Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

W IMIĘ RODZINY - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
45,00 zł
4500 pkt
punktów Virtualo

W IMIĘ RODZINY - ebook

Małżeństwo Michaliny i Aleksa wydaje się opierać na stabilnych fundamentach. Najwyższym dobrem dla małżonków jest pełen ciepła dom i oddana sobie rodzina. To cel, dla którego oboje potrafią zrobić naprawdę wiele. Ale za jaką cenę? Czy każdy z nich jest tym, za kogo się podaje? Fatalna decyzja sprzed lat i jej konsekwencje położą się cieniem na życiu całej rodziny. Jednak strach przed odpowiedzialnością za swoje czyny i pogarda wobec samej siebie paradoksalnie pozwolą bohaterce odkryć na nowo swoją kobiecość i seksualność. Czy determinacja Michaliny, aby ocalić rodzinę, przyniesie pożądany skutek? Czy potrafi ona zachować się fair w stosunku do najbliższych?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788395819575
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZPRAWA

Powoli, niespiesznie odsłoniłam grube materiałowe zasłony w sypialni. Na dworze wstał właśnie nowy dzień. Wiał lekki wiatr, drzewa trzęsły się w jego rytm, jakby niesione piękną muzyką dyktowaną przez naturę. Stałam w oknie z twarzą wtuloną w białą firankę i totalnie zatopiona w myślach obserwowałam ten budzący się do życia poranek. Moje ciało drżało z obawy, czy wszystko skończy się zgodnie z planem. Wiem, ósma rano to nienajlepsza pora dnia na wielkie przemyślenia.

Obecny widok za oknem towarzyszy mi od kilkunastu tygodni. Przyzwyczaiłam się już do mojego nowego życia, do krajobrazu tych monstrualnych bloków, a przede wszystkim do tego mieszkania. Jest małe… ale moje. Ostatni rok był przełomowy pod każdym względem i dał mi nieźle popalić. Wielokrotnie w życiu słyszałam, że „z wysokiego konia ciężko się spada”, nie przypuszczałam jednak, że na własnej skórze tego doświadczę. Ale wyciągnęłam lekcję z każdego najmniejszego potknięcia i idę dalej.

Muszę zaraz wychodzić. Dziś czeka mnie ważny dzień – rozprawa sądowa. Mam nadzieję, że ostateczna. Stanę twarzą w twarz z mężczyzną, który…

Ale o tym opowiem za chwilę.

Dziś po południu, gdy to wszystko będzie już za mną, planuję zabrać córkę, Różę, na długi spacer do Parku Wodziczki. Zapach tego miejsca, rosnących tam drzew: lip, dębów, topól czarnych i olch, działa na mnie kojąco. Latem spędzamy tam mnóstwo czasu. Kolorowy plac zabaw z piaskownicami, mała zjeżdżalnia i trampoliny to ulubione miejsca do zabawy mojego dziecka. Dziś pozbieramy tam kolorowe liście, kasztany i żołędzie. Jest w czym wybierać. Oczami wyobraźni widzę roześmianą twarzyczkę mojego dziecka, czerwone policzki i okrzyki radości. Ta mała istotka wnosi do mojego życia radość i taką nieopisaną pełnię.

Pamiętam, jak rok temu Róża przyniosła do domu cały bukiet kolorowych i nieziemsko pachnących liści. Ustawiłyśmy je w wielkim wazonie w dużym pokoju. Wokół poukładałyśmy szyszki i kasztany, i do tego sztuczną jarzębinę. Wyglądało naprawdę cudownie. Kilka fotek z tego jesiennego stroika zachowałam sobie w komórce. Moja mama i siostra były zachwycone. Tysiące buziek i serduszek przesłanych na mój telefon były tego najlepszym świadectwem.

Z powodów logistyczno-praktycznych Róża została na noc pod opieką i bacznym okiem mojej mamy. Obie, to znaczy ja i mama, stwierdziłyśmy, że muszę w spokoju przygotować się do rozprawy. Mama jest wspaniała i jak zwykle stanęła na wysokości zadania!

Przeszłam do kuchni i ujęłam w dłonie kubek stojący na stole. Ostatni łyk kawy. Pita od dobrej pół godziny zdążyła już zrobić się zimna. Jak nigdy potrzebowałam teraz porządnego kopa kofeinowego. Tak ogólnie odnoszę ostatnio wrażenie, że przez ubiegły rok potwornie wydoroślałam. To znaczy już dawno skończyłam osiemnaście lat, ale moja emocjonalność i kobiecość w ciągu tych ostatnich miesięcy ewoluowały w nieopisany wręcz sposób. Nie umknęło to mojej uwadze. I zresztą nie tylko mojej.

Córcia, pamiętaj, co ustaliłyśmy. Trzymaj nerwy na wodzy. Kocham cię, mama

– odczytałam na ekranie telefonu otrzymaną wiadomość, gdy szłam w kierunku drzwi wyjściowych. Podczas rozmowy w jej domu postanowiłyśmy, że dobro dziecka jest najważniejsze. Ale mama i tak nie może poznać całej prawdy.

Nic się nie martw

– odpisałam.

Mój mózg pracował na pełnych obrotach. Moje myśli wciąż biegły w kierunku zdarzeń, które doprowadziły mnie do tego momentu. Ręce miałam spocone jak przed poważnym egzaminem.

Wygasiłam telefon i włożyłam z powrotem do torebki. Ostatnie spojrzenie w lustro wiszące w przedpokoju. Odgarnęłam zbędny kosmyk włosów, który spadł mi na czoło. Resztę włosów miałam upięte klamrą w koka. Usta podkreśliłam czerwoną szminką, która dobitnie uwydatniła to, czym obdarzyła mnie natura. Zza granatowego, krótkiego przejściowego płaszcza wystawała elegancka biała koszula, zapinana na duże ozdobne guziki w kolorze spranego złota. Do tego czarne, uprasowane na kant spodnie. Wysokie, dziesięciocentymetrowe szpilki optycznie wydłużyły moje i tak już długie nogi. Czułam się elegancko i wytwornie. Mój strój był dokładnie przemyślany – chciałam nim podkreślić, jak bardzo poważnie podchodzę do tej rozprawy.

Wyszłam z mieszkania. Zakluczyłam drzwi i pewnym krokiem zeszłam do zaparkowanego tuż przed wejściem do klatki samochodu. Stare, dziesięcioletnie auto, zakupione za ostatnie odłożone pieniądze, na szczęście zapaliło od razu. Bo powiem szczerze, że różnie z tym bywa.

