Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wichrowe Wzgórza - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 lutego 2026
2990 pkt
punktów Virtualo

Wichrowe Wzgórza - ebook

Niepokojąca powieść o wielkich namiętnościach, pożądaniu i odrzuceniu.

Arcydzieło literatury odkrywane na nowo przez kolejne pokolenia czytelniczek i czytelników, teraz w nowym przekładzie Anny Bańkowskiej.

Właściciel majątku Wichrowe Wzgórza, pan Eearnshaw, przyjeżdża do domu wraz z bezdomnym chłopcem, Heathcliffem, a własne dzieci prosi, by traktowały go jak brata. Heathcliff i córka pana Eearnshawa, Catherine, wydają się dla siebie stworzeni, lecz ich rodząca się miłość okazuje się niezwykle niszcząca. Dorastając, Heathcliff nie czuł się w pełni akceptowany, jako dorosły mężczyzna pragnie zemsty, a ta determinuje życie jego, a także następnych pokoleń. Yorkshire – miejsce akcji – ma mroczny charakter, który przenika całą powieść.

Utwór wydano w 1847 roku – zyskał on nieprzychylne recenzje, głównie ze względu na ponury charakter. W Polsce po raz pierwszy opublikowano go w roku 1929 pod tytułem „Szatańska miłość”. Dzisiaj „Wichrowe Wzgórza" należą do kanonu literatury anglojęzycznej i interpretowane są jako powieść gotycka.

Książka doczekała się kilku adaptacji filmowych, najnowsza ekranizacja w reżyserii Emerald Fennell ukazała się w lutym 2026 roku.

„Kiedy w moje ręce trafiły »Wichrowe Wzgórza«, sam tytuł sprawił, że przeszył mnie zimny dreszcz, a w miarę lektury, utrwalił mi się obraz ponurej krainy, gdzie po nocach snują się duchy, wyją złowieszcze wichry, po niebie przewalają się kłęby ciemnych chmur, a mieszkańcami targają równie gwałtowne namiętności. To właśnie ten mroczny nastrój powieści urzekł mnie już na zawsze […]”.

ANNA BAŃKOWSKA

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-052-5
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

1801

Właśnie wróciłem z wizyty u właściciela domu – sąsiada samotnika, z którym, chcąc nie chcąc, będę teraz miał do czynienia. Jaka to piękna kraina! W całej Anglii, jak sądzę, nie znajdzie się miejsca tak całkowicie wolnego od towarzyskiego zgiełku. Prawdziwy raj dla mizantropów. W dodatku pan Heathcliff i ja tworzymy świetnie dopasowaną parę odludków. Cóż to za kapitalny gość! Zdaje się nie mieć pojęcia, jak wielką sympatią obdarzyłem go już w chwili, kiedy na mój widok jego czarne oczy skryły się podejrzliwie pod brwiami, a na dźwięk mego nazwiska palce wsunęły się stanowczym ruchem głębiej pod kamizelkę.

– Pan Heathcliff? – zapytałem.

W odpowiedzi skinął tylko głową.

– Jestem Lockwood, pański nowy dzierżawca. Właśnie przyjechałem i mam zaszczyt złożyć panu moje uszanowanie. Ufam, że nie naprzykrzałem się zbytnio swoim naleganiem na wynajęcie mi Drozdowego Gniazda. Doszły mnie wczoraj słuchy, że…

– Drozdowe Gniazdo jest moje – przerwał mi ostro. – Nie pozwoliłbym, aby ktokolwiek mi się naprzykrzał, gdybym tylko mógł temu zapobiec. Wchodź pan!

Ostatnie słowa wypowiedział przez zaciśnięte zęby, wyraźnie mając na myśli: „Idź do diabła”. Brama, zza której się wychylał, demonstrowała taką samą wrogość, gdyż nawet nie drgnęła. Te okoliczności tym bardziej zachęciły mnie do przyjęcia zaproszenia; poczułem żywe zainteresowanie człowiekiem, który zachowywał jeszcze więcej przesadnej rezerwy niż ja sam.

Dopiero kiedy mój koń natarł piersią na bramę, gospodarz zdecydował się zdjąć łańcuch. Z ponurą miną poprowadził mnie kamienną ścieżką, a gdy znaleźliśmy się na podwórzu, zawołał:

– Josephie, zabierz konia pana Lockwooda i przynieś nam wina!

„Oto i cała tutejsza służba – taki wniosek wysnułem z tego podwójnego polecenia. – Nic dziwnego, że szczeliny między kamieniami zarosły trawą, a pielęgnacją żywopłotu zajmuje się bydło”.

Joseph był starym, wręcz bardzo starym mężczyzną, chociaż krzepkim i muskularnym.

– Panie, miej nas w opiece – mruknął z niezadowoleniem, przejmując konia, a przy okazji obrzucając mnie cierpkim spojrzeniem.

Pomyślałem litościwie, że chyba potrzebuje boskiej pomocy do strawienia obiadu, a jego pobożne westchnienie nie ma nic wspólnego z moją nieoczekiwaną wizytą.

Posiadłość pana Heathcliffa nosi nazwę Wichrowe Wzgórza. Regionalny przymiotnik „wichrowe” odnosi się do zakłóceń atmosferycznych, na które ją wystawiają częste w tych stronach nawałnice. Czyste, ożywcze wiatry muszą hulać tu cały czas; siły tych północnych łatwo się domyślić z pochylenia kilku karłowatych jodeł przy domu, a także z tego, że w rzędzie rachitycznych ciernistych krzewów wszystkie gałęzie wyciągają się w jedną stronę, jakby błagały o odrobinę słońca. Na szczęście przewidujący architekt zaprojektował tu solidne domostwo o wąskich, głęboko osadzonych w murze oknach i narożnikach osłoniętych wielkimi, wystającymi kamieniami.

Tuż przed progiem przystanąłem na chwilę, aby przyjrzeć się z podziwem groteskowym płaskorzeźbom nad frontonem, a zwłaszcza tym nad głównymi drzwiami. Pośród kruszących się gryfów i bezwstydnych amorków wypatrzyłem datę „1500” oraz nazwisko „Hareton Earnshaw”. Chętnie wygłosiłbym kilka uwag i usłyszał krótką historię domu z ust prawowitego właściciela, ale ten swoją postawą zdawał się sugerować, abym natychmiast wszedł lub zrobił w tył zwrot, ja zaś nie chciałem jeszcze bardziej go drażnić, zanim zapoznam się z wnętrzem.

Wystarczył jeden krok i znaleźliśmy się w bawialni – bez żadnego holu czy korytarza. W tych stronach takie pomieszczenie nazywane jest „dużą izbą”. Łączy ono zwykle funkcję kuchni i salonu, ale w Wichrowych Wzgórzach tę pierwszą najwyraźniej urządzono w innej części, o czym świadczyły dobiegające z głębi domu głosy i brzęk naczyń. W pobliżu ogromnego paleniska nie dostrzegłem żadnych śladów gotowania czy pieczenia, a na ścianach miedzianych patelni i rondli. Za to naprzeciwko wspaniale odbijały żar ognia rzędy wielkich cynowych półmisków, srebrnych dzbanków i kufli, które ustawiono na półkach potężnego, wysokiego pod sam strop kredensu. Strop ten, niczym nieosłonięty od spodu, ukazywał wścibskim oczom całą swoją konstrukcję, z wyjątkiem miejsca, gdzie zakrywał ją drewniany stelaż, uginający się pod ciężarem stosów placków owsianych, wołowych i baranich udźców oraz szynek. Nad kominkiem wisiały stare zbójeckie strzelby i para pistoletów, a na obramowaniu ustawiono trzy jaskrawo pomalowane puszki. Posadzkę ułożono z gładkich białych kamieni, prymitywne krzesła z wysokimi oparciami pomalowano na zielono, w mroku majaczyły także dwa czarne. W niszy pod kredensem rozłożyła się duża, brązowa pointerka z miotem piszczących szczeniaków, po kątach kryło się jeszcze kilka innych psów.

W samym pokoju i meblach nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby należały do prostego farmera z północy o zaciętym obliczu i krzepkich nogach obleczonych w bryczesy i kamasze. Takie indywidua, rozparte w fotelu przy okrągłym stoliku z kuflem pienistego piwa, można spotkać wszędzie pośród tych wzgórz w promieniu sześciu mil, jeśli tylko wybierze się poobiednią porę. Pan Heathcliff jednak stanowi absolutne przeciwieństwo swojej siedziby i stylu życia. Ze swą śniadą karnacją przypomina Cygana, ale ubiera się i zachowuje jak dżentelmen, to znaczy dżentelmen w typie wiejskiego dziedzica. Lekko niedbały wygląd nie ujmuje nic jego wyprostowanej sylwetce i przystojnej, acz posępnej twarzy. Być może niektórzy mogliby go podejrzewać o niewspółmierną do urodzenia pychę, ale ja nic takiego w nim nie wyczuwam. Instynkt mi podpowiada, że jego powściągliwość bierze się raczej z niechęci do ujawniania uczuć, a zwłaszcza do demonstracyjnie okazywanej dobroci. Taki człowiek będzie starannie ukrywał zarówno miłość, jak i nienawiść, uważając wzajemność za rodzaj impertynencji. Chociaż może posuwam się za daleko – przypisuję mu po prostu własne cechy; pan Heathcliff może mieć zupełnie inne powody do trzymania na dystans kogoś, kto zbyt szybko wyciąga do niego rękę. Pozwalam sobie nadmienić, że moje usposobienie też jest osobliwe. Moja droga matka zwykła mawiać, że nigdy nie stworzę przyjemnego domu, i nie dalej jak ostatniego lata okazało się, iż rzeczywiście nie jestem go wart.

Rozkoszując się miesiącem pięknej pogody nad morzem, natrafiłem na najbardziej fascynujące stworzenie – prawdziwą boginię w moich oczach… dopóki nie zwróciła na mnie uwagi. Podobnie jak bohaterka Szekspira, nigdy nie wyznałem swej miłości słowami¹, a jednak gdyby oczy miały język, nawet największy idiota odgadłby, że wpadłem po same uszy. Ona w końcu też to zrozumiała i odwzajemniła mi się słodkim ponad wszelkie pojęcie spojrzeniem. A ja co wtedy zrobiłem? Wyznaję ze wstydem, że zmrożony tym, wycofałem się w głąb siebie niczym ślimak do skorupy, na każde zerknięcie odpowiadając coraz większym chłodem i oddaleniem. Aż wreszcie niewinne biedactwo zwątpiło we własne zmysły i zdruzgotane swą domniemaną pomyłką wymogło na matce natychmiastową rejteradę. Przez tę kuriozalną zmianę nastawienia zyskałem sobie reputację zimnego drania bez serca – jak bardzo niezasłużoną, sam tylko mogę to ocenić.

Zająłem miejsce przy kominku, naprzeciwko gospodarza. W niezręcznej ciszy spróbowałem pogłaskać psią matkę, która zdążyła opuścić legowisko i skradała się niczym wilk w stronę moich łydek, śliniąc się i szczerząc białe zęby. Moja pieszczota jednak spotkała się z przeciągłym gardłowym warknięciem.

– Lepiej zostaw pan psa w spokoju – warknął do wtóru pan Heathcliff, zapobiegając dalszym demonstracjom wrogości mocnym kopniakiem. – Nie przywykła do takich karesów, to nie jest pokojowy piesek. – Po czym krzyknął w stronę bocznych drzwi: – Joseph!

Służący wymamrotał coś z czeluści piwnicy, ale nie zdradzał chęci wyjścia, toteż jego pan osobiście dał nura na dół, zostawiając mnie vis-à-vis rozwścieczonej suki oraz dwóch równie nieprzyjaznych kudłatych owczarków, czujnych na każdy mój ruch. Nie mając ochoty na kontakt z ich kłami, siedziałem nieruchomo, ale ponieważ nie sądziłem, że zrozumieją milczące obelgi, pozwoliłem sobie na złośliwe miny. Jedna z nich tak rozjuszyła sukę, że nagle wskoczyła mi na kolana. Zepchnąłem ją i zastawiłem się stołem. Ten ruch wywabił z ukrycia całą zgraję czworonogów różnej wielkości i wieku, które za szczególny cel ataku obrały sobie moje pięty i poły surduta. I chociaż ze wszystkich sił starałem się odegnać pogrzebaczem co większych napastników, musiałem w końcu głośno wezwać pomocy.

Pan Heathcliff ze swym służącym irytująco powoli wynurzali się z piwnicy. Nie sądzę, żeby poruszali się choć trochę szybciej niż zwykle, chociaż wokół przewalało się kłębowisko ujadających bestii. Za to w progu ukazała się zażywna, rumiana od ognia jejmość z podwiniętą spódnicą i odsłoniętymi ramionami. Wywijając patelnią i nie szczędząc języka, rzuciła się między psy, co odniosło natychmiastowy skutek. Harmider w magiczny sposób ucichł i na placu boju pozostała tylko ona, z piersią falującą niczym morze po sztormie. Dopiero wtedy na scenę wkroczył pan domu.

– Co tu się dzieje, do diabła? – spytał, świdrując mnie wzrokiem, który z trudem zniosłem po tak niegościnnym przyjęciu.

– W rzeczy samej: do diabła – mruknąłem. – Stado opętanych świń² nie mogłoby bardziej szaleć niż te pańskie psiska. Równie dobrze mógłbyś pan zostawić gościa na pastwę rozjuszonych tygrysów.

– One nie rzucają się na osoby, które niczego tu nie ruszają – odrzekł, przesuwając stół na miejsce. – Słusznie postępują, zachowując czujność. Pozwoli pan wina?

– Nie, dziękuję.

– Chyba pana nie pogryzły?

– Niechby któryś spróbował!

Oblicze Heathcliffa rozjaśniło się w uśmiechu.

– No, no, po co te nerwy. Proszę się ze mną napić. Goście tak rzadko odwiedzają ten dom, że ani ja, ani moje psy nie potrafimy ich przyjmować. Pańskie zdrowie!

Skłoniłem się i odwzajemniłem toast. Doszedłem do wniosku, że nie ma co się dąsać o głupie kundle, poza tym nie chciałem dopuścić, by gospodarz bawił się moim kosztem, skoro już wrócił mu humor. Prawdopodobnie uznał całkiem roztropnie, że szaleństwem byłoby zrażać do siebie dobrego dzierżawcę, gdyż porzucił lakoniczny styl i począł rozprawiać o tym, co jego zdaniem mogło mnie interesować, to znaczy o zaletach i wadach mojej obecnej siedziby. Okazał się na tyle inteligentnym rozmówcą i tak mnie zaciekawił, że odważyłem się zaproponować kontynuowanie tego tematu następnego dnia. I chociaż nie odniósł się do tego z entuzjazmem, to i tak postanowiłem przyjść. Zdumiewające, jak towarzyskim wydaję się sam sobie w porównaniu z tym człowiekiem.ROZDZIAŁ II

Wczorajsze popołudnie było mgliste i zimne. W zasadzie zamierzałem je spędzić w moim gabinecie przy ogniu, zamiast brnąć przez błota i wrzosowiska do Wichrowych Wzgórz. Kiedy jednak, folgując swemu lenistwu, poszedłem po obiedzie na górę (notabene obiad podają mi teraz między dwunastą a pierwszą, gdyż moja gospodyni, korpulentna niewiasta, która przypadła mi w udziale wraz z całym inwentarzem, nie chciała czy nie mogła pojąć, że wolę jadać o piątej), zobaczyłem w pokoju dziewkę służebną, która na kolanach, w otoczeniu szczotek i koszy na węgiel, zasypywała popiołem ogień w kominku, wzniecając tumany piekielnego pyłu. Ten widok sprawił, że natychmiast się wycofałem. Włożyłem kapelusz i po czteromilowym marszu wylądowałem pod bramą Wichrowych Wzgórz w momencie, gdy pojawiły się pierwsze puszyste płatki śniegu – forpoczty nadciągającej zawiei.

Na nieosłoniętym wierzchołku ziemia była sczerniała i twarda od mrozu, a ja dygotałem na całym ciele z zimna. Ponieważ nie poradziłem sobie z łańcuchem, przeskoczyłem przez płot i pobiegłem wybrukowaną ścieżką, gęsto obrośniętą krzewami agrestu. Na próżno jednak obijałem sobie knykcie, pukając do drzwi. Odpowiedział mi tylko skowyt psów.

„Wstrętni niegodziwcy! – wykrzyknąłem w duchu. – Zasługujecie na wieczną izolację od rodzaju ludzkiego za waszą niegościnność. Ja przynajmniej nigdy za dnia nie barykadowałbym drzwi. Ale co mi tam, wchodzę!” Z tym postanowieniem mocno szarpnąłem klamkę. Wtedy z okrągłego okienka stodoły wychynęła skwaszona gęba Josepha.

– Czego tu? – wrzasnął. – Pan jest tamój, w owczarni. Trza obejść stodołe, jak chcecie z nim godać.

– A w środku nie ma nikogo, kto by mi otworzył?

– Ino pani, ale ona sie nie ruszy, choćbyście walili w drzwi aż do nocy.

– Dlaczego? Nie możecie jej powiedzieć, kim jestem?

– A co mie tam! Nie moja rzecz – mruknęła głowa i zniknęła.

Śnieg padał coraz gęściej. Przypuściłem kolejny atak na klamkę, kiedy z podwórza nadszedł młody człowiek, bez płaszcza, z widłami na ramieniu. Krzyknął, abym za nim podążył, co też uczyniłem. Minąwszy budynek pralni i brukowany dziedziniec z szopą na węgiel, pompą i gołębnikiem, dotarliśmy do wielkiej, ciepłej i wesołej izby, znanej mi już z poprzedniej wizyty. Płonął w niej rozkosznym blaskiem ogromny ogień, podsycany węglem, torfem i drewnem, a w pobliżu stołu nakrytego do obfitego wieczornego posiłku z przyjemnością zauważyłem panią domu, której istnienia wczoraj nawet nie podejrzewałem. Skłoniłem się w oczekiwaniu, aż mi wskaże miejsce, ale tylko odchyliła się w krześle i zastygła w milczeniu.

– Paskudna pogoda! – zauważyłem. – Obawiam się, pani Heathcliff, że lenistwo służby skrupiło się na drzwiach, gdyż porządnie je obtłukłem, zanim ktoś mnie usłyszał.

Nawet nie otworzyła ust. Patrzyłem na nią, ona patrzyła także, a raczej wbijała we mnie chłodne, obojętne spojrzenie, co odczułem jako nad wyraz przykre i krępujące.

– Siadaj pan – odezwał się burkliwie młodzieniec. – On zaraz przyjdzie.

Posłuchałem i odchrząknąwszy, przywołałem tę bandytkę Juno, która tym razem raczyła poruszyć czubkiem ogona na znak zawartej wczoraj znajomości.

– Piękne zwierzę – napomknąłem. – Będzie pani rozdawać młode?

– Nie są moje – odparła urocza gospodyni; nawet sam Heathcliff nie zdobyłby się na bardziej opryskliwy ton.

– Ach, więc to pewnie tam są pani ulubieńcy? – spytałem, odwracając się w stronę poduszki, na której, jak sądziłem, leżały koty.

– Też mi pan wybrał ulubieńców – prychnęła.

Niestety nie były to koty, tylko kilka martwych królików. Chrząknąłem znowu i przysunąłem się bliżej ognia, ponownie mamrocząc coś na temat okropnej pogody.

– Trzeba było siedzieć w domu. – Wstała i sięgnęła do gzymsu po jedną z malowanych puszek.

Poprzednio zajmowana pozycja osłaniała ją od światła, więc dopiero teraz mogłem zobaczyć całą jej sylwetkę i twarz. Była smukła i najwyraźniej dopiero co wyrosła z lat dziewczęcych; miała godną podziwu figurę i najpiękniejszą twarzyczkę, jaką zdarzyło mi się widzieć; do tego subtelne rysy, bardzo białą cerę, jasne jak len czy raczej złociste loki, zwieszające się luźno nad delikatną szyją. Oczom – gdyby patrzyły bardziej przyjaźnie – trudno byłoby się oprzeć, na szczęście jednak dla mojego wrażliwego serca jedyne uczucie, jakie z nich wyzierało, wahało się między pogardą i czymś w rodzaju desperacji, dziwnie nienaturalnej u tak młodej osóbki. Nie mogła dosięgnąć do puszek, więc rzuciłem się z pomocą, ale spojrzała na mnie tak, jak patrzy skąpiec, któremu ktoś chce asystować przy liczeniu złota.

– Nie trzeba mi pomocy – warknęła. – Sama dam sobie radę.

– Najmocniej panią przepraszam – odrzekłem pośpiesznie.

– Zaproszono pana na podwieczorek? – Zawiązała fartuch na schludnej czarnej sukni, po czym uniosła nad imbrykiem łyżkę pełną herbacianych liści.

– Chętnie wypiję filiżankę herbaty.

– Pytam, czy był pan zaproszony.

– Nie – odparłem z lekkim uśmiechem. – To pani wydaje tu zaproszenia.

Wsypała herbatę z powrotem do puszki i odłożywszy ją razem z łyżką na miejsce, wróciła na krzesło ze zmarszczonym czołem i wysuniętą dolną wargą jak dziecko bliskie płaczu.

Tymczasem młodzieniec narzucił na siebie jakiś obszarpany łach i stał teraz przy ogniu, popatrując na mnie z ukosa z taką wrogością, jakby istniała między nami śmiertelna waśń. Nie miałem pewności, czy należy do służby, chociaż wskazywałyby na to język i odzież, zupełnie niedorównujące gospodarzom. Gęste brązowe kędziory miał brudne i zaniedbane, wąsy zachodziły mu na policzki, a śniade dłonie świadczyły o fizycznej pracy. Mimo to nosił się swobodnie, niemal wyniośle, a wobec pani domu nie okazywał ani trochę skwapliwej uniżoności. Wobec braku jakichkolwiek znamion jego pozycji w tym domu uznałem, że najlepiej będzie udawać, że nie dostrzegam jego dziwacznego zachowania. Pięć minut później z kłopotliwej sytuacji uratowało mnie przybycie Heathcliffa.

– No to jestem, zgodnie z obietnicą! – wykrzyknąłem, siląc się na wesołość. – Obawiam się tylko, że pogoda zatrzyma mnie tu przynajmniej na pół godziny, jeśli zechce mi pan użyczyć schronienia.

– Pół godziny? – Heathcliff strząsnął płatki śniegu z odzieży. – Że też chciało się panu przypętać tu w taką zawieruchę. Wie pan, że ryzykuje życie, włócząc się po tych bagnach? Nawet ludzie obeznani z wrzosowiskiem często gubią drogę w takie wieczory, a powiem panu, że nie ma co liczyć na rychłą zmianę pogody.

– A nie znajdzie się u pana chłopak, który mnie poprowadzi? Potem zostałby w Drozdowym Gnieździe do rana. Może tak być?

– Nie może.

– Och, doprawdy! No cóż, będę musiał zdać się na siebie.

– A tam!

– Co z tą herbatą? – spytał obszarpaniec, przenosząc gniewny wzrok ze mnie na młodą damę.

– On też ma dostać? – zwróciła się tamta do Heathcliffa.

– Rusz się wreszcie! – Odpowiedź brzmiała tak ostro, że aż się wzdrygnąłem. Ton, jakim wypowiedział te słowa, zdradzał naprawdę zły charakter. Teraz już nie nazwałbym go „kapitalnym gościem”. Kiedy przygotowania dobiegły końca, burknął w moją stronę: – Przysuń pan sobie krzesło. – Po czym wszyscy, włącznie z kudłatym indywiduum, zasiedliśmy do stołu i w ponurej ciszy zabraliśmy się do jedzenia.

Doszedłem do wniosku, że jeśli to moja obecność wywołała ten grobowy nastrój, to powinienem starać się go rozproszyć. Może mają nienajlepsze charaktery, ale na pewno nie cały czas są tacy posępni i milczący.

– To dziwne – zacząłem w przerwie między jedną filiżanką herbaty a drugą – jak bardzo zwyczaj wpływa na nasze gusta i idee. Mało kto wyobraża sobie, że w miejscu tak oddalonym od świata można zaznać prawdziwie szczęśliwego życia. A jednak śmiem zauważyć, że pan w otoczeniu rodziny, ze swoją uroczą panią, istnym duchem strzegącym ogniska domowego…

– Z moją uroczą panią? – przerwał mi z niemal szatańskim szyderstwem w głosie. – Gdzież ona jest, ta „moja urocza pani”?

– No… mam na myśli panią Heathcliff… Pańską małżonkę.

– Ach, tak… Więc pan sobie wyobraża, że jej duch przyjął posadę anioła stróża Wichrowych Wzgórz i strzeże ich pomyślności, chociaż ciało leży w ziemi?

Spostrzegłszy, że popełniłem gafę, usiłowałem ją naprawić. Powinienem przecież zauważyć znaczną różnicę wieku obu stron, która wskazywała, że raczej nie są mężem i żoną. On miał koło czterdziestki – a wówczas mężczyzna ma dość sprawny umysł, by nie ulegać złudzeniu, że dziewczyna poślubi go z miłości; takie marzenia bywają pociechą schyłkowych lat życia. Ona zaś nie wyglądała nawet na siedemnaście.

I wtedy doznałem olśnienia: ten błazen u mego boku, który pije herbatę ze spodka i je chleb, nie umywszy rąk, to zapewne jej mąż, Heathcliff junior. Oto skutki pogrzebania się żywcem: dziewczyna wydała się za tego gbura, nie mając pojęcia, że istnieją lepsi. Jaka szkoda! Muszę teraz uważać, żeby z mojego powodu nie pożałowała swego kroku. Tę ostatnią refleksję można by uznać za zarozumialstwo, ale to nieprawda. Mój sąsiad wydał mi się wręcz odpychający, ja zaś – wiem to z doświadczenia – uchodzę za względnie atrakcyjnego.

– Pani Heathcliff jest moją synową – oznajmił gospodarz, potwierdzając moje przypuszczenie. Mówiąc to, rzucił jej osobliwe spojrzenie. Można by je uznać za nienawistne, chyba że w przeciwieństwie do innych ludzi układ mięśni na jego twarzy nie odzwierciedlał języka duszy.

– Ach, rzeczywiście… Teraz widzę, że to pan jesteś szczęśliwym posiadaczem tu obecnej dobrej wróżki – zwróciłem się do mego sąsiada.

Już gorzej trafić nie mogłem; młodzieniec poczerwieniał i zacisnął pięść, najwyraźniej szykując się do ataku. Wkrótce jednak się opanował i wyładował złość jedynie w ordynarnym przekleństwie wymamrotanym pod moim adresem. Postanowiłem udać, że go nie słyszę.

– Nie masz pan dziś szczęścia do domysłów – zauważył pan Heathcliff. – Żaden z nas nie ma prawa własności do pańskiej dobrej wróżki; jej małżonek nie żyje. Nazwałem ją synową, co oznacza, że musiała poślubić mojego syna.

– Więc ten młody człowiek…

– Nie jest moim synem, rzecz jasna.

Heathcliff uśmiechnął się znowu, jakby przypisanie mu ojcostwa owego niedźwiedzia uznał za zbyt śmiały żart.

– Nazywam się Hareton Earnshaw – burknął tamten – i radziłbym panu się z tym liczyć.

– Nie okazałem wszak braku szacunku – odrzekłem, wyśmiewając w duchu jego napuszony ton.

Utkwił we mnie tak wyzywający wzrok, że wolałem się odwrócić. Jeszcze by mnie podkusiło, żeby przyłożyć mu w ucho albo dać głośno wyraz mojej wesołości. Zacząłem czuć się wyraźnie nie na miejscu w tym przyjemnym kółku rodzinnym. Posępna atmosfera zniweczyła niemal doszczętnie poczucie otaczającego mnie fizycznego komfortu, toteż obiecałem sobie, że nieprędko zdecyduję się po raz trzeci zawitać w te progi.

Posiłek miał się ku końcowi, ale nikt nie zdobył się na choćby słowo towarzyskiej rozmowy. Podszedłem do okna, żeby zerknąć na pogodę, i moim oczom ukazał się godny pożałowania widok. W przedwcześnie zapadającej ciemności niebo i wzgórza tonęły w wirach szalejącego wiatru i gęstego śniegu.

– Nie sądzę, żebym dotarł do domu bez przewodnika – wyrwało mi się mimo woli. – Drogi lada chwila całkiem zasypie, a nawet gdyby nie, to i tak nic nie zobaczę po ciemku.

– Hareton, zapędź ten tuzin owiec do przedsionka stodoły i zastaw je deską. W zagrodzie zginęłyby pod śniegiem.

– A ja co mam zrobić? – spytałem z rosnącą irytacją.

Nie doczekałem się odpowiedzi. Rozejrzawszy się wokół, dostrzegłem tylko Josepha, z wiadrem owsianki dla psów, i panią Heathcliff, pochyloną nad ogniem i zabawiającą się zapalaniem zapałek, które spadły z gzymsu, kiedy odkładała tam puszkę z herbatą. Joseph, uwolniwszy się z ciężaru, ogarnął krytycznym spojrzeniem pokój i odezwał się skrzekliwie:

– Bedzie tak tu sterczeć i sie lenić, kiedy uny poszli do roboty? Żadnego pożytku z takiego próżniaka! Szkoda godoć, diabli jo wezno, jako i jej matkę wzieni!

W pierwszej chwili wziąłem ten potok elokwencji do siebie i już zamierzałem wykopać starego hultaja za drzwi, kiedy powstrzymała mnie odpowiedź pani Heathcliff:

– Ty stary, niegodziwy obłudniku! Nie boisz się, że to ciebie diabli zawloką do piekła, skoro tak ich przyzywasz? Lepiej mnie nie zaczepiaj, bo poproszę ich o tę szczególną przysługę. Popatrz no, Josephie! – Tu ściągnęła z półki dużą ciemną księgę. – Pokażę ci, jakie postępy zrobiłam w czarnej magii. Tylko patrzeć, jak zaprowadzę w tym domu swoje porządki. Ta czerwona krowa nie zdechła przez przypadek. A twojego reumatyzmu też nie można uznać za dopust Opatrzności.

– Och, przeklęta, przeklęta… – sapał stary. – Panie, strzeż nas od wszelkiego zła!

– Sam jesteś potępieńcem, stary łotrze! Wynocha stąd, bo naprawdę coś ci zrobię! Ulepię kukły was wszystkich z wosku i gliny, a wtedy pierwszy, który mi się narazi… Nie powiem, co się z nim stanie, ale zobaczycie! No, jazda stąd, patrzę na ciebie!

W pięknych oczach młodej wiedźmy zapaliły się drwiące, złośliwe błyski.

Przerażony nie na żarty Joseph krzyknął raz jeszcze: „Przeklęta!” i mamrocząc modlitwy, pośpiesznie opuścił pokój. Uznałem jej zachowanie za rodzaj okrutnego żartu, teraz jednak, kiedy zostaliśmy sami, odważyłem się zwrócić jej uwagę na moją sytuację.

– Pani Heathcliff, proszę mi wybaczyć, że ją niepokoję, ale jak mniemam, istota o takiej twarzy musi mieć dobre serce. Zechce mi pani objaśnić, jakimi znakami powinienem się kierować, idąc do domu? Mam o tym takie samo pojęcie, co pani o drodze do Londynu.

– Niech pan po prostu wraca drogą, którą przyszedł – odparła, rozsiadając się na krześle przy świecy z otwartą księgą. – To krótka rada, ale innej nie mam.

– Więc jeśli usłyszy pani, że znaleziono mnie martwego w bagnie albo w zaspie śnieżnej, sumienie nie podszepnie pani, że to częściowo z jej winy?

– Co takiego? Przecież pana nie odprowadzę. Nie pozwoliliby mi dojść nawet do końca ogrodu.

– Ależ pani! Za nic nie śmiałbym prosić, abyś w taką noc wyszła choćby za próg dla mojej wygody! Chcę tylko, byś mi powiedziała, jak mam iść, albo nakłoniła pana Heathcliffa, by zgodził się dać mi przewodnika.

– To znaczy kogo? Jest tylko on sam, Earnshaw, Zillah, Joseph i ja. Kogo byś pan wybrał?

– Nie macie żadnych parobków?

– Nie.

– W takim razie będę zmuszony przenocować.

– Musi pan to ustalić z gospodarzem. Ja nie mam tu nic do gadania.

– Masz pan teraz nauczkę, żeby nie włóczyć się nocami po wzgórzach – rozległ się od kuchennego wejścia szorstki głos Heathcliffa. – Co się tyczy noclegu, to nie mamy tu pokoi dla gości. Będzie pan musiał spać z Haretonem albo Josephem, jeśli wola.

– Mogę spać tutaj, na krześle.

– O, co to, to nie! Obcy to jednak obcy, nieważne, bogaty czy biedny. Nikt nie będzie mi buszował po domu, gdy tylko spuszczę go z oka – zaprotestował gburowato.

Tego mi było za wiele. Wydawszy okrzyk oburzenia, przepchnąłem się obok niego na podwórze z takim impetem, że wpadłem prosto na Earnshawa. W ciemnościach nie mogłem dostrzec bramy. Błąkając się po omacku, usłyszałem kolejną wymianę uprzejmości tutejszych mieszkańców:

– Odprowadzę go chociaż do parku – zlitował się nade mną młodzian.

– Raczej do diabła! – ryknął jego pan czy może krewny. – A kto zajmie się końmi, co?

– Życie ludzkie jest chyba więcej warte niż zaniechanie obrządku. Ktoś przecież musi pójść – mruknęła pani Heathcliff uprzejmiej, niż się spodziewałem.

– Nie na twój rozkaz! – wypalił Hareton. – Siedź cicho, jeśli ci na nim zależy.

– To mam nadzieję, że jego duch nie da ci spokoju, a Drozdowe Gniazdo popadnie w ruinę, bo pan Heathcliff nigdy nie znajdzie nowego dzierżawcy!

– Słuchajcie ji tylko, jak klnie – mruknął siedzący nieopodal Joseph.

Doił właśnie krowy przy świetle latarni, którą mu bezceremonialnie wyrwałem i wołając, że odeślę ją jutro, pośpieszyłem do najbliższej furtki.

– Panie, panie, un kradnie latarnie! – wrzasnął stary, ruszając w pogoń. – Hej, Gnat! Hej, Wilk! Bierzcie go, pieski, bierzcie!

Dopadły mnie tuż przy wyjściu. Od razu rzuciły mi się do gardła, obaliły na ziemię i zadeptały światło. Chóralny rechot Heathcliffa i Haretona dopełnił miary mojej furii i upokorzenia. Na szczęście bestie wolały przeciągać się, ziewać i merdać ogonami niż pożerać mnie żywcem, ale nie pozwalały mi się ruszyć, dopóki ich złośliwi właściciele nie zdecydowali się mnie uwolnić. Wtedy – bez kapelusza i trzęsąc się z gniewu – zażądałem od niegodziwców, by mnie wypuścili, bo jeszcze minuta, a gorzko tego pożałują. Miotałem przy tym bliżej nieokreślone groźby odwetu, przy czym język mi się plątał jak u samego króla Leara³.

Z tego wszystkiego puściła mi się krew z nosa, ale Heathcliff nadal się śmiał, a ja nadal go lżyłem. Nie wiem, czym skończyłaby się ta scena, gdyby nie wkroczyła na nią osoba, która okazała więcej rozsądku niż ja i więcej dobrej woli niż mój prześladowca. Była to Zillah, owa korpulentna gospodyni, która w końcu postanowiła sprawdzić, co to za awantura. Myślała, że dopuszczono się na mnie napaści, ale bojąc się atakować pana domu, skierowała całą artylerię wokalną przeciwko młodszemu nikczemnikowi.

– Ejże, paniczu Earnshaw, ciekawe, co pan jeszcze zmaluje! Będziemy teraz mordować gości w naszych własnych progach? Widzę, że nic tu po mnie! Spójrzcie na tego biedaka, przecie on się dusi! Tak nie można, chodźcie, panie, do środka, zaraz was opatrzę… No, no, spokojnie, wszystko będzie dobrze.

Z tymi słowami chlusnęła mi na kark lodowatą wodą i wciągnęła do kuchni. Pan Heathcliff, którego chwilowa wesołość ustąpiła szybko dawnemu ponuractwu, podążył tuż za nami.

Czułem się strasznie chory i słaby, do tego kręciło mi się w głowie, musiałem więc zostać na noc pod jego dachem. Kazał Zillah nalać mi szklaneczkę brandy, po czym nas zostawił. Zillah starała się, jak mogła, aby mi ulżyć w niedoli, a kiedy poczułem się nieco lepiej, spełniła polecenie pana i zaprowadziła mnie do łóżka.------------------------------------------------------------------------

¹ „nigdy nie wyznałem swej miłości słowami” – zob. William Szekspir, Wieczór Trzech Króli, akt II, sc. IV, tłum. Piotr Kamiński (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

² „stado opętanych świń” – zob. Ewangelie św. Marka 5,11–13, św. Łukasza 8,32–33, a także św. Mateusza 8,30–32.

³ „język mi się plątał jak u samego króla Leara” – zob. William Szekspir, Król Lear, akt II, sc. IV, tłum. Stanisław Barańczak.

⁴ Zob. Ewangelia św. Mateusza 18,21–22.

⁵ „Tyś jest tym mężem!”, zob. II Księga Samuela 12,7 (Biblia Gdańska).
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij