Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • promocja

Wciąż żyję - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Data wydania:
26 lutego 2025
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Wciąż żyję - ebook

Myślałam, że cię pokonam. Już cię nie było…

Minęły cztery lata. Ira i Arto połączyli siły i oboje pracują jako dziennikarze kryminalni w gazecie „Helsingin Aviisi”. Wszystko układa się pomyślnie, dopóki Ira nie zaczyna podejrzewać, że w Helsinkach grasuje seryjny morderca.

Morderstwa bada nadkomisarz Kerttu Leppänen, szefowa helsińskiej jednostki zajmującej się brutalnymi przestępstwami, która z niecierpliwością czeka na emeryturę. Jednak nierozwiązane sprawy nie dają jej spokoju.

Przeszłość dopada wszystkich, jeśli kiedykolwiek naprawdę udało im się uwolnić z jej szponów…

Martta Kaukonen napisała intelektualnie porywającą książkę, która zadowoli nawet najbardziej zagorzałych miłośników kryminałów.

Taika Dahlbom, „Helsingin Sanomat”

Martta Kaukonen (ur. 1976) jest krytyczką filmową i pisarką mieszkającą w Helsinkach. Jej debiutancka powieść Podążaj za motylem zachwyciła zarówno czytelników, jak i krytyków, a prawa do tłumaczenia sprzedano do 15 krajów, m.in. Anglii i Stanów Zjednoczonych.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8252-211-2
Rozmiar pliku: 1 020 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Ira

Ostrze sie­kiery zagłę­biło się w czole mojej ofiary, jakby wresz­cie zna­la­zło swoje miej­sce na świe­cie. Drew­niana ręko­jeść ster­czała niczym dodat­kowa koń­czyna.

Jak ja kocha­łam taki widok!

I jak umie­jęt­nie go osią­gnę­łam! Sie­kiera pole­ciała pięk­nym łukiem niczym spa­da­jąca gwiazda. Jedno ude­rze­nie i męż­czy­zna stra­cił życie.

Dokładny, prze­my­ślany, pre­cy­zyjny czyn.

Moje mor­der­stwa były dzie­łem sztuki! A ja ich świa­domą _auteur_. Nie zado­wa­la­łam się kom­pro­mi­sem.

Szkoda, że nie mogli­ście być świad­kami tego boskiego wyda­rze­nia! A ponie­waż tak się nie stało, musi­cie zado­wo­lić się moją opo­wie­ścią.

W ciągu dość dłu­giego czasu wysła­łam na tam­ten świat nad­zwy­czaj wielu ubra­nych w gar­ni­tury męż­czyzn. Tak wielu, że gdyby ludzie poznali liczbę moich ofiar, toby nie uwie­rzyli. Jak mi się udało zabić ich wszyst­kich i dotąd nie zosta­łam schwy­tana?

Męż­czyźni wpa­dali do grobu na wzór kostek domina. Jakby celem ich życia było po pro­stu pozwo­lić mi, żebym ich zamor­do­wała.

Może to prawda.

Dla­czego nikt ni­gdy nie nagra­dza mor­der­ców za ich osią­gnię­cia?

Wyobra­ża­łam sobie sie­bie, jak stoję na podium, zaj­mu­jąc oczy­wi­ście pierw­sze miej­sce. Kła­nia­łam się wiwa­tu­ją­cemu tłu­mowi, a gdy fan­fary w końcu uci­chły, wygło­si­łam prze­mó­wie­nie. Podzię­ko­wa­łam samej sobie, przy­ję­łam puchary.

Ock­nę­łam się ponow­nie w sypialni ofiary. Trzy­ma­łam dizaj­ner­ską lampkę zabraną z noc­nego sto­lika i ści­ska­łam jak mikro­fon.

Odsta­wi­łam ją na miej­sce. Zasło­ni­łam oczy rękami i spoj­rza­łam przez palce, które kadro­wały sie­kierę. W pokoju pano­wał porzą­dek. Męż­czy­zna leżał spo­koj­nie na łóżku. Wyglą­dał tak, jak­bym uwol­niła go od dłu­go­trwa­łych cier­pień.

Szkoda, że nie wie­dział, jak god­nie przy­szło mu umrzeć. Ja odejdę praw­do­po­dob­nie, gdy będę stara i zmę­czona życiem. Chyba że wynajmę mor­dercę, żeby mnie zała­twił.

Gdy­bym tylko mogła zro­bić sobie sel­fie obok tego dzieła sztuki. Chcia­ła­bym uwiecz­nić zwłoki i sie­kierę. Ale nie wolno mi pro­du­ko­wać obcią­ża­ją­cych mnie dowo­dów.

Mia­łam ochotę poło­żyć zakrwa­wione palce na sty­gną­cym czole. Zosta­wić odci­ski na dowód, że to wyłącz­nie ja jestem zabój­czy­nią. Aby nikt inny nie mógł przy­pi­sać sobie tego mor­der­stwa, ukraść go.

Pomy­śla­łam, że nie mam już czasu na dal­szą zwłokę. Wycią­gnę­łam z ple­caka paczkę chu­s­te­czek dezyn­fe­ku­ją­cych. Wytar­łam pod­stawę lampy i klamkę drzwi do sypialni. Poza tym niczego nie doty­ka­łam, no i wło­ży­łam ręka­wiczki nitry­lowe. Ale ni­gdy nie jest się za bar­dzo dokład­nym. Dzięki tej zasa­dzie nie wpa­dłam z powodu popeł­nio­nych przez sie­bie prze­stępstw i tym razem też nie wpadnę.

Spoj­rza­łam przez okno. Ze znaj­du­ją­cej się naprze­ciwko restau­ra­cji Kyläkaivo wyto­czył się pijany męż­czy­zna. Gdy­bym tylko chciała, mogła­bym z łatwo­ścią upo­lo­wać tam następną ofiarę.

Pospiesz­nie prze­szłam do przed­po­koju.

Dopiero wtedy je zauwa­ży­łam.

Wśród leżą­cych na ste­lażu brud­nych butów i oble­pio­nych bło­tem adi­da­sów walała się para różo­wych zamszo­wych szpi­lek.

Nie bez powodu mor­do­wa­łam jedy­nie samot­nych męż­czyzn. Nie chcia­łam, żeby w trak­cie ich zarzy­na­nia ktoś mnie zasko­czył.

Czy zabity przeze mnie męż­czy­zna był żonaty albo miał part­nerkę? Wszystko jedno, przy­ja­ciółka czy żona. Palące pyta­nie brzmiało: gdzie się scho­wała uko­chana?

Mój eks­ta­tyczny nastrój znik­nął.

A jeśli ona usły­szała, jak wcho­dzę z ofiarą do miesz­ka­nia? Zoba­czyła, że wycią­gam sie­kierę, prze­stra­szyła się i ukryła?

Pot wystą­pił mi na czoło.

Ni­gdy wcze­śniej nie zabi­łam kobiety.

Teraz też tego nie chcia­łam.

Ale chyba nie mam wyj­ścia.

Czy ona ukrywa się gdzieś w przed­po­koju? Może ma broń? Strzelbę? Jakiś ciężki przed­miot? Mosiężny świecz­nik odzie­dzi­czony po przod­kach? Dzie­się­cio­ki­lową gałkę do drzwi, którą roz­trza­ska mi kolano?

Muszę ją zna­leźć. Nie mogę odejść, dopóki tego nie zro­bię.

A jeżeli nie ma jej jed­nak w domu? W takim razie powin­nam wyjść jak naj­szyb­ciej, zanim wróci.

Znów wycią­gnę­łam sie­kierę z ple­caka. Nie chcia­łam zosta­wiać narzę­dzia zbrodni poli­cji jako dowodu rze­czo­wego. Nawet jeżeli paso­wało tak ład­nie do czoła ofiary.

Rozej­rza­łam się dokoła. Mój wzrok padł na antyczną szafę z drewna orze­cho­wego, podobną do tej, przez którą wcho­dzi się do Narnii.

Otwo­rzy­łam ją. Drzwi były lżej­sze, niż sądzi­łam, więc aż się zachwia­łam pod wpły­wem szarp­nię­cia. W ostat­niej chwili przy­trzy­ma­łam się oścież­nicy i dzięki temu nie upa­dłam.

Odsu­nę­łam ulstery i pope­li­nowe płasz­cze.

W sza­fie nie było nikogo.

Prze­szłam do salonu.

Domi­no­wała w nim sofa chip­pen­dale obita luk­su­so­wym czar­nym zamszem i za niska, żeby ktoś się pod nią zmie­ścił. More­lowe zasłony, które obra­mo­wy­wały okna, były prze­świ­tu­jące. Regał został przy­mo­co­wany tuż przy ścia­nie, więc nikt by się za niego nie wci­snął. Pomiesz­cze­nie wyglą­dało na puste.

Teraz cze­kała na mnie kuch­nia.

Wodo­od­porny obrus w róże miał krót­kie brzegi. Nie musia­łam zaglą­dać pod stół. W pomiesz­cze­niu znaj­do­wała się tylko jedna ewen­tu­alna kry­jówka. W komórce ujrza­łam jed­nak wyłącz­nie odku­rzacz, mop i wia­dro.

Pozo­stała mi sypial­nia. Spo­coną dło­nią ści­snę­łam moc­niej ręko­jeść narzę­dzia. Ostroż­nie prze­kro­czy­łam próg.

W żaden spo­sób ewen­tu­alna przy­ja­ciółka nie mogła się ukryć w tym pokoju, być świad­kiem zamor­do­wa­nia part­nera i nie wydać przy tym żad­nego dźwięku. Prze­cież ofiara zaczęła krzy­czeć prze­ra­żona, gdy zoba­czyła nad głową sie­kierę.

Mimo to musia­łam spraw­dzić i to pomiesz­cze­nie.

Chwy­ci­łam ostroż­nie narzutę.

Pod łóż­kiem nie dostrze­głam nikogo.

Nie­bez­pie­czeń­stwo minęło, ale żona ofiary mogła się poja­wić w każ­dej chwili. Znów wycią­gnę­łam chu­s­teczki jed­no­ra­zowe z ple­caka, wyco­fa­łam się szybko pod drzwi wyj­ściowe i w pośpie­chu wytar­łam wszyst­kie powierzch­nie, któ­rych doty­ka­łam.

Wypa­dłam z miesz­ka­nia na klatkę scho­dową, zbie­głam po stop­niach i dotar­łam do wyj­ścia. Na przy­sta­nek auto­bu­sowy także dotar­łam bie­giem. Musia­łam natych­miast wydo­stać się z Val­lili. Wsia­dłam do pierw­szego nad­jeż­dża­ją­cego auto­busu i zaję­łam miej­sce z tyłu. Dopiero teraz zauwa­ży­łam, że drżą mi ręce.

Ni­gdy nie byłam tak bli­sko wpadki.

Rozej­rza­łam się. Auto­bus wyda­wał się nie­mal pusty. Z tyłu nie sie­dział nikt oprócz mnie.

Wycią­gnę­łam z torebki gruby zeszyt i dłu­go­pis. Zaczę­łam pisać.

_Ostrze sie­kiery zagłę­biło się w czole mojej ofiary, jakby wresz­cie zna­la­zło swoje miej­sce na świe­cie._Arto

Przy­go­to­wa­łem się do tego zada­nia sta­ran­nie niczym zawo­dowy prze­stępca. Mia­łem na sobie czarną try­ko­tową bie­li­znę, żeby Ira nie zauwa­żyła mnie w mroku, i w takim samym kolo­rze skar­petki, by poru­szać się bez­gło­śnie jak kró­lik. Weł­niane skar­petki dosta­łem na gwiazdkę od ciotki sta­ruszki, która zro­biła je na dru­tach w domu opieki, ale ubra­nie kupi­łem spe­cjal­nie na tę oka­zję.

Sta­ra­łem się iść bar­dzo cicho w ciem­nym przed­po­koju, kie­ru­jąc się w stronę pokoju córki.

Przy­znaję, że takie zacho­wa­nie nawet we mnie wzbu­dzało dresz­cze.

Znów musia­łem się prze­ko­ny­wać – jak wie­lo­krot­nie przed­tem – że mam do tego prawo, że nie mam innego wyj­ścia. Sta­ra­łem się po pro­stu chro­nić Irę, cho­ciaż jed­no­cze­śnie naru­sza­łem jej pry­wat­ność.

W kory­ta­rzu wisiało lustro. Odwró­ci­łem instynk­tow­nie głowę. Nie chcia­łem ujrzeć w nim odbi­cia swo­jej zgar­bio­nej syl­wetki, nie mówiąc o oczach odzwier­cie­dla­ją­cych stan, który powo­do­wał przy­gnę­bie­nie. Sta­ra­łem się nie dopusz­czać go do sie­bie, ale znów mnie pochło­nął niczym fala pod­czas sztormu.

Poczu­cie winy, poczu­cie winy, poczu­cie winy.

Oprócz lustra na ścia­nie wisiało jedy­nie zdję­cie ślubne moje i Marji. Opra­wione w pro­stą ramkę. Dla­czego jesz­cze go nie ścią­gną­łem?

Bez wąt­pie­nia nasz zwią­zek roz­padłby się, ale żona umarła wcze­śniej. Jed­nak zosta­wi­łem zdję­cie w spo­koju, przy­pusz­cza­jąc, że Ira ma dobre wspo­mnie­nia o matce i pew­nie chce, żeby była na­dal obecna w jej życiu, choćby na foto­gra­fii.

Mój wzrok padł przy­pad­kiem na wybla­kłą plamę lakieru na pod­ło­dze.

Marja cho­ro­wała na raka, kiedy Ira była jesz­cze dziec­kiem, ale przed śmier­cią cudow­nie ozdro­wiała, a w każ­dym razie lekarz pro­ro­ko­wał coś takiego. Począt­kowo radio­te­ra­pia przy­no­siła dobre efekty i moja żona czuła się tak dobrze, że chciano wypi­sać ją ze szpi­tala do domu.

Zdą­ży­łem wtedy kupić puszkę farby i sta­łem z pędz­lem w dłoni w przed­po­koju, żeby poma­lo­wać ściany na jej ulu­biony kolor. Mia­łem nadzieję, że odbie­rze to jako ser­deczne powi­ta­nie w związku z powro­tem na pole walki, na któ­rym roz­strzy­ga­li­śmy nasze kłót­nie, ale wtedy zadzwo­nił tele­fon.

Stan żony dra­stycz­nie się pogor­szył, lekarz nie mówił już o wypi­sa­niu jej do domu, w każ­dym razie nie pod­czas tej roz­mowy ani póź­niej. Nato­miast oświad­czył, że jeśli chcę jesz­cze z nią poroz­ma­wiać, to muszę szybko przy­je­chać do szpi­tala.

Pobie­głem do wie­szaka w przed­po­koju i nie­chcący kop­ną­łem dopiero co otwartą puszkę, prze­wra­ca­jąc ją. Farba się roz­lała aż pod próg pokoju Iry. Ta plama zawsze przy­wo­dziła mi na myśl śmierć Marji, ale do tej pory nie zdo­by­łem się na to, żeby ją usu­nąć. Przy­po­mi­na­jąca bukiet brat­ków, koja­rzyła mi się z nadzieją, cho­ciaż złudną.

Pospieszny przy­jazd do szpi­tal oka­zał się nie­po­trzebny. Ago­nia Marji trwała długo, lecz wtedy nie mogłem tego wie­dzieć.

Chwy­ci­łem ostroż­nie klamkę. Drzwi zamiau­czały jak głodny kot. Od dawna nie sma­ro­wa­łem zawia­sów. Moje życie skła­dało się z rze­czy, które powi­nie­nem zała­twić, ale któ­rym nie poświę­ca­łem nawet jed­nej myśli.

Żyłem oto­czony cha­osem. I nie mówię teraz o cha­osie, który zawład­nął moim umy­słem, lecz o kon­kret­nych zada­niach, z któ­rymi bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łem się upo­rać. Po tym jak moja żona umarła.

Zasty­głem przed drzwiami. Czy córka usły­szała skrzy­pie­nie zawia­sów? Rów­no­mierny szum wody leją­cej się z prysz­nica w łazience nie usta­wał, więc zebra­łem się na odwagę i prze­mkną­łem do pokoju. Wstrzy­ma­łem oddech, jakby Ira mogła sły­szeć powie­trze krą­żące w moich płu­cach.

Sta­łem w środku i pew­nie zgad­nie­cie, że nie byłem z sie­bie dumny. Ale jak już powie­dzia­łem, myśla­łem tylko o tym, co dla niej naj­lep­sze, cho­ciaż moje zacho­wa­nie na to nie wska­zy­wało.

Ira żyła jak wam­pir. Zwy­kle nie odcią­gała zasłon nawet w dzień. Na bez­chmur­nym nie­bie świe­ciło słońce, lecz czarny mate­riał pochła­niał nawet naj­ostrzej­sze pro­mie­nie. Mia­łem ochotę odsło­nić okna, żeby do środka wlała się choćby odro­bina świa­tła, ale oczy­wi­ście nie mogłem, boby się wydało, że tu byłem.

Pokój przy­po­mi­nał wię­zienną celę. Biurko, krze­sło i regał na książki. Te same poobi­jane meble, które Ira miała w swo­jej cia­snej kawa­lerce daw­niej, gdy w niej miesz­kała, zanim się do mnie prze­pro­wa­dziła. Funk­cję sto­lika noc­nego peł­niło znisz­czone kar­to­nowe pudło z licz­nymi pla­mami po kub­kach z her­batą. Nie było tu nawet łóżka, a jedy­nie mate­rac na pod­ło­dze. Żad­nych pla­ka­tów, obra­zów ani ozdob­nych przed­mio­tów, które mówi­łyby coś o cha­rak­te­rze loka­torki.

Z jed­nym wyjąt­kiem.

Nad mate­ra­cem wisiał obraz ze zna­nym hasłem.

_Live Love Laugh._

Ira wła­ści­wie nie prze­strze­gała tych zasad.

Przy­stą­pi­łem w pośpie­chu do reali­za­cji zada­nia.

Brzy­twy. Nożyczki. Noże.

Każ­dego ranka, gdy córka się budziła i szła pod prysz­nic, prze­szu­ki­wa­łem jej pokój. Zmie­rzy­łem czas i dosze­dłem do wnio­sku, że prze­by­wała w łazience śred­nio od sze­ściu do sied­miu minut. Ści­sza­łem więc dźwięk kuchen­nego dzwonka i nasta­wia­łem go na pięć minut. W tym krót­kim cza­sie spraw­dza­łem pokój. Wci­ska­łem dło­nie pod wąski mate­rac, chcąc się prze­ko­nać, czy coś tam znajdę. Prze­szu­ki­wa­łem szu­flady biurka, które razem z Irą poma­lo­wa­li­śmy na tur­ku­sowo, kiedy była jesz­cze dziec­kiem. Wcho­dzi­łem na drew­niane krze­sło i prze­su­wa­łem ręką po szczy­cie regału.

Nic.

Żad­nych brzy­tew. Żad­nych noży­czek. Żad­nych noży.

Mimo to na­dal nie wie­rzy­łem, że Ira skoń­czyła z samo­oka­le­cza­niem.

Albo prze­stała myśleć o samo­bój­stwie.

Kiedy dawna tera­peutka córki Cla­rissa Vir­ta­nen i jej mąż Pekka – albo Potwór, jak nazy­wała go Ira – zostali ska­zani, posta­no­wi­li­śmy zamiesz­kać razem. Potwór, korzy­sta­jąc z pomocy żony, porwał moją córkę po raz pierw­szy, gdy dziew­czynka miała dzie­sięć lat, a po raz drugi – dzie­sięć lat póź­niej.

Ira i ja uzna­li­śmy, że będziemy się trosz­czyć o sie­bie nawza­jem. Zapi­sa­łem się do klubu AA i skoń­czy­łem z piciem, nato­miast ona sta­rała się zwal­czyć swoje traumy. Cho­ciaż wspólne zamiesz­ka­nie budziło w ludziach zdzi­wie­nie, ponie­waż córka skoń­czyła już dwa­dzie­ścia cztery lata, ja się tym nie przej­mo­wa­łem.

Zadzwo­nił minut­nik. Usły­sza­łem, że Ira opusz­cza łazienkę i wcho­dzi do ubi­ka­cji. Pod­kra­dłem się pod drzwi i nasłu­chi­wa­łem. Czy chciała zwy­mio­to­wać? Jej zabu­rze­nia pokar­mowe powoli mijały, ale nie byłem prze­ko­nany, że cał­ko­wi­cie wyzdro­wiała.

Sta­łem z uchem przy­ci­śnię­tym do drzwi i mój umysł znów ogar­nął mrok spo­wo­do­wany ogrom­nym poczu­ciem winy. Czemu nie mogłem zaufać córce, która robiła wszystko, żeby wyjść z cho­roby? Jesz­cze bar­dziej męczy­łem się myślą, że doty­czy to także mnie.

Ona rów­nież nie mogła mi ani tro­chę ufać.

Pew­nie się tego nie domy­ślała, ale ow­szem, wie­dzia­łem, że pod­czas mojej nie­obec­no­ści spraw­dzała mój pokój. Mate­rac. Biurko. Regał na książki. Prze­szu­ki­wała te same miej­sca, które ja oglą­da­łem, gdy wkra­da­łem się do niej. Nie­trudno było wywnio­sko­wać, że wie­działa o moich wypra­wach do jej pokoju w dokład­nie takim samym celu.

Tylko że zamiast brzy­tew, noży­czek i noży szu­kała u mnie bute­lek.

Spu­ściła wodę w ubi­ka­cji, a ja wró­ci­łem szybko do kuchni.

Przyj­rzała się podejrz­li­wie ugo­to­wa­nej przeze mnie owsiance. Nabrała łyżką tylko to, co było na brzegu tale­rza, pozo­sta­wia­jąc poło­żone na środku masło nie­tknięte, jak się tego spo­dzie­wa­łem.

Jedli­śmy śnia­da­nie w mil­cze­niu. Od pro­wa­dze­nia roz­mowy uwal­niał nas dzien­nik „Hel­sin­gin Aviisi” – w skró­cie „Heavi”. Odwra­ca­łem strony gazety z sze­le­stem. W następ­nym tygo­dniu mie­li­śmy zacząć pracę w redak­cji: ja jako pra­cow­nik sezo­nowy, a Ira – jako sta­żystka. Byłem na pewno jedy­nym w histo­rii „Heavi” zatrud­nio­nym sezo­nowo dzien­nikarzem, który poświę­cił dzien­nikowi kil­ka­dzie­siąt lat.

Znów spy­ta­łem sam sie­bie, jak można żyć tak bli­sko dru­giego czło­wieka i nie nawią­zać z nim żad­nego kon­taktu. Mia­łem wra­że­nie, jak­by­śmy byli dwójką astro­nau­tów w kosmo­sie, któ­rzy nie wie­dzą o swoim ist­nie­niu. Chcia­łem pokle­pać Irę po ramie­niu i powie­dzieć, jak dużo dla mnie zna­czy, ale natu­ralny zwią­zek mię­dzy nami już nie ist­niał, nie po tym, jak Potwór wszystko zepsuł.

Czy umiał­bym się zado­wo­lić tymi chwi­lami, które mogłem spę­dzić w towa­rzy­stwie Iry – a nawet poczuć się szczę­śliwy – gdy­bym wie­dział, co nie­długo czeka nas oboje?

Ale teraz nie chcę o tym myśleć.

Pozwól­cie mi nacie­szyć się tro­chę tą sytu­acją, kiedy tak sie­dzimy przy stole, mil­cząc, a ja za nią tęsk­nię.

Żadne z nas nie przy­pusz­czało, że los ponow­nie będzie chciał roze­rwać nasze życie na kawałki.Kerttu

Szef poli­cji Tii­li­hella patrzył ostrym wzro­kiem. Oprócz niego wpa­try­wało się we mnie pięć rów­nie poważ­nych twa­rzy. Por­trety poprzed­ni­ków dyrek­tora utrzy­mane były w przy­gnę­bia­jąco sza­rej tona­cji, sztyw­nym i reali­stycz­nym stylu, jakby mala­rze chcieli pod­kre­ślić, że praca stró­żów prawa jest smutną harówką. Posta­cie na obra­zach wyda­wały się kon­ku­ro­wać o to, która z nich przy­bie­rze naj­kwa­śniej­szą minę. Żadna jed­nak nie prze­biła ponu­ro­ścią sie­dzą­cego przede mną zwierzch­nika.

Nawet mój ojciec na swoim por­tre­cie.

Łączyły mnie z nim dwie sprawy: nazwi­sko i zawód. Rodzice oczy­wi­ście zało­żyli, że ja też będę poli­cjantką. W mło­do­ści przez pewien czas pra­co­wa­łam jako fry­zjerka tylko po to, żeby ich ziry­to­wać. Pod­czas stażu nie­mal ucię­łam jed­nemu klien­towi ucho i dopiero wtedy potra­fi­łam się przy­znać, że pozo­staje mi tylko iść w ślady ojca.

Mina Tii­li­helli wyklu­czała jaką­kol­wiek inter­pre­ta­cję. Wła­ści­wie to cze­ka­łam, aż powie: „Albo zgo­dzisz się od razu, albo naj­pierw popła­czesz i dopiero wtedy się zgo­dzisz”. Nie musiał jed­nak tego robić. Jego „nie” było kate­go­ryczne, więc musia­łam się pod­po­rząd­ko­wać. Wie­dzia­łam, że nie warto z nim dys­ku­to­wać.

Mimo to pró­bo­wa­łam.

A wła­ści­wie bła­ga­łam. Bo tak odbie­ra­łam swoje wywody.

Tii­li­hella wzmoc­nił pole­ce­nie, ude­rza­jąc pię­ścią w stół. Wyda­wało mi się nawet, że na jego cen­trum dowo­dze­nia – antycz­nym dębo­wym biurku – wid­nieje wgłę­bie­nie w kształ­cie dłoni. Na pewno nie byłam jedyną, która nie od razu akcep­to­wała odmowę. My, poli­cjanci, bywamy cza­sami uparci.

Tii­li­hella szu­kał cze­goś wzro­kiem na biurku i wresz­cie to zna­lazł. Wycią­gnął ku mnie paczkę papie­ro­sów. Nie pamię­tał, że pró­bo­wa­łam rzu­cić pale­nie. Kiedy pokrę­ci­łam głową, wziął sobie jed­nego, zapa­lił i zaczął ssać z zapa­mię­ta­niem. Nie mogłam oprzeć się poku­sie, więc chwy­ci­łam rzu­coną na blat paczkę, wycią­gnę­łam papie­rosa i popro­si­łam, żeby podał mi ogień.

Szu­ka­łam za oknem cze­goś, co dałoby mi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Chmury swo­bod­nie kur­so­wały po jasno­nie­bie­skim nie­bie. Wyobra­zi­łam sobie, że wspi­nam się na dach poli­cyj­nego budynku w Pasili, a stam­tąd na grzbiet jed­nej z nich. Zosta­wiam za sobą to miej­sce, zosta­wiam wszyst­kie nie­roz­wią­zane sprawy. Tii­li­hella patrzyłby na mnie i krzy­czał bez­rad­nie, pro­sząc, żebym wra­cała. Poma­cha­ła­bym do niego. Ode­rwała kawa­łek chmury i pozwo­liła, żeby przy­po­mi­na­jący w smaku watę cukrową kawa­łek lodu roz­to­pił mi się w ustach.

Kwa­drans temu szef odszu­kał mnie w smut­nej poli­cyj­nej sto­łówce, w któ­rej na obiad poda­wano zupę z popu­larną kieł­basą. Sie­dzia­łam sobie jak zwy­kle luk­su­sowo w osa­mot­nie­niu, jadłam i roz­wią­zy­wa­łam krzy­żówkę. Wła­śnie udało mi się wymy­ślić hasło na pięć liter z pod­po­wie­dzią „Nobel i Paster­nak”. Lite­ra­tura ni­gdy nie była moją mocną stroną, ale Borys cią­gle poja­wiał się w krzy­żów­kach. Ich roz­wią­zy­wa­nie zapo­bie­gało podobno demen­cji, choć ja tak nie uwa­ża­łam. Jak wpi­sy­wa­nie na nowo tych samych słów w krzy­żu­ją­cych się rzę­dach mogło pomóc komu­kol­wiek?

Tii­li­hella pod­szedł do mnie szybko, popro­sił, abym po lun­chu przy­szła do jego biura, no i dla­tego teraz tu cier­pię. Jesz­cze raz pomy­śla­łam, że mój prze­ło­żony ma świetny instynkt, typowy dla psy­cho­loga. Fotel, w któ­rym sie­dzia­łam, natych­miast pozba­wiał każ­dego wszel­kich złu­dzeń, ponie­waż był znacz­nie niż­szy od tego zaj­mo­wa­nego przez szefa. Czu­łam się jak na dywa­niku w gabi­ne­cie dyrek­tora szkoły. Widzia­łam też, jak wyżsi ode mnie męż­czyźni sie­dzieli tutaj z uszami w kola­nach, a Tii­li­hella patrzył na nich z góry, zaci­ska­jąc wargi w ostrą linię. Naprawdę miał swoje spo­soby.

Ale mnie nie upo­ko­rzy.

Obok jego biurka stała komoda, a na niej rząd foto­gra­fii opra­wio­nych w ramki. Oprócz żony zauwa­ży­łam też dzieci i wnuki. Jeśli cho­dzi o potom­stwo, to Stwórca dał mu ich tak dużo, że ktoś mógłby pomy­śleć, że należy do jakiejś sekty zaka­zu­ją­cej sto­so­wa­nia środ­ków anty­kon­cep­cyj­nych.

Na mojej komo­dzie nie stało ani jedno zdję­cie. Byłam wdzięczna tym wszyst­kim, któ­rzy się roz­mna­żają i zalud­niają Zie­mię, ponie­waż nie wypeł­nia­łam oby­wa­tel­skiego obo­wiązku wobec cier­pią­cej z powodu niżu demo­gra­ficz­nego Fin­lan­dii.

Tii­li­hella zaczął pisać coś w note­sie na znak, że sprawa została zała­twiona i mogę już odejść.

Ale ja nawet nie drgnę­łam.

Odwró­ci­łam się, żeby popa­trzeć na wiszący nad komodą obraz, który nama­lo­wa­łam sze­fowi z oka­zji jego pięć­dzie­sią­tych uro­dzin. Przed­sta­wiał let­nią posia­dłość, dokąd on i jego żona Arja zapra­szali mnie co roku, żeby świę­to­wać Juhan­nus. Na obra­zie Tii­li­hella leży w hamaku z bło­gim wyra­zem twa­rzy i czyta jakiś thril­ler. To było moje pierw­sze poda­ro­wane komuś dzieło. Na­dal czu­łam się z niego bar­dzo dumna, cho­ciaż od tam­tej pory roz­wi­nę­łam swój warsz­tat, więc okrą­głe oczy szefa lśni­łyby teraz jesz­cze bar­dziej.

Tii­li­hella pod­niósł wzrok znad notat­nika, spra­wiał wra­że­nie zasko­czo­nego, że jesz­cze tu sie­dzę. Kiedy zro­zu­miał, że nie mam zamiaru zre­zy­gno­wać, wes­tchnął.

– Leppänen, nie zmie­nię swo­jej decy­zji.

Jego tele­fon zaczął dzwo­nić. Przy­po­mniało mi to dawny wykręt sto­so­wany pod­czas randki w ciemno. Nale­żało popro­sić przy­ja­ciółkę, żeby zadzwo­niła po pół­go­dzi­nie od roz­po­czę­cia spo­tka­nia. Jeżeli randka była zupełną kata­strofą, to kła­mało się part­ne­rowi, że dzwo­niąca pil­nie potrze­buje pomocy, i natych­miast się wycho­dziło. Tii­li­hella chwy­cił za słu­chawkę z taką ulgą, że z pew­no­ścią sko­rzy­stał z tego spryt­nego wybiegu.

Naj­wy­raź­niej uda­wał, że nie zauwa­żył mojej wście­kło­ści wywo­ła­nej jego decy­zją.

Aby choć tro­chę się uspo­koić, ucie­kłam się do sta­rej sztuczki za pomocą wyobraźni. Leża­łam w bez­piecz­nym miej­scu, na bia­łej piasz­czy­stej plaży i przy­słu­chi­wa­łam się plu­skom fal ude­rza­ją­cych o brzeg tur­ku­so­wego morza. Banalna reklama biura podróży speł­niła swoje zada­nie i tro­chę ochło­nę­łam.

Ale tylko tro­chę.

Wsta­łam z fotela i krzyk­nę­łam:

– Robisz błąd!

Gdy­bym tylko wie­działa, komu przyj­dzie za niego zapła­cić.

Na pewno nie Tii­li­helli.

Tylko wła­śnie mnie.Ira

Usły­sza­łam, że ojciec zamyka drzwi do miesz­ka­nia, i poszłam do jego pokoju.

Chwy­ci­łam pokrywę sta­rego kufra, który kie­dyś nale­żał do dziadka. Ktoś nama­lo­wał na niej sta­ran­nie cien­kim pędz­lem wize­ru­nek syrenki. Zie­lony niczym mor­skie wodo­ro­sty ogon stwo­rze­nia spra­wiał wra­że­nie, jakby trze­po­tał pora­żony prą­dem. Przed domem, w któ­rym znaj­do­wał się gabi­net Cla­rissy, stała nieco podobna figura wyrzeź­biona z drewna.

Wie­lo­krot­nie męczył mnie ten sam sen. Nur­ko­wa­łam z jaki­miś syre­nami na błot­ni­ste dno jeziora, a potem nie mogłam się wydo­stać na powierzch­nię.

Póź­niej dowie­dzia­łam się, że obecny wła­ści­ciel domu Cla­rissy i Potwora pociął rzeźbę na kawałki i spa­lił.

Zasta­na­wia­łam się, co się stało z ubra­niem tera­peutki, które miała na sobie pod­czas pro­cesu sądo­wego. Przy­po­mi­nało upior­nie iko­niczną gar­sonkę Cha­nel, czyli tę, którą nosiła Jac­kie wtedy, gdy zastrze­lono Johna F. Ken­nedy’ego. Bra­ko­wało jedy­nie różo­wego toczka i bia­łych ręka­wi­czek. Dobór stroju nie był przy­pad­kowy. Cla­rissa chciała dać do zro­zu­mie­nia repor­te­rom rela­cjo­nu­ją­cym prze­bieg pro­cesu, że jej mąż jest nie­winną ofiarą, a ona roz­pa­cza­jącą żoną.

Kiedy sądziła, że nikt nie widzi, puściła oko do mojego ojca jak Betty Boop.

Na­dal nie daje mi to spo­koju.

Zasia­da­łam na kozetce w gabi­ne­cie nie­zli­czoną ilość razy i wyobra­ża­łam sobie, że Cla­rissa chce mi pomóc. A ona i Potwór pla­no­wali wspól­nie moje porwa­nie.

Cią­gle nie mogę w to uwie­rzyć.

Pokrywa kufra wyda­wała się ciężka niczym grzech.

A raczej grze­chy, które – jak się oba­wia­łam – skry­wała.

Gdy byłam dziec­kiem, ojciec scho­wał w tym miej­scu wszyst­kie swoje sekretne rze­czy.

Pod­nio­słam obu­rącz pokrywę, która ude­rzyła z hukiem o ścianę.

Wyrzu­ci­łam na pod­łogę dziu­rawe skar­pety i wypło­wiałe kale­sony. Lata temu ojciec uło­żył je w kufrze na wierz­chu w nadziei, że jak je zoba­czę, to stracę zain­te­re­so­wa­nie zawar­to­ścią skrzyni, gdyby udało mi się ją otwo­rzyć. Nic z tego. Prze­szu­ka­łam jej wnę­trze od góry do dołu już wtedy, kiedy zaczę­łam szkołę. Nie­stety, zawio­dłam się, nie zna­la­złam w niej szla­chet­nych kamieni ani zło­tych monet. Wtedy jesz­cze nie rozu­mia­łam, że scho­wany w niej skarb ma o wiele więk­szą war­tość.

Wycią­gnę­łam ze środka por­ce­la­no­wego kota. Bab­cia dostała go w pre­zen­cie od dziadka po jego powro­cie z rejsu do Nie­miec. Na powierzchni figurki wid­niały zary­so­wa­nia powstałe pod­czas zabawy. Pra­wie się wyśli­zgnęła z moich spo­co­nych rąk i zła­pa­łam ją w ostat­niej chwili.

Kot odsło­nił stos listów leżą­cych w kufrze. Zwią­zane były różową aksa­mitną wstążką. Jako nasto­latka prze­czy­ta­łam je dokład­nie. Dozna­łam wstrząsu, kiedy sobie uświa­do­mi­łam, że moi rodzice kie­dyś się kochali.

Nie sądzę, aby ojciec na­dal pamię­tał tamte cie­płe uczu­cia. Albo chciał o nich pamię­tać. Nie sły­sza­łam, żeby kie­dy­kol­wiek powie­dział o matce coś dobrego.

Może łączyło ich tylko pożą­da­nie, a nie miłość. Skąd mam to wie­dzieć. Zawsze z trud­no­ścią iden­ty­fi­ko­wa­łam uczu­cia.

Nagle ści­snę­łam trzo­nek sie­kiery.

Jej ostrze było czer­wone od krwi.

Ktoś się zaśmiał.

Minęła chwila, zanim uświa­do­mi­łam sobie, że to ja się śmieję.

Nikt nie jest przy mnie bez­pieczny.

Nawet ojciec.

Daw­niej bałam się, że zro­bi­łam coś takiego, co w rze­czy­wi­sto­ści nie nastą­piło.

Teraz bałam się, że nie zdo­łam prze­stać tego robić.

Moja ręką się­gnęła jakby mimo­wol­nie do koł­nie­rza i wsu­nęła się pod bluzkę. Dotknę­łam wiszą­cego na mojej szyi klu­cza na srebr­nym łań­cuszku.

Otrzą­snę­łam się jak mokry pies. W ten spo­sób udało mi się powró­cić myślami do obec­nej chwili.

W pokoju zale­gła cisza, a sie­kiera wypa­dła mi z ręki.

Wycią­gnę­łam z kufra stary album ze zdję­ciami. Zna­łam je na pamięć. Ojciec był na nich jesz­cze młody. Zmie­niał przy­ja­ciółki jak ręka­wiczki i wyda­wało się, że w jego stu­denc­kiej klitce sły­chać nie­prze­rwa­nie stu­kot maszyny do pisa­nia.

Z albumu wypa­dła na pod­łogę foto­gra­fia. Pod­nio­słam ją i wsu­nę­łam mię­dzy inne zdję­cia przed­sta­wia­jące matkę i ojca pcha­ją­cego wózek dzie­cięcy w parku.

Chcia­łam zna­leźć coś, co by świad­czyło, że ojciec wie.

Że wie­dział wcze­śniej niż ja.

Jed­no­cze­śnie przy­się­głam Bogu, losowi, komu­kol­wiek, że zro­bię wszystko, żeby nie poznał prawdy.

W kufrze pod albu­mem leżała paczka zawi­nięta w biały papier japoń­ski. Zna­la­złam w niej zie­loną jedwabną sukienkę. Obok dostrze­głam parę skó­rza­nych koza­ków w elek­try­zu­ją­cym nie­bie­skim kolo­rze. Miały tak wyso­kie obcasy, że jak się buty wło­żyło, można było zoba­czyć dru­gie mia­sto.

Czu­łam do ojca wdzięcz­ność za to, że chciał oca­lić pamięć po matce. Strój, który lubiła i w który być może ubrała się na pierw­szą randkę lub tego dnia, kiedy się zarę­czyli.

Owi­nę­łam suk­nię z powro­tem papie­rem japoń­skim.

Następ­nie cze­kały na mnie stare szkolne zeszyty z nie­bie­skimi okład­kami. Wysu­nęły mi się z rąk i spa­dły na pod­łogę, ukła­da­jąc się na niej jak wachlarz.

Ojciec prze­cho­wy­wał wszyst­kie swoje wypra­co­wa­nia. Te opo­wie­ści były niczym kopie ksią­żek dla chłop­ców z jego dzie­ciń­stwa. Sza­lone przy­gody na ziemi, morzu i w powie­trzu. Może już wtedy marzył, żeby zostać pisa­rzem. Jed­nak matka zdą­żyła to zro­bić przed nim. I gdy opu­bli­ko­wała swój pierw­szy utwór, on się zaciął. Nie potra­fił potem skle­cić nic wię­cej poza jed­nym albo dwoma zda­niami, nie mówiąc o całej powie­ści.

Kufer opu­sto­szał. Nic nowego się w nim nie poja­wiło.

Ulga zalała mnie wielką falą, ale to uczu­cie nie trwało długo.

Pozwo­li­łam sobie na głę­bo­kie odde­chy. Lecz ciało nie zamie­rzało mnie słu­chać i na­dal oddy­cha­łam płytko.

Zaczę­łam wkła­dać rze­czy z powro­tem do kufra.

Poczu­łam zna­jome brzę­cze­nie. Wście­kłe osy w mojej gło­wie wpa­dały na sie­bie, cze­kały nie­cier­pli­wie na chwilę, w któ­rej będą mogły żądlić. Na próżno sta­ra­łam się je okieł­znać. Nie pod­da­wały się moim roz­ka­zom.

Nic bym nie pora­dziła, gdyby chciały kogoś zaata­ko­wać. Cztery lata to długo. W ciągu czte­rech lat stra­chy mogą się urze­czy­wist­nić.

W ciągu czte­rech lat mysz może się zamie­nić w kota.

Już nie roz­po­zna­wa­łam w sobie dwu­dzie­sto­let­niej osoby. Jak taka wystra­szona dziew­czyna mogła zapę­dzić Potwora w pułapkę?

Teraz to by mi już nie wystar­czyło.

Teraz nie pozo­sta­wi­ła­bym go przy życiu.Arto

Łań­cu­chy huś­ta­wek zazgrzy­tały, gdy dwie dziew­czynki zaczęły się bujać. Śmiały się per­li­ście. Roz­wie­szone na suszarce prze­ście­ra­dła powie­wały na wie­trze.

Słońce gła­dziło mi przy­jem­nie twarz. Szkoda, że nie wło­ży­łem pod­ko­szulka zamiast gru­bej koszulki polo.

Sta­łem w małym parku przed blo­kiem w dziel­nicy Töölö i wpa­try­wa­łem się w okno miesz­ka­nia na naj­wyż­szym pię­trze, sta­ra­jąc się robić to dys­kret­nie.

Z klatki B wyszła kobieta, nio­sąc puste butelki w pla­sti­ko­wej tor­bie. Prze­su­ną­łem się tro­chę na bok, w cień sta­rej sosny. Zrzu­ciła część igieł, ale jej grube gałę­zie były tak gęste, że osła­niały mnie przed pro­mie­niami sło­necz­nymi. Zer­k­ną­łem na zega­rek i prych­ną­łem jakby poiry­to­wany cze­ka­niem na kogoś, kto bar­dzo się spóź­niał. Wysze­dłem spod roz­ło­ży­stego drzewa, chcąc prze­ko­nać kobietę, że nie mam nic do ukry­cia, że nie prze­by­wam w parku bez­ce­lowo, lecz ist­nieje dobry powód, żeby spę­dzać tu czas. Moje sta­ra­nia odnio­sły naj­wi­docz­niej sku­tek, ponie­waż nie­zna­joma wycią­gnęła z kie­szeni komórkę i wolną dło­nią zaczęła skro­lo­wać jej zawar­tość.

Znów obró­ci­łem się w stronę okna.

Tamto miesz­ka­nie zaj­mo­wała Ira, zanim prze­pro­wa­dziła się do mnie. Czę­sto sta­łem tutaj, w parku, i obser­wo­wa­łem życie córki przez szybę. Trudno mi było pogo­dzić się z tym, jak powoli popeł­nia samo­bój­stwo, więc przy­glą­da­łem się jej z pew­nej odle­gło­ści.

Cho­ciaż wypro­wa­dziła się stam­tąd lata temu, od czasu do czasu przy­cho­dzi­łem w to miej­sce. Może robi­łem to z daw­nego przy­zwy­cza­je­nia.

Na dzie­dzińcu zawsze ogar­niało mnie to samo przy­gnę­bie­nie i strach, które odczu­wa­łem wcze­śniej. Za każ­dym razem, gdy docie­ra­łem do parku, bałem się, że nie zoba­czę Iry w oknie. A to ozna­cza­łoby dla mnie tylko jedno: że umarła.

Cho­ciaż rów­nie dobrze mogła wyjść wtedy do sklepu albo do kio­sku, żeby kupić papie­rosy.

Zamiast zadzwo­nić do drzwi jej miesz­ka­nia, sie­dzia­łem godzi­nami na ławce wśród drzew. Nie mia­łem sił sta­wić czoła rze­czy­wi­sto­ści.

Teraz ten dawny strach znów pod­niósł łeb. A jeżeli zabu­rze­nie w odży­wia­niu mojej córki ponow­nie wymknęło się spod kon­troli? Jeżeli pod­cho­dzi­łem do wszyst­kiego zbyt opty­mi­stycz­nie?

Jaka to magne­tyczna siła przy­cią­gała mnie raz po raz do tego punktu?

W tym cza­sie chmury zasło­niły słońce i nagle zro­biło się zimno. Ktoś zosta­wił na ławce jasno­fio­le­tową koł­drę, którą bawiły się dzieci. Mia­łem ochotę okryć się nią, ale nie chcia­łem tłu­ma­czyć ewen­tu­al­nemu wła­ści­cie­lowi, gdyby jej szu­kał, dla­czego się nią owi­ną­łem.

Gdy tak przy­glą­da­łem się koł­drze, zauwa­ży­łem, że na ziemi leży coś błysz­czą­cego. Wyglą­dało to na pier­ścio­nek. Pochy­li­łem się, chcąc mu się przyj­rzeć, ale zoba­czy­łem zwy­kły śmieć, nalepkę z pudełka po cukier­kach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: