-
nowość
-
promocja
Utwory wybrane. Tom 3. Opowiadania - ebook
Utwory wybrane. Tom 3. Opowiadania - ebook
Sześciotomowa edycja utworów Antona Czechowa w wyborze i pod redakcją Agnieszki i Roberta Papieskich, na podstawie 11-tomowej edycji dzieł Czechowa, wydanej w Polsce ponad 60 lat temu, oraz 30-tomowej edycji rosyjskiej. Niniejsza edycja koncentruje się na opowiadaniach nowelisty, dłuższych i krótszych, śmiesznych i strasznych, wśród których znajdują się także utwory nieznane dotąd po polsku.
Tom trzeci zawiera opowiadania z lat 1887–1892, m.in.: Z zapisków człowieka gwałtownego, Stary dom, Szewc i zły duch, Zakład, Księżna pani, Pojedynek, Żona.
Autorami przekładów są: Irena Bajkowska, Janina Brzechwa, Maria Dąbrowska, Natalia Gałczyńska, Jarosław Iwaszkiewicz, Maria Mongirdowa, Robert Papieski, Jerzy Wyszomirski.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
SPIS RZECZY
Przykra historia
przełożyła Irena Bajkowska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5
Ojciec
przełożyła Natalia Gałczyńska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 15
Złoczyńcy. Relacja naocznych świadków
przełożył Robert Papieski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 26
Z zapisków człowieka gwałtownego
przełożyła Janina Brzechwa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 32
Zinoczka
przełożyła Irena Bajkowska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 46
Zagadnienie
przełożyła Maria Mongirdowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 55
Stary dom. Opowiadanie właściciela domu
przełożyła Irena Bajkowska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 65
Kosztowne lekcje
przełożyła Maria Mongirdowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 73
Lew i słońce
przełożyła Janina Brzechwa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 83
Chłopcy
przełożył Jerzy Wyszomirski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 89
Kasztanka. Opowieść
przełożył Jerzy Wyszomirski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 98
Opowiadanie pani N.
przełożyła Natalia Gałczyńska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 126
Bez tytułu
przełożyła Maria Mongirdowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 133
Spać się chce
przełożyła Maria Dąbrowska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 139
Nieprzyjemna sprawa
przełożyła Maria Mongirdowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 147
Piękne
przełożyła Natalia Gałczyńska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 174
Imieniny
przełożyła Natalia Gałczyńska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 186
Szewc i zły duch
przełożyła Janina Brzechwa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 230
Atak
przełożyła Natalia Gałczyńska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 240
Zakład
przełożyła Maria Mongirdowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 273
Księżna pani
przełożył Jarosław Iwaszkiewicz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 284
Nieciekawa historia. Z notatek starego człowieka
przełożyła Maria Mongirdowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 302
Pojedynek
przełożyła Natalia Gałczyńska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 387
Żona
przełożyła Irena Bajkowska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 535
Trzpiotka
przełożyła Maria Dąbrowska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 597
Strach. Opowiadanie mojego przyjaciela
przełożyła Natalia Gałczyńska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 633
Nota edytorska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 651
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8442-021-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Ty, dryndziarzu, masz serce usmarowane dziegciem. Ty, bracie, nigdy nie byłeś zakochany i dlatego nie zrozumiesz nigdy mojej psyche. Ten deszcz nie może ugasić pożaru mej duszy, tak jak straż pożarna nie może zagasić słońca. Do diabła, jakże się ja poetycznie wyrażam! Przecież ty, dryndziarzu, nie jesteś poetą?
– Żadną miarą.
– Ano widzisz…
Żyrkow namacał wreszcie w kieszeni portmonetkę i zbierał się do płacenia.
– Zgodziliśmy się, przyjacielu, na rubla i dwadzieścia pięć kopiejek. Oto honorarium. Masz tu rubla i trzy piętnastki. A piątak na dodatek. Żegnaj i nie zapominaj o mnie!¹ Zresztą najpierw znieś mi to pudło i postaw na ganku. Tylko ostrożnie, w pudle jest balowa suknia kobiety, którą kocham nad życie.
Dorożkarz westchnął i niechętnie zlazł z kozła. Balansując w ciemnościach i człapiąc po błocie, doniósł pudło do ganku i postawił je na stopniu.
– To ci pogo-oda! – burknął z przyganą, po czym chrząknął z westchnieniem i pochlipująco siąknąwszy nosem, niechętnie wdrapał się na kozioł.
Dorożkarz cmoknął wargami i szkapina niezdecydowanie poczłapała po błocie.
– Zdaje się, że mam ze sobą wszystko, co trzeba – rozważał Żyrkow, przesuwając ręką po odrzwiach w poszukiwaniu dzwonka. – Nadia prosiła, żebym zajechał do modystki i zabrał suknię – jest, prosiła o cukierki i ser – są, bukiet – jest. „Witam cię, zakątku święty”² – zaśpiewał Żyrkow. – Ale gdzież tu, u diabła, dzwonek?
Pasażer był w błogim nastroju człowieka, który niedawno zjadł kolację, nieźle popił i dobrze wie, że jutro nie musi wstawać rano. Poza tym po półtoragodzinnej jeździe z miasta, w deszczu, po błocie, oczekiwało go ciepło i młoda kobieta… Przyjemnie jest zmarznąć i przemoknąć, jeśli się wie, że zaraz będzie można się rozgrzać. Żyrkow namacał w ciemnościach guziczek dzwonka i nacisnął dwa razy. Za drzwiami rozległy się kroki.
– Czy to pan Dmitrij Grigorycz? – zapytał kobiecy głos szeptem.
– Ja, czarująca Duniaszo! Proszę, prędzej, bo przemokłem do suchej nitki.
– Ach, mój Boże – wyszeptała strwożona Duniasza, otwierając drzwi. – Proszę nie mówić tak głośno i nie stukać nogami, toć pan przyjechał z Paryża. Dzisiaj nad wieczorem.
Przy słowie „pan” Żyrkow cofnął się o krok od drzwi i na mgnienie oka owładnął nim małoduszny, na wskroś sztubacki strach, jakiego doznają często nawet bardzo odważni ludzie, którym niespodziewanie zagraża spotkanie z mężem.
„A to ci historia! – pomyślał, słysząc, z jaką ostrożnością Duniasza zamyka drzwi i odchodzi korytarzem. – Co tu robić? Nic, tylko – zatrąbić na odwrót? _Merci_, nie przypuszczałem”.
I nagle opanowały go śmiech i wesołość. Już sama przejażdżka do niej z miasta na letnisko późną nocą, w ulewny deszcz wydała mu się zabawną przygodą, a teraz, kiedy się natknął na męża, przygoda wydała mu się jeszcze bardziej śmieszna.
– Arcyzabawna historia, jak Boga kocham! – powiedział do siebie głośno. – Gdzie ja się teraz podzieję? Jechać z powrotem?
Padał deszcz i od silnego wiatru szumiały drzewa, ale w ciemnościach nie było widać ani deszczu, ani drzew. W kanalikach i rynnach szumiała woda, jakby wyśmiewając się i złośliwie przekomarzając. Ganek, na którym stał Żyrkow, nie miał daszku, więc delikwent na dobre zaczął moknąć.
„Jak na złość przyniosło go w taką pogodę – myślał, śmiejąc się. – Do diabła ze wszystkimi mężami!”
Romans z Nadieżdą Osipowną nawiązał Żyrkow przed miesiącem, ale męża jej dotąd nie znał. Wiedział tylko, że był to Francuz, Boiseau, i że trudnił się komisjonerstwem. Sądząc z fotografii, którą oglądał, był to zażywny burżua lat czterdziestu, wąsacz o francusko-żołnierskiej mordzie; przy patrzeniu na nią, nie wiadomo czemu, chciało się pociągnąć za wąsy i za brodę à la Napoleon i zapytać: „No i co tam nowego, panie sierżancie?”.
Człapiąc po rzadkim błocie i potykając się, Żyrkow odszedł nieco w bok i zawołał:
– Dorożka! Dorożka!
Żadnej odpowiedzi.
– Ani słychu, ani dychu – burknął Żyrkow, wracając po omacku na ganek. – Swego dryndziarza odesłałem, a tutaj nawet w dzień o dryndzie ani marzyć. Ależ sytuacja! Trzeba będzie czekać do rana. Niech to diabli – pudło przemoknie i suknia się spaskudzi. A dwieście rubli kosztuje… Ależ sytuacja!
Rozmyślając, dokąd by się schować przed deszczem, Żyrkow przypomniał sobie, że na skraju letniskowej osady, przy podium do tańca, znajduje się muszla dla muzykantów.
– Chyba pójść do tej muszli? – zadał sobie pytanie. – To idea! Ale czy dodźwigam to pudło? Nieporęczne, cholera… A ser i bukiet, do diabła!
Uniósł pudło, ale zaraz przypomniał sobie, że zanim dojdzie do muszli, pudło zdąży przemoknąć z pięć razy.
– Ależ kłopot! – zaśmiał się. – O rety! Woda za kołnierz się leje! Brr… Zmokłem, zmarzłem, jestem pijany, dorożki nie ma… brakuje tylko, żeby mąż teraz wybiegł na ulicę i wygrzmocił mnie kijem. Co robić? Nie mogę przecie stać tu do rana, zresztą suknię wezmą diabli… Ale zaraz… Zadzwonię jeszcze raz i oddam Duniaszy rzeczy, a sam pójdę do muszli.
Żyrkow zadzwonił ostrożnie. Po chwili za drzwiami rozległy się kroki, a w szczelinie od zamka mignęło światło.
– Kto tam? – zapytał schrypnięty męski głos o cudzoziemskim akcencie.
„Święci pańscy! To chyba mąż – pomyślał Żyrkow. – Trzeba coś zełgać…”
– Proszę pana – zapytał – czy to willa Zluczkina?
– Kiego czahta, tu nie ma żaden Zluszkin. Zmykaj phędzej ze swoim Zluszkin! Do czahta!
Żyrkow, nie wiadomo dlaczego, skonfundował się, kaszlnął zawstydzony i zszedł z ganku. Wdepnąwszy w kałużę i nabrawszy wody do kalosza, splunął ze złością, ale zaraz roześmiał się znowu. Przygoda stawała się coraz zabawniejsza. Ze szczególnym zadowoleniem myślał, jak będzie jutro opowiadać o tym przyjaciołom i samej Nadii, jak będzie przedrzeźniał głos męża i pochlipywanie kaloszy… Przyjaciele na pewno pękną ze śmiechu.
„Z jednym tylko szkopuł – suknia przemoknie! – myślał. – Gdyby nie ta suknia, spałbym dawno w muszli”.
Usiadł na pudle, żeby je własną osobą zasłonić od deszczu, ale z jego przemokłej peleryny i z kapelusza polało się więcej niż z nieba.
– Tfu, a niech to diabli!
Postawszy na deszczu z pół godziny, Żyrkow pomyślał o swoim zdrowiu.
„Gotówem się na dobitkę przeziębić. Dziwna sytuacja! Chyba jeszcze raz zadzwonić? Co? Jak Boga kocham, zadzwonię… Jeżeli otworzy mąż, to zełgam coś i oddam suknię… Nie będę tu przecie siedzieć do rana! Ech, było nie było! Dzwoń!”
Po sztubacku, zadziornie pokazując język ciemnościom i drzwiom, Żyrkow szarpnął za dzwonek. Chwila milczenia; Żyrkow szarpnął jeszcze raz.
– Kto tam? – zapytał męski głos o obcym akcencie.
– Czy tu mieszka _madame_ Boiseau? – zapytał Żyrkow uniżenie.
– Co, czego? Kiego czahta pan tu chce?
– _Madame_ Katisz, modniarka, przysyła pani Boiseau suknię. Przepraszam, że tak późno, ale pani Boiseau prosiła o przysłanie sukni jak najwcześniej… nad ranem… Wyjechałem z miasta wieczorem, ale… pogoda taka obrzydliwa, ledwie dojechałem… Ja nie…
Żyrkow nie skończył, gdyż drzwi się przed nim otworzyły i na progu, w migotliwym świetle lampki, stanął pan Boiseau, taki samiuteńki jak na fotografii – żołnierska gęba, długie wąsy; zresztą na fotografii był wyelegantowany, a teraz wyszedł w samej tylko koszuli.
– Nie ośmieliłbym się pana niepokoić – ciągnął Żyrkow – ale _madame_ Boiseau prosiła, żeby przysłać suknię jak najszybciej… Jestem bratem pani Katisz… a… poza tym pogoda taka obrzydliwa.
– Topsze – odrzekł Boiseau, posępnie zsuwając brwi i przyjmując pudło. – Proszie dżękowacz pański szostra. Moja żona czekała dżisz suknia do pierwszy godzina. Obiecał przywieszcz jakisz _monsieur_.
– Pan będzie łaskaw oddać również ser i kwiaty, które pańska małżonka zapomniała u _madame_ Katisz.
Boiseau przyjął ser i kwiaty, powąchał jedno i drugie i nie zamykając drzwi, stanął w pozie wyczekującej. Patrzył na Żyrkowa, a Żyrkow na niego. Minęła chwila w milczeniu. Żyrkow przypomniał sobie swoich przyjaciół, którym jutro zamierzał opowiedzieć o tej przygodzie, i dla uwieńczenia niezwykłej sytuacji zachciało mu się wymyślić coś jeszcze bardziej zabawnego. Nic jednak nie mógł wymyślić, a Francuz stał, czekając na jego wyjście.
– Okropna pogoda – wymamrotał Żyrkow. – Ciemności, błocko i leje. Przemokłem do suchej nitki.
– Tak, _monsieur_, jest pan całkiem mokry.
– A na dobitkę odjechał mój dorożkarz. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Może pan zechce łaskawie pozwolić, żebym tu w sieniach poczekał, aż przestanie padać.
– Co? _Bien, monsieur_³. Proszie zdjącz kalosze i wejszcz tutaj. To nic, moszna.
Francuz zamknął drzwi i wprowadził gościa do maleńkiego, bardzo znajomego saloniku. Wszystko tu było po staremu, tylko na stole stała butelka czerwonego wina, a na krzesłach, ustawionych rzędem na środku saloniku, leżał wąziutki, cienki materacyk.
– Zimno – powiedział Boiseau, stawiając na stole lampę. – Dopiero wczoraj przyjechałem z Paryża. Wszędzie topsze, czepło, a w tej Rasiei żimno i te kumary… kramory… _les cousins_⁴. Gryzają, paskudniki.
Boiseau nalał pół szklanki wina, zrobił bardzo gniewną minę i wypił.
– Nie spałem całą noc – powiedział, siadając na materacyku. – _Les cousins_ i jakisz bydlak ciąż dzwoni i pyta Zluszkin.
Francuz zamilkł i opuścił głowę, widocznie wyczekując, aż deszcz ustanie. Żyrkow uważał, że przyzwoitość nakazuje pogawędzić z nim.
– Był pan w Paryżu w bardzo ciekawym okresie – powiedział. – W czasie pana bytności dostał dymisję Boulanger⁵.
Potem Żyrkow wspomniał o Grévym⁶, Déroulèdzie⁷, Zoli⁸ i przekonał się, że nazwiska te Francuz usłyszał po raz pierwszy właśnie od niego. W Paryżu znał tylko parę firm handlowych, swoją _tante_⁹ _madame_ Blessor i nikogo poza tym. Rozmowa o polityce i literaturze zakończyła się tym, że Boiseau jeszcze raz przybrał gniewny wyraz twarzy, wypił wina i jak długi wyciągnął się na chudziutkim materacyku.
„No, uprawnienia tego małżonka nie są zbyt wielkie – myślał Żyrkow. – Co to, u licha, za materac!”
Francuz, przymknąwszy oczy, poleżał spokojnie z piętnaście minut i nagle zerwał się, wlepił w gościa otępiałe spojrzenie swych ołowianych, jakby nic nierozumiejących oczu, a potem przybrał znowu gniewny wyraz twarzy i wypił wina.
– Przeklęte kumary – warknął, potarłszy jedną nogę o drugą, i wyszedł z pokoju.
Żyrkow słyszał, jak obudził kogoś i powiedział:
– _Il y a là un monsieur roux, qui t’a apporté une robe_¹⁰.
Niedługo potem wrócił i jeszcze raz łyknął z butelki.
– Zaraz wyjdzie żona – powiedział, ziewając. – Ja rozumiem: pan potrzebuje pieniędzy?
„Coraz lepiej – myślał Żyrkow. – Przezabawne! Zaraz wyjdzie Nadieżda Osipowna. Oczywiście, będę udawał, że jej nie znam”.
Doleciał szelest spódnic, z lekka uchyliły się drzwi i Żyrkow zobaczył znajomą kędzierzawą główkę o zaspanych policzkach i oczach.
– Kto, od _madame_ Katisz? – zapytała Nadieżda Osipowna, ale natychmiast poznawszy Żyrkowa, krzyknęła, roześmiała się i weszła do salonu. – To ty? – zapytała. – Cóż to za komedia? Dlaczego jesteś taki brudny?
Żyrkow zaczerwienił się, spojrzał surowo i nie wiedząc całkiem, jak ma się zachować, zerknął na Boiseau.
– Ach, rozumiem! – domyśliła się pani. – Zapewne nastraszyłeś się Jacques’a? Zapomniałam uprzedzić Duniaszę… Panowie znają się? To mój mąż, Jacques, a to Stiepan Andrieicz… Przywiozłeś suknię? Dziękuję, mój drogi… Chodźmy już, spać mi się chce. A ty, Jacques, połóż się… – powiedziała do męża. – Jesteś zmęczony po drodze.
Jacques spojrzał ze zdziwieniem na Żyrkowa, wzruszył ramionami i z gniewną twarzą skierował się ku butelce. Żyrkow też wzruszył ramionami i poszedł za Nadieżdą Osipowną.
Patrzył na zasnute mgłą niebo, na błotnistą drogę i myślał: „Błoto! Gdzież to nie zaniosą diabli rosyjskiego inteligenta!”.
Żyrkow zaczął się zastanawiać nad tym, co moralne, a co niemoralne, co czyste, a co nieczyste. I jak często zdarza się tym, co przebywają w niedobrym miejscu, z tęsknotą pomyślał o swoim gabinecie z papierami na biurku, i nagle pociągnęło go do domu.
Cicho przeszedł przez salon koło śpiącego Jacques’a. Przez całą drogę milczał, starał się nie myśleć o Jacques’u, którego, nie wiadomo dlaczego, nie mógł sobie wybić z głowy, i już nie zagadywał dorożkarza. Na sercu było mu tak samo niedobrze jak w żołądku.
1887
_przełożyła Irena Bajkowska_OJCIEC
– Mówiąc szczerze, to trochę wypiłem… Daruj… wstąpiłem po drodze do piwiarni i ze względu na upał wypiłem dwie buteleczki. Gorąco, bracie!
Stary Musatow wyciągnął z kieszeni jakąś szmatkę i wytarł swoją wygoloną, przepitą twarz.
– Ja do ciebie, Borieńka, mój aniołku, na chwileczkę – mówił, nie patrząc na syna – w nader ważnej sprawie. Przepraszam, bo może przeszkodziłem. Czybyś mi nie pożyczył, kochanie, do wtorku dziesięciu rubli? Rozumiesz, już wczoraj powinienem był zapłacić komorne, a pieniędzy, uważasz… ani, ani! Choć zabij!
Młody Musatow wyszedł bez słowa za drzwi i zaczął naradzać się szeptem ze swoją gospodynią oraz z biurowymi kolegami, którzy razem z nim wynajmowali do spółki letnisko. Wrócił po paru minutach i w milczeniu podał ojcu dziesięciorublówkę. Ten, nie patrząc, niedbale włożył ją do kieszeni i powiedział:
– _Merci_. No, cóż u ciebie słychać? Dawno się nie widzieliśmy.
– Tak, dawno. Od Wielkanocy.
– Chyba z pięć razy wybierałem się do ciebie i wciąż nie miałem czasu. To jedna sprawa, to druga… po prostu nie do wytrzymania! A zresztą i tak łżę… Zawsze i ciągle łżę… Nie wierz mi, Borieńka. Powiedziałem: we wtorek zwrócę dziesięć rubli – też w to nie wierz. Nie wierz mi ani trochę. Nijakich spraw nie mam, po prostu lenistwo, pijaństwo i wstyd wyjść na ulicę w takim przyodziewku. Daruj mi to, Borieńka. Ja już ze trzy razy przysyłałem do ciebie dziewczyninę po pieniądze i żałośliwe listy pisałem. Za pieniądze dzięki, a w listy nie wierz: łgałem. Wstyd mi cię rabować, mój aniele; wiem, że ty sam ledwo koniec z końcem wiążesz, a odżywiasz się miodem i szarańczą, ale cóż robić, taki już jestem bezczelny. Taki bezczelny, że tylko za pieniądze pokazywać. Daruj mi, Borieńka. Mówię ci całą prawdę, bo nie mogę obojętnie patrzeć na twoją twarz anielską.
Minęła chwila w milczeniu. Stary głęboko westchnął i powiedział:
– Właściwie mógłbyś mnie piwkiem poczęstować.
Syn wyszedł bez słowa i za drzwiami znów zaczęły się szepty. Gdy w chwilę potem przyniesiono piwo, stary ożywił się na widok butelek i gwałtownie zmienił ton.
– Byłem, bracie, onegdaj na wyścigach – opowiadał, robiąc przy tym przerażone oczy. – Graliśmy we trójkę w totalizatora, więc razem postawiliśmy na Szczwanego trzy ruble. I temu Szczwanemu należy się podzięka. Za rubla wypłacili nam po trzydzieści dwa. Nie mogę, bracie, bez wyścigów. To szlachetna rozrywka. Mój babus zawsze mi głowę suszy za wyścigi, a ja jednak chodzę. Lubię i już, żeby nie wiem co!
Borys, młody jasnowłosy mężczyzna z melancholijną, nieruchomą twarzą, wolnym krokiem chodził z kąta w kąt i słuchał w milczeniu. Kiedy stary przerwał na chwilę swoje opowiadanie, żeby odchrząknąć, syn podszedł do niego i powiedział:
– W tych dniach, papo, kupiłem sobie kamasze, ale okazały się za ciasne. Może by je papa wziął? Odstąpię tanio.
– Niech będzie – zgodził się stary, krzywiąc się – ale za tę samą cenę, bez rabatu.
– Dobrze. Więc ja to papie pożyczam.
Syn poszperał pod łóżkiem i wyciągnął stamtąd nowe kamasze. Ojciec zdjął z nóg rozklapane, zrudziałe, wyraźnie cudze buty i zaczął przymierzać nowe.
– W sam raz – oświadczył. – Dobrze, biorę je. A we wtorek, kiedy dostanę emeryturę, odeślę ci pieniądze. Zresztą znów łżę – mówił dalej, nagle przybierając swój dawny płaczliwy ton. – Totalizator, emerytura… wszystko łgałem. I ty mnie też oszukujesz, Borieńka… Ja przecież czuję twoją szlachetną politykę. Widzę cię na wylot. Kamasze dlatego są za ciasne, że duszę masz szeroką. Ach, Boria, Boria! Wszystko rozumiem i wszystko czuję!
– Czy papa się przeprowadził na nowe mieszkanie? – przerwał mu syn, żeby zmienić temat.
– Tak, bracie, przeprowadziłem się. Co miesiąc się przeprowadzam. Mój babus z tym charakterkiem nie może długo się utrzymać na jednym miejscu.
– Byłem u papy w dawnym mieszkaniu, chciałem zaprosić papę na letnisko. W tym stanie zdrowia nie zawadziłoby, żeby papa pomieszkał na świeżym powietrzu.
– Nie! – Starzec machnął ręką. – Babus nie pozwoli, a i ja sam nie chcę. Ze sto razy próbowaliście wyciągnąć mnie z błota, ja sam też próbowałem i nic z tego nie wyszło. Dajcie spokój! I tak zdechnę w błocie. Ot, teraz siedzę z tobą, patrzę na twoją anielską twarz, a mnie coś aż pcha do domu, do błota. Taki już, widać, los. Żuka gnojowego nie zaciągniesz na różę. Nie. No, już czas na mnie, bracie. Robi się ciemno.
– Niech papa zaczeka, odprowadzę. Ja też wybieram się dziś do miasta.
Stary i młody włożyli płaszcze i wyszli. Po chwili, gdy jechali dorożką, zrobiło się ciemno i w oknach zamigotały światełka.
– Ograbiłem cię, Borieńka – bełkotał stary. – Biedne, biedne dzieci! To chyba nieszczęście mieć takiego ojca! Borieńka, mój aniele, nie mogę łgać, kiedy patrzę na twoją twarz. Daruj… Do czego doszła moja bezczelność, Boże! Ot, teraz ograbiłem cię, przynoszę ci wstyd swoją pijacką twarzą, braci twoich też ograbiłem i wstyd im przynoszę, a żebyś mnie tak wczoraj zobaczył! Nic przed tobą nie zataję, Borieńka. Przyszli wczoraj do mojego babusa sąsiedzi i różna hołota, wypiłem z nimi i zacząłem psy na was wieszać, na moich dziateczkach! Kląłem was i żaliłem się, żeście niby mnie opuścili. Chciałem, uważasz, rozczulić pijane baby i odstawić nieszczęśliwego ojca. Taki już jestem: kiedy chcę ukryć własne grzechy, to całą odpowiedzialność zrzucam na niewinne dzieci. Nie mogę cię okłamywać, Borieńka, ani nic ukrywać… Szedłem do ciebie pełen pychy, ale gdy znów doświadczyłem twojej dobroci i miłosierdzia, głos mi uwiązł w gardle, a całe moje sumienie przewróciło się do góry nogami.
– Dość, papo, mówmy o czym innym.
– Matko Boża, jakież ja mam dzieci! – ciągnął stary, nie słuchając syna. – Jakie szczęście zesłał na mnie Pan! Takie dzieci powinien mieć prawdziwy człowiek z sercem, z uczuciami, a nie taki hultaj jak ja! Nie jestem godzien!
Stary zdjął swój mały kaszkiecik z guziczkiem i kilka razy przeżegnał się.
– Chwała Ci, Panie! – westchnął i rozejrzał się wokół siebie, jakby szukając świętego obrazu. – Nadzwyczajne, wyjątkowe dzieci! Mam trzech synów, a wszyscy jak jeden. Trzeźwi, stateczni, uczciwi, a co za umysły! Dryndziarzu kochany, co za umysły! Sam Grisza ma tyle rozumu, że starczyłoby dla dziesięciu. I po francusku, i po niemiecku, a jak zacznie gadać, to zakasuje wszystkich adwokatów, zasłuchać się można… Dzieci moje, dzieci, nie wierzę, że jesteście moje. Nie wierzę! Ty, Boria, jesteś męczennikiem. Rujnuję cię i będę rujnował… Dajesz mi bez końca, choć wiesz, że twoje pieniądze idą na marne. Onegdaj wysłałem do ciebie żałośliwy list, opisałem moją chorobę – a przecież łgałem: pieniądze były mi potrzebne na rum. A ty dajesz, żeby mnie tylko nie urazić. Ja wszystko rozumiem i czuję. Grisza to też męczennik. W czwartek, bracie, byłem u niego w urzędzie pijany, brudny, obdarty… wódką ode mnie zalatuje jak z knajpy. Idę wprost do niego, takie zapijaczone widmo, włażę z ohydnymi rozmówkami, a tu naokoło jego koledzy, zwierzchnicy, petenci. Wstydu mu narobiłem na całe życie. A on żeby choć odrobinę się zmieszał… tylko troszeczkę zbladł, ale uśmiechnął się i podszedł do mnie jakby nigdy nic, nawet swoim kolegom przedstawił. Potem odprowadził mnie aż do domu i żeby choć jakąkolwiek wymówkę zrobił! Ograbiam go jeszcze bardziej niż ciebie. A twój brat Sasza przecież to też męczennik! Ożenił się, jak wiesz, z córką pułkownika – z kół arystokratycznych, posag wziął… Zdawałoby się: co mu tam po mnie. A nie, bracie, jak się tylko ożenił, mnie pierwszemu złożył po ślubie wizytę razem ze swoją młodą małżonką… w mojej norze… Słowo honoru!
Stary zachlipał i natychmiast roześmiał się.
– A wówczas, jakby naumyślnie, jedliśmy tartą rzodkiew z kwasem i rybę smażyliśmy, smród był w mieszkaniu, że diabła by zemdliło. Leżałem wstawiony, a do młodej pary dorwał się mój babus z czerwoną mordą… słowem, ohyda. A Sasza wszystko zniósł.
– Tak, nasz Sasza to dobry człowiek – powiedział Borys.
– Wspaniały! Wy wszyscy to czyste złoto: i ty, i Grisza, i Sasza, i Sonia. Dręczę was, szarpię, hańbą okrywam, ograbiam, a przez całe życie nie słyszałem od was żadnej wymówki, krzywego spojrzenia nie widziałem. Żebym chociaż był przyzwoitym ojcem, a ja co? Fuj! Niczego ode mnie nie doznaliście oprócz zła. Niedobry ze mnie człowiek, łajdak… Teraz już, chwała Bogu, przycichłem, charakteru nie mam, a przecież dawniej, kiedyście byli mali, jaka mnie zarozumiałość rozpierała, jaki charakter! Cokolwiek bym powiedział czy zrobił, zawsze uważałem, że właśnie tak trzeba. Nieraz, jak dziś pamiętam, wracam w nocy z klubu do domu pijany, zły i dalejże twojej nieboszczce matce wymawiać zbyt duże wydatki! Całą noc jej dogryzam i myślę, że tak trzeba; wy rano wstajecie, idziecie do szkoły, a ja jeszcze się nad nią znęcam. Wieczne odpoczywanie… zadręczyłem ją, męczennicę. A nieraz, jak już wracaliście ze szkoły, a ja spałem, to nie wolno wam było zjeść obiadu, póki nie wstanę. Przy stole znów koncert. Może pamiętasz? Nie daj Boże nikomu takiego ojca! Bóg wam dał mnie, ażebyście wytrwali w bohaterstwie. Otóż to, w bohaterstwie. Wytrwajcie już, dziateczki, do końca. Czcij ojca twego, a będziesz długo żył na świecie¹. Za wasze bohaterstwo może Pan ześle wam długie życie. Dryndziarzu, stój!
Stary wyskoczył z dorożki i pobiegł do piwiarni. Wrócił za pół godziny, chrząknął po pijacku i usiadł przy synu.
– A gdzie jest teraz Sonia? – zapytał. – Wciąż jeszcze na pensji?
– Nie, skończyła już w maju i teraz mieszka u teściowej Saszy.
– O! – zdziwił się stary. – A to zuch dziewczyna, widocznie wdała się w braci. Ach, że też matki już nie ma, Borieńka, to by miała pociechę. Słuchaj, Borieńka, czy Sonia wie, jak ja żyję? Co?
Borys nic nie odpowiedział. Upłynęło z pięć minut w zupełnym milczeniu. Stary chlipnął, wytarł się swoją szmatką i powiedział:
– Kocham ją, Borieńka! Przecież to moja jedyna córka, a nie ma większej pociechy na starość niż córeczka. Żebym ją mógł zobaczyć! Czy mogę, Borieńka?
– Oczywiście, kiedy papa zechce.
– Doprawdy? A co ona na to?
– Ależ ona sama szukała papy, żeby się zobaczyć.
– Doprawdy? To dopiero dzieci! Co, dryndziarzu kochany? Urządź mi to, Borieńka, kochanie moje! Teraz Sonia to panienka, delikatesik, konsome² i tak dalej, na pańskiej stopie, więc nie chcę się jej pokazać w tak ohydnym stanie. My, Borieńka, w ten sposób urządzimy tę całą mechanikę. Ze trzy dni powstrzymam się od spirytualii, żeby moją wstrętną pijacką mordę doprowadzić do porządku, potem przyjdę do ciebie i ty mi pożyczysz jakieś swoje ubranko: ogolę się, ostrzygę, później pojedziesz po Sonię i przywieziesz ją do siebie. Dobrze?
– Dobrze.
– Dryndziarzu, stój!
Stary znów wyskoczył z dorożki i pobiegł do piwiarni. Zanim Borys dowiózł go do domu, wyskakiwał jeszcze dwukrotnie i syn za każdym razem czekał cierpliwie i w milczeniu. Gdy odprawiwszy dorożkę, brnęli przez długie brudne podwórze ku mieszkaniu „babusa”, starzec z miną jak najbardziej zawstydzoną zaczął nieśmiało chrząkać i mlaskać wargami.
– Borieńka – powiedział przymilnym tonem – jeżeli mój babus powie ci coś takiego, to nie zwracaj uwagi i… i zachowaj się, wiesz, jak najuprzejmiej. Ona jest nieokrzesana i zuchwała, ale to jednak zacna baba. W jej piersi bije dobre, gorące serce.
Długie podwórko skończyło się i Borys wszedł do ciemnej sieni. Skrzypnęły drzwi, zapachniało kuchnią i dymem z samowara, doleciały jakieś ostre głosy. Przechodząc przez kuchnię, Borys widział tylko gęsty dym, rozwieszoną na sznurze bieliznę i rurę od samowara, przez której szpary wylatywały złociste iskry.
– A otóż i moja cela – powiedział starzec, pochylając się i wchodząc do małego pokoiku z niskim sufitem, gdzie powietrze z powodu bliskości kuchni było nie do wytrzymania.
Tu siedziały przy stole jakieś trzy baby i zajadały w najlepsze. Na widok gościa zerknęły po sobie i przestały jeść.
– No co, dostałeś? – srogo zapytała jedna z nich, prawdopodobnie sławetny „babus”.
– Dostałem, dostałem – bąknął stary. – No, Borys, prosimy uprzejmie, siadaj. U nas skromnie, młodzieńcze. My żyjemy skromnie.
Zaczął się krzątać jakoś zupełnie bez sensu. Było mu wstyd przed synem, a równocześnie chciał widocznie swoim zwyczajem odstawić zucha i zarazem nieszczęśliwego, porzuconego przez dzieci ojca.
– Tak, młodzieńcze, tak, bracie ty mój, my żyjemy skromnie, bez pretensji – bełkotał. – Myśmy ludzie prości, młodzieńcze… My nie tacy jak wy, my nie lubimy mydlić oczu. Ta-ak… Może wódki się napijemy?
Jedna z bab (wstyd jej było pić przy obcym) westchnęła i powiedziała:
– Ja pod grzybki to się jeszcze napiję… Takie grzybki, że choćbyś nie chciał, to musisz wypić. Iwanie Gierasimyczu, poproście tego pana, może on też się napije.
Ostatnie słowo baba wymówiła: niapije.
– Napij się, młodzieńcze – powiedział stary, nie patrząc na syna. – My, bracie, wina ani likierów nie mamy, my skromnie…
– Temu panu u nas nie do gustu – westchnął „babus”.
– Nie szkodzi, nie szkodzi, on się napije.
Żeby nie urazić ojca, Borys wziął kieliszek i łyknął, milcząc. Kiedy przyniesiono samowar, żeby dogodzić ojcu, wypił, milcząc, z nader melancholijną twarzą dwie filiżanki obrzydliwej herbaty. Milcząc, słuchał, jak „babus” napomykał o tym, że są na świecie takie okrutne i bezbożne dzieci, które opuszczają swoich rodziców.
– Ja wiem, co ty teraz myślisz! – mówił podchmielony starzec, wpadając w swój zwykły, podniecony, pijacki ton. – Myślisz, że stoczyłem się i ugrzązłem po uszy, że jestem godny pogardy, a ja uważam to moje proste życie za dużo normalniejsze od twojego, młodzieńcze. Nikogo nie potrzebuję i… nie mam zamiaru się poniżać… Nie zniosę, żeby jakiś młokos patrzał na mnie z politowaniem.
Po herbacie stary oprawił śledzia i posypał go cebulą z takim przejęciem, że zakręciły mu się w oczach łzy rozczulenia. Znowu opowiadał o totalizatorze, o wygranej, o jakimś kapeluszu ze słomki panamskiej, za który wczoraj zapłacił szesnaście rubli. Kłamał z tym samym smakiem, z jakim pił i zajadał śledzia. Syn przesiedział godzinę w milczeniu i zaczął się żegnać.
– Nie śmiem zatrzymywać! – oświadczył starzec wyniośle. – Wybacz, młodzieńcze, że nie żyję tak, jak byś sobie życzył.
Puszył się, parskał z godnością i mrugał do bab.
– Żegnam, młodzieńcze! – mówił, wyprowadzając syna do sieni. – Atande!³
W sieni, gdzie było ciemno, nagle przytulił twarz do ramienia syna i zaczął chlipać.
– Żebym mógł zobaczyć Soniuszkę! – szepnął. – Urządź mi to, Borieńka, mój aniele! Ogolę się, włożę twoje ubranko… zrobię poważną minę… Przy niej będę milczał. Słowo daję, że będę milczał.
Obejrzał się lękliwie na drzwi, zza których dolatywały babskie głosy, powstrzymał szloch i powiedział głośno:
– Żegnam, młodzieńcze! Atande!
1887
_przełożyła Natalia Gałczyńska_¹ Z tragedii Williama Szekspira _Hamlet._ Słowa ducha ojca skierowane do Hamleta – akt I, scena 5, w przekładzie Stanisława Barańczaka: „Żegnaj mi, żegnaj. I pamiętaj o mnie” (przypisy Agnieszka i Robert Papiescy).
² Początek arii Fausta z opery _Faust_ (1859) Charles’a Gounoda.
³ ³ _Bien, monsieur_ (fr.) – dobrze, proszę pana.
⁴ _Les cousins_ (fr.) – komary.
⁵ Georges Boulanger (1837–1891) – francuski generał i polityk, od 1886 do maja 1887 roku minister wojny.
⁶ Jules Grévy (1807–1891) – francuski polityk, prezydent w latach 1879–1887.
⁷ Paul Déroulède (1846–1914) – francuski polityk, poeta i dramaturg; zwolennik sojuszu między Rosją a Francją.
⁸ Émile Zola (1840–1902) – pisarz francuski, główny przedstawiciel i teoretyk naturalizmu.
⁹ _Tante_ (fr.) – ciotka.
¹⁰ _Il y a là un monsieur…_ (fr.) – Jest tu jakiś rudy pan, który przyniósł ci suknię.