-
nowość
Upadek i serce - ebook
Upadek i serce - ebook
Powieść indonezyjskiej pisarki Siti Rukiah opowiada o losach młodej kobiety z klasy średniej, rozdartej między miłością a powinnościami wobec rodziny; między osobistymi pragnieniami a powinnościami wobec ojczyzny i toczącej się walki o niepodległość. Jest to jedno z nielicznych dzieł w historii literatury indonezyjskiej, które ukazuje negatywny wpływ wojny na życie młodych kobiet, skupiając się na przedstawieniu ich myśli, emocji, uczuć i dylematów, przed którymi stoją. Twórczość Rukiah wyprzedziła swoją epokę, niezwykle krytycznie analizując nierówności, z którymi boryka się bohaterka, chcąc wyzwolić się spod ograniczających ją tradycji i oczekiwań rodziny oraz społeczeństwa.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
SPIS TREŚCI
Upadek i serce ......................................................... 5
Przypisy .................................................................... 113
Posłowie do książki S. Rukiah Upadek i serce
(Kejatuhan dan Hati) ............................................... 117
Bibliografia .............................................................. 133
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8442-068-3 |
| Rozmiar pliku: | 798 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tak właśnie zapamiętałam jego pożegnalne słowa. Ale słowa te porzuciłam już dawno temu, zatopiłam je w nocach pod czerwonym księżycem. Zatopiłam je w nocach, choć każda z nich była wypełniona czerwonym blaskiem, czerwonymi marzeniami i czerwonymi wspomnieniami. I nie była to jedynie czerwień rewolucji¹, która zatraciła już dziś swój kolor, ani czerwień krwawych mordów, lecz także czerwień miłości.
I właśnie tę czerwień przywołuję jako ostatnią. Tak, przywołuję ją, choć dla mnie jest już tylko kolorem przeszłości, reliktem, echem minionej epoki, historią, którą można by teraz zamienić w opowieść o maszynach i fabrykach, o krwi lub o pieniądzach i przedmiotach.
Wciąż nie rozumiem, dlaczego kiedy ktoś pisze baśń albo opowieść, nadal pragnie wpleść w nią historię miłosną – między kimś a kimś lub między nią a nim, którzy kiedyś byli sobie bliscy. Albo uzupełnia ją obrazami zieleni pól ryżowych, opisami błękitnego nieba i nieba wcale nie tak błękitnego, oraz gór, które z oddali wydają się łagodne i spokojne. Choć przecież wiem, że wszystko to tylko stare historie, stare uczucia, stare wspomnienia i równie stare marzenia. A jednak czasem naprawdę nie rozumiem – dlaczego? I przypominam sobie, że to pytanie – dlaczego? – i myśl, by kwestionować wszystko, co stare, pojawiły się, gdy wciąż byłam zakochana w zmianie – w tej chwili przejścia, gdy wszystko, co delikatne i łagodne, stawało się twarde i silne, a wszystko, co chłodne i spokojne, przemieniało się w rozpalone i dzikie.
W czasie tej przemiany miałam około dwudziestu lat. Oczywiście wciąż byłam jeszcze dzieckiem. Ale właśnie wtedy zaczęłam zrzucać z siebie resztki dziecięcości. „Jestem dorosła i muszę stawić czoła przyszłości jak dorosła” – powtarzałam sobie, zanim jeszcze zakochałam się w zmianie. Wypowiadałam te słowa, potajemnie składając samej sobie obietnice i zachowując je w głębi serca. Tak, miałam wtedy skłonność do pochopnego składania obietnic. Obietnic, które później domagały się, bym wzięła za nie pełną odpowiedzialność przed samą sobą – osobą, które je złożyła. A wszystkie te przyrzeczenia, dawne i przyszłe, są w rzeczywistości jedynie źródłem udręki. Bywają chwile, gdy nie potrafię znieść bolesnych konsekwencji własnych słów – cierpienie, o które nie prosiłam, z czasem coraz mocniej rozrywa moje serce. Jeszcze trudniejsze bywają chwile, gdy muszę złamać albo zdradzić swoją obietnicę, wypowiadając słowa niszczące przyrzeczenia, które skrywam w sercu. Wszystko to z czasem mija, wraz z kolejnymi zmianami. Nie potrafię jednak ubrać w miłe dla ucha lub łatwe do zrozumienia słowa, czym są owe zmiany. Wiem tylko, że odkąd sięgam pamięcią, odkąd zaczęłam rozumieć, aż do teraz – po tym, jak poślubiłam Para i urodziłam dziecko, którego pochodzenie skrywa się w mroku sekretnej miłości – zaszło wiele zmian, których nie sposób opisać.
Odkąd byłam mała, moje uczucia i zachowanie cechowała łagodność. Mama często powtarzała, że jestem łagodna – zbyt łagodna – do tego stopnia, że czasem ta łagodność sprawiała, że przegrywałam w starciach z moimi dwoma siostrami, upartymi i rozpieszczonymi, które zawsze musiały postawić na swoim.
Kiedy byłam jeszcze dzieckiem, mama często wyjeżdżała, zostawiając ojca i dom. Jeździła do Semarangu, do Yogyakarty, Cirebonu i do innych miast, których nazw nie chcę już nawet pamiętać. Nigdy nie zabierała mnie ze sobą, bo wiedziała, że nie ciągnie mnie do niczego, co nowe. Zawsze towarzyszyła jej Lina, moja druga siostra. Była ulubienicą matki – najsłodsza, najbardziej elokwentna, a czasem, gdy nie dostawała tego, czego chciała, najbardziej zbuntowana.
A ja? Ja nie potrafiłam nic. Umiałam tylko milczeć i składać obietnice samej sobie. I choć tyle się działo wokół, najczęściej po prostu godziłam się z tym, co mnie spotykało. Rzadko kiedy potrafiłam się sprzeciwić.
Kiedy mama wracała ze swoich podróży z Liną, nigdy nie rzucałam się jej w ramiona, nie piszczałam z radości ani nie podskakiwałam jak dzieci z sąsiedztwa, które widywałam. Zamiast tego trwałam w milczeniu, jakby nie było we mnie żadnych uczuć. Wciąż pamiętam, jak głośna potrafiła być Lina, gdy wyciągała jedzenie i rozmaite owoce z toreb i koszyków, oraz ten błysk w jej oczach, gdy wybierała i porównywała pomarańcze, które trzymała, z tymi należącymi do Dini, naszej najstarszej siostry. Ja zaś siedziałam cicho, a jeśli miałam ochotę się uśmiechnąć, uśmiechałam się, rozbawiona chciwością i dzikością w oczach Liny. Ale uśmiech ten zazwyczaj szybko znikał, a ja znów milkłam, pogrążona w łagodnych, spokojnych myślach, niezmąconych kłótniami o jedzenie i pomarańcze, o które nieustannie walczyły Lina i Dini.
Mama często mówiła, jak bardzo kocha swoje trzecie dziecko. Tym dzieckiem byłam ja. Ale ponieważ byłam tak cicha i łagodna, z czasem jej miłość przestała być widoczna. Przestałam przyciągać jej uwagę. Nie miała zresztą żadnych powodów do niepokoju ani troski o mnie, bo nigdy nie oddalałam się od domu. Gdy chciałam się pobawić, wystarczał mi mój własny pokój. Moje ubrania były zawsze czyste i schludne, nie pokrywał ich kurz ani plamy z soku z niedojrzałych owoców, jak u Liny i Dini. I rzeczywiście, Dini, Lina i ja różniłyśmy się od siebie pod każdym względem. A gdy poszłyśmy do szkoły i można powiedzieć, że zaczęłyśmy samodzielnie myśleć, różnice te stały się jeszcze bardziej widoczne.
Dini była twarda jak mężczyzna – sercem, ciałem i wielkimi marzeniami. To właśnie ją lubiłam najbardziej, mimo że najczęściej wpadała w tarapaty, była najbardziej niezdarna i uparta. Ale mama miała zupełnie odmienne zdanie – wydaje się, że darzyła ją najmniejszą sympatią. Według niej kobieta powinna być piękna i łagodna, roztaczać wokół siebie blask i uwodzić słowem, a przede wszystkim powinna dążyć do zdobycia bogatego męża, by móc spłacić dług wdzięczności wobec rodziców za lata troski i wyrzeczeń.
Dini nie miała żadnej z tych cech. I dlatego matka jej nie lubiła. Często się na nią złościła, bo uważała, że Dini jest zbyt uparta, a jej ubranie zbyt niechlujne. Często też z niej kpiła, bo jej ruchy nie były dość kobiece. „Ależ ty masz wstrętne ciało, Dini. Spróbuj postu – przestań jeść sól, przestań jeść cukier – może dzięki temu schudniesz i będziesz miała figurę jak Lina” – mawiała z pogardliwym uśmiechem, rzucając Dini spojrzenia pełne niechęci. Dini odwracała twarz w stronę ściany – może zawstydzona, może zraniona – a w jej oczach tlił się mściwy blask, który z czasem zalał jej serce i sprawił, że stało się twarde niczym głaz. Ja zaś milczałam, spoglądając na Dini z bezsilnym współczuciem. W takich chwilach nienawidziłam matki. I nienawidziłam też Liny. Dlaczego mama była aż tak bezduszna wobec Dini, wobec jej uczuć? Jeśli Dini była niezgrabna czy nieatrakcyjna, jeśli przypominała chłopca, to przecież nie z własnej woli lub winy, ale tak się po prostu złożyło. I to, że Lina była ładna i smukła, dokładnie taka, jaką matka chciała widzieć swoją córkę – to też był jedynie przypadek. Co gorsza, wszystkie szyderstwa sprawiały, iż Dini czuła się coraz bardziej odrzucona. Z kolei nieustanne pochwały, którymi mama obsypywała Linę, podsycały jedynie jej próżność i wyniosłość – Lina czuła, że jest kochana i faworyzowana przez rządzącą domem matkę. Lina nie chciała pracować w kuchni, pomagać Unah w siekaniu papryczek chili ani w myciu naczyń czy garów czarnych od sadzy. To wszystko robiła Dini. Ja zamiatałam podwórze za domem, przy kurniku, karmiłam kury i szorowałam łazienkę. Jedynym zajęciem, którego podejmowała się Lina, było przecieranie krzeseł i polerowanie stołu albo porządkowanie szafy w każdą niedzielę, kiedy to wykładała półki starannie przyciętym białym papierem.
Ten podział obowiązków domowych był zdecydowanie niesprawiedliwy, ale nie protestowałam. Z czasem coraz bardziej zbliżyłam się do ojca i Dini. Często ogarniał mnie smutek, gdy Dini z głębi zranionego serca skarżyła się, że odbiera się jej wolę i najskrytsze pragnienia. Nieraz mówiła: „Susi, nie zniosę już dłużej życia w tym domu, w tym piekle. Jak tylko skończę szkołę, odejdę i nauczę się radzić sobie sama”.
Te słowa bardzo mnie wtedy dotknęły. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak kobieta mogłaby żyć sama, bez męża. Mama ostrzegała nas, że kobiety są nieustannie narażone na niebezpieczeństwa, zewsząd czyhają na nie ciernie, a największym z zagrożeń są źli mężczyźni. Ale na to Dini odparła: „Sus, nic mi nie grozi z ich strony. Przecież matka ciągle powtarza, że żaden mężczyzna i tak nigdy mnie nie zechce. Nie jestem ładna jak Lina ani łagodna jak ty. Więc jestem całkowicie bezpieczna”.
Nic nie powiedziałam, chociaż w głębi serca poczułam przeszywający ból i smutek zmieszane z nienawiścią wobec Liny. W przeciwieństwie do Dini nigdy nie okazywałam tych uczuć – nie skarżyłam się, nie rzucałam gniewnych spojrzeń. Całą swoją nienawiść, smutek, radość, wszystko to chowałam w najgłębszych zakamarkach serca, wraz z zapasem obietnic, które gromadziłam od najmłodszych lat.
W miarę jak Dini zbliżała się do ukończenia szkoły średniej, mama coraz częściej opowiadała nam historie o dzieciach, które odwdzięczają się rodzicom za okazane im dobro. Twierdziła, że można to uczynić, wypełniając posłusznie wszelkie polecenia, troszcząc się o los rodziców oraz odpłacając im zarówno życzliwością, jak i dobrami materialnymi. Taka relacja, według niej, była prawdziwym rajem dla obu stron – dla matki i dla dziecka. A w przypadku córki – dodawała – nie jest to wcale takie trudne. Wystarczy, że poślubi odpowiednio zamożnego mężczyznę, a pragnienie zadośćuczynienia rodzicom może się łatwo ziścić. Zwłaszcza jeśli potrafi oczarować i zdobyć serce swojego męża.
Któregoś razu przyjrzałam się uważnie oczom i wyrazowi twarzy Dini, a potem porównałam je do oczu i wyrazu twarzy Liny, która w tym czasie bawiła się zdobiącym jej szyję naszyjnikiem. Jej piękne, smukłe palce i biała skóra lśniły w świetle lampy. Jakże różne były te dwie osoby, które miałam przed sobą! Dini powoli odwróciła głowę, a w jej oczach mignął ostry blask, który przeszył mnie do głębi i poruszył najczulsze struny mego serca. Dini znów była zła, dotknięta słowami matki. Wiedziała, że ta od dawna oczekuje, żeby córka wyszła za mąż, dla własnego szczęścia, ale także aby w ten sposób odwdzięczyć się matce za jej poświęcenie. Ale Dini nie marzyła o małżeństwie, nie wierzyła też, że potrafiłaby oczarować mężczyznę i zdobyć jego serce. Dlatego po chwili odpowiedziała szorstkim, łamiącym się głosem: „Ach, nie planuję wychodzić za mąż. Kto by chciał tak nieokrzesaną i brzydką kobietę jak ja? Jeśli Lina chce wziąć ślub przede mną, proszę bardzo. Jedyne, czego pragnę, to dochować wierności swoim ideałom”.
Jak zwykle milczałam niczym ktoś zupełnie pozbawiony pragnień. Gdy Dini skończyła mówić, zauważyłam, jak matka bezgłośnie porusza ustami, a w jej oczach zapłonął gniew, jakby słowa córki dotknęły ją do żywego. Spojrzałam ponownie na Linę. Jej wzrok lśnił, jakby właśnie odniosła jakieś osobiste zwycięstwo. Wydawała się jeszcze piękniejsza niż zwykle, a jej drobne, wąskie usta wygięły się w na wpół pogardliwym uśmiechu. Moja nienawiść do niej znów przybrała na sile, a serce zalało współczucie dla Dini. Jednak nic nie powiedziałam. Zachowałam milczenie, tłumiąc głęboko w sobie nienawiść do Liny, współczucie dla Dini oraz żal do matki za jej słowa. Jedno tylko pytanie nie dawało mi spokoju: czy naprawdę dziecko musi odpłacać rodzicom za ich trud wdzięcznością i dobrami materialnymi? Nie rozumiałam tego. Czy miłość i przywiązanie matki i dziecka nie są czymś naturalnym? Jeśli matka kocha swoje dziecko, to powinna postrzegać miłość jako swój obowiązek, wynikający z jej troski i oddania. Nie wolno jej domagać się zapłaty, wymagać od dziecka wdzięczności i dóbr materialnych. Miłość i przywiązanie to uczucia, których nie da się wymusić, wytworzyć, wybłagać ani wymienić za żadne dobra. Miłość to tajemnica, którą można odczuć, lecz jej potęga sprawia, że to, co tworzy, wymyka się ludzkiej kontroli.
Tak oto konflikt między matką a Dini zaostrzał się z każdym dniem. Matka z uporem trwała przy swoich pierwotnych pragnieniach, podczas gdy Dini jeszcze mocniej obstawała przy swoich, całkowicie sprzecznych z oczekiwaniami matki.
Kiedy napięcie w domu sięgało zenitu, a atmosfera stawała się nie do wytrzymania, ojciec milczał, niezdolny do powstrzymania ani rozstrzygnięcia czegokolwiek, milczał tak jak ja. Nie miał najmniejszej nawet władzy nad matką, nad nami, nad domem, ani nad niczym, co się działo wokół. Zawsze ustępował. I może tego właśnie pragnęła matka – byśmy wszystkie były jak ona – żonami, które potrafią w pełni podporządkować sobie mężów. Może czerpała satysfakcję, widząc ojca, który jej ulegał i oddawał wszystko, co posiadał. Kiedy wpadała w największy gniew, z furią wyładowując się na ojcu, na nas, na Unah, najczęściej z powodu zmartwień o pieniądze – czy starczy dla niej, na nasze czesne, na codzienne wydatki, wtedy dom pogrążał się w ciszy, a żadne z nas nie miało odwagi otworzyć ust. Jedynym dźwiękiem, ostrym, szorstkim, przeszywającym serce każdego, kto go słyszał, był jej głos. Ojciec wychodził wtedy z domu, wsiadał na rower i jeździł w kółko, bez celu, bez końca. Czasami ogarniał mnie niepokój, co, jeśli coś mu się stanie, bo będzie zbyt przygnębiony lub rozkojarzony? Matka bez wahania karciła ojca, choć ten kochał ją i nas całym sercem. Czekałam w milczeniu na jego powrót. Tak, czekałam i przyjmowałam wszystko takim, jakim było. I właściwie tak wyglądały moje szkolne lata: przyjmowałam wszystko takim, jakim było, i czekałam na to, co dopiero miało nadejść.
Koniec końców ojciec zawsze wracał do domu, choć zazwyczaj późnym wieczorem. Na jego twarzy malowały się smutek i rezygnacja, jakby coś ukrytego głęboko w sercu wysysało z niego resztki sił. Jeśli matka wciąż była rozgniewana, ojciec szedł na tył domu, brał długą kąpiel, a potem pracował przez chwilę przy biurku. Zazwyczaj proponowałam mu coś do jedzenia, ale przeważnie odmawiał. Nie przejdzie mi przez gardło, mówił, nie mogę jeść obok kogoś, kto się złości. Po czym znikał w swojej sypialni.
Kiedy dom spowijała cisza, a niewypowiedziane słowa wisiały w powietrzu, Dini zamykała się w swoim pokoju, kładła na brzuchu i udawała, że śpi, a pod poduszką chowała Biblię, którą otrzymała od nauczycielki (uwielbiała czytać i uczyć się fragmentów Ewangelii na pamięć). Lina przesiadywała w salonie i szyła, z kwaśną miną i błyskiem złości w oczach (chodziła wówczas do szkoły gospodarstwa domowego). Ja zaś wymykałam się cicho i szłam do ojca, siadałam na jego łóżku, na brzegu, z nogami zwisającymi nad podłogą, i delikatnie dotykałam jego ramienia i dłoni.
– Tato, dlaczego tata nie potrafi narzucić swojej woli matce, tak jak matka narzuca swoją wolę tacie? Przecież, mam wrażenie, wszystko, co dzieje się w domu, jest winą mamy, nie taty. Dlaczego? – pytałam szeptem.
Tata uśmiechał się i odpowiadał łagodnie, bez cienia nadziei w głosie, gładząc mnie jednocześnie po włosach:
– Susi, twoja mama nigdy mnie nie kochała. Ślub ze mną nie miał nic wspólnego z miłością, z pragnieniem dzielenia wspólnego życia w szczęściu i nieszczęściu. Twojej mamie nie przyszło to nawet do głowy. Dla niej liczyło się co innego: oczywiście chciała, by nasze małżeństwo było szczęśliwe, ale szczęście w pełni uzależniała od tego, czy ma wystarczająco dużo jedzenia i ubrań. Dlatego tak często powtarza wam, że dziecko musi odpłacić rodzicom za ich trud wdzięcznością i dobrami materialnymi. Twoja mama nie rozumie, że w małżeństwie, poza wystarczającą ilością pieniędzy i rzeczy, potrzebna jest jeszcze jedna rzecz, najważniejsza: wystarczająca ilość miłości. I nie rozumie też, że między matką a dzieckiem istnieje szczególna więź, więź miłości, której nie da się udowodnić ani wyrazić wdzięcznością czy dobrami materialnymi.
Westchnęłam, ale nie odezwałam się ani słowem. Mój dom, my wszyscy zostaliśmy zniszczeni przez osobę, która nie rozumiała, czym jest miłość. Ojciec porzucił wszelką nadzieję na to, że jego uczucie zostanie odwzajemnione. Dini załamała się i zrezygnowała z myśli o małżeństwie. Lina stała się porywcza i arogancka. A ja zamilkłam i zaczęłam gromadzić obietnice. Kiedy słyszałam, jak matka domaga się zapłaty za swoje poświęcenie, przyrzekłam sobie w głębi serca, że spełnię jej oczekiwania. Kiedy mówiła, że jej córki mają jak najszybciej poślubić zamożnych mężczyzn, przysięgłam, że znajdę sobie bogatego męża. A teraz, po tym, jak usłyszałam ojca mówiącego o miłości i przywiązaniu, złożyłam jeszcze jedną obietnicę: nie wyjdę za mąż, jeśli nie pokocham swojego wybranka. Dlaczego wszystko, co czułam, wyrażałam w formie obietnic, które z czasem zaczęły mnie przygniatać? Czy mogłam je spełnić, nie zważając na głos sprzeciwu rozbrzmiewający w moim sercu? Czy byłam gotowa zdradzić samą siebie, by dotrzymać wymuszonych przyrzeczeń?