W przyrodzie nastała jesień, a wszechogarniająca szarość na dworze sprawiła, iż nastrój stawał się coraz bardziej melancholijny i nostalgiczno-depresyjny. Upalne dni ustąpiły miejsce chmurom i porannym mgłom. Na szczęście dziś nie padało. Choć zgodnie z obwieszczoną w telewizji prognozą pogody czekał nas wyjątkowo deszczowy dzień. Ach, te prognozy. Jeszcze parę tygodni temu słońce rozpieszczało wszystkich swoim blaskiem i bezwstydnie zaglądało do okien. Teraz zdawało się wywędrować z naszego kraju na drugą półkulę ziemską.

Przede mną rozprawa, która bezpowrotnie zamknie ważny etap mojego życia. Już sama ta perspektywa wykańcza mnie emocjonalnie i fizycznie. Wyznaczono ją na początek drugiego tygodnia października. Ostatnie spędzone w samotności miesiące ostatecznie pozbawiły mnie złudzeń, że można tak po prostu zwykłym „przepraszam” naprawić krzywdy wyrządzone bliskim ludziom. Dźwigam na barkach ciężar swoich decyzji i konsekwencji moich zachowań. Od kilku miesięcy próbuję sama stanowić o sobie i swoim bycie. W dawnym życiu przywykłam do luksusu. Mój mąż, Aleks, zapewniał mi spokojne i beztroskie życie. Celowo użyłam czasu przeszłego, bo to już naprawdę przeszłość. Nic z tego, co miałam, nie wróci.

Teraz czeka mnie życie z brzemieniem tajemnicy.

Mamy z mężem wszystko ustalone. Wystarczą jedynie nasze podpisy i rozejdziemy się każdy w swoją stronę. Nie ma już odwrotu. Mam tak zwanego haka na Aleksa, a on niestety ma go na mnie, więc musieliśmy się dogadać. Dokument, który jest w moim posiadaniu, ostatecznie pogrążyłby mojego męża. On natomiast w odwecie mógłby zabić wszystko, co dla mnie najważniejsze: moją rodzinę. Porozumienie się jest zatem najlepszym rozwiązaniem i zamierzam milczeć dla dobra sprawy.

Od zawsze chciałam prowadzić normalne i poukładane życie. Marzyłam o cudownej rodzinie z gromadką dzieci. Nie z powinności, lecz z potrzeby serca. Wiem, ktoś patrząc z boku, całkiem obiektywnie mógłby stwierdzić, że sama sobie zgotowałam ten los. Kiedyś wydawało mi się, że życie jest linią prostą, bez zakrętów i pułapek. Tymczasem wpadłam w sidła własnego postępowania, które dalekie było od doskonałości. Nie planowałam tego. Wręcz przeciwnie, wymsknęło mi się to spod kontroli. A ta akcja z policją totalnie zwaliła mnie z nóg. Nie jestem hipokrytką, po prostu tak wyszło. Staram się nie myśleć źle o sobie. Inni zrobią to na pewno za mnie. Moje działania nie były celowe, a na swoje usprawiedliwienie powiem, że jestem tylko człowiekiem. Naprawdę nie chciałam nikogo zranić. Najgorsze jest jednak to, że nie umiem tego naprawić, odwrócić biegu wydarzeń i zacząć wszystkiego od nowa z czystą kartą. Tak się niestety nie da. Zawiodłam tyle bliskich mi osób.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania, zadaję sobie pytanie, czy naprawdę dobrze znałam ludzi, z którymi spędzałam wszystkie wolne chwile w domowym zaciszu. Być może każdy z nich prowadził jakąś grę, drugie życie. Może też miewał inne oblicze, o którym nie mam i nie miałam zielonego pojęcia.

Dobrze, ale po kolei… Nazywam się Michalina Sowak. Mam trzydzieści pięć lat. Jestem wysoką brunetką o długich lokowanych włosach sięgających do ramion, zgrabnym tyłku i średniej wielkości biuście. Patrząc obiektywnie, muszę stwierdzić, że nie należę do kobiet wpisujących się w klasyczny kanon piękności. Modelką nie mogłabym zostać. Ale generalnie rzecz ujmując, podobam się sobie. Oczywiście można byłoby co nieco poprawić. Ale do cholery, kto z nas jest doskonały! Nigdy nie miałam większych kompleksów odnośnie do swojego wyglądu. Raczej standardowo. Za mało tu, za dużo tam.

Mieszkam w Poznaniu od zawsze. Tu się urodziłam, tu skończyłam studia, założyłam rodzinę, i tu pewnie zostanę do końca moich dni. Nie mam zamiaru się wyprowadzać, choć w niektórych okolicznościach pewnie ułatwiłoby mi to funkcjonowanie. Zacząć wszystko od nowa? To byłoby pewnie to COŚ. Ale nie! Lubię to miasto – jego aurę, huk tramwajów, gwar i tętniącą życiem atmosferę. Poznań jest moim miejscem na ziemi i to tu bije moje serce.

Kilka lat temu ukończyłam studia filologiczne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Na studia dostałam się za pierwszym razem. Pewnego razu, będąc jeszcze w liceum, postanowiłam, że będę panią od angielskiego. Raz obrany cel pozostał w mojej głowie do końca. Rodzice nie próbowali nakłonić mnie do zmiany decyzji. Nie mówili mi, jak mam żyć, za to zawsze byli pod ręką. Moją pracę magisterską oceniono jako jedną z najlepszych na przestrzeni kilku lat, z czego jestem niezwykle dumna. Zapowiadałam się na dobrego tłumacza. Zaraz po otrzymaniu dyplomu otrzymałam kilka intratnych propozycji zawodowych. Między innymi etat na uczelni i stanowisko w firmie z kapitałem zagranicznym. Ku rozpaczy wszystkich potencjalnych pracodawców miałam na siebie zupełnie inny plan. Od zawsze chciałam uczyć i pracować z młodymi ludźmi w zwykłej polskiej szkole. Krótko rzecz ujmując, chciałam zostać najzwyklejszą w świecie nauczycielką.

Kilka słów o moich pasjach. Od lat biegam. Park Wodziczki jest moim ulubionym miejscem. Wkładam słuchawki do uszu, puszczam muzykę na pełen „gwizdek” – i w tej danej chwili nic mi więcej do życia nie potrzeba. Nie przeszkadzają mi nawet ludzie pędzący na swoich rowerach jak banda szaleńców. Bieganie rekreacyjne to mój konik od lat. To koleżanki z pracy namówiły mnie do wspólnego biegania. Z chęcią spróbowałam – i tak już zostało. Uwielbiam, gdy słońce latem muska moje policzki, a ja biegnę i biegnę… Myślałam kiedyś, aby wziąć udział w półmaratonie. Ale niestety na myśleniu się skończyło. Może jeszcze kiedyś zrealizuję ten pomysł. Jeżdżę też regularnie na rowerze. Zwłaszcza z córką. Generalnie jestem typem sportowca. To rodzice zaszczepili we mnie ducha sportu. Jako mała dziewczynka chodziłam na basen, grałam w szkolnej drużynie sportowej w siatkówkę. Sport towarzyszył mi od zawsze na wszystkich etapach mojego życia, ucząc mnie i moje ciało wytrwałości, asertywności i waleczności.

Z natury jestem waleczną i strasznie emocjonalną kobietą. Kiedyś myślałam, że obie te cechy się wykluczają. Dziś już wiem, że nic bardziej mylnego. W moim poszarpanym życiu tak wiele się ostatnio wydarzyło. Chwilami odnoszę wrażenie, że nie potrafię zapanować nad burzliwym rozwojem wydarzeń.

Nie mogę nie wspomnieć o języku angielskim, który stał się jednocześnie moim zawodem. Jestem dyplomowanym nauczycielem języka angielskiego. Wiele lat pracy pozwoliło mi osiągnąć ten najwyższy stopień awansu zawodowego. Pracuję z młodzieżą, uczę, nauczam. Wieczorami czytam, głównie po angielsku, choć nie pogardzę też dobrą książką w języku polskim. Znalazłam swoich ulubionych pisarzy, po których książki sięgam z dziką radością nawet po kilka razy.

Mam siostrę bliźniaczkę. Fizycznie wydajemy się bardzo podobne do siebie. Obie nosimy długie, lokowane ciemne włosy, kaskadami opadające na ramiona. Jesteśmy tego samego wzrostu i tak samo szczupłe. No może Agata jest nieco szczuplejsza i ma nieznacznie większy biust. Jednak to w jej ciele w obfitych ilościach skupiło się wszystko to, co natura może dać kobiecie: wdzięk, uroda i ten obezwładniający seksapil. Po głębszej analizie muszę stwierdzić, że pod względem charakterów mocno się różnimy. Ja jestem zdecydowanie bardziej emocjonalna. Ona z tym swoim pragmatycznym podejściem do życia i do ludzi, z tą swoją asertywnością i kategorycznością, jest bardziej podobna do ojca, którego surowość i taka ojcowska oschłość zostaną ze mną do końca moich dni.

Agata jest lekarzem. Jak więc widać na załączonym obrazku, mamy kompletnie inne zainteresowania. Ona poszła w ślady naszej mamy i skończyła dwie specjalizacje: ortopedię i chirurgię. Potem obroniła doktorat. Pracuje w szpitalu i wykłada na uczelni. Ostatnimi czasy coś przebąkiwała o habilitacji. Cholernie jestem z niej dumna. Jest w tym swoim doktorowaniu naprawdę dobra. Ja z kolei od samego początku za żadne skarby świata nie zamierzałam babrać się w ludzkich wnętrznościach.

W trakcie studiów miałam kilka poważnych relacji damsko-męskich. Ta z Leonem była chyba najbardziej emocjonalna. Planowaliśmy ślub. Drań zostawił mnie po czterech latach zwariowanego i szaleńczego związku dla jakiejś kici z ekonomika. No trudno, wybeczałam się i… potem miałam jeszcze kilku innych… kolegów.

Dopiero Aleks, mój obecny i jak dotąd jedyny mąż, pokazał mi, na czym polega miłość i pożądanie. W każdej najmniejszej sytuacji stawiał mnie na pierwszym miejscu. Zabiegał o mnie jak prawdziwy rycerz na białym koniu. Jego romantyzm i delikatność połączona z uwodzicielską męskością imponowały mi do tego stopnia, że reszta męskiego świata praktycznie mogła przestać dla mnie istnieć.

Gdy Aleks mi się oświadczył, moje emocje sięgnęły zenitu i rozbeczałam się jak małolata. Na moim palcu pojawił się pierścionek z dużym diamentem. Lecz gdy braliśmy ślub, byłam już w ciąży z Różą.

I to był problem. Nie mogłam powiedzieć mu prawdy… Nikomu zresztą.

Jestem typową kobietą o silnym instynkcie macierzyńskim. Zawsze chciałam zostać matką. Zmiana wyglądu, kilka dodatkowych kilogramów niesymetrycznie rozłożonych na newralgicznych częściach ciała nie były dla mnie problemem. Wręcz odwrotnie – wyzwaniem. Wiedziałam, że po ciąży stanę do walki i zrzucę to nadprogramowe ciało. I tak też się stało w krótkim okresie czasu. Przecież wszystkie kobiety w ciąży i krótko po niej nie wyglądają jak modelki – pocieszałam się wtedy w myślach. Widok malutkich rączek i nóżek mojego dziecka rekompensował mi zresztą niezadowolenie spowodowane tym, co widziałam w odbiciu szczerego do bólu lustra. Nie wspomnę o cerze, która stała się matowa i szara. Zaraz po porodzie wyglądałam naprawdę okropnie. A teraz to, co widzę w lustrze, jest nawet okey. Nie chcę być za surowa w stosunku do siebie.

Na dworze było w miarę ciepło, świeciło słońce, wiał lekki wiatr. Taką jesień nawet lubię.

Podjechałam pod budynek sądu. Znalezienie wokół sensownego parkingu graniczyło z cudem. Nie wiem, czy to tylko ja tak mam, że nie mogę zdecydować się, gdzie „porzucić” to auto. Wszędzie jakieś zakazy, nakazy i przebudowa ulic. W końcu, chyba za trzecim razem jeżdżenia w kółko, wcisnęłam się pomiędzy dwa zaparkowane samochody. Wysiadłam z trudem, mając nadzieję, że inni kierowcy nie przeklną mnie w duchu, gdy zobaczą, jak mało zostawiłam miejsca do manewru. Fatalna sprawa. Obróciłam się żwawo na pięcie i udałam w kierunku budynku sądu.

Później okazało się, że ten czterokondygnacyjny, nowoczesny, pachnący świeżością gmach dysponuje własnym podziemnym parkingiem. No cóż! Nie będę tego komentować. Mogłam spokojnie wjechać na ten sądowy parking i zaoszczędzić sobie niepotrzebnego dodatkowego stresu.

Przy wejściu zostałam poddana kontroli bezpieczeństwa. Przeszkolony pracownik ochrony nakazał mi okazanie dowodu tożsamości oraz zweryfikował zawartość mojej torebki. Na sam koniec musiałam przejść przez specjalną bramkę do wykrywania metalu. W mojej wielkiej skórzanej torebce typu shopperka nie znaleziono nic oprócz typowych babskich dupereli. Ochroniarz gapił się na mnie tymi swoimi wyłupiastymi oczami, skupiając spojrzenie na moich kobiecych kształtach. Dosłownie molestował mnie wzrokiem. Szczerze powiem, nie cierpię takich śliniących się dziadów.

W szatni zostawiłam swój płaszczyk, po czym udałam się schodami na trzecie piętro. Bóg mi świadkiem, że nigdy nie chciałam tu zawitać. Jest tyle innych miejsc, w których mogłabym teraz rozkoszować się słońcem, szumem fal i ciepłym wiatrem rozwiewającym moje włosy. To nie! Ja musiałam przyjechać do sądu. Szłam powoli, stopień po stopniu, trzymając się kurczowo poręczy. Mijałam ludzi, którzy tak jak ja przybyli tu po rzekomą sprawiedliwość. W oparciu o prawo!

Po obu stronach korytarza znajdowały się poczekalnie ze stołami i krzesłami. Na ścianach wisiały tablice ogłoszeń informujące o salach rozpraw i numerach akt. Zapoznałam się z treścią wokandy wiszącej na drzwiach sali rozpraw. Nasze nazwiska i sygnatura sprawy utwierdziły mnie w przekonaniu, że już za moment wejdę tymi oto drzwiami do pomieszczenia, w którym zakończę ważny etap mojego życia. Dobrze trafiłam – uspokoiłam się, szepcząc do siebie. Usiadłam na jednym z krzeseł, stojącym przy sali rozpraw. Postanowiłam czekać. Miałam jeszcze parę minut do wyznaczonego czasu. W komórce przejrzałam wiadomości, które w tej chwili wydały mi się kompletnie nieistotne.

Znajdowałam się w miejscu, które było mi totalnie obce. Całą sobą czułam skutki niewyspania i skołowanie. Cóż, każdy ma czasami gorszy dzień. Dziś trafiło na mnie. Przez całą noc strach i niepewność spędzały mi sen z powiek. I choć położyłam się spać po północy, to tak naprawdę zasnęłam dopiero nad ranem. Miałam przez to podkrążone oczy, byłam rozdrażniona, a jednocześnie wystraszona jak małe dziecko. I ten paskudny natłok myśli, w którym jedna myśl goniła drugą.

Gdyby jeszcze parę miesięcy temu ktoś delikatnie napomknął, że za rok zakończę swoje bądź co bądź udane małżeństwo, popukałabym się w czoło. Nie ma mowy! Z pewnością nic takiego nie może mi się przydarzyć. A jednak. Moja tajemnica jeszcze rok temu była bezpieczna. A potem, po jej wyjawieniu, nie mogłam zatrzymać biegu zdarzeń. Ale nie czuję się winna, bo wszystko, co robiłam, czyniłam zawsze dla i z myślą o rodzinie.

Pulsujący ból rozsadzał mi czaszkę. Wyjęłam z bocznej kieszonki torebki listek z tabletkami przeciwbólowymi. Podeszłam do stojącego w rogu automatu z napojami i jedzeniem. Przyłożyłam kartę płatniczą i wybrałam wodę. Po chwili butelka z hukiem poturlała się do pojemnika. Połknęłam tabletkę, popijając ją obficie. Rozejrzałam się po korytarzu, który powoli zapełniał się ludźmi. Zamyśleni i skupieni na swoim problemie chodzili wzdłuż holu lub stali przy oknie, wpatrzeni w park znajdujący się w bezpośrednim sąsiedztwie z budynkiem sądu. Wśród nich dostrzegłam pełnomocnika mojego męża, mecenasa Dudka. Dopiero wtedy skontaktowałam, że Aleks nie zaszczyci nas swoją obecnością. Cóż, nie utrzymuję z nim kontaktu. Doszliśmy do porozumienia i tego się trzymamy. Dziś damy temu dowód.

Poczułam ścisk w żołądku. Skinęłam głową, przełykając jednocześnie głośno ślinę, i posłałam prawnikowi znaczące spojrzenie. Wysiliłam się nawet na lekko gorzkawy uśmiech. Choć nie było mi do śmiechu. W tym moim grymasie było więcej przerażenia niż uprzejmości. W głowie kotłowało się od emocji, tych dobrych i tych złych.

Adwokat ukłonił się w moim kierunku, posyłając mi nic nieznaczące spojrzenie. Tak to odczytałam. Przez jego twarz nie przeleciał nawet cień uśmiechu. Stał oparty o ścianę, ze skrzyżowanymi rękoma na piersi. Był chudy jak szczapa, miał wyraźne zakola i łysinę na czubku głowy. Resztka tak zwanych włosów dziwacznie odstawała mu po bokach. Z profilu, za sprawą wielkiego, krzywego nosa, wyglądał jak wystraszony orzeł. Na tym wielkim nosie nosił ciężkie okulary o dość cudacznym kształcie. O źle dobranych oprawkach już nie wspomnę. Ale brzydal. Takiego to pewnie żadna sensowna babeczka by nie chciała – pomyślałam, śmiejąc się w duchu. Resztę jego „boskiego” ciała przykrywała długa toga. I dobrze, bo i tak nie byłabym zainteresowana jego wątpliwej urody fizycznością.

– Dziecko, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz – mama uspokajała mnie telefonicznie. Zadzwoniła tuż przed wpół do ósmej rano. Jak sama twierdziła, i tak nie mogła spać. Podczas naszej rozmowy trzymałam w jednej ręce kubek mocnej czarnej kawy, w drugiej zaś telefon, zastanawiając się, dlaczego musiało spotkać to właśnie mnie.

Wreszcie się doczekałam. Weszłam do sali rozpraw z podniesioną głową.

– Rozprawa z powództwa Aleksa Sowaka przeciwko Michalinie Sowak – usłyszałam piskliwy, wysoki głos skierowany w moją stronę. W drzwiach stała wysoka blondynka z włosami zaczesanymi w koński ogon na czubku głowy. Chyba nie była Polką, bo miała bardzo charakterystyczny wschodni akcent. Kobieta spojrzała na mnie spod swoich dużych okularów w czarnych oprawkach. Poczułam dziwny dreszcz, który przeszył całe moje ciało. Chwyciłam torebkę, wyprostowałam się jak struna i ruszyłam w kierunku otwartych drzwi. Usłyszałam, jak ktoś głośno je za mną zamyka i towarzyszące temu dziwne pomrukiwania. Nie wiem, co to miało znaczyć. Nie obróciłam się. Powoli sunęłam w stronę ławki. Naprzeciwko mnie zasiadł pełnomocnik mego męża. Spojrzałam na niego kątem oka. W ręce trzymał plik dokumentów. Przyglądał mi się, tego byłam pewna.

W sali rozpraw było duszno i jak dla mnie za gorąco. Zamknięte szczelnie okna stwarzały wrażenie klatki, w której za chwilę może zabraknąć tlenu niezbędnego do oddychania i myślenia.

Najchętniej bym stamtąd uciekła. Musiałam jednak posprzątać ten „bałagan”, którego byłam autorką.

Rozprawa ruszyła.ROK WCZEŚNIEJ

Widok z okna mieszkania na trzecim piętrze towarzyszył mi od czterech tygodni. Kilka okolicznych nowo wybudowanych budynków z ciekawą infrastrukturą z wielu praktycznych względów było dobrym miejscem do życia dla ambitnych młodych ludzi, których nierzadko zaciągnięty na ów cudo kredyt wiązał na stałe. Kolorowe place zabaw, tętniące życiem skwery i ulice, przedszkola, żłobki i sklepy z najpotrzebniejszymi dobrami – to wszystko tworzyło podstawę udanej egzystencji i decydowało o zakupie mieszkania. Oczami wyobraźni widziałam każde to miejsce wymalowane barwami wiosny i lata, gdy temperatury poszybują do magicznych dwudziestu stopni i gdy drzewa i krzewy pokryją się soczystą zielenią, a kolorowe kwiaty będą zdobić trawniki i przydrożne rabaty. Teraz jednak około siedemnastej godziny robiło się nieprzyjemnie ciemno i mrocznie, a na ulicach świeciły tylko same latarnie.

Jerzy, mężczyzna, z którym się spotykam – dodam tylko, wbrew swojej woli – swoim zwyczajem gwałtownie zwolnił mnie z mocnego uścisku, odpychając na bok. Jeszcze przed chwilą czułam jego przyspieszony oddech na mojej szyi i penetrację jego członka wewnątrz ciała. Wszystko to napawało mnie obrzydzeniem. Czułam jego podniecenie aż nader dobrze. A ja? Zdecydowanie nie czułam się komfortowo.

Po skończonym akcie leżałam zastygła w bezruchu. Przez otwarte okno docierały do mnie lekkie powiewy wiatru, który delikatnie smagał mnie po nagim ciele. Okna w mieszkaniu były ciągle otwarte i niezasłonięte, nie licząc śnieżnobiałych, woalowych firan, które falowały w rytm wiatru.

Postanowiłam wstać z białej satynowej pościeli. Nie chciałam dłużej leżeć obok człowieka, który, pośrednio za moją zgodą, krzywdził mnie i moją rodzinę i który zachowywał się w mojej ocenie w nieakceptowalny sposób. Chwyciłam leżącą na stoliku nocnym klamrę do włosów w kolorze brudnego złota. Odgarnęłam włosy z czoła, resztę spięłam w luźnego koka. Wcześniej jednak owinęłam się cienkim białym kocykiem, by zasłonić ciało. Dłonie trzęsły mi się ze zdenerwowania. Wstydziłam się siebie i tej wymuszonej nagości. Jednego byłam pewna – wstyd i poniżenie towarzyszyły mi za każdym razem, gdy przekraczałam próg jego mieszkania. Te uczucia miałam grubą kreską wymalowane na twarzy, nawet nie próbowałam ich ukrywać. Każdy grymas, każdy sztuczny uśmiech mówił więcej niż tysiące słów. Tym, co mnie ratowało przed kompletną emocjonalną zapaścią, była moja bujna wyobraźnia. Gdy tak poruszał się we mnie, gdy tak sapał z podniecenia, coraz głośniej i głośniej, wyobrażałam sobie, że jestem właśnie w mojej sypialni z ukochanym mężem. On był… jest taki delikatny.

Powoli podeszłam do otwartego okna balkonowego. Na chwilę zamknęłam oczy, poczułam delikatne kołysanie ciała. Znów otworzyłam oczy i jeszcze raz spojrzałam przez okno. W tej właśnie sekundzie nie pragnęłam niczego innego, aniżeli zniknąć lub stać się niewidzialną. Niestety nie posiadałam takiej mocy. A szkoda! Wbrew mojej woli realizowałam plan człowieka, za którym, szczerze mówiąc, nigdy nie przepadałam. A teraz stojąc tak przy oknie – jego oknie – czułam jego palący wzrok na sobie. Stałam odwrócona do niego tyłem. Wiedziałam, że patrzy na moje ledwo co osłonięte pośladki, pożerając je wzrokiem. Wiem, że lubił ich krągłość. Powtarzał mi to za każdym razem, gdy tylko jego oczy znalazły się na ich wysokości. Lubił ten rodzaj łóżkowych igraszek.

Jadąc na każde nasze spotkanie, czułam odrazę do samej siebie. W lusterku wstecznym nauczyłam się obserwować ludzi i ruch uliczny, sprawdzając, czy aby nikt mnie nie śledzi. Istna paranoja, która powoli doprowadzała mnie do obłędu. Stało się to wręcz moją obsesją. Za każdym razem biegiem wyskakiwałam z auta i wpadałam do klatki schodowej. Dopiero za zamkniętymi drzwiami mogłam wypuścić powietrze, które rozsadzało moją pierś. Ze strachu. Zastanawiałam się nawet nad zakupem peruki, która dałaby mi z pewnością pewien rodzaj anonimowości. Nikt by nie skojarzył sztucznej blondynki w peruce z moją osobą. Póki co zainwestowałam w wielkie okulary przeciwsłoneczne. Nigdy nie lubiłam aż takich dużych okularów, teraz jednak wydawały się być idealne – mimo jesiennej słoty i mimo braku słońca. Trudno! Postępowałam według scenariusza człowieka, który sterował moim życiem i czynił mnie bezbronną. Nie miałam innego wyjścia, musiałam się poddać temu wręcz niewolniczemu rygorowi. Tak o tym myślałam.

Z tego, co mi wiadomo, Jerzy kupił to mieszkanie dobre dwa lata temu. Stan deweloperski. Urządził je sam, pod dyktando ojca architekta i przy pomocy dwóch majstrów, którzy dzień w dzień realizowali zachcianki i wymysły szanowanego dyrektora banku. Kasę mieli z tego całkiem niezłą, więc byli do dyspozycji dniami i nocami, aż robota została finalnie zakończona. Mieszkanie, mieszczące się w ekskluzywnej części miasta, było spełnieniem marzeń Jerzego. Urządzone w minimalistycznym stylu odzwierciedlało skomplikowaną duszę i naturę właściciela lokum. Najwyższej jakości płytki, czarna armatura, meble z prawdziwego litego drewna z unikalnym asymetrycznym wzorem słojów, sprzęt gospodarstwa domowego sprowadzony z Niemiec i drewniana kuchnia kosztująca kilkanaście tysięcy złotych. Co prawda wystrój mojego domu też nie należał do najskromniejszych, ale to, co zastałam u Jerzego, dosłownie zapierało dech w piersi. Gdy pierwszy raz przekroczyłam próg tego mieszkania, stanęłam jak wryta.

Urządził wtedy niezłą imprezę, na której alkohol lał się strumieniami. Już wtedy zauważyłam, że Jurek dziwnie mi się przygląda, ale zrzuciłam to na barki ilości wypitych napojów wyskokowych. Zresztą, szczerze mówiąc, nigdy nie przepadałam za nim. A poznałam go stosunkowo szybko. Tolerowałam go tylko dlatego, że był najlepszym przyjacielem mojego męża. Aleks przekonywał mnie do niego, nie szczędząc dobrych słów. Nie działały.

Jedno trzeba było Jurkowi oddać na pewno – nie był chytry ani oszczędny. Jego mieszkanie było tego najlepszym dowodem. Wszystko utrzymane w stonowanych kolorach bieli, szarości i beżu, przełamane butelkową zielenią. Wyposażenie dobrane i zachowane w spójnej estetyce. Sam z dumą powtarzał, że nikt mu niczego nie dał, że sam na wszystko zarobił ciężką pracą. Minimalistycznie urządzona sypialnia, której centrum stanowiło ogromnej wielkości łoże małżeńskie z dwoma małymi szafkami nocnymi, miała swój niepowtarzalny charakter. Tylko żony jakoś w tym brakowało…

A teraz byłam tu ja, Michalina, żałosna pani nauczycielka, szczęśliwa mężatka. Tak dotychczas myślałam. Uważam się za kobietę wolną, mającą swoje zdanie. Jednak nie przy Jurku. Ten mężczyzna ma w sobie coś zniewalającego, co nie pozwala mi swobodnie oddychać. Paraliżuje mnie bezkreśnie.

Wiem, że kiedyś wyzwolę się z tego okropnego, niemoralnego układu. Ale jeszcze nie teraz. Tkwię w tym wyniszczającym mnie układzie od pamiętnej imprezy urodzinowej u mnie w domu… I tak bardzo żałuję wypowiedzianych wtedy słów.

– Podobało ci się, co? Dzisiaj byłaś taka inna. Dzika. Oj, bezwstydnico! – Jurek spojrzał na mnie znacząco i wykrzywił usta na znak triumfu.

Leżał w tej białej, drogiej jak cholera pościeli i patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi oczami. Ten jego wzrok… nie byłam w stanie go rozszyfrować. Nie potrafiłam też uspokoić bicia mojego serca. Czułam, że wewnątrz cała płonę. Ale z pewnością nie z podniecenia, nie z miłości… To nienawiść zagnieździła się w mojej duszy. Jerzy ranił mnie do głębi. Marzyłam o tym, aby wskoczyć do własnego łóżka i wtulić się w ramiona mojego małżonka. Upokorzenie nie pozwalało mi logicznie myśleć.

Był wysokim blondynem z krótko przystrzyżonymi włosami. Nieziemsko przystojny i w pełni świadom własnej atrakcyjności i władzy, zbudowany jak model z jakiegoś modowego żurnalu. Leżał nago, bez krzty zażenowania. Jego ciało i zapach były naprawdę apetyczne. Ale nie dla mnie… Zdawałam sobie sprawę z faktu, że działał na kobiety onieśmielająco. Zresztą często o tym wspominał, chełpił się tym faktem praktycznie przy każdej sposobności.

Nie spuszczając ze mnie wzroku, podparł się na łokciu i w lubieżny sposób kontynuował obserwację.

– Fajny masz tyłek – dodał, oblizując się bezwstydnie.

– Nic podobnego. Mylisz się – mój głos przybrał wrogi ton.

Spojrzałam kątem oka na leżącego w łóżku mężczyznę. Czułam, że zapadam się pod ziemię. Nienawidziłam się za to, co robiłam. A jeszcze bardziej nienawidziłam człowieka, który tak perfidnie, tak bez krzty emocji wykorzystywał moją słabość i strach. Panował nade mną, nad moimi emocjami i życiem. Miał mnie dosłownie w garści. Oddałabym wszystko, aby tamte słowa nigdy nie padły. Brak kontroli nad własnym życiem oznaczał dla mnie koniec kontroli nad czymkolwiek. Wiele razy zadawałam sobie pytanie, dlaczego on to robi. Dlaczego krzywdzi mnie i mojego męża, którego, odkąd tylko pamiętałam, nazywał największym przyjacielem. Bywał u nas w domu, był świadkiem na naszym ślubie, gościliśmy go zawsze wykwintnym jedzeniem i wybornym alkoholem. Gdy tylko rozpadał się jego kolejny związek, mieliśmy dla niego czas i dobre słowo. A teraz robił to… Wiele razy próbowałam znaleźć choćby jedno wytłumaczenie tego okrutnego szantażu. Nie potrafiłam. Wiem, że mu się podobałam… chyba od zawsze. Ale to nie jest żadne wytłumaczenie.

Jego zimne jak sople lodu oczy, chłód bijący z samego wnętrza sprawiają, że boję się skutków odmowy. Boję się, że gdy zacznę mu się stawiać, będzie żądać jeszcze więcej, stanie się jeszcze bardziej bezwzględny… Nie mogę inaczej. Przepłakałam niejeden wieczór… Praktycznie cały czas żyję w strachu. Prowadząc lekcje w szkole, nerwowo spoglądam na zegarek. Naprędce wymyślam kolejną bajeczkę, kolejne kłamstwo, którym karmię najbliższych. I jadę do tego apartamentu, aby tu… Aleks łyka każde moje wytłumaczenie. Sama doskonale wiem, że zaniedbuję własną córkę i jej potrzeby. Ale robię to celem utrzymania rodziny. Tak bardzo się boję. Tak bardzo chcę wyplątać się z tej okropnej sytuacji.

Po cholerę w ogóle dałam się matce wciągnąć w tę rozmowę? Wtedy na imprezie! Powinnam była kazać jej jechać do domu. Te pijackie zwierzenia i wspominki! Teraz płacę za to ja. Całą sobą!

Moja mama Joanna jest wysoką, elegancką sześćdziesięciolatką, emerytowanym lekarzem pediatrą. To jedyna osoba na ziemi, która zna moją tajemnicę sprzed lat. Tylko jej jedynej mogłam się zwierzyć, bo kocha mnie bezwarunkowo, jak to matka. Zawsze pobłażliwie traktowała moje wybryki. A mam kilka niezłych na swoim koncie. Ale o Jurku nie mogłam pisnąć jej ani słowa, nie tym razem. Zbyt mocne, zbyt trudne do zrozumienia… Znowu się boję. Ten strach to okrutne uczucie, paraliżujące i bezwzględne.

– Oj, nie zaprzeczaj. Jeszcze miesiąc temu nie byłaś gotowa na żadną z tych pozycji, którą dziś spełniłaś bez mrugnięcia okiem. Brawo, moja droga. Oby tak dalej. Podobasz mi się taka dzika, taka nieokiełznana – odparł. Obdarował mnie przy tym swoim wyrachowanym uśmieszkiem. Paskudne! Patrzyłam, jak splata dłonie nad głowę, opiera głowę o poduszkę i przeszywa mnie wzrokiem.

Po chwili wstał. Podszedł do mnie i przyciągnął mnie do siebie. Pogłaskał mnie po włosach, aż poczułam jego oddech muskający moje policzki. Oddychał spokojnie i patrzył mi głęboko w oczy.

– Spójrz na mnie, no dalej! – Chwycił moje policzki i wyszeptał mi do ucha: – Jesteś taka kobieca, taka pociągająca. Ten twój mąż to ma szczęście. – Jego oddech przyspieszył. Mówiąc mi takie rzeczy, nie powiem, łechtał moje ego.

– Przestań, natychmiast przestań. I nie mów o Aleksie. To nie fair. – Wyswobodziłam się z jego silnego męskiego uścisku. Dłonie trzęsły mi się jak galareta i chyba to zauważył. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Nie mogłam, nie chciałam się denerwować. – Idę do łazienki, a potem wracam do domu – stwierdziłam, nie patrząc na niego. – Muszę wracać.

– Ale mnie jarasz, gdy się tak dąsasz – odpowiedział całkiem normalnym tonem, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. – Kiedy znów się zobaczymy? – zapytał, kompletnie nie zważając na moje wcześniejsze słowa. Nie lubiłam jego wulgarnego języka. „Jarasz” – co to ma w ogóle być? Czułam obrzydzenie. Zboczeniec seksualny. To kwalifikuje się do leczenia. Bezczelny i obleśny typ – pomyślałam, ale postanowiłam przemilczeć.

Jurek chwycił mnie energicznie za rękę i przyciągnął znów do siebie. Gapił się na mnie łapczywie, aż miałam wrażenie, że rozpadnę się na tysiąc maleńkich kawałków. Jego oddech przyspieszył. Po chwili delikatnie pogładził mnie po policzku. W jego geście było coś tak zmysłowego i romantycznego, że zadane pytanie zabrzmiało zgoła inaczej. Nie jak rozkaz, forma szantażu bądź wymuszenia, lecz jak pytanie kochanka, który liczy minuty do kolejnego namiętnego spotkania.

– Jurek, musimy z tym skończyć. Nie daję rady. Mam dość – wyszeptałam, nie będąc w tej chwili zdolna do niczego więcej. Łzy napłynęły mi do oczu, krzyk rozpaczy rozrywał moją pierś. Nie potrafiłam wykrzesać w sobie jakichkolwiek pozytywnych uczuć wobec tego człowieka. Nigdy go nie lubiłam. A teraz doszły do tego nienawiść i wszechogarniający strach. Gdzieś głęboko w zakamarkach mojej duszy marzyłam, aby zniknął z mojego życia, aby rozpuścił się w powietrzu.

Lekko jednak podniosłam głos. Chciałam, aby nie tylko mnie słyszał, ale i usłyszał, co czuję. Zauważyłam, że twarz Jerzego w ułamku sekundy zmieniła się. Posłał mi wściekłe spojrzenie i prychnął lekceważąco, jakby dając mi lekcję okazywania posłuszeństwa.

– Co ty pieprzysz! Jaja sobie robisz? Nie ma mowy, kochana. Myśmy dopiero zaczęli. Chyba, że chcesz, aby twój mąż poznał prawdę. Idę się ogarnąć i wracam do pracy. Jestem umówiony. Czekają na mnie. A ty rób, co uważasz, na dziś mam dosyć. – Nie bawił się w żadne ceregiele. Puścił moją rękę, którą dosłownie zgniatał mi od paru sekund, przysparzając mi tym samym nie lada bólu. Odsunął mnie gwałtownie od siebie, obrócił się na pięcie i wskoczył do łazienki, po czym zatrzasnął za sobą drzwi.

A ja miałam nadzieję, że uda mi się z tego wyplątać. Super!

Nie protestowałam, po prostu zastygłam w bezruchu jak sparaliżowana. Wiedziałam, że nie potrafię mu się sprzeciwić. Jeszcze nie teraz. Wiedziałam też, że popełniam niewybaczalny błąd. Przez chwilę wpatrywałam się przed siebie. Pragnęłam być silna, lecz nie potrafiłam.

Po kwadransie byłam już gotowa do wyjścia. Włożyłam na nogi wysokie czarne kozaki, zarzuciłam na siebie długi wełniany płaszcz i wyszłam na korytarz. Zamknęłam po cichu drzwi. Nie miałam ochoty na żadne pożegnanie, na żadne sztuczne „cześć”. Wiedziałam jednak, że Jurek tak łatwo nie odpuści.

Przez całą drogę do domu moja głowa pracowała na pełnych obrotach. Jak zwykle utknęłam w korkach, które ciągnęły się niemiłosiernie i były niestety wpisane w harmonogram każdego dnia. Marzyłam o tym, aby jak najszybciej zajechać do domu. Narastające we mnie napięcie rozsadzało mi czaszkę. Z ledwością łapałam powietrze. Czułam potworną duszność. Boję się – szepnęłam do siebie.

Zmierzałam powoli do domu, w którym czekali na mnie stęskniona córeczka i kochający do szaleństwa mąż. Z Aleksem ustaliliśmy, że to on dziś odbierze naszą pociechę z przedszkola. Ja nie mogłam, bo… miałam spotkanie. Oparłam głowę o siedzenie i przez chwilę czułam, jak odpływam. Potrzebowałam chwili ciszy, a tylko w aucie mogłam pozwolić sobie na odrobinę spokoju i wytchnienia. Fala złych myśli opanowała mnie do tego stopnia, że najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Co ja najlepszego wyprawiam – karciłam się w myślach. Wszystko we mnie wrzało. Nie mogłam nadążyć za myślami, które niczym dziki zwierz atakowały każdą komórkę nerwową mojego mózgu. Już nie mogłam doczekać się momentu, gdy wezmę w ramiona moje ukochane dziecko, a wieczorem wtulę się w boskie ciało męża. Ufałam mu bezgranicznie.

– Jedź, kobieto, no jedź! – ktoś nagle krzyknął do mnie przez otwarte okno samochodu. Donośny odgłos klaksonu wyrwał mnie z zamyślenia. Machnęłam ręką na znak przeprosin. Ruszyłam powoli do przodu, próbując się jakoś zmobilizować.

Podjechałam pod dom, zaparkowałam na wolnym miejscu. Auto mojego męża już tam stało, na szerokim wybrukowanym podjeździe, starannie zaprojektowanym na dwa samochody. Wyłączyłam silnik samochodu. Uspokoiłam myśli, przez chwilę wpatrywałam się w dom, który wraz z mężem kupiliśmy zaraz po ślubie. Za jego kasę. Aleks zarabia naprawdę świetnie.

Mamy elegancki, jednopiętrowy domek jednorodzinny ze spadzistym dachem, wielkim prostokątnym tarasem, dwoma balkonami i całkiem sporym kawałkiem ogrodu, otoczonym wysokim płotem, wokół którego rosną równo posadzone tuje. Latem ogród dosłownie wybucha kolorowymi kwiatami i drzewami. Osobiście dbam o każdą pojedynczą roślinkę, każdy krzaczek i drzewko. Koszę trawę, podlewam kwiaty, „rozmawiam” z krzewami i drzewami i wyrywam chwasty. To jest moje miejsce na ziemi, a praca w ogrodzie stanowi bezsprzecznie idealny sposób na „odgruzowanie” myśli. Nic tak nie poprawia mi nastroju, jak kolejny przepiękny krzew z ogromem kielichów kwiatowych.

Taki dom i ogród z pensji nauczycielki? Absolutnie niemożliwe. Tym bardziej szanuję i kocham to, czym obdarował mnie los. Zdaję sobie sprawę z tego, że mogę to wszystko stracić. Odkąd pamiętam, zawsze marzyłam właśnie o takim domu, o ogrodzie latem pełnym kwiatów, krzewów i drzew owocowych, o wspaniałej rodzinie i miłości opartej na wzajemnym zaufaniu, szacunku i pożądaniu. Wszystko to mam i za żadne skarby świata nie chcę stracić.

Kocham swojego męża i wiem, że muszę chronić siebie i swoją rodzinę. Za wszelką cenę. Muszę to zakończyć. Nie dam się więcej szantażować – wyszeptałam do siebie. Przełknęłam głośno ślinę. Nie rozumiałam do końca, co się ze mną działo. Słyszałam bicie swojego serca, które waliło jak oszalałe. Już od paru tygodni narastała we mnie wściekłość na własną głupotę. Głowa pękała mi od niewyspania i rozmyślań. Nie mogłam odgonić złych myśli, że tak łatwo dałam wmanewrować się w tę sytuację i nie walczyłam. Sama jeszcze nie wiedziałam, jak postawić na swoim, jak być tą wielką asertywną panią nauczycielką. Mam zbyt dużo do stracenia, a prawda mogłaby zranić zbyt dużo osób. Od paru tygodni toczę nierówną walkę z samą sobą i – co najgorsze – przeciwko sobie.

Pochłonięta własnymi myślami ledwie zauważyłam, jak biała firanka w oknie dużego pokoju poruszyła się. Po chwili w drzwiach wejściowych stanęła Róża.

– Mamusiu, wróciłaś! Hurra! – Różyczka, moje ukochane dziecko, krzyknęła na całe gardło. Zbiegła po schodach i ruszyła w moim kierunku. Ten widok był wart wszystkiego. Moje dziecko, moja iskierka, moje wszystko… sens mojego życia. Wyskoczyłam z samochodu, rozstawiłam ramiona, a ona wpadła w nie z całej siły. Zacisnęłam ją w mocnym i zarazem delikatnym matczynym uścisku. Po chwili uniosłam ochoczo do góry, na co pisnęła z zachwytu.

– Cześć, kochanie. Już jestem. Jak było w przedszkolu? Zjadłaś cały obiadek? – zapytałam, pokrywając twarz małej słodkimi pocałunkami. Po chwili postawiłam ją na ziemi. – A gdzie ty masz kurteczkę? Zmarzniesz. Biegnij szybko do domku! – nakazałam.

– Fajnie. Nie zjadłam klusek, bo były takie szare. A ja nie lubię szarego koloru. – Objęła mnie za szyję. – Mamusiu, ale ładnie pachniesz – dodała uradowana.

– No szybciutko, chodźmy do domu – powtórzyłam. Chwyciłam torby stojące na tylnym siedzeniu. – Pomożesz mi? – Wskazałam ręką na pojedynczą siatkę z zakupami, leżącą tuż obok na siedzeniu pasażera.

– A co kupiłaś? – Dziewczynka zerknęła zaciekawiona.

– Mrożone truskawki – odparłam, uśmiechając się.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij