Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Uwięzieni - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 marca 2019
29,99 zł
2999 pkt
punktów Virtualo

Uwięzieni - ebook

Intrygująca historia kobiety skazanej za brutalne przestępstwo i więziennego psychologa, który rozpoznaje w niej swoją miłość z liceum. Ich pełne emocji spotkanie wyzwoli łańcuch wydarzeń, których konsekwencje okażą się niebezpieczne dla nich obojga.

Wydaje się, że Franka Lundquista, psychologa w więzieniu stanowym, nic już nie zaskoczy. W najśmielszych snach nie mógł jednak przypuszczać, że pewnego dnia w jego gabinecie pojawi się szkolna miłość, Miranda Greene.

Lundquist jeszcze nie pozbierał się po skandalu, który kosztował go utratę prywatnej praktyki na Manhattanie i przez który musiał przyjąć posadę psychologa więziennego w Milford Basin. Wie, że ze względów etycznych powinien przydzielić komu innemu przypadek Mirandy, ale nadal pozostaje pod jej urokiem. Jest ciekawy: jak to się stało, że przepiękna sprinterka z liceum, córka kongresmena, skończyła w więzieniu, skazana za szokujące przestępstwo.

Miranda jest zrozpaczona i zdesperowana. W więziennych murach prześladują ją wspomnienia tragedii z dzieciństwa i nadal usiłuje uwolnić się od miłości, która doprowadziła do jej upadku. Frank szybko staje się potencjalnym źródłem nadziei na jej rozgrzeszenie, a może nawet ucieczkę. Miranda nie pamięta jednak, że już go kiedyś poznała i ile dla niego znaczyła.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8015-806-1
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Powstrzymać się od wykonywania zawodu w sytuacji, gdy zachodzi ryzyko niemożności zachowania obiektywizmu

(Zasada 3.06, Kodeks etyczny i zasady postępowania Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego)

To, co mi się przydarzyło, jest uniwersalne. Mogę to udowodnić.

Pomyśl o znajomych z liceum. A teraz skoncentruj się na tej jednej osobie, tej, która pojawiała się w twoich marzeniach. Tej, która – kiedy zauważyłeś ją na korytarzu – wywoływała w tobie to pierwotne, przedludzkie uczucie, nagły zastrzyk czystej adrenaliny. Jednym słowem – tej, w której byłeś zakochany.

Wyobraź sobie, że ta osoba podchodzi do ciebie teraz. Zbliża się w hałaśliwym, tłocznym korytarzu, coraz bliżej, coraz bliżej. Jej włosy, jej kroki, jej uśmiech.

Twój puls właśnie przyspieszył, prawda?

Rozumiesz teraz, jaką to ma siłę. Wiesz, że to był dzieciak, a parę lat później − niezdarna uczennica. A jednak obraz tej dziewczyny w twojej wyobraźni nadal wprowadza w wibracje twoją korę mózgową, pozbawia cię oddechu.

Widzisz więc − w takich sytuacjach w grę wchodzi coś poza naszą kontrolą.

Teraz wyobraź sobie taką sytuację: jesteś trzydziestodwuletnim facetem, psychologiem. Siedzisz w swoim gabinecie w suterenie, w ośrodku pomocy psychologicznej stanowego zakładu karnego. Więzieni a dla kobiet. Spóźniłeś się do pracy w poniedziałkowy poranek i nie miałeś czasu przejrzeć przypadków na dzisiaj ani nawet zerknąć w kalendarz. Wchodzi pierwsza więźniarka tego dnia, ubrana w więzienny żółty kombinezon.

I to jest ta osoba.

Wygląda w szokujący sposób identycznie jak ta dziewczyna, która szła do ciebie szkolnym korytarzem wśród odgłosu trzaskania zamykanych szafek. Te włosy, ten krok.

Nie byłbyś zaskoczony?

Bądź szczery. Nie wiadomo, co byś zrobił.

ROZPOZNAŁEM JĄ NATYCHMIAST. KTO BY JEJ NIE POZNAŁ? NIE JEST OSOBĄ, JAKĄ SIĘ ŁATWO ZAPOMINA. Przynajmniej nie taką, którą ja bym zapomniał. Szczególnie jej twarz. Mógłbym porównać ją do różnych kwiatów, które moja matka sadziła w ogródku z tyłu domu, ładnych w banalny sposób, ale jeśli się przyjrzeć, dających poczucie wewnętrznego skomplikowania. Ta twarz krążyła bocznymi ścieżkami mojej pamięci przez prawie piętnaście lat. Co jakiś czas coś – nuta dawnej piosenki, widok biegaczki o długich rudawych włosach – wywoływało ją z zakamarków i stawiało mi przed oczami. Gdybym bywał na zjazdach absolwentów, a nie bywam, poleciałbym po bilet, przypiąłbym plakietkę z imieniem − tylko po to, żeby dowiedzieć się, co u niej, żeby sprawdzić, czy przyjdzie. Żeby zobaczyć, kim jest teraz.

No i właśnie zobaczyłem. Usiadła na plastikowym krześle w kolorze wody, stojącym naprzeciwko mnie. Na sercu miała rozmazany czarny drukowany napis NYS DOCS¹.

Nie pamiętała mnie. To było jasne. Nie zauważyłem żadnego sygnału, że mnie rozpoznała.

Nie wychylałem się więc. Co miałem powiedzieć? Wykrzyknąć jej imię? Spytać: „Co u ciebie?”, do cholery, „Z czym przychodzisz?”?

Nie. Kiedy próbowałem przetrawić tę sytuację – ona? tutaj? – podniosłem się i podszedłem do szafki w kącie, gdzie trzymałem przybory do herbaty: mały czerwony czajnik, pudełka z herbatą oolong i earl grey, papierowe kubki i plastikowe łyżeczki. Mój krótki rytuał herbaciany wprowadzał domową, przytulną atmosferę, dzięki czemu moje pacjentki mogły się trochę odprężyć. Oddawałem się mu na prawie każdej sesji. Trzęsącymi się rękami przygotowałem dwa kubki, wyplułem z siebie zwyczajowe powitanie, to jest:

− Witam, cieszę się, że pani przyszła, ustalmy podstawowe zasady: to, co zostanie tu powiedziane, nie wyjdzie poza ten pokój.

Tę przemowę po sześciu miesiącach pracy mogłem wyrzucić z siebie, nie angażując mózgu. Podałem jej parującą herbatę, przyjęła ją z uśmiechem, który wywołał we mnie ukłucie. Wróciłem na swoje miejsce, uspokoiłem dłonie, obejmując nimi ciepły kubek. Notatka przypięta do jej kartoteki informowała, że właśnie wyszła z izolatki. Zapytałem ją o to. Ale nie usłyszałem odpowiedzi. Nie mogłem nic poradzić na to, że zatopiłem się we wspomnieniach. Wspomnieniach, które przez wszystkie te lata pojawiały się w moich myślach setki razy, jak wpadający w ucho refren piosenki. Myślenie o tym przy niej, obecnej tu we własnej osobie, sprawiało, że nie mogłem usiedzieć w miejscu, chociaż udało mi się utrzymać profesjonalizm i nie wiercić się. Pamiętałem widok jej nagich pleców, mignięcie bieli jak flagi, a potem skrawek piersi, kiedy odwróciła się, by wziąć ręcznik z ławki. Jej włosy opadły na biust, idealnie pasowały do sutków – czerwień z odcieniem brązu. Jason DeMarea i Anthony Li krztusili się ze śmiechu. Ja byłem cicho i obolałymi palcami z całej siły trzymałem się betonowego parapetu, wciskając palce stóp w adidasach między cegły. To był mój pomysł. Zauważyłem, że otwarto okna, aby wpuścić świeże powietrze tamtego słonecznego, lekko tylko chłodnego listopadowego dnia. Zobaczyłem, że ta zawodniczka z drużyny biegaczek pierwszoklasistek po wyścigu idzie sama do szatni. Byłem na zawodach jako korespondent dla „Lincoln Clarion”. Miałem pisać o konkurencjach kobiecych juniorek, nie o reprezentacji szkoły, a Anthony miał je fotografować. Daje to pojęcie o naszym statusie wśród personelu „Clarionu” i ogólnie w liceum Lincolna. W tamto wtorkowe popołudnie Jason DeMarea przywlókł się za nami z braku czegoś lepszego do roboty. Chichrali się z Anthonym Li, trącając się łokciami, a kiedy skończyła się ubierać (jasnoniebieskie sztruksy, bluzka ozdobiona błyszczącymi kwiatkami), odpadli od muru. Ja nadal do niego przywierałem, obserwując ją. Usiadła na ławce, żeby zawiązać sznurowadła wysokich do kostki butów. Potem chwyciła zwinięty w kulkę strój do biegania i wytarła nim oczy. Widziałem tylko fragment jej twarzy i słodkie ucho, ucho z intrygującym podwójnym kolczykiem, srebrnym kółkiem i malutkim srebrnym pegazem zaraz nad nim, któremu przyglądałem się w ukryciu, gdy siedziałem za nią na lekcji trygonometrii, zastanawiając się, czy oznacza to, że kocha konie, jest narkomanką, czy też cokolwiek innego, czego nigdy nie zgadnę. Nadal tarła oczy, napuchnięte od płaczu. Wyglądała na naprawdę smutną. A potem odwróciła wzrok i podeszła do otwartej szafki. Wrzuciła strój do środka. Na drzwiczkach była jakaś naklejka, ale nie mogłem odczytać, co było na niej napisane. Szarpnęła, oderwała ją i przedarła na pół. Zatrzasnęła szafkę i usiłowała wyrzucić naklejkę, ale ta przykleiła się do jej dłoni. Przez chwilę gapiła się na uparty zbitek papieru i zaczęła głośno płakać. Potem znowu otworzyła szafkę i ostrożnie umieściła zgniecioną naklejkę w środku. Zamknęła drzwi, potarła oczy rękami. Po chwili wyszła z szatni i zniknęła mi z widoku.

OTWORZYŁEM JEJ KARTOTEKĘ. PRZEBIEGŁEM WZROKIEM WYRAZY, nie czytając ich. Zapytałem o jej ostatni epizod w izolatce, zaczynając zwykłą diagnozę osobowości. Rozwijałem kolejne pytania z pamięci, ona odpowiadała. Stopniowo odzyskiwałem koncentrację. Słuchałem i nie powiedziałem nic o Lincoln High, o jej nagich piersiach, o zerwanej naklejce ani o tym, że to ja byłem tym chłopakiem, który na trygonometrii siedział za nią, w ostatniej ławce. Nie powiedziałem, że byłem na trybunie na każdym jej wyścigu w tamtym sezonie, kiedy biegała na bieżni. Że zgodnie z moją wiedzą wygrała tylko raz, właśnie tamtego dnia, tamtego słonecznego listopadowego dnia. Nie powiedziałem, co wiedziałem o jej ojcu – że był kongresmenem przez jedną kadencję – i nie powiedziałem, że kochałem się w niej skrycie każdego długiego i żenującego dnia mojej nauki w szkole średniej. Ewidentne było, że mnie nie pamięta. Czy to mnie martwiło? Może trochę. Na pewno nie w sposób świadomy. W każdym razie nie dałem nic po sobie poznać.

Zakończyliśmy część diagnostyczną i wtedy powiedziała, że ma problemy ze spaniem. Hałas, nocne krzyki na jej oddziale. Splatała i rozplatała dłonie na brzuchu, i niepewnie spytała, czy są jakieś tabletki, które mogą jej pomóc.

− Po prostu muszę się wyłączyć na parę godzin – powiedziała.

Nie mogłem nie zauważyć, że lakier w kolorze pomidora na jej paznokciach był obgryziony. Jedna rzecz, która łączyła wszystkie moje pacjentki, to nieskazitelny, misternie wykonany manikiur – tęcze, palmy kokosowe, imiona chłopaków, paski z brokatu, gwiazdy i serca. Te kobiety nie skubały sobie skórek ani nie obgryzały paznokci. Szpanowały nimi. A jej paznokcie były krótkie. Zniszczone.

Zdałem sobie sprawę, że na niebieskiej karteczce wypisuję prośbę o zoloft. Wstałem z krzesła, obszedłem biurko i wyciągnąłem ją do niej. Stanęła obok. Była ode mnie niższa o głowę. Jej smutne spojrzenie, jej długie rzęsy. Rozproszone blade piegi. Siłą odwróciłem wzrok i wyprostowałem się, wyciągając każdy centymetr ciała w górę.

− Proszę to pokazać asystentowi doktora Polkinghorne’a, trzecie drzwi.

Obejrzała świstek i miękko podziękowała. Staliśmy oboje przez minutę. Prowadziłem ze sobą dyskusję w myślach, czy mam powiedzieć to, co – jak wiedziałem – powinienem powiedzieć.

− Hm, wie pani co? – zacząłem, ale potem powiedziałem coś innego. – Chciałbym wpisać panią na listę stałych pacjentek. Myślę, że możemy pani pomóc.

Uśmiechnęła się nieśmiało, melancholijnie.

− Wspaniale – powiedziała i odwróciła się do wyjścia. Jej kucyk podskakiwał, kiedy szła.

To, że pozwoliłem jej wtedy wyjść, nie ujawniając tego, co o niej wiem, było złamaniem zasad etycznych, pierwszym z serii, które popełniłem od tamtej pory. Wytyczne Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego w kwestii przeszłych związków z pacjentami są jasne. Powinno się o nich wspomnieć i jeśli taki związek może w jakiś sposób wpłynąć na obiektywność, należy przerwać terapię. Te zasady są napisane czarno na białym.

To wtedy przestałem je respektować. Do tamtej pory byłem przeciętnym, przestrzegającym prawa, kierującym się zasadami człowiekiem.

Ona zmieniła wszystko, choć nie było to jej zamiarem. Ta osoba w więziennym żółtym uniformie, o twarzy jak kwiat z ogródka przy domu. Ta, którą pamiętałem tak dobrze jako dziewczynę. Ta, której nie można zapomnieć.

Nie mogę tutaj używać jej imienia. Nazwijmy ją M. i idźmy dalej.2

Maj 1999

Miranda Greene urodziła się w Pittsburghu, w stanie Pensylwania. Większą część dzieciństwa spędziła na przedmieściach Waszyngtonu, a w maju swojej trzydziestej drugiej wiosny, jednym z najpiękniejszych miesięcy na Wschodnim Wybrzeżu, planowała umrzeć w Nowym Jorku. W Milford Basin w stanie Nowy Jork. A dokładniej w zakładzie karnym dla kobiet, który zajmował sto pięćdziesiąt cztery akry wycięte w lasach pełnych klonów i krzewów niedaleko miasta Milford Basin.

Jakiś Rockefeller czy inny Roosevelt albo po prostu ktoś bogaty był właścicielem rancza w latach dwudziestych dwudziestego wieku, tak mówili pośrednicy z biur nieruchomości potencjalnym nabywcom. Nieszczęśliwie – dla agentów nieruchomości – ta osoba bardzo angażowała się w pomoc dziewczętom, które zeszły na złą drogę. Dawny domek myśliwski przekształcono w zakład poprawczy, a teraz, po mniej więcej siedemdziesięciu latach, stał się on pełnoprawnym stanowym więzieniem o rygorze od łagodnego do średniego. Kobiet nie określano już jako krnąbrnych. Teraz były przestępczyniami, kryminalistkami i potrzebowały czterometrowej odgradzającej siatki z grubego drutu z girlandą drutu kolczastego i uzbrojonych strażników.

Więzienie górowało nad średnio uroczym śródmieściem Milford Basin, obejmując szczyty dwóch okolicznych wzgórz. Dwa z nich leżały na terenie ogrodzonego kompleksu, a w środku była Miranda i układała swoje plany. Miała zamiar przedawkować tabletki. W systemie krążyło pełno leków, ponad połowa dziewczyn w Milford Basin otrzymywała od państwa proszki − personel medyczny codziennie wydawał xanax, lit, librium i prozac. Oczywiście pewne typy spod ciemnej gwiazdy oferowały je też w sprzedaży, jak wiele innych środków odurzających. Jednak często łatwiej było dostać receptę z ośrodka pomocy psychologicznej na podstawie diagnozy depresji, skłonności do agresji lub zwykłego lęku społecznego. Tabletki rozdawano hojnie, bo tabletki działały.

Miranda chciała umrzeć, ponieważ po prawie dwudziestu dwóch miesiącach w więzieniu nie sądziła, że odbycie pozostałej części kary ma sens. Wyrok obejmował tak nieprzyzwoitą liczbę lat, że unikała myślenia o jego dokładnej długości wyrażonej cyframi. Wolała myśleć o nim jako o drodze, która znika we mgle. Nie miała szans na zwolnienie warunkowe. Jeśli kiedykolwiek wyjdzie na wolność, będzie dużo, dużo starsza niż teraz. A obietnica smaku wolności, gdy będzie mogła cieszyć się starczym zniedołężnieniem, nie wydawała jej się wystarczającym powodem, by trzymać się swej ziemskiej powłoki. Chciała ją z siebie zrzucić.

Dlatego odwiedziła ośrodek pomocy psychologicznej. Chociaż nie podobał jej się pomysł, żeby gadać z lekarzem od wariatów. Kiedyś matka zapisała ją do jednego, podczas burzliwych lat nastoletnich, po śmierci Amy. Nie chciała wsiąść do samochodu. Mówiąc wprost, nigdy nie była osobą, która oddaje się introspekcji. Ma to po ojcu. Ale w Milford Basin, gdzie wolny czas rozdawano garściami, nie mogła uniknąć zastanawiania się nad tym, co jej przypadło w udziale w życiu. Nic innego nie było do roboty. A dwa tygodnie w izolatce zaowocowały krystalizacją planu. Im głębiej szukała w sobie, tym bardziej stawała się pewna. Nie będzie czekała na kolejny ruch losu – czyż los nie pokazał jej już, kto tu rządzi, nie rzucił jej na kolana? Nie, teraz to ona weźmie los w swoje małe, bezsilne, uwięzione ręce.

W PONIEDZIAŁEK O 9.30 RANO MIRANDA PRZECHADZAŁA SIĘ WYASFALTOWANĄ ŚCIEŻKĄ łączącą budynki 2 A i B z długim niskim budynkiem administracyjnym, miejscem pracy lekarzy i psychologów. Minęła starą kobietę o imieniu Onida, która pozbywała się frustracji, uprawiając przydzielony jej mały ogródek. Nie dostała żadnych narzędzi ogrodniczych – przyrządy o ostrych krawędziach nie były tu mile widziane – więc wydrapywała wiosenną, pełną robaków ziemię gołymi rękami i zaimprowizowaną łopatką z kartonu, mrucząc pod nosem. Sadzonki petunii podarowane przez lokalny kobiecy klub ogrodniczy spoczywały obok. Spojrzała w górę, kiedy Miranda ją mijała.

− Bóg jest dobry, wiem to na pewno – powiedziała.

− Tak sądzisz? – odparła Miranda. Szła dalej. Słyszała za sobą mruczenie Onidy. Błękit nieba był niemal bolesny. Zapach skoszonej trawy, łagodna bryza ogrzewająca skórę. Nadal nie mogła się do tego przyzwyczaić. Spacer na zewnątrz, a nad nią tylko kopuła wszechświata. Żadnego cementu, żadnych uwięzionych dusz. Wyszła z izolatki zaledwie przed trzema dniami. Dwa tygodnie w izie, jak nazywały ją dziewczyny, w jakiś sposób spłaszczyły jej percepcję, jakby została sprasowana i wysuszona, jak egzotyczna sadzonka. Czy da się ją namoczyć i przywrócić do życia?

− Wątpię − wyszeptała do siebie.

ZNAŁA GO SKĄDŚ? NA PIERWSZY RZUT OKA BYŁO W NIM COŚ ZNAJOMEGO, może widziała już gdzieś tę twarz albo może po prostu był podobny do kogoś znajomego. Szaroniebieskie oczy, gęste blond włosy w lekkim nieładzie. Pod kilkudniowym jasnym zarostem wyraźnie zarysowana szczęka. Niebrzydki facet, nienachalnej urody. „Frank Lundquist”, przywołała nazwisko w pamięci, żeby sprawdzić, czy z czymś się jej kojarzy. Był pierwszym facetem bez więziennego munduru, z którym rozmawiała od prawie roku, nie licząc członków rodziny i prawników. Pewnie dlatego dziwnie się czuła.

− Witam – powiedział, przekładając w roztargnieniu papiery na biurku. – Miło mi, że pani do mnie przyszła.

Mówił głębokim głosem, robiąc przerwy. Nagle podniósł się z krzesła, zauważyła, że jest dość wysoki. Mały elektryczny czajnik szeptał na szafce w kącie, buchając parą. Stał odwrócony do niej plecami i przez dłuższą chwilę przestawiał kubki, recytując formułki o podstawowych zasadach:

− To, co zostanie tu powiedziane, nie wyjdzie poza ten pokój.

Ale herbata była pyszna. Warto było tu przyjść dla niej samej. Usiadł i znalazł jej kartotekę, na którą gapił się przez parę minut. Miranda ogrzewała sobie nos parą z herbaty i studiowała kosmyk włosów, który zsunął mu się na brwi, gładki jak skrzydło ptaka. Zastanawiała się, jak ma poruszyć temat leków.

W końcu podniósł na nią wzrok znad papierów i przemówił.

− Jest tu napisane, że właśnie wyszła pani z izolatki. Może mi pani opowiedzieć, co się stało, że tam panią wysłano?

Zdziwienie.

− Nie ma nic o tym w papierach?

− Chciałbym usłyszeć pani wersję. – Oparł się na krześle. Zerkał na nią co chwilę.

„To może mnie wkurzyć”, pomyślała.

− Moja wersja… − Pozwoliła sobie na delikatny uśmiech. – Nie sądziłam, że mogę mieć jeszcze jakąś swoją wersję.

Przytaknął.

− Rozumiem. – Podrapał się po brodzie. Odgłos pocierania o papier ścierny. – Proszę się nie spieszyć. Mamy czas.

OBSERWOWAŁA POSTRZĘPIONE STRUŻKI BIAŁOŚCI, SUGESTIĘ CHMUR ZALEDWIE. Patrzyła, jak się przesuwają, przez małe okno dwa i pół metra nad jej głową. Leżała w kącie swojej celi w izie, usiłując wyglądać przez okno, które zaprojektowano tak, żeby nic nie było z niego widać. Gdy oddawała się kontemplacji smug, powoli dotarł do niej rytmiczny odgłos, przypominający turkot czy dudnienie. Niski powtarzalny ton, który przypominał jej, w jakiejś pierwotnej części jej jestestwa, wczesne dzieciństwo. Nie miała pojęcia, co to mogło być.

Podeszła do drzwi i wyjrzała przez okienko rozmiarów gąbki do mycia naczyń zrobione z hartowanego szkła. Zobaczyła tylko drzwi celi naprzeciwko, za którymi była Patti. Patti zabiła chirurga podczas kłótni dotyczącej płatności ubezpieczenia Blue Cross/Blue Shield.

Miranda przycisnęła ucho do małej metalowej klapki, otwieranej trzy razy dziennie, gdy przynoszono posiłki. Przez cienką stal dudnienie dobiegało wyraźniej.

Położyła się na podłodze, ochlapanej niedbale szarą grudkowatą farbą i wiecznie zimnej, przycisnęła usta do dwucentymetrowej szpary pod drzwiami.

− Patti.

Bez odpowiedzi. Spróbowała ponownie. Nagle rozpoznała ten dźwięk. Patti chrapała, sapiąc donośnie. Chrapała tak jak tata Mirandy. Miranda słyszała ten dźwięk, kiedy budziła się ze snu jako mała dziewczynka. Patti spała. Patrizia Melvoin, transgenderowa seropozytywna oszustka z Morrisanii, z Bronxu chrapała dokładnie tak samo jak Edward Greene, kongresmen z dwudziestego ósmego dystryktu Pensylwanii.

Miranda usiadła na podłodze i zachichotała. Śmiała się i śmiała, a dźwięk własnego śmiechu był obcy dla jej uszu i zmusił ją, by się uspokoiła. Chrapanie nie ustawało.

To był jej ostatni dzień w izie i ciągnął się już całe wieki. Zezowała w górę na łatę nieba. Na pewno minęło już południe. Zwykle strażnicy zwalniali więźniarki z izy rano. Skąd to opóźnienie? Pomyślała o swoich zdjęciach, ubraniach, zupce chińskiej, które czekały na nią w zamkniętym magazynie na oddziale. Rozpięła flanelowy uniform w brudnożółtym kolorze. Przypominał jej szlafroki, które wraz z Amy dostawały ku swemu rozczarowaniu od babci Rosalie pod choinkę. Dużo bardziej wolałyby jedną z tych lalek, którym można zmieniać fryzury i robić makijaż, albo bębenek z pałeczkami, taki z jakimi występują na paradach mażoretki, albo ślicznego króliczka, którego mogłyby trzymać w domu. Zastępczy uniform dostała, kiedy w karcerze zabrali jej standardowy. Zrzuciła go z siebie i zsunęła państwowe majtki. W izie nie można było mieć własnych ubrań, więc nawet na tyłku nosiło się napis NYS DOCS. Kontemplowała przez chwilę stalowy sedes bez klapy, bez siedzenia, gapiące się zamarznięte gardło. Usiadła. I zaczęła podskakiwać. Szybko.

Czternaście dni temu nie zrobiłaby tego. Kiedy Patti opowiedziała jej o tym szczególnym hobby, odparła:

− Nigdy nie będę tak głodna rozrywki.

Patti zachichotała.

− Nie ma tu kablówki. Ani „Reader’s Digest” do czytania.

Pierwsze parę dni dawała radę. Przemyciła tabletki nasenne, które wcisnęła jej Lu, kiedy stało się jasne, że skończy w izie. Po dwie w każdej dziurce od nosa. Była pewna, że zorientują się, bo oddychała przez usta, ale nic nie zauważyli. Tabletki miło ją odurzyły. Ale skończyły się, a ona mogła tylko gapić się na łatę nieba, na którym zaczęły pojawiać się chmury przypominające Lewisa Pattersona, Duncana i jeszcze gorsze. Te powtórki filmów w głowie szybko ją wykończyły, była w desperacji, dałaby wszystko, żeby mieć czym zająć umysł, żeby wypełnić go czymś i wygasić wszystkie myśli.

Więc przysiadła na sedesie i podskakiwała. Odbijała się jak piłka. Na początku sceptycznie. Nawet się zaśmiała. Ale zabawne. Śmiała się, ale kontynuowała, jakby jadąc w angielskim siodle, tak jak robiła to na obozie Piney Top w górach Allegheny w wieku lat dziewięciu. Wtedy usłyszała odbijający się echem haust. Na pewno jej podskoki zadziałały jak przepychacz i woda została wessana z powrotem do rur w dole, zostawiając puste miejsce na górze. Uklękła obok toalety, zacisnęła oczy, zatkała nos i włożyła głowę do miski klozetowej.

Usłyszała głosy.

CIEMNE GARNITURY SZYTE NA MIARĘ, JASNE WŁOSKIE KRAWATY Z GRUBEGO JEDWABIU zaciśnięte w napuchnięte węzły. Do tego dobrane poszetki. Jednego dnia w kolorze pawim, innego w głębokiej purpurze ze złotymi liliami. Miranda czasem zastanawiała się, czy to dlatego skończyła z tak szokująco długim wyrokiem. Jej adwokat ociekał pieniędzmi. Członkowie ławy przysięgłych – kucharz z pizzerii czy kierowca odśnieżarki – wyobrażali sobie, że zestrzelą siedzącą wyniośle na górze pieniędzy księżniczkę. Nie wiedzieli, że odziedziczona fortuna, o której pisano w gazetach, kapitał Greene’ów z Pittsburgha zbudowany przez dekady na rozkładanych stołach, kanapach i krzesłach ogrodowych o zaokrąglonych oparciach, dawno został wydany. Gros pieniędzy wypłynęło na reklamy w ostatniej, przegranej kampanii ojca. Alan Bloomfield, koneser ekscytujących włoskich krawatów i poszetek, stary przyjaciel rodziny, dla jej ojca był jak brat. Kochał się w jej matce. Dawał im duży upust na swoje usługi.

Bethanne Bloomfield, córka Alana, była w tym samym wieku co siostra Mirandy, Amy. Przez jakiś czas bardzo się przyjaźniły, chodziły razem do centrum handlowego Twin Oaks, do kina, zamykały się w pokoju Amy. Para czternastoletnich poszukiwaczek przygód. Miranda pamiętała, jak kiedyś stała w drzwiach do pokoju siostry. Nastolatki stroiły się na szkolną potańcówkę. Układały włosy, kręciły je lokówką. Pokój pachniał jak zakład fryzjerski. W pobliżu nie było dorosłych. Strojnisie postanowiły przeprowadzić najazd na toaletkę Barbary Greene, gdzie stały buteleczki prawdziwych perfum. Zatrzymały się przy intrygujących nazwach, Opium i Skin Musk. Potem Bethanne otworzyła szufladę w szafce nocnej Edwarda Greene’a i znalazła opakowanie prezerwatyw Trojan.

− Używają gumek?! – zapiszczała.

Amy wyrwała jej pudełko. Przeczytała etykietę, a potem powiedziała, marszcząc brwi:

− Moja mama ma spiralę.

Bethanne przejęła pudełko, wyjęła jedną z małych kopertek i schowała do kieszeni. Wtedy Amy też wzięła jedną, zanim wrzuciła pudełko na miejsce.

Miranda nie wiedziała, co to spirala, a kiedy spytała o to później siostrę, ta nie chciała jej powiedzieć.

Potrafiła spędzać tak całe godziny, goniąc za chwilami z najwcześniejszych lat, odpryskami bezpiecznej, odległej przeszłości. Ale w jakiś sposób wspomnienia prowadziły ją w niebezpieczne miejsca. Bethanne teraz sama była prawniczką, jej mąż – również. Mieszkali w kompleksie domków szeregowych w Bethesdzie. Od Bethanne jej myśli poszybowały do Alana Bloomfielda, który sztywno siedział po jej lewej stronie, delikatnie stukając ołówkiem w swój notatnik i obserwując, jak przegrywają sprawę.

Od niego, choć próbowała to zatrzymać, ciąg myśli doprowadził ją do kobiety stojącej przed sądem, jej rozkazującego tonu, mimo drżącego głosu, jej zmęczonego ciała, dostojnej siedziby nerwów i smutku.

− Mój brat był kawalerem. Był urzędnikiem w wojsku w Sajgonie. Należał do Ochotniczej Straży Pożarnej. Był dobrym człowiekiem. – Wybuchła płaczem. Nigdy nawet nie spojrzała w stronę Mirandy.

WŁADZE STANU ZNAŁY JĄ JAKO 0068-N-97, PONIEWAŻ W TAMTYM ROKU BYŁA SZEŚĆDZIESIĄTĄ ÓSMĄ więźniarką przyjętą do Zakładu NYS DOCS, to jest Zakładu Karnego w Milford Basin. Była osadzona w oddziale 109 C, w celi numer 34, ostatniej na południowym krańcu skrzydła wschodniego.

Strażniczka Beryl Carmona była jej starotestamentowym Bogiem, srogim, ale często kochającym, wszechmogącym i przerażająco nieprzewidywalnym. Lu, która podeszła do niej ukradkiem pierwszego dnia na oddziale, objęła ją ramieniem i wymruczała komentarz o szefowej strażniczek:

− Carmona jest bardzo bystra w swojej głupocie – ostrzegła. – Uważaj na nią.

Ludmilla Chermayev, ostatnio zamieszkała w Moskwie i Sheepshead Bay, miała rację w tej kwestii i w każdej innej dotyczącej Milford Basin, jak przekonała się Miranda. Podczas pierwszego miesiąca na oddziale Carmona dała Mirandzie dwanaście nagan.

Barb Greene nie mogła pojąć, w jaki sposób jej córka popełniła taką liczbę wykroczeń przeciw dyscyplinie, że brakowało jej tylko jednego, by skończyć w izie.

− W szkole tylko cię chwalili, mówili, że jesteś bardzo dobrze wychowana. Miałaś najlepsze zachowanie w czwartej klasie. – Pociągała nosem, przykulona pod hałasem panującym w pokoju odwiedzin, drąc na paski chusteczkę higieniczną. Matka Mirandy tym razem bardzo się starała nie płakać, ale znowu jej się nie udało. Niezliczone chusteczki, przesunięte soczewki kontaktowe.

− Dlaczego po prostu nie możesz stosować się do reguł, kochanie? – błagała Barb. – Chociaż spróbuj.

Ale Miranda przestrzegała zasad, starała się. Nie zwariować i trzymać się z daleka od kłopotów, nie wsadzać nosa w nie swoje sprawy i odsiadywać wyrok – taki pakt zawarła sama ze sobą pierwszego tygodnia. Napisała nawet tę przysięgę w Biblii należącej do April Nicholson, skoro April, rządząca w celi naprzeciwko Mirandy na oddziale dla nowo przyjętych, nalegała.

− Jesteś dokładnie taka jak ja – powiedziała pierwszej, strasznej nocy ze śmiertelnie poważnym wyrazem na okrągłej twarzy. Jej błyszczące brązowe policzki, śliczne ciemne oczy i śliwkowe usta dawały jakieś pocieszenie, stanowiły błysk piękna w ciemnym korytarzu.

– Nie jestem twardzielką, nigdy nią nie byłam i nigdy nią nie będę – powiedziała April tym głosem, któremu Miranda nauczyła się ufać, niskim, z cieniem południowej miękkości. – Rób to, co ja, a nie będziesz tu miała problemów.

Miranda nie stanowiła problemu. Problemem była Beryl Carmona. Tej nocy, kiedy przeniesiono ją z oddziału dla nowych, gdy ciągnęła za sobą po podłodze więzienne łachy w czarnym worku foliowym, a April szła za nią, niosąc jej książki i przybory do pisania, Carmona czekała na nią w 109 C.

− Masz przed sobą szefową na tym oddziale – powiedziała, wskazując swoją plakietkę. Brązowe kręcone włosy okalały długą szczękę, a kiedy szła, kajdanki i latarka opadające na biodra obijały się o siebie. Przednie kieszenie munduru otwierały się jak małe uszy. Zerknęła na stertę książek w rękach April i odwróciła się z uśmiechem do Mirandy.

− Czytasz? Ja też. Świetnie. Będziemy miały o czym porozmawiać. Ale niech cię nie widzę w tych japonkach. – Pokazała niebieskie gumowe klapki Mirandy.

− Dostałam je w magazynie.

− Wkłada się je pod prysznic. Nie lubię widoku palców u stóp.

Otaczał ją krąg kobiet przypatrujących się z prostoduszną ciekawością. Wszystkie nosiły japonki. W końcu na oddziale panował zaduch i było gorąco.

Carmona podążyła za jej wzrokiem i wydała z siebie przesadne westchnięcie.

− Proszę, nie szukaj inspiracji wśród tych kobiet. Są żałosne, bez wątpienia, urodziły się żałosne. Dla ciebie mam wyższe standardy. – Puściła do niej oko i zamachała pękiem kluczy. – Po prostu podobasz mi się. Naprawdę. Chodź, pokażę ci twój pokój.

Carmona często nazywała ją Majową Panienką. Inne strażniczki nazywały ją Wielmożną Panienką. Dziewczyny zwykle wołały na nią Panienka Vidal Sassoon albo Lady Vidal Sassoon.

– Ma włosy jak z reklamy Vidal Sassoon – zauważyła kiedyś Chica w kuchni, podczas pierwszego tygodnia Mirandy, spoglądając na nią znad garnka z fasolką. Machnęła w jej stronę drewnianą łyżką, wskazując jej grube, błyszczące, kasztanowe włosy. Bardzo jej urosły, teraz sięgały poniżej łopatek. − Jak mój brat – dodała Chica. – Błyszczące włosy Vidala Sassoona. Myje je dwa razy dziennie. Zawsze szamponem Vidal Sassoon. Zawsze.

− Ona też sassoonuje włosy, to widać – dorzuciła inna dziewczyna.

Dziewczyny mówiły w ten sposób w obecności obgadywanej osoby. Miranda wiedziała, że jej uczestnictwo w rozmowie nie jest oczekiwane ani pożądane. Odgoniła tylko muchę z kanapki z dżemem z winogron i wróciła do czytania o losach Tessy d’Urberville. Nie przeszkadzało jej, że przezywają ją Panienką Vidal Sassoon, wcale. Trzeba przyznać, że zawsze była dosyć dumna ze swoich włosów i teraz cieszyła się, że nadal są tak błyszczące. Od tygodni nie używała odżywki do włosów. Instrukcje: „Nałożyć grubą warstwę, przeczesać grzebieniem, odczekać pięć minut, spłukać” nie miały raczej zastosowania w łazience więziennej.

Chica miała dywanik łazienkowy. To właśnie za to Miranda dostała trzynastą naganę, tę, przez którą wylądowała w karcerze. Pudroworóżowy, kudłaty, tylko trochę brudny na brzegach. Miranda pożądała go od pierwszego wejrzenia, bo przypominał jej hotel Flora w Rzymie. Miała dwanaście lat, jej ojciec brał udział w jakiejś konferencji. Organizatorzy pokrywali wszystkie wydatki. Tata, mama, Amy i Miranda, wszyscy za darmo w hotelu z podłogami z ciemnozielonego marmuru i białymi amorkami fruwającymi po sufitach. Co wieczór pokojówka przygotowywała łóżka do spania i kładła gruby różowy ręcznik na chłodnej posadzce obok szafki nocnej.

− Żeby nie zmarzły ci stopy – powiedziała matka. – Ostatnią rzeczą wieczorem i pierwszą rzeczą rano jest przyjemność dla stóp.

Kiedy Miranda zobaczyła dywanik, od razu zrozumiała, że gdyby mogła zapewnić sobie przyjemność dla stóp, miałaby szansę przynajmniej częściowo zachować zdrowie psychiczne.

Poruszyła ten temat któregoś razu podczas obiadu. Jak zwykle Dominikanki skupiły się wokół mikrofalówki i kobiety, którą wszystkie nazywały Mami. Przywiędła dama, która kiedyś prowadziła kryjówkę w Inwood, podawała posiłki złożone z pomidorów w puszce i ryżu. Większość Latynosek nie jadła w stołówce, oprócz kilku, które należały do załogi Marcy. A Miranda była raczej mile widziana w kręgu kuchennym, za co była wdzięczna. Jedzenie było przyzwoite, żałowała tylko, że w liceum nie uczyła się hiszpańskiego zamiast niemieckiego i francuskiego. Wtedy mogłaby nadążać za konwersacją.

W każdym razie zrozumiała, że uznano apelację i Chica za tydzień wychodzi.

Bez zastanowienia wypaliła:

− Mogę dostać twój dywanik, Chica? – Dziewczyny zaczęły nerwowo chichotać.

− Dama Vidal Sassoon chce twój dywanik, Chica – powiedziała jedna.

Chica uśmiechnęła się do niej, łagodnym, szczerbatym uśmiechem.

− Wpadnij do mojego pokoju, jak będę wychodzić. Myślę, że tak.

Dziewczyny i nawet strażniczki nazywały cele pokojami, jakby wszyscy byli gośćmi w hotelu Flora.

W dniu zwolnienia Chiki atmosfera w więzieniu była napięta, bo poprzedniej nocy jakaś kobieta z oddziału D dostała konwulsji po spożyciu mieszanki sfermentowanego tosta, cukru, obierków z jabłek red delicious i paru kropli spreju do ciała o zapachu brzoskwini. Pozamykano je w celach, w których przeprowadzano rewizję przez cały ranek. U czterech kobiet znaleziono samogon i wysłano je do karceru. Pełna bólu złość pulsowała wzdłuż korytarzy tamtego popołudnia, kiedy Miranda poszła do odległego krańca bloku, gdzie Chica pakowała swoje rzeczy. Z drugiej strony korytarza kobieta zwana Dorcas, tyczkowata i silna, o twarzy twardej jak orzech, rzuciła komentarz:

− Moją apelację sędzia odrzucił. Chica dostała zwolnienie. Ale gdyby Dorcas dostała zwolnienie, strażniczki miałyby gówno do roboty.

− Ta, ta, Dorcas – odezwał się za nią głos. Jej giermek, ciastowata dziewczyna o imieniu Cassie, leżała na jej łóżku, mażąc sobie po ziemistej stopie pisakiem. – Jesteś tu tylko po to, żeby strażniczki miały robotę.

− Chica – powiedziała Miranda. – Pamiętasz, o czym rozmawiałyśmy parę dni temu?

− Spójrz na jej ramiona. Potwornie chude – powiedziała Dorcas, patrząc na nią ze wstrętem.

− Myśli, że jest kimś – dodała Cassie.

Chica wzięła do ręki swój dywanik prawie ze smutkiem.

− Nawet ci go uprałam, kochana. Dostałam go od siostry. Miło mieć taką rzecz. – Pogłaskała różowy, kosmaty dywanik, jakby był zwierzątkiem, i dała go Mirandzie.

− Tak się cieszę, że wychodzisz, Chica – wymamrotała Dorcas. – Nawet nie wiesz, jak bardzo.

Chica spojrzała gniewnie i ze zniecierpliwieniem wzruszyła ramionami. Zasłoniła swoje wejście płachtą podrapanej ceraty. Nazywały to zasłoną prywatności. W zamierzeniu zasłony były przezroczyste, ale dziewczyny miały swoje sposoby, żeby nie było nic widać. Sięgnęła pod materac i wyciągnęła malutką żyletkę.

− Czasem tu się robi zamieszanie. Używałam wtedy tego. – Wcisnęła żyletkę do ręki Mirandy. – Ukryj ją dobrze – wyszeptała.

Miranda schowała ją do kieszeni, zwinęła dywanik i poszła do swojej celi. Ukryła żyletkę w przerwie między ścianą a umywalką. Potem rozłożyła dywanik na podłodze obok łóżka, ściągnęła adidasy i wystawiła bose stopy na ciepłą pieszczotę włochatego materiału. Położyła się na łóżku, nadal trzymając stopy na dywaniku. Spędziła tak dwie godziny, myśląc o hotelu Flora, starając się przywołać w pamięci każdy szczegół tej wycieczki do Rzymu: dziwny sposób otwierania okien, to, jak zazdrościła rzymskim dziewczynom jadącym z tyłu na skuterach swoich chłopaków. Matka czytała im przewodnik na Forum Romanum, wszędzie były niesamowite błyszczące kwiaty i drzewa pomarańczowe. Amy, z blond lokami, w obcisłych dżinsach przyciągała spojrzenia mężczyzn w tramwajach. Ojciec usiłował rozszyfrować rachunki w restauracjach. Miała dwanaście lat. Rodzina była w komplecie, nienaruszona.

Tuż przed wieczornym apelem Carmona pojawiła się w jej drzwiach, a za nią Dorcas i Cassie.

− Mówiłam ci – powiedziała Cassie. – Tu jest.

− Hmm, Majowa Panienko. – Strażniczka kroczyła w jej stronę, gdy ona siadała na łóżku. – Zawiodłam się na tobie. Ukraść dywanik tej smutnej cipie.

− Gówno prawda.

− Mam cię ukarać za używanie niecenzuralnych słów?

− Myślę, że to ją powinnaś ukarać za wulgarność.

Carmona odwróciła się do Dorcas.

− Stul pysk, kurwa.

Wróciła do Mirandy.

− Ukarzę cię za przeklinanie, jak nie oddasz mi tego dywanika. Nie należy do ciebie.

Miranda usiadła na dywaniku.

− Chica mi go dała.

− Chica mi go dała, bo mi go obiecała, i obietnicy dotrzymała – zanuciła Cassie wkurzającym głosikiem.

− Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Walczę o dywanik łazienkowy.

− Już nie jesteś w Białym Domu – zauważyła Dorcas z satysfakcją.

− Dostajesz naganę za kradzież. Zostaniesz wezwana na przesłuchanie. A teraz oddaj mi ten przeklęty dywanik. – Strażniczka, szurając, zbliżyła się do Mirandy, która ściskała dywanik obiema rękami i nadal na nim siedziała.

− Nie oddam.

Carmona wyciągnęła rękę, żeby go chwycić, Miranda zrobiła unik. Machnęła ręką i walnęła w ramię strażniczki młócące powietrze. Przy drzwiach celi zebrała się już spora grupka kobiet. Piszczały w podnieceniu, bo wszystkie wiedziały, jak to się skończy.

− To atak! – wrzasnęła Carmona triumfalnie, prostując się, i zrobiła dwa kroki do tyłu. – Masz przejebane, Majowa Panienko.

Dziewczyny były rozgorączkowane, właśnie stały się naocznymi świadkami podniecającego zajścia. Carmona wyjęła z tylnej kieszeni zeszyt z naganami, odpędzając tłum gapiów ręką.

− A co z moim dywanikiem? – zawodziła Cassie.

− Niedługo go dostaniesz – odpowiedziała Carmona.

Tłum rozproszył się, strażniczka wróciła do swojego stanowiska, wymachując potężną bronią w postaci zeszytu z naganami. Wyjęła z kieszeni długopis i zdjęła zębami szpiczastą skuwkę.

MIRANDA JESZCZE MOCNIEJ ZACISNĘŁA POWIEKI I PRZYSTAWIŁA UCHO jeszcze bliżej odpływu. „Już nigdy nie znajdziesz się w tym miejscu”, obiecała sobie.

− Moja mama kocha się w Johnie Waynie. – Rozpoznała ten głos, należał do Viv, kobiety w pierwszym skrzydle, tej, która miała widok na biurko. Weszła jej w słowo i poprosiła, żeby sprawdziła, czy widzi gdzieś eskortę.

W rurach rozległy się śmiechy.

− Poczekaj, zaraz zobaczę – powiedziała Viv.

W rurach zapadła cisza, a potem dało się usłyszeć przepełnione złością mruczenie:

− Ta suka wychodzi.

Wróciła Viv.

− Strażniczka jest teraz tutaj, kochanie. Wygląda na to, że wypełnia jakieś papiery. Za chwilę wyjdziesz z izy.

Miranda usiadła na podłodze obok sedesu, oparła głowę o zimną ścianę. Wtedy w okienku pojawiła się różowa szeroka twarz Carmony, ucięta na wysokości brwi. Uśmiechała się, gdy szczękał potrójny zamek. Drzwi otworzyły się na oścież.

− Wracaj do siebie, Majowa Panienko – powiedziała z sympatią, która wyglądała na prawdziwą. – Wszystko już wybaczone.

Miranda nie potrafiła powiedzieć, czy wiedziała, co się stało, zanim strażniczka z izy przyszła po nią dwa zadziwiająco długie tygodnie temu. Dorcas przechadzała się przed jej celą, zatrzymując się w drzwiach.

− Cassie mówi, że możesz sobie zatrzymać pieprzony dywanik. Mówiłam jej, żeby tego nie robiła. Kradłam, co do mnie nie należało, ale nigdy nie utrzymywałam, że coś jest moje, jak nie jest. Kminisz?

Miranda faktycznie zrozumiała, śmieszne. Logika więzienna zaczęła mieć sens.

OPOWIEDZIAŁA TO WSZYSTKO FRANKOWI LUNDQUISTOWI. POTEM ZAMILKŁA, siorbiąc stygnącą herbatę. W końcu podniósł wzrok znad notatek i nieznacznie skinął głową. Jakiś cień przemknął mu po twarzy, a może to światło inaczej padało? Zerknęła na okno za jego głową. Rozświetlone błękitne niebo, długonogi krzew widoczny z okna sutereny. To pewnie wiatr w gałęziach rzucał cienie tańczące w pokoju.

− Chciałbym przeprowadzić badania diagnostyczne – powiedział. – Żeby wiedzieć, na czym stoimy.

− Jasne – przytaknęła.

− Proszę, żeby pani komentowała kolejne zdania, mówiąc „prawda” lub „fałsz”, na początek: „Bardzo rzadko marzę”.

− Prawda. Czy to test MMPI²? Robiono mi już milion testów.

− Niech mi pani zrobi tę przyjemność. Wiem, że to brzmi śmiesznie.

− Jasne. Proszę pytać, chętnie odpowiem. – „O ile wyjdę stąd z lekami”, pomyślała. Ale teraz była już pewna, że je dostanie. Jest zbyt otwarty, żeby pracować w więziennictwie. Zbyt ludzki.

− „Matka często zmuszała mnie do posłuszeństwa, nawet kiedy myślałam, że jej wymagania są bezsensowne”.

− Prawda. Ale była dobrą mamą.

− Nie wątpię. Proszę odpowiadać tylko „prawda” lub „fałsz”.

Powiedział to łagodnie, nie było w tym reprymendy. Korytarzem przeszły dwie strażniczki, ich głosy odbijały się echem. Rozmawiały o zapłacie za nadgodziny.

− „Czasami moje myśli pędziły szybciej, niż mogłam je wypowiedzieć”. – Oparł się na obrotowym krześle, podkładkę z papierami trzymał na kolanie. „Wygląda, jakbym go zdezorientowała”, pomyślała Miranda. „To raczej normalne. Sama siebie dezorientuję. Dogłębnie”.

− Prawda.

− „Nadużywałam alkoholu”.

− Nieprawda.

− „Czasami w młodości kradłam”.

− Nieprawda. Oprócz tego razu z pierścionkami matki. Czy to się liczy?

− „Nie mam wrogów, którzy naprawdę chcą mi zrobić krzywdę”.

− Prawda.

Notował coś. Czoło znaczyły mu zmarszczki mimiczne, choć były widoczne tylko wtedy, kiedy podnosił brwi. Co robił za każdym razem, gdy zaczynał pisać. Wydało jej się to sympatyczne. Znowu zadała sobie pytanie: „Znam go?”. Wyglądał, jakby był w jej wieku albo parę lat starszy. Mogła go widzieć gdziekolwiek, w samolocie, w kolejce do przekąsek na weselu przyjaciół. Spojrzała. Nie miał obrączki.

Znów podniósł na nią wzrok.

− „Nigdy nie zrobiłam nic niebezpiecznego tylko po to, by poczuć dreszcz emocji” – powiedział.

− Słucham? – spytała. – Nie usłyszałam.

− „Nigdy nie zrobiłam nic niebezpiecznego tylko po to, by poczuć dreszcz emocji”.

Czy to łzy kręciły się w jej oku? W jaki sposób pojawiły się tak nagle? Zamrugała mocno. Zmusiła się, by spojrzeć w jego szaroniebieskie oczy.

− Nieprawda – odpowiedziała.3

Nigdy nie uciekać się do podstępu ani nie wprowadzać PACJENTA świadomie w błąd

(Zasada C)

Muszę to przyznać, byłem ciekawy.

Ciekawość to emocja niedopuszczalna u specjalistów zajmujących się zdrowiem psychicznym, a właściwie u każdego przedstawiciela personelu medycznego. Zaspokojenie ciekawości jest równoznaczne z zaspokojeniem pragnienia, a psycholog nie powinien zajmować się zaspokajaniem swoich pragnień ani nawet rozmyślaniem o swoich pragnieniach podczas pracy z pacjentem.

Ale jak mogłem nie być ciekawy M., tej dziewczyny, która zmieniła się w kobietę, która świeciła jak gwiazda w mojej pamięci i zawsze wydawała się kluczową postacią historii mojego życia, choć w zasadzie chyba nawet nie zamieniliśmy ze sobą słowa. Po jej wyjściu z gabinetu długo siedziałem, przeglądając jej kartotekę. Stało się dla mnie jasne, że została skazana za ciężkie przestępstwo. Nie chodziło o defraudację ani o drobne wykroczenie pod wpływem narkotyków. M. siedziała za morderstwo.

Zrobiłem sobie dziesięciominutową przerwę od robienia notatek, którą spędziłem, rzucając małą piankową piłką do kosza zawieszonego po wewnętrznej stronie drzwi do mojego biura. Dawałem ją bardziej niespokojnym pacjentkom, które potrzebowały czegoś więcej niż herbaty. Niektóre lepiej uspokajały się w ruchu. Ostatnio to ja częściej korzystałem z piłeczki. Rzucanie do kosza uspokajało mnie, nie ma jak dobrze trafiony rzut o tablicę. W wolnych chwilach dla relaksu chodziłem na plac zabaw w parku Riverside. Byłem wysoki i miałem niezły dwutakt. Okoliczne nastolatki czasami wyrażały swoje uznanie. Mogło to dawać satysfakcję, szczególnie jeśli w dzieciństwie było się niezdarą. Wtedy też szybciej mijał mi czas w te ciepłe weekendy, kiedy miasto się wyludniało i człowiek czuł się dość samotnie.

Jednak tego popołudnia nie trafiałem.

Musiałem założyć, że była winna. Biała, z koneksjami, bogata. Nie pasowała do stereotypu niesłusznie skazanej. Żeby spaść na samo dno, lądując w nędznych wnętrznościach NYS DOCS, musiała popełnić parę rażących błędów. Dlaczego? Jak?

Tak, byłem ciekawy i to było złe. Ale decyzję podjąłem też z innych powodów – decyzję, by nie ujawniać naszej wspólnej przeszłości.

Obawiałem się, że jeśli o tym powiem, ona zamknie się w sobie.

A czułem, że powinienem pomóc jej, jak tylko potrafię.

Nie była potrzebna wspólna przeszłość, wyniki testów ani stopień naukowy. Nie trzeba było nic o niej wiedzieć, żeby zauważyć, że była w strasznym stanie emocjonalnym. A na tym polegała moja praca, prawda? Uspokajanie emocjonalnych gównoburzy. Budżet Milford Basin nie przewidywał długoterminowej terapii, podatnicy nie zgodziliby się za nią płacić. W zamian uciekano się do interwencji kryzysowej.

A to była sytuacja kryzysowa, ktoś powinien zainterweniować, a my chodziliśmy po tych samych szkolnych korytarzach. Dlatego byłem przekonany – to mnie, konkretnie mnie potrzebowała do interwencji.

Spudłowałem osiemnaście razy, zanim w końcu trafiłem.

PRZEZ RESZTĘ PORANKA PRZEGLĄDAŁEM OCENY NOWO PRZYJĘTYCH, potem odbyłem sesję ze stałą pacjentką, na wpół ślepą siedemdziesięcioletnią Brazylijką, która siedziała za przemyt kokainy w lasce. Na lunch zjadłem sałatkę szefa w stołówce pracowniczej znajdującej się pod salą gimnastyczną więźniarek. Towarzyszył mi nieustanny tupot i odgłos kozłowania. Nasza czwórka z ośrodka pomocy psychologicznej zawsze siadała razem, oddzielona od innych, w rogu najbliższym drzwi. Strażniczki, które w czekoladowych mundurach wyglądały jak stado bawolic o szerokich barach, zajmowały tył sali, pod wnękami okiennymi, które wpuszczały jedyne naturalne światło i dostarczały świeżego powietrza do śmierdzącej jedzeniem kantyny. Nie ufały nam. Strażniczki z jakiegoś powodu uważały, że w nieskończonych wersjach wojny kolorów w Milford Basin trzymaliśmy z żółtymi – więźniarkami – a nie z brązowymi. Co w moim przypadku było dość niesprawiedliwe. Mimo że podczas sesji moje pacjentki często dawały upust swoim żalom dotyczącym strażniczek, nadal miałem wiele współczucia dla personelu więziennego. Ktokolwiek uważa, że ma trudną pracę, powinien popracować jak one! Nic dziwnego, że prawie wszystkie miały problemy z nadwagą. Uważam, że zaburzenia jedzenia związane z kompensacją były wśród nich powszechne. Szczerze mówiąc, wystarczyło spojrzeć na ich tace z obiadem.

W każdym razie wiem, że Suze Feeney miała złe nastawienie do strażniczek. Po cichu nazywała je nawet „świniami”.

− A ta, jak jej tam, ta Villanovo to po prostu Hitler − wysyczała, kiedy strażniczka przemaszerowała dumnie z porcją lasagne rozmiarów książki telefonicznej. Suze miała włosy obcięte na jeża, nosiła szale z frędzlami, zwiewne spódnice i kowbojki. Specjalizowała się w uzależnieniach i była założycielką oraz redaktorką „Przeglądu Terapii Indywidualistycznych”. Mogłem jej tylko pozazdrościć stosunków z więźniarkami.

− No, Frank, co sądzisz o tym przypadku, który ci wysłałam? – spytała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij