Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Wiosenna ofiara - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 marca 2021
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Wiosenna ofiara - ebook

Ostatnia część uznanej serii sezonowej Andersa de la Motte.

Noc Walpurgii, rok 1986. Na południowym krańcu Szwecji w lesie sąsiadującym z zamkiem doszło do rytualnego morderstwa szesnastoletniej dziewczyny. Za ten straszny czyn zostaje skazany jej przyrodni brat. Wkrótce cała rodzina znika bez śladu.

Wiosną 2019 roku do zamku wprowadza się doktor Thea Lind. Kobieta dokonuje dziwnego odkrycia w starym dębie, co pogłębia jej fascynację tragedią sprzed lat. Kiedy odnajduje więcej podobieństw między własną burzliwą przeszłością a wychowaniem zamordowanej dziewczyny, wzmacnia się jej przekonanie, że prawda o zabójstwie nigdy nie została odkryta.

Wiosna sprzed ponad 30 lat pochłonęła więcej niż jedną ofiarę.

Anders de la Motte zadebiutował w 2010 roku i od tamtego czasu jest jednym z najbardziej lubianych autorów powieści kryminalnych w Szwecji. Zanim został pisarzem, pracował jako policjant. Dwukrotnie otrzymał nagrodę Szwedzkiej Akademii Powieści Kryminalnych. Mieszka z rodziną w miejscowości Lomma.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8143-278-8
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

19 maja 1986

Kiedy tylko Stef­cio wje­chał na mokra­dła, zaczął myśleć o mar­twej dziew­czy­nie. Nie można było tego nie robić. Wia­do­mość prze­słana przez głu­chy tele­fon, który zaczął dzia­łać już ran­kiem pierw­szego maja, zdą­żyła pod­czas ostat­nich tygo­dni wie­lo­krot­nie obiec oko­licę. Wypeł­niła mu głowę prze­ra­ża­ją­cymi obra­zami, przed któ­rymi nie spo­sób było się obro­nić.

Nie­ru­chome ciało na ofiar­nym gła­zie w kamien­nym kręgu. Biała sukienka, roz­pusz­czone włosy. Nie­gdyś tak piękna twarz okryta zakrwa­wioną chustką, jakby ten, kto ode­brał jej życie, nie chciał potem spoj­rzeć jej w oczy.

Więk­szość miesz­kań­ców Tor­naby miała już cał­ko­witą pew­ność co do tego, kto ją zamor­do­wał, a także co do tego, że wszystko było okropną, lecz nie skom­pli­ko­waną histo­rią. Tra­ge­dią rodzinną. Ale byli i tacy, któ­rzy szep­tali, że w noc Wal­pur­gii zda­rzyło się coś zupeł­nie innego. Że może nawet Zie­lony Czło­wiek¹ sam przy­był po swoją wio­senną ofiarę.

Stef­cio wzdry­gnął się, cho­ciaż od dawna nie wie­rzył w opo­wie­ści o duchach. Bagienny las gęst­niał po bokach wąskiej żwi­ro­wej drogi, szo­ro­wał po lakie­rze auta dłu­gimi zie­lo­nymi palu­chami. Ze wszyst­kich tere­nów wokół pałacu Ste­fan naj­bar­dziej nie cier­piał bagien. Wil­goć, odór zgni­li­zny. Nasiąk­nięte wodą pod­łoże, które cza­sem utrzy­my­wało czło­wieka, by w następ­nej chwili wcią­gnąć buty tak głę­boko w błoto, że doro­słemu męż­czyź­nie trudno było wydo­stać się o wła­snych siłach. „Bagna to zie­mie Zie­lo­nego Czło­wieka – mawiał zawsze dzia­dek. – Ludzie powinni trzy­mać się od nich z daleka”. Ten prze­sądny stary zrzęda miał rację, przy­naj­mniej w poło­wie.

Żwi­rowa droga, którą jechał Stef­cio, pro­wa­dziła na naj­dal­szy skraj mokra­deł. Do Czar­nej Zagrody, gdzie nie­gdyś miesz­kała zabita dziew­czyna. Nie daw­niej niż mie­siąc temu Ste­fan pod­wiózł ją do przy­stanku auto­bu­so­wego. Sie­działa w jego pika­pie na przed­nim sie­dze­niu, tuż obok niego. Nie mówiła dużo, wyglą­dała na zamy­śloną. Przy­glą­dał się jej ukrad­kiem, obser­wo­wał jej ruchy, jej twarz. Nie wia­domo skąd ogar­nęło go uczu­cie, któ­rego nie potra­fił wytłu­ma­czyć.

Był żonaty, miał dwie córeczki, dom, samo­chód i dobrą pracę. Cenił to wszystko, ale aku­rat w tej chwili, kiedy sie­dział obok pięk­nej dziew­czyny, wydało mu się to bala­stem. Życie miał już upo­rząd­ko­wane. Było długą, prze­wi­dy­walną podróżą bez naj­mniej­szej odro­biny cze­goś pocią­ga­ją­cego, zabro­nio­nego, co pro­mie­nio­wało z jego pasa­żerki. Nawet tym pach­niała. Słodko i kwa­sko­wato, jak świeżo roz­wi­nięte kwiaty bzu. Ten zapach wzbu­dzał tęsk­notę. Pożą­da­nie.

W pew­nym momen­cie, kiedy odwró­ciła wzrok, był bar­dzo bli­sko wycią­gnię­cia ręki, żeby jej dotknąć. Jakby lek­kim dotknię­ciem mógł wziąć udział we wszyst­kim, co stra­cił. W ostat­niej chwili się powstrzy­mał, ale uczu­cie straty prze­śla­do­wało go jesz­cze przez kilka dni.

Żwi­rowa droga sta­wała się coraz gor­sza, im dalej wjeż­dżał na teren mokra­deł; sta­rał się omi­nąć naj­głęb­sze dziury. Zgod­nie ze spi­saną umową Lasse Svart miał utrzy­my­wać drogę w dobrym sta­nie, ale oczy­wi­ście to igno­ro­wał. Lasse przez lata mógł liczyć na to, że hra­bia ni­gdy nie znaj­dzie innego dzier­żawcy, że nikt nie będzie zain­te­re­so­wany kil­ku­na­stoma akrami pod­mo­kłego lasu. W Czar­nej Zagro­dzie mógł robić pra­wie wszystko, co chciał. To było jego małe kró­le­stwo, z dala od wszel­kich praw, zasad i cie­kaw­skich oczu.

Ale to było przed nocą Wal­pur­gii. Zanim szes­na­sto­let­nią córkę Svarta zna­le­ziono mar­twą na kamie­niu ofiar­nym, wokół któ­rego zie­mia była zryta odci­skami kopyt.

_Pod­czas nocy Wal­pur­gii gra­nica mię­dzy życiem a śmier­cią jest naj­cień­sza. Wszystko jest w ruchu, Natura jest głodna, a Zie­lony Czło­wiek galo­puje przez lasy._

Stef­cio stłu­mił kolejny dreszcz.

Las się skoń­czył i samo­chód wje­chał na błot­ni­sty dzie­dzi­niec Czar­nej Zagrody. Trzy zruj­no­wane budynki przy­cup­nęły w ciem­no­ści pod drze­wami, jakby pró­bo­wały się ukryć. Wśród pokrzyw stały zardze­wiałe narzę­dzia rol­ni­cze.

Odwie­dzał Czarną Zagrodę już kilka razy, zwy­kle w towa­rzy­stwie admi­ni­stra­tora zamku Erika Nyberga, i za każ­dym razem wybie­gało im na spo­tka­nie stado roz­sz­cze­ka­nych terie­rów, zanim jesz­cze zdą­żył zatrzy­mać samo­chód. Teraz nie poja­wiły się żadne psy. Wszystko tchnęło ciszą i spo­ko­jem. Nawet ptaki szcze­gól­nie nie hała­so­wały, mimo że był wio­senny pora­nek. Na podwórku pano­wała dziwna, przy­tła­cza­jąca cisza.

Stef­cio stał przez kilka minut przy samo­cho­dzie. Wsu­nął pod wargę prymkę tyto­niu i cze­kał, aż Lasse lub jedna z jego kobiet wyj­dzie z domu i zapyta, czego do cho­lery chce. Ale wszystko było ciemne i ciche. Czer­wony pikap Las­sego znik­nął, nie było go ani na dzie­dzińcu, ani w bra­mie wjaz­do­wej. Sta­rego, brud­nego forda, któ­rym jeź­dziły kobiety, też nie dostrzegł. Spoj­rzał na zega­rek. Wpół do ósmej rano. Kto wyjeż­dżałby tak wcze­śnie?

Kątem oka zauwa­żył jakiś ruch. Mały pie­sek wyglą­dał zza węgła kuźni. Młody psiak, pra­wie szcze­niak.

– Chodź tu! – powie­dział Stef­cio, nie wie­dząc dla­czego.

Pies zro­bił kilka ostroż­nych kro­ków do przodu. Trzy­mał nisko głowę i pra­wie czoł­gał się po ziemi, pod­ku­liw­szy ogon lękli­wie pod sie­bie. Potem nagle zatrzy­mał się i zastygł, jakby coś usły­szał.

Stef­cio odwró­cił głowę, ale w budynku wciąż było ciemno i cicho. Kiedy ponow­nie spoj­rzał w kie­runku psa, już go nie było. W poło­wie beto­no­wych scho­dów do domu zdał sobie sprawę, że fron­towe drzwi są uchy­lone. Stał na scho­dach, nie wie­dząc, co robić. Na ścia­nie obok wej­ścia wisiała pół­me­trowa figura wyko­nana z ple­cio­nych zie­lo­nych gałą­zek. Jego dzia­dek robił podobną co wio­snę i wie­szał na drzwiach wej­ścio­wych, aby Zie­lony Czło­wiek odje­chał w noc, nie zatrzy­mu­jąc się przy domu.

– Dzień dobry? Jest tam kto?

Słowa odbi­jały się od ścian budyn­ków i wra­cały znie­kształ­co­nym echem, jakby w rze­czy­wi­sto­ści był to głos kogoś innego. Kogoś, kto obser­wo­wał go z ciem­no­ści, spo­mię­dzy zie­leni. Naśla­do­wał go, draż­nił się z nim. Stef­cio ponow­nie spoj­rzał na paskudną postać z gałą­zek i przez krótką chwilę był bli­ski tego, by zejść ze scho­dów, wsko­czyć do samo­chodu i odje­chać. Naj­wy­żej powie Eri­kowi Nyber­gowi, że nikogo nie zastał w domu i że odczyt tego cho­ler­nego wodo­mie­rza musi pocze­kać.

Ale był doro­słym męż­czy­zną, który miał zada­nie do wyko­na­nia, a nie chłop­czy­kiem boją­cym się opo­wie­ści o duchach.

Zapu­kał we fra­mugę.

– Halo! – krzyk­nął ponow­nie. – Jest tam kto? Tu Stef­cio z zamku.

Nikt nie odpo­wie­dział. Cisza panu­jąca w domu spra­wiła, że poczuł się jesz­cze bar­dziej nie­swojo. Koszula przy­kle­iła mu się do ple­ców. Wziął głę­boki oddech. Zapu­kał po raz drugi, tym razem moc­niej. Otwo­rzył drzwi cał­ko­wi­cie i wszedł do holu. W domu dziw­nie pach­niało. Stę­chłą, zwie­rzęcą wonią, któ­rej nie spo­sób było okre­ślić.

– Halo?

Zaj­rzał do kuchni. Na stole kuchen­nym stały uży­wane tale­rze, szklanki i sztućce dla trzech osób. Wśród resz­tek jedze­nia brzę­czały muchy. Jedno z krze­seł było prze­wró­cone. Odwró­cił się. Za drzwiami po dru­giej stro­nie kory­ta­rza dostrzegł równo zaście­lone łóżko.

– Halo?! – krzyk­nął, tym razem w kie­runku pię­tra.

Na­dal nie usły­szał odpo­wie­dzi. Uczu­cie nie­po­koju wzro­sło, ale opa­no­wał się i wszedł po stro­mych scho­dach. Stop­nie zaskrzy­piały pod jego butami.

Na pię­trze było ciemno. Po lewej stro­nie zoba­czył sypial­nię z podwój­nym łóż­kiem, rów­nie sta­ran­nie zasła­nym jak to na par­te­rze. Drzwi po pra­wej były zamknięte. Minęło kilka sekund, nim zdał sobie sprawę, że nie poma­lo­wano ich na jed­no­lity zie­lony kolor, jak mu się wyda­wało w pierw­szej chwili, lecz pokryto sta­ran­nie wyko­na­nym wzo­rem w liście. Wyglą­dały pra­wie jak dzieło sztuki.

_Pokój Elity_, napi­sane było pięk­nymi, ozdob­nymi lite­rami na wyso­ko­ści oczu. To tutaj miesz­kała. Elita Svart. Wio­senna ofiara. Stef­cio poło­żył dłoń na klamce; wyda­wało mu się, że sły­szy wła­sne serce, któ­rego ude­rze­nia odbi­jają się echem w całym domu. Miał zamiar zro­bić coś zaka­za­nego, wejść do świata, do któ­rego tak naprawdę nie miał dostępu. Nie­pro­szony gość, intruz.

Potem zoba­czył kolejny napis na drzwiach. Małe, nie­zgrab­nie naba­zgrane litery, które pra­wie wto­piły się w tło, ale stały się wyraź­niej­sze, gdy jego oczy przy­zwy­cza­iły się do ciem­no­ści.

_Natura jest głodna, a Zie­lony Czło­wiek galo­puje przez lasy._

Jed­no­cze­śnie odkrył coś innego. Pośród nama­lo­wa­nych liści kryła się wielka, nie­sa­mo­wita męska twarz. Nagle zro­zu­miał i zro­biło mu się zimno. Nie wie­dział dla­czego, ale uczu­cie było tak silne, że pod­nio­sły mu się włosy na karku i dotknęły koł­nie­rza koszuli. Coś się wyda­rzyło w tym domu. Coś złego, co spra­wiło, że Lasse Svart i jego kobiety zerwali się od kola­cji, popę­dzili do samo­cho­dów i odje­chali w środku nocy. Coś, co miało zwią­zek z mar­twą szes­na­sto­let­nią dziew­czyną na zim­nej skale i z wid­mo­wym jeźdź­cem, który galo­po­wał przez las.

Stef­cio puścił klamkę i poko­nał schody w trzech sko­kach.

Prze­biegł przez hol, wysko­czył na zewnątrz i pognał do samo­chodu.

Uru­cho­mił sil­nik, ruszył i nie spo­glą­dał w lusterko wsteczne, aż był abso­lut­nie pewien, że Czarna Zagroda znik­nęła w zie­leni.1

„Cześć, Mar­gaux, tu Thea. Prze­pra­szam, że dawno nie dzwo­ni­łam. Wiele się zmie­niło. Ale teraz David i ja jeste­śmy na miej­scu, w Ska­nii. Możemy roz­po­cząć nowe życie. To będzie nowa histo­ria, szczę­śliw­sza niż ta poprzed­nia. Przy­naj­mniej taką oboje mamy nadzieję”.

Nagra­nie z kamery drona zaczyna się od zbli­że­nia bramy zam­ko­wej i wspa­nia­łych kamien­nych scho­dów. Następ­nie kamera oddala się powoli, aż wresz­cie widać cały zamek. Duża część cen­tralna z dwoma dobu­do­wa­nymi skrzy­dłami, które spra­wiają, że budy­nek wygląda z góry jak wypu­kłe H. Biała, świeżo otyn­ko­wana ele­wa­cja, zie­lony mie­dziany dach, wozow­nia i staj­nia nieco dalej w prawo, za wschod­nim skrzy­dłem. Fosa za skrzy­dłem zachod­nim. Potem głos spi­kera.

_Zamek Boke­lund jest poło­żony około czte­rech kilo­me­trów od małej miej­sco­wo­ści Tor­naby w gmi­nie Ljungslöv, w pół­nocno-zachod­niej Ska­nii, nie­da­leko połu­dnio­wego krańca Söderåsen. Zamek jest jed­nym z naj­star­szych w Ska­nii. Jego histo­ria sięga XIII wieku. Obecny główny budy­nek w stylu fran­cu­skiego neo­re­ne­sansu został zbu­do­wany około 1880 roku, ale pozo­sta­ło­ści sta­rego zamku na­dal można zoba­czyć w lochach, w któ­rych zacho­wała się jedna z cel wię­zien­nych._

To ostat­nie stwier­dze­nie jest nieco prze­sa­dzone. Nikt tak naprawdę nie wie, do czego słu­żyło małe, skle­pione pomiesz­cze­nie w piw­nicy. Ale David miał rację; trzeba przy­znać, że cela wię­zienna w lochach brzmi znacz­nie lepiej niż piw­niczna spi­żar­nia.

Kamera drona oddala się jesz­cze tro­chę, tak że widać zie­loną fosę ota­cza­jąca wyspę zam­kową, aleję, która od połu­dnia łączy zamek z główną drogą, i wąski kamienny most na pół­nocy, pro­wa­dzący do lasu zam­ko­wego. Na wscho­dzie maja­czą mokra­dła.

_Zamek Boke­lund znaj­duje się na wyspie oto­czo­nej fosą, która powstała w XVII wieku, kiedy odpro­wa­dzano wodę z pobli­skiego bagni­ska Tornabyträsket. Bagno, które jest jed­nym z naj­więk­szych mokra­deł w Ska­nii, to obszar o boga­tej flo­rze i fau­nie, objęty pro­gra­mem Natura 2000._

Teraz cię­cie; fil­mik poka­zuje jele­nie w świe­tle słońca, papro­cie, mech, ważkę tań­czącą nad sto­jącą wodą, klucz gęsi na tle błę­kit­nego nieba. Powrót do nagra­nia z drona. Nowy najazd kamery, tym razem z góry na dół, w odwró­co­nej wer­sji pierw­szego uję­cia, tak że na końcu znów uka­zują się schody zamku i obszerny ganek, na któ­rym stoją David i ona.

_Od 1996 roku zamek jest wła­sno­ścią Fun­da­cji Boke­lund i jest przez nią zarzą­dzany. Fun­da­cję zało­żył hra­bia Rudolf Gor­don, ostatni pry­watny wła­ści­ciel zamku. Fun­da­cja Boke­lund jest jedyna w swoim rodzaju; jej celem jest pro­mo­cja oko­lic Tor­naby i ich miesz­kań­ców. Fun­da­cja finan­suje m.in. linię auto­bu­sową i etat leka­rza rejo­no­wego, a także przy­znaje sty­pen­dia. Zamek został nie­dawno odre­stau­ro­wany i przy­wró­cony do daw­nej świet­no­ści._

Klip się koń­czy.

– Co o tym sądzisz? – David wygląda na peł­nego entu­zja­zmu, ale też zde­ner­wo­wa­nego. – Wywiad zro­bimy za chwilę i dokle­imy na końcu.

– Nie­złe – mówi Thea i na widok miny Davida natych­miast żałuje wyboru słowa. – Pro­fe­sjo­nalne – dodaje. – Bar­dzo pro­fe­sjo­nalne.

David wygląda na bar­dziej zado­wo­lo­nego. Zamyka lap­topa i kła­dzie go na kamien­nej balu­stra­dzie.

– Wła­śnie dosta­łem to od pro­du­centa. – Wska­zuje na niskiego męż­czy­znę w czapce z dasz­kiem, który stoi w pew­nej odle­gło­ści i roz­ma­wia z kame­rzy­stą i ope­ra­to­rem dźwięku. – Zostało tro­chę doku­men­tów i muzyka, ale dołoży się to po wywia­dzie. Myślę, że będzie świet­nie. Żeby tylko pogoda się utrzy­mała.

Spo­gląda stro­skany na niebo. Jest upal­nie jak na drugą połowę kwiet­nia i świeci wio­senne słońce, ale na hory­zon­cie zaczęły poja­wiać się pasma sza­rych chmur.

– To musi być per­fek­cyjne – mam­ro­cze David, chyba bar­dziej do sie­bie niż do niej. Thea kła­dzie mu dłoń na ramie­niu.

– Będzie dobrze, nie dener­wuj się.

David kiwa głową, uśmie­cha się tro­chę krzywo. Ma na sobie śnież­no­biały strój szefa kuchni. Jego siwie­jąca broda jest sta­ran­nie przy­strzy­żona wzdłuż linii żuchwy, a jasne włosy zacze­sane do tyłu. Pod­cho­dzi do nich kobieta z kosme­tyczką przy­piętą do paska.

– Dzień dobry. Chcia­ła­bym przy­pu­dro­wać panu czoło.

– Jasne, oczy­wi­ście.

Cha­rak­te­ry­za­torka jest około trzy­dziestki, praw­do­po­dob­nie jakieś pięt­na­ście lat młod­sza od Thei i Davida. Cał­kiem atrak­cyjna. Nie tak dawno temu David sta­rałby się ją ocza­ro­wać swoim peł­nym pew­no­ści sie­bie wil­czym uśmie­chem, któ­remu tak trudno się oprzeć. Ale teraz nie jest swoim zwy­kłym ja. Od czasu do czasu nie­świa­do­mie przy­gryza pazno­kieć kciuka, tak że koniu­szek palca robi się czer­wony. Wiza­żystka musi się mocno napra­co­wać, aby zama­sko­wać błysz­czący pot na jego czole. Odwraca się do Thei.

– Czy pani też będzie udzie­lała wywiadu?

– Nie – prze­rywa David. – Moja żona jest tro­chę nie­śmiała.

Mruga do Thei, jakby chciał powie­dzieć, że wszystko w porządku. Że skoń­czyli się o to kłó­cić i sza­nuje jej odmowę wystą­pie­nia w tele­wi­zji. Ale Thea wie, że to nie­prawda.

– David, możesz tu przyjść na chwilę?! – woła pro­du­cent. Thea przy­suwa się do ściany. Naj­bar­dziej chcia­łaby zbiec ze scho­dów i scho­wać się w wozowni, byle dalej od kamery. Ale repor­taż tele­wi­zyjny to wielka sprawa dla zamku, więc Thea musi być na miej­scu i oka­zy­wać zain­te­re­so­wa­nie.

– Jak leci? – pyta ktoś z tyłu.

– W porządku. – Thea pró­buje ukryć zasko­cze­nie.

Matka Davida, mimo swo­ich spo­rych wymia­rów, ma nie­zwy­kły talent do pod­kra­da­nia się nie­zau­wa­żona. Ingrid jest wysoka, ma nieco ponad metr sie­dem­dzie­siąt pięć wzro­stu, a więc jest o dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­sza niż Thea. Pro­ste plecy, sze­ro­kie ramiona, żad­nego przy­gar­bie­nia, które zwy­kle poja­wia się wkrótce po osią­gnię­ciu wieku eme­ry­tal­nego. Sta­lo­wo­szare włosy są krótko ścięte, spoj­rze­nie zza oku­la­rów bystre i prze­ni­kliwe.

– Pogoda chyba się utrzyma. Całe szczę­ście.

Thea kiwa głową w odpo­wie­dzi.

– O któ­rej jutro przy­je­dzie dok­tor Anders­son?

Szybka zmiana tematu roz­mowy. To typowe dla Ingrid.

– O dzie­wią­tej – odpo­wiada Thea, cho­ciaż jest abso­lut­nie pewna, że Ingrid dosko­nale zna jej har­mo­no­gram zajęć.

– I obwie­zie cię po oko­licy. Pokaże ci przy­chod­nię i wyja­śni, jak wszystko działa.

To stwier­dze­nia, nie pyta­nia.

– Mhm.

– Sig­britt Anders­son jest zna­ko­mitą lekarką rejo­nową – kon­ty­nu­uje teściowa. – Bar­dzo zasłu­żoną dla Tor­naby.

Thea czeka na spo­dzie­wane zastrze­że­nie. I zgod­nie z ocze­ki­wa­niem takie się poja­wia.

– Ale Sig­britt od dziecka była cie­kaw­ska. Musisz tro­chę uwa­żać, co przy niej mówisz. Rozu­miesz, co mam na myśli? Zwłasz­cza jeśli cho­dzi o sprawy pry­watne.

Ingrid mil­czy zale­d­wie tyle sekund, ile potrzeba, by móc ponow­nie zmie­nić temat.

– Sły­sza­łam, że prze­sta­łaś brać leki. Cie­szę się, że wra­casz do zdro­wia.

Thea nie odpo­wiada. W duszy dzię­kuje Davi­dowi za tę małą nie­dy­skre­cję.

– David i ty potrze­bu­je­cie sie­bie nawza­jem.

Ingrid kiwa głową do swo­jego syna, gdy ten roz­ma­wia z pro­du­cen­tem i repor­te­rem, który ma prze­pro­wa­dzać wywiad.

– Musi­cie dojść do sie­bie, ode­rwać się od tego wszyst­kiego, co było.

Wciąż kiwa głową, jakby potwier­dza­jąc to, co powie­działa.

– Nawia­sem mówiąc, przy­go­to­wuję listę gości na kola­cję inau­gu­ra­cyjną. To smutne, że two­ich rodzi­ców już z nami nie ma.

Nowy temat roz­mowy wydaje się nie­winny, ale z Ingrid ni­gdy nic nie wia­domo.

– Tak – odpo­wiada Thea. Kłam­stwo jest dobrze prze­ćwi­czone i nawet nie wydaje się kłam­stwem. Ingrid dotyka jej ramie­nia.

– Powin­naś wie­dzieć, że Ber­til i ja uwa­żamy cię za naszą córkę.

Ten gest zaska­kuje Theę, nie wie, co ma powie­dzieć. Z Davi­dem spo­ty­kali się od czasu do czasu przez kilka lat, ale mał­żeń­stwem są dopiero od listo­pada. Spo­tka­nia z teściami może praw­do­po­dob­nie poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki. Ingrid Nor­din raczej nie jest osobą, która oka­zuje emo­cje lub uzna­nie.

– Jak się czuje dzi­siaj Ber­til? – Thea ratuje się pyta­niem.

– Dobrze. Chciał przy­je­chać, ale był tro­chę zmę­czony. Zaraz zaczną. – Ingrid wska­zuje na ekipę tele­wi­zyjną.

David usta­wił się w tym samym miej­scu na pode­ście, w któ­rym zakoń­czyło się nagra­nie z drona. Repor­ter, który miał prze­pro­wa­dzić z nim wywiad, był mło­dym męż­czy­zną o śnież­no­bia­łych zębach, ubra­nym w obci­sły gar­ni­tur. Wyglą­dał na zbyt ambit­nego, żeby pra­co­wać nad takimi słod­kimi repor­ta­ży­kami. On sam też chyba tak myślał, sądząc po jego mowie ciała i ziry­to­wa­nych spoj­rze­niach, które od czasu do czasu rzu­cał pro­du­cen­towi.

Pierw­sze pyta­nie brzmi jak zaczerp­nięte z pro­gramu spor­to­wego.

– Pro­szę mi powie­dzieć, panie Nor­din, jakie to uczu­cie wró­cić w rodzinne strony po ponad dwu­dzie­stu latach suk­ce­sów jako kucharz, szef kuchni i restau­ra­tor w Sztok­hol­mie?

Thea już zna odpo­wiedź. Przy­go­to­wy­wali się z Davi­dem do tej roz­mowy pra­wie tydzień. Mimo to czuje się nie­spo­dzie­wa­nie zde­ner­wo­wana.

– Oczy­wi­ście fan­ta­styczne – mówi David. – Zamek Boke­lund to wspa­niałe miej­sce na restau­ra­cję. Bar­dzo się cie­szę, że mogę pro­mo­wać moją rodzinną oko­licę i skan­dy­naw­skie tra­dy­cje kuli­narne. To dla mnie natu­ralny krok, o któ­rym marzy­łem od wielu lat.

David koń­czy wypo­wiedź uśmie­chem, który spra­wia, że wydaje się pro­mie­nieć pew­no­ścią sie­bie. Jest bar­dzo ważne, by ta część histo­rii dobrze zabrzmiała. David to wielki syn tej oko­licy, który trium­fal­nie wraca do domu, aby przy­cią­gnąć tury­stów i let­ni­ków. Nie jest restau­ra­to­rem o znisz­czo­nej repu­ta­cji, który został po cichu zmu­szony do zamknię­cia swo­ich lokali i ucieczki na połu­dnie z pod­ku­lo­nym ogo­nem.

– Więc za tym pro­jek­tem stoi pan i dwoje pana przy­ja­ciół z dzie­ciń­stwa?

Thea oddy­cha z ulgą. Dzien­ni­karz trzyma się uzgod­nio­nych kwe­stii. David rów­nież odczuwa ulgę.

– Zga­dza się. Jeanette Hel­l­man i Seba­stian Mali­now­ski. Seba­stian jest jed­nym z zało­ży­cieli firmy infor­ma­tycz­nej Cone­xus, a Jeanette ma za sobą długą karierę w branży finan­so­wej. Wszy­scy dora­sta­li­śmy w Tor­naby i postrze­gamy restau­ra­cję jako szansę na zro­bie­nie cze­goś pozy­tyw­nego dla naszych uko­cha­nych rodzin­nych stron.

_Oho! Kto napi­sał mu tę kwe­stię? To nie ty, prawda,_ ma chère_?_

Głos Mar­gaux roz­brzmiewa nie wia­domo skąd. Thea się wzdryga, powstrzy­muje odruch rozej­rze­nia się wokół sie­bie. Wie, że Mar­gaux oczy­wi­ście nie może tu być. Ale ma rację. To sfor­mu­ło­wa­nie o uko­cha­nych rodzin­nych stro­nach to zde­cy­do­wana prze­sada.

– To wspa­niała oka­zja – kon­ty­nu­uje David, odpo­wia­da­jąc na pyta­nie, które Thea prze­ga­piła. – Jeste­śmy nie­zmier­nie wdzięczni Fun­da­cji Boke­lund, która odno­wiła zamek i zain­we­sto­wała w restau­ra­cję. Przy­go­to­wała grunt, że tak powiem… – Śmieje się. Thea zerka na teściową, która jest cał­ko­wi­cie skon­cen­tro­wana na roz­mo­wie. David nie wspo­mina, że jego matka jest pre­ze­ską fun­da­cji. Ingrid stoi za więk­szo­ścią rze­czy, które dzieją się w oko­licy, także za tym wywia­dem dla tele­wi­zji.

David się roz­kręca. Głos ma mniej napięty, uśmiech staje się coraz bar­dziej spon­ta­niczny. Thea też się tro­chę roz­luź­nia.

– Czy w zamku jest jakiś duch? – sły­szy pyta­nie repor­tera.

Mar­gaux ponow­nie poja­wia się w jej myślach. Tym razem Thea ją widzi. Krótko przy­cięta grzywka, brą­zowe oczy, lekko skrzy­wiony przedni ząb, do któ­rego zawsze doci­ska język, zanim się uśmiech­nie.

– Oczy­wi­ście, że tak – mówi David. – Nawet dwa. W poło­wie osiem­na­stego wieku młoda kobieta uto­nęła, prze­cho­dząc po lodzie przez fosę. Według legendy szła z zamku na sekretną schadzkę z synem leśni­czego. Pod koniec dzie­więt­na­stego wieku inna młoda kobieta spa­dła z konia w zam­ko­wym lesie pod­czas polo­wa­nia w dniu świę­tego Huberta i zła­mała kark. Podobno cza­sami można usły­szeć obie dziew­czyny galo­pu­jące nocą po lesie. To zna­czy, jeśli wie­rzy się w baśnie.

Repor­ter kiwa głową z zain­te­re­so­wa­niem.

– Ale jest też praw­dziwa histo­ria, prawda? O trze­ciej dziew­czy­nie, która zgi­nęła. Mam na myśli „wio­senną ofiarę”.

Uśmiech Davida zastyga. Thea widzi, jak jej teściowa pro­stuje plecy.

– Tak, to smutna histo­ria. Może nie powin­ni­śmy… – David roz­gląda się nie­pew­nie, patrzy naj­pierw na Theę, a potem na pro­du­centa.

– Kamera stop!

Pro­du­cent odcho­dzi z dzien­ni­ka­rzem nieco na bok. Wydaje się, że zaczy­nają dys­ku­to­wać z iry­ta­cją. David gry­zie pazno­kieć, jego czoło lśni. Thea podcho­dzi do niego i bie­rze go za rękę. Jest gorąca i spo­cona.

– Co się stało?

Jej mąż kręci głową.

– Nic. Po pro­stu tro­chę się spe­szy­łem.

Cha­rak­te­ry­za­torka poja­wia się ponow­nie i pudruje mu czoło. Roz­mowa mię­dzy pro­du­cen­tem a repor­te­rem trwa.

– Czemu?

Thea sły­szy głos repor­tera.

– Histo­rie o praw­dzi­wych zbrod­niach są o wiele bar­dziej inte­re­su­jące. Widzo­wie to uwiel­biają, nie rozu­miem, dla­czego nie mie­li­by­śmy…

Pro­du­cent prze­rywa mu, mówi coś, co spra­wia, że repor­ter odwraca się i ze zło­ścią zbiega ze scho­dów.

David ści­ska jej dłoń. Ingrid pod­cho­dzi do pro­du­centa i wymie­niają kilka krót­kich zdań.

– Powta­rzamy wszystko – mówi pro­du­cent i macha do ope­ra­tora. – Ja będę zada­wał pyta­nia. Zaczy­namy od nowa. Trzy­mamy się tego, co uzgod­ni­li­śmy. W porządku?

David sztywno kiwa głową. Thea pusz­cza jego rękę i szybko wycho­dzi z kadru.

– Dobra, jedziemy.

Pro­du­cent zadaje to samo wstępne pyta­nie, co poprzed­nio, a David natych­miast się zacina. Powta­rzają kwe­stie kil­ka­krot­nie, ale restau­ra­tor stra­cił kon­cen­tra­cję. Odpo­wie­dzi brzmią mecha­nicz­nie i nie­na­tu­ral­nie, a jego urok oso­bi­sty prze­padł cał­ko­wi­cie. Thea widzi, jak pro­du­cent spo­gląda na zega­rek, a potem w niebo, po któ­rym sunie w ich kie­runku szare pasmo chmur.

– Robimy krótką prze­rwę. Napij się wody, Davi­dzie.

Pro­du­cent i Ingrid nara­dzają się ponow­nie. David popija wodę z butelki. Cha­rak­te­ry­za­torka powraca do nie­rów­nej walki z potem na czole.

– Wszystko poszło w cho­lerę, zanim na dobre zaczę­li­śmy – mam­ro­cze męż­czy­zna.

Thea ponow­nie bie­rze go za rękę.

– Napra­wisz to. Po pro­stu spró­buj się odprę­żyć.

– Nie potra­fię. Musimy to zro­bić w inny spo­sób.

David ści­ska jej dłoń, patrzy na nią bła­gal­nie i lekko unosi brwi, żeby zro­zu­miała, o co mu cho­dzi.

– Nie pora­dzę sobie bez cie­bie, Thea. Pro­szę…

Kobieta prze­łyka ślinę, pró­bu­jąc oce­nić ryzyko.

Ingrid prze­rywa jej myśli.

– Tak, Thea. Peter i ja roz­ma­wia­li­śmy o tym, że byłoby dobrze, gdy­byś rów­nież wystą­piła w wywia­dzie.

Wska­zuje na pro­du­centa.

– Lojalna, wspie­ra­jąca żona, nowa lekarka rejo­nowa i tak dalej.

Thea czuje, że wszy­scy na nią patrzą. Żołą­dek staje się zimną kulą, w ustach zasy­cha. David ponow­nie ści­ska jej dłoń. Coraz moc­niej, aż nie może już tego znieść. Bie­rze głę­boki oddech.

– Okej – mówi i pra­wie natych­miast żałuje, że to zro­biła. Ale teraz jest już za późno. W jej gło­wie znów roz­brzmiewa schryp­nięty głos Mar­gaux.

_Wszy­scy mamy swoje upiory, Thea. Nie­któ­rzy mają ich wię­cej niż inni._

Daleko, za ciem­nie­ją­cym sza­rym pasmem na hory­zon­cie, sły­chać groźny pomruk nad­cią­ga­ją­cej burzy.2

„Oczy­wi­ście zasta­na­wiasz się, jak sobie radzi Emma? Ucieka, gdy tylko odpi­nam smycz. Znika w lesie i nie przy­cho­dzi, gdy ją wołam. Myślę, że cię szuka, Mar­gaux. Tęskni za tobą. Obie tęsk­nimy. A ty tęsk­nisz za nami? Prze­pra­szam, to było głu­pie pyta­nie”.

Thea idzie przez buksz­pa­nowy ogród i dalej przez traw­nik na tyłach zamku. Emma zna już drogę. Pies gorącz­kowo szar­pie się i cią­gnie za smycz. Fosa jest szer­sza z tyłu zamku. Two­rzy długi, wąski staw lub nawet małe jeziorko, prze­dzie­lone kamien­nym mostem pro­wa­dzą­cym do lasu. Most ma zale­d­wie kilka metrów sze­ro­ko­ści. Został zbu­do­wany na początku dzie­więt­na­stego wieku, zapewne po to, aby hra­bio­wie mogli jeź­dzić bez­po­śred­nio z zamku do lasu.

Pod mostem woda jest butel­ko­wo­zie­lona i gęsta, bo jej powierzch­nię pokry­wają wodo­ro­sty i lepka war­stwa glo­nów. Woda spływa z mokra­deł Tornabyträsket i nie­sie ze sobą zapach, który Thea poznała w innych miej­scach. W nige­ryj­skiej dżun­gli, na pusty­niach Etio­pii, na poste­runku poli­cji w Sol­nie i pośród ruin Syrii. Zapach ziemi i droż­dży, żelaza i amo­niaku, roba­ków i owa­dów, które żywią się roz­kła­da­ją­cymi się zwło­kami.

Theę prze­biega dreszcz. Emma pry­cha, jakby też chciała uciec od tej sto­ją­cej wody. Tuż za mostem Thea odpina smycz, a pies pędzi mię­dzy pniami drzew jak szara strzała. Kobieta podąża ścieżką pod wyso­kimi koro­nami drzew i czeka z zapa­le­niem papie­rosa, aż znik­nie z pola widze­nia miesz­kań­ców zamku. Gau­lo­isy bez fil­tra, które kie­dyś polu­biła dzięki Mar­gaux i które miała prze­stać palić zgod­nie z obiet­nicą zło­żoną Davi­dowi. Głę­boko się zaciąga. Zatrzy­muje dym przez kilka sekund, aż zaczyna czuć kłu­cie w oskrze­lach.

„Co jest gor­sze niż paląca lekarka? – mawiała Mar­gaux. – Oczy­wi­ście dwie palące lekarki!”

Nie­zbyt mądry żart, ale Mar­gaux zawsze to ucho­dziło. Wystar­czyło, że pochy­liła głowę, ukryła wzrok pod pro­stą jak u dziew­czynki z kre­skó­wek grzywką, a par­skało się śmie­chem.

Dzi­siej­szy wywiad tele­wi­zyjny nie­po­koi Theę. Pró­buje sobie wmó­wić, że to tylko kilka minut nagra­nia, że minęło prze­cież ponad dwa­dzie­ścia pięć lat i nikt nie zdoła jej roz­po­znać. Poza tym nie miała wyboru. David samo­dziel­nie nie dokoń­czyłby wywiadu. Otwar­cie restau­ra­cji się zbliża, jej mąż pra­cuje godzi­nami, a tele­fon cią­gle dzwoni. Żyje pod ogromną pre­sją. Mimo to Thea jest prze­ko­nana, że to nie­ocze­ki­wane pyta­nie wytrą­ciło go z rów­no­wagi.

Pyta­nie o trze­cią mar­twą dziew­czynę, która zgi­nęła dużo póź­niej, dziew­czynę, o któ­rej repor­ter chciał roz­ma­wiać, zamiast kon­ty­nu­ować słodką i pogodną histo­ryjkę. David ni­gdy jej nie wspo­mniał o tej spra­wie. Musi zna­leźć odpo­wied­nią oka­zję, żeby go o to zapy­tać.

Las zam­kowy rośnie na nie­wiel­kim wznie­sie­niu ponad oko­licz­nymi bagnami. Skra­wek twar­dej ziemi, na któ­rym drzewa wyra­stają więk­sze i żyją dłu­żej niż w innych miej­scach. Fun­da­cja Boke­lund prze­zna­czyła wszyst­kie pie­nią­dze na odno­wie­nie zamku, a las pozo­sta­wiła wła­snemu losowi. Część poło­żona naj­bli­żej mostu i zamku była kie­dyś bar­dziej podobna do parku, ale żwir w kory­ta­rzach został zaata­ko­wany przez chwa­sty, stare latar­nie nie dzia­łają i tylko kilka ławek wciąż nadaje się do sie­dze­nia. Nie dla­tego, że ktoś je nisz­czy. Przez nie­cały tydzień, który tu spę­dziła, Thea nie widziała w lesie ani jed­nego czło­wieka, co może nawet aż tak bar­dzo nie dzi­wiło. Tor­naby było odda­lone o pięć kilo­me­trów, a zamek miał nie­wielu sąsia­dów. Nie pro­wa­dziły tu też pra­wie żadne drogi. Było tak, jakby świat zapo­mniał o tym miej­scu, zosta­wił jej całe zapusz­czone piękno lasu. Bal­da­chim mło­dych list­ków jesz­cze nie prze­sła­niał nieba, a świa­tło sło­neczne odbi­jało się w płat­kach bia­łych zawil­ców. Ptaki śpie­wały, a koro­nami drzew lekko poru­szał wiatr. Wszystko było osza­ła­mia­jąco piękne. Jed­no­cze­śnie zanie­dba­nie spra­wiało nieco melan­cho­lijne wra­że­nie. Czy to dla­tego dobrze się tu czuła?

Pochy­lony słu­pek z dro­go­wska­zami infor­mo­wał, jak daleko jest z powro­tem do zamku (pięć­set metrów na połu­dnie tą samą drogą, którą przy­była), do wio­ski Tor­naby (pięć kilo­me­trów na zachód wzdłuż pra­wie zaro­śnię­tej ścieżki), do kamien­nego kręgu, któ­rego jesz­cze nie zba­dała (sześć­set metrów pro­sto na pół­noc), i wresz­cie strzałka w prawo w kie­runku ścieżki pro­wa­dzą­cej do kanału (pięć­set metrów na wschód). David powie­dział, że kanał jest w rze­czy­wi­sto­ści sze­ro­kim rowem, który cią­gnie się około kilo­me­tra pro­sto w las mię­dzy zam­ko­wym lasem a bagnami i kie­ruje wodę z mokra­deł w dół do fosy. Pla­no­wał kupić tra­twę dla restau­ra­cji. Można by nią pły­wać fosą i kana­łem aż do znaj­du­ją­cej się na jego końcu leśni­czówki. Thea zasta­na­wiała się, czy gęsta woda i odór mokra­deł nie odbiorą gościom ape­tytu. Ale oczy­wi­ście nie wspo­mniała o tym Davi­dowi.

Podą­żała ścieżką na wschód, powoli paląc papie­rosa, aby wystar­czył na jak naj­dłu­żej. Po kilku minu­tach dotarła na polanę. Z jed­nej strony wzno­siło się stare drzewo o sęka­tym pniu i cięż­kich, poskrę­ca­nych kona­rach. Kora była szara, ale sło­neczne świa­tło na pola­nie spra­wiało, że wyglą­dała pra­wie biało.

Zamiast iść dalej ścieżką, którą zwy­kle spa­ce­ro­wała, Thea prze­szła przez polanę i pode­szła do drzewa. Pień miał ze cztery metry obwodu, może nawet wię­cej. Obok stała brudna tablica infor­ma­cyjna, któ­rej wcze­śniej nie zauwa­żyła. Thea otarła tro­chę poro­stów, żeby prze­czy­tać tekst.

_Dąb,_ Quer­cus robur_. Dąb jest jed­nym z naj­więk­szych drzew w Skan­dy­na­wii i wystę­puje od Ska­nii po Gästrikland. Ten okaz nosi nazwę Dębu Szu­bie­nicz­nego. Nie jest jed­nak jasne, czy drzewo było rze­czy­wi­ście uży­wane do egze­ku­cji. Według badań prze­pro­wa­dzo­nych w 1998 roku dąb ten ma ponad dzie­więć­set lat, zatem oprócz głogu two­rzą­cego gaj obok kamien­nego kręgu jest naj­star­szym drze­wem w zam­ko­wym lesie. Bul­wia­ste naro­śla na pniu nazy­wane są obrzę­kiem pnia lub cze­czotą i są praw­do­po­dob­nie skut­kiem defektu gene­tycz­nego, który powo­duje, że włókna drzewne rosną w nie­wła­ści­wym kie­runku w sto­sunku do pnia drzewa. Około trzech metrów nad pniem znaj­dują się dwie więk­sze cze­czoty i dziu­pla, które razem przy­po­mi­nają twarz męż­czy­zny. Ta for­ma­cja jest popu­lar­nie nazy­wana Zie­lo­nym Czło­wie­kiem i wiąże się z lokalną legendą. Według niej Zie­lony Czło­wiek jest duchem przy­rody, który w pewne wio­senne noce przy­biera ludzką postać i jeź­dzi konno przez lasy, aby wygo­nić zimę i ciem­ność. Według tej samej legendy, żeby przy­spie­szyć powrót życia, należy wkła­dać do ust Zie­lo­nego Czło­wieka wio­senne dary ofiarne._

Thea powio­dła wzro­kiem wzdłuż pnia. Kształt opi­sany na tablicy był łatwy do zna­le­zie­nia. Dwie owalne bulwy z nabrzmia­łymi kra­wę­dziami i gład­kimi środ­kami, a pod nimi okrą­gły czarny otwór. Wyglą­dało to nie­za­prze­czal­nie jak znie­kształ­cona twarz męż­czy­zny o pustych oczach i otwar­tych ustach.

Tuż przy sto­pach Thei rosną białe zawilce. Nie wie­dząc, dla­czego wła­ści­wie to robi, zrywa kilka kwia­tów i wsuwa je do kie­szeni kurtki. Gasi papie­rosa, sta­wia stopę na dol­nej naro­śli pnia, odbija się i chwyta go jedną ręką. Nie wspi­nała się na drzewa, odkąd była mała. Mimo to pamięta tech­nikę, któ­rej nauczył ją star­szy brat. Trzy­mać się rękami, odpy­chać nogami. Jest lekka, ma silne ramiona, barki i plecy. Jasna kora dębu jest szorstka i nie­równa, pełna pęk­nięć i szcze­lin, w które można wsu­wać dło­nie. Wspię­cie się na wyso­kość twa­rzy Zie­lo­nego Czło­wieka nie zaj­muje dużo czasu. Wpa­truje się w nie­sa­mo­witą postać o mar­twych oczach i czuje się dość dziw­nie. Co za głup­stwa wypra­wia? Tego typu pomy­sły były domeną Mar­gaux. Ona, Thea, kie­ruje się rozu­mem i logiką, woli rze­czy, które można zmie­rzyć i upo­rząd­ko­wać. Uwiel­bia roz­wią­zy­wać łami­główki, badać drogi ewa­ku­acyjne, zawsze ma przy sobie ple­cak z nie­zbęd­nymi rze­czami na wypa­dek naj­gor­szego. Miała, popra­wia się. Dopóki naprawdę nie wyda­rzyło się naj­gor­sze.

Thea wyj­muje z kie­szeni kurtki białe zawilce i wkłada je do ust Zie­lo­nego Czło­wieka. Otwór jest więk­szy, niż się wyda­wało z dołu, i z łatwo­ścią można do niego wło­żyć całą pięść. Wydaje się, jakby gruby pień był pra­wie pusty. Wkłada rękę tak głę­boko, jak tylko może, zamyka oczy i przy­wo­łuje obraz Mar­gaux. Pró­buje zoba­czyć każdy szcze­gół jej twa­rzy. Ciemną grzywkę, ciemne oczy, małe piegi na nosie. Uśmiech.

Thea wrzuca białe zawilce do wnę­trza drzewa.

_Za powrót życia._

Wiatr szar­pie drze­wami, zgina ich wierz­chołki i unosi z ziemi mar­twe jesienne liście. Nie­sie woń elek­trycz­no­ści i burzy. Thea drży.

Gdzieś głę­boko w lesie Emma zaczyna szcze­kać.3

Noc Wal­pur­gii 1986

_Dro­dzy Czy­tel­nicy! Każda histo­ria powinna mieć począ­tek, śro­dek i koniec. To jest począ­tek mojej histo­rii. Nazy­wam się Elita Svart. Mam szes­na­ście lat. Miesz­kam na far­mie głę­boko w lesie pod Tor­naby. Kiedy będzie­cie to czy­tali, nie będę już żyła. Ale opo­wia­dajmy wszystko od początku, dobrze?_

Szef warsz­tatu robił sobie z niego jaja. Arne Backe zro­zu­miał to nie­mal natych­miast. Gruby skur­wiel prze­chy­lał się przez kon­tuar i gadał tak gło­śno, że jego dwaj pomoc­nicy, któ­rzy w pew­nej odle­gło­ści wymie­niali olej w volvo 245, z pew­no­ścią sły­szeli, o czym była mowa.

– Mówi­łeś, że jak się nazy­wasz?

– Aspi­rant Backe, numer służ­bowy dwa­dzie­ścia dzie­więć sie­dem­dzie­siąt jeden, poli­cja w Ljungslöv. Mam ode­brać radio­wóz.

Arne przy­gła­dził wąsy gestem, który, jak sobie wyobra­żał, nada­wał mu wygląd kogoś star­szego i bar­dziej doświad­czo­nego.

– Tak mówisz. – Maj­ster prze­cią­gnął tłu­stym palu­chem wska­zu­ją­cym po linij­kach notat­nika. – Radio­wóz poli­cyjny z Ljungslöv. Naprawdę go potrze­bu­je­cie? Myśla­łem, że tam w tym bło­cie prze­waż­nie jeź­dzi­cie trak­to­rami.

Arne sły­szał, jak dwaj gów­nia­rze sma­ru­jący volvo cicho zare­cho­tali, ale się nie odwró­cił. Zamiast tego zastu­kał w ladę.

– Klu­czyki. Śpie­szę się.

– Śpie­szysz się? Do czego? Do obory krowy doić? A może poma­gasz komi­sa­rzowi Holmérowi zna­leźć mor­dercę Pal­mego?

Znów roz­legł się śmiech, tym razem gło­śniej­szy. Mecha­nik wypro­sto­wał się, się­gnął po klu­czyki do samo­chodu i demon­stra­cyj­nie poło­żył je na bla­cie.

Naj­wy­raź­niej miał zamiar prze­cią­gać całą sprawę jak naj­dłu­żej. Arne był przy­zwy­cza­jony do tego, że ludzie się z niego nabi­jali. Miał dwa­dzie­ścia dwa lata i był naj­młod­szy w komi­sa­ria­cie w Ljungslöv. Żół­to­dziób, któ­remu wolno było tylko robić kawę, sie­dzieć w recep­cji i zała­twiać spra­wunki. Szef poli­cji Len­nart­son nie­chęt­nie zor­ga­ni­zo­wał mu pod­wózkę do Hel­sing­borga po nowy radio­wóz. Len­nart­son zawsze miał szcze­gólny wyraz twa­rzy, gdy ich spoj­rze­nia się spo­ty­kały. Była to mie­sza­nina iry­ta­cji i nie­chęci, którą Arne widy­wał zbyt wiele razy. Nic nie mógł pora­dzić na to, że tak działa na ludzi.

Zaci­snął zęby. Latem na komi­sa­riat przy­je­dzie kilku wię­cej świeżo upie­czo­nych poli­cjan­tów, a wtedy on wznie­sie się o jeden szcze­bel w hie­rar­chii. Będzie patro­lo­wał ulice jak praw­dziwy poli­cjant. Do tego czasu po pro­stu trzeba akcep­to­wać sytu­ację. Zno­sić gry­masy Len­nart­sona i przy­tyki innych kole­gów. Ale bydlak z warsz­tatu i jego dwaj pomoc­nicy byli gów­nia­nymi cywi­lami i nie mieli żad­nego prawa robić sobie jaj z praw­dzi­wego gli­nia­rza.

Arne Nie­do­rajda, tak go nazy­wali w szkole. Śmiali się z jego sła­bych ocen, z tego, że był kiep­ski w piłce noż­nej, z tego, że się uro­dził, gdy jego rodzice byli już nie­mło­dzi. Cza­sami suge­ro­wali, że jego star­sza sio­stra jest w rze­czy­wi­sto­ści matką, cho­ciaż Ingrid miała zale­d­wie dwa­na­ście lat, kiedy Arne przy­szedł na świat. Bez względu na to, ile razy bił się z innymi chło­pa­kami, ile cio­sów zadał lub otrzy­mał, dalej się z niego wyśmie­wano. Nawet kiedy dorósł. Ponie­waż nie był wystar­cza­jąco dobry, by słu­żyć w woj­sku, ponie­waż nie mógł utrzy­mać pracy, ponie­waż ni­gdy by go nie przy­jęto do poli­cji, gdyby jego szwa­gier Ber­til nie gry­wał w bry­dża z Len­nart­so­nem.

_Arne Nie­do­rajda_.

– Pokwi­tuj tutaj!

Tłu­ścioch pod­su­nął mu popla­miony zeszyt i przy­mru­żył oko, jakby Arne był smar­ka­tym chłop­cem na posyłki, a nie poli­cjan­tem w mun­du­rze.

– To ten saab z tyłu. Tylko bądź tak dobry, Backe, nie jeźdź nim po polach.

Arne naba­zgrał swój pod­pis i chwy­cił klu­czyki.

Dwa gnojki w naj­lep­sze wle­wały olej do sil­nika volvo 245. Pojem­nik ze zuży­tym ole­jem stał na małym wózku na pod­ło­dze. Jeden z chło­pa­ków miał dłu­gie włosy z kolo­ro­wymi pasem­kami, a drugi kol­czyk w uchu. Ani chybi pedały. Byli nie­wiele starsi od Arnego, ale uwa­żali, że mają prawo się z niego nabi­jać. Kiedy prze­cho­dził, wypro­sto­wali się i wykrzy­wili gęby w głu­pa­wych uśmie­chach. Praw­do­po­dob­nie zasta­na­wiali się nad odpo­wied­nią odzywką na poże­gna­nie.

– Będzie­cie musieli wyszo­ro­wać pod­łogę – powie­dział Arne, zanim któ­ryś z nich zdą­żył otwo­rzyć usta. Kop­nął mocno wózek z ole­jem i posłał stru­mień lep­kiej cie­czy na stopy chło­pa­ków.

Potem poszedł ze śmie­chem do radio­wozu, wsko­czył do niego i odje­chał.

Był to saab 900 turbo. Miał na licz­niku zale­d­wie parę tysięcy kilo­me­trów i wciąż pach­niał nowo­ścią. Mocna bryka, o mocy stu sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu koni mecha­nicz­nych.

Przy zjeź­dzie na szosę dwa­dzie­ścia jeden Arne włą­czył nie­bie­skie świa­tło i sygnał dźwię­kowy, po czym przy­śpie­szył do ponad stu osiem­dzie­się­ciu. Cie­szył się, gdy inni kie­rowcy zjeż­dżali na pobo­cze, żeby go prze­pu­ścić. Na­dal widział przed sobą, jak te dwa gnojki śli­zgały się z butami peł­nymi oleju, pod­czas gdy maj­ster ryczał jak mors cier­piący na zatwar­dze­nie.

Po raz pierw­szy od bar­dzo dawna Arne był w dobrym humo­rze. Jakby coś się w nim roz­ja­śniło. Mógł jeź­dzić tym samo­cho­dem, jak i dokąd chciał. Len­nart­son był rol­ni­kiem ama­to­rem i przez cały tydzień glę­dził o swo­jej macio­rze, która w każ­dej chwili mogła się opro­sić. Praw­do­po­dob­nie poje­chał już do domu, nie mając poję­cia, gdzie jest Arne. Dopóki będzie się trzy­mał na pewną odle­głość od Ljungslöv, nikt się nie dowie, co robi z radio­wo­zem, byle tylko odsta­wił go do garażu jutro przed ósmą rano, zanim otwo­rzą komi­sa­riat.

Arne zoba­czył dro­go­wskaz na Tor­naby i zwol­nił. Naj­wyż­szy czas, aby ludzie zoba­czyli jego nowe ja. Nowego Arnego Backe.4

„Zasta­na­wiasz się, czy wciąż śni mi się ten sam kosz­mar. Bar­dzo chcia­ła­bym powie­dzieć, że nie, bo nie chcę, żebyś się o mnie mar­twiła. Czuję się dobrze, Mar­gaux. Już o tym nie roz­ma­wiajmy, dobrze?”

Huk roz­brzmiewa w gło­wie Thei. Zeska­kuje z łóżka, rzuca się na pod­łogę i obej­muje głowę rękami.

Szpi­tal polowy w Idlib. Wybu­chy bomb becz­ko­wych, które roz­ry­wają budy­nek i ludzi w nim prze­by­wa­ją­cych. Zako­pują wszystko i wszyst­kich pod osu­wi­skami. Beto­nowy pył grozi jej udu­sze­niem. Musi wstać, wło­żyć kask. Musi zna­leźć Mar­gaux, musi się stąd wydo­stać…

David staje w drzwiach. Poru­sza ustami, ale ona nie sły­szy, co mówi. Jej umysł jest na­dal w zbu­rzo­nym szpi­talu. Prze­dziera się przez gruzy, ruiny, potyka się o zwłoki…

Teraz czuje ręce męża na ramio­nach. David deli­kat­nie nią potrząsa. Kosz­mar zwal­nia uścisk i Thea odzy­skuje słuch.

– Thea – mówi cicho David. – Obu­dzi­łaś się?

Udaje jej się ski­nąć głową i jed­no­cze­śnie zauważa, jak jest ciemno. Zga­sła nocna lampka led w gniazdku ścien­nym przy drzwiach, przez okna nie dostają się żadne świa­tła z zewnątrz. Jest tylko słaby blask księ­życa, który spra­wia, że twarz Davida wydaje się kre­do­wo­biała.

Mąż przy­ciąga ją do sie­bie. Dopiero wtedy zdaje sobie sprawę, że cała drży. Na początku tylko tro­chę, potem coraz bar­dziej; zaczyna szczę­kać zębami, z tru­dem utrzy­muje pio­nową pozy­cję. Klatka pier­siowa się kur­czy, oddech staje się płytki.

– Spo­koj­nie – mru­czy jej do ucha David. – Po pro­stu ude­rzył pio­run. Jesteś bez­pieczna, Thea. Oddy­chaj spo­koj­nie.

Stara się postę­po­wać zgod­nie z jego radą. Bie­rze głę­boki wdech i przy­tula się do niego tak mocno, jak tylko może. Ucisk na klatkę pier­siową znika, drże­nie się uspo­kaja, w miarę jak kosz­mar znika z pamięci.

– Wszystko w porządku?

Kiwa głową, odsuwa się i ociera ostat­nie łzy nad­garst­kiem.

– Muszę iść do zamku – mówi David. – Prąd wysiadł. Pój­dziesz ze mną?

Thea znowu kiwa głową. Abso­lut­nie nie chce zostać sama w ciem­no­ści.

– Czy wiesz, gdzie są płasz­cze prze­ciw­desz­czowe? Leje.

Idzie za nim do salonu, po dro­dze wypija w kuchni szklankę wody. Od razu zdaje sobie sprawę, że cze­goś bra­kuje.

– Widzia­łeś Emmę?

– Prze­śli­znęła się obok mnie, kiedy otwo­rzy­łem drzwi fron­towe.

– Kiedy?

– Zaraz po tym, jak ude­rzył pio­run. Wyj­rza­łem, żeby zoba­czyