejsce.
Claire spojrzała na niego.
— Dlaczego?
Kowal wskazał miasto.
— Bo wszystko tutaj jest wymieszane. Polacy. Żydzi. Niemcy.
Alojzy skinął powoli głową.
— To mocno żydowskie miasto.
Spojrzał gdzieś dalej.
Na dzielnice po drugiej stronie.
— Jest tu bardzo dużo Żydów.
Zapadła chwila ciszy.
Claire zauważyła ogrodzone fragmenty miasta.
Druty. Patrole. Bramy.
— Getto?
Alojzy skinął głową.
— Tak.
Kowal westchnął ciężko.
— A gdzie są Żydzi… tam Niemcy zawsze będą siedzieć gęsto.
I rzeczywiście.
Patroli było mnóstwo.
Na ulicach przejeżdżały ciężarówki Wehrmachtu. Żandarmi kontrolowali przechodniów. W oddali widać było nawet niemiecką flagę wiszącą nad jednym z budynków administracyjnych.
Majewski obserwował wszystko uważnie.
— Na razie nie widzę ludzi Adlera.
Alojzy spojrzał w stronę dróg prowadzących ku Czeladzi.
— Ostatni pościg był za nami w tunelu.
Majewski skinął głową.
— Adler nie założył, że uda nam się wydostać z miasta pod ziemią.
Claire oparła się o mur.
— Czyli mamy przewagę?
Kowal parsknął.
— Nie przesadzałbym.
Wskazał na miasto poniżej.
— Będzin aż roi się od Niemców.
I miał rację.
Tutaj wystarczył jeden błąd.
Jedno rozpoznanie twarzy.
Jedna kontrola.
Alojzy spojrzał na notes.
Na symbole. Na kolejne ciągi znaków.
Potem na zamek.
I nagle znowu poczuł ten ciężar.
Bo choć uciekli…
choć dotarli tutaj…
najważniejsze pytanie nadal pozostawało bez odpowiedzi.
Gdzie jest kolejny manuskrypt?
Wiatr zawiał mocniej na szczycie wieży.
Ojciec Alojzego spojrzał gdzieś daleko ponad dachami miasta.
I mruknął cicho:
— On jest bliżej, niż myślicie.ROZDZIAŁ 135
Na szczycie wieży panował dziwny spokój.
Tak wysoki, stary zamek wydawał się niemal odcięty od wojny, mimo że wystarczyło spojrzeć w dół, by zobaczyć niemieckie patrole przemierzające ulice Będzina.
Wiatr huczał lekko między kamieniami.
Claire siedziała oparta o mur i obserwowała miasto. Kowal krążył powoli po platformie wieży, wyglądając co chwilę przez strzelnice.
Majewski natomiast usiadł przy samym brzegu kamiennego parapetu.
I odpalił papierosa.
Przez chwilę po prostu patrzył na żarzący się koniec.
Potem wypuścił dym powoli i pokręcił głową z niedowierzaniem.
— Nie mogę uwierzyć, jakie to wszystko jest absurdalne.
Claire spojrzała na niego.
— Co dokładnie?
Majewski parsknął cicho.
— Że siedzę sobie spokojnie na średniowiecznej wieży, palę papierosa i patrzę na Niemców z góry, jakby to oni byli zamknięci tam na dole.
Kowal uśmiechnął się lekko.
— Technicznie rzecz biorąc… trochę są.
Majewski wskazał papierosem miasto.
— A jeszcze tydzień temu siedziałem w piwnicy w Krakowie i planowałem kraść mundury.
Claire prychnęła śmiechem.
— A teraz?
— Teraz uczestniczę w jakiejś przeklętej wyprawie po tajemnicze księgi z bibliotekarzem, francuzką i prorokiem.
Spojrzał na ojca Alojzego.
Starzec siedział kilka metrów dalej z zamkniętymi oczami i wyglądał, jakby słuchał wiatru.
— Nadal podtrzymuję wersję, że on nie jest prawdziwy — mruknął Kowal.
Alojzy prawie ich nie słuchał.
Przykucnął przy murze wieży z notatnikiem rozłożonym na kolanach i znowu analizował symbole.
Coraz bardziej obsesyjnie.
Litery. Linie. Układy.
Nie szukał już pojedynczych słów.
Szukał czegoś innego.
Rytmu.
Struktury.
Claire zauważyła to pierwsza.
— Znowu odpłynąłeś.
Alojzy nie podniósł wzroku.
— Nie chodzi już o miejsca.
Przesunął palcem po jednej z notatek.
— Te zdania mają kształt.
Kowal spojrzał na Majewskiego.
— Powiedz mi szczerze. On brzmi jeszcze normalnie?
Majewski wzruszył ramionami.
— Już dawno przestałem oceniać.
Alojzy nadal mówił bardziej do siebie niż do reszty:
— To nie jest zwykły tekst. To zapis kierunku. Ruchu. Układu przestrzeni.
Claire podeszła bliżej.
— I co widzisz?
Alojzy w końcu podniósł wzrok.
Powoli.
I spojrzał poza zamek.
Nie na miasto.
Dalej.
Na tereny za parkiem rozciągającym się poniżej wzgórza zamkowego.
Na pagórkowaty teren porośnięty drzewami i krzakami.
Zmarszczył brwi.
— To absurd.
Majewski zgasił papierosa o kamień.
— Co?
Alojzy zawahał się chwilę.
— Wszystko wskazuje… na wzgórza za parkiem.
Zapadła cisza.
Kowal spojrzał tam, gdzie wskazywał.
— Tam nic nie ma.
— Właśnie dlatego to absurdalne — odpowiedział Alojzy.
Przewrócił kilka stron notatek jeszcze raz.
Szukał błędu.
Pomyłki.
Ale nie znajdował niczego innego.
Claire spojrzała na wzgórza.
Potem na niego.
— A jeśli właśnie dlatego coś tam jest?
Alojzy westchnął ciężko.
Bo dokładnie to samo zaczynał podejrzewać.
Majewski wstał powoli.
— Czyli co? Znowu idziemy w ciemno?
Kowal poprawił płaszcz.
— W sumie ostatnio działało.
Ojciec Alojzego otworzył nagle oczy.
I odezwał się spokojnie:
— Ziemia pamięta rzeczy, które ludzie próbują ukryć.
Wszyscy spojrzeli na niego.
Starzec wskazał wzgórza za parkiem.
— Tam kiedyś coś było.
Alojzy zamknął notes.
I choć nadal uważał cały trop za absurdalny…
nie mieli niczego lepszego.
— Sprawdzimy teren za zamkiem — powiedział w końcu.
A potem spojrzał jeszcze raz na wzgórza.
I znowu poczuł to dziwne wrażenie, że Codex nie prowadzi ich już przez historię…
tylko przez coś znacznie starszego.ROZDZIAŁ 165
Alojzy usiadł w samochodzie powoli.
Drzwi zamknęły się ciężko, odcinając ich od lodowatego powietrza lotniska.
Silnik zawarczał.
Ruszyli.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
Alojzy patrzył przez okno na Leningrad i próbował poukładać sobie w głowie fakt, że naprawdę tutaj dotarł.
Miasto wyglądało inaczej niż wszystko, co widział wcześniej.
Surowiej.
Ciężej.
Wojna nie była tutaj czymś wiszącym w tle.
Ona była wszędzie.
Na ulicach przesuwali się żołnierze w grubych płaszczach, ciężarówki ciągnęły zaopatrzenie, ludzie szli szybko z opuszczonymi głowami, a większość budynków wyglądała na zmęczoną samym istnieniem.
Nad miastem wisiała zimna mgła.
I coś jeszcze.
Napięcie.
Jakby wszyscy tutaj wiedzieli, że śmierć znajduje się bardzo blisko.
Vogt zauważył jego spojrzenie.
— Inne niż Europa Zachodnia, prawda?
Alojzy skinął lekko głową.
— Tutaj wojna wygląda… bardziej prawdziwie.
Vogt przez chwilę milczał.
— Bo tutaj nikt już nie udaje, że to tylko konflikt państw.
Samochód przejechał obok długiej kolejki ludzi stojących przed budynkiem przypominającym magazyn żywności.
Niektórzy trzymali metalowe naczynia. Inni worki.
Wszyscy wyglądali na wyczerpanych.
Alojzy zmarszczył brwi.
— Głód?
Vogt skinął głową.
— Coraz większy.
To uderzyło Mlenta mocniej, niż się spodziewał.
W III Rzeszy widział propagandę. Kontrolę. Strach.
Tutaj widział przetrwanie.
Samochód wjechał głębiej w miasto.
Minęli pomnik Lenina. Kilka ogromnych budynków administracyjnych. Zakłady przemysłowe.
Wszędzie wisiały radzieckie hasła i czerwone flagi.
Alojzy próbował czytać napisy.
Część rozumiał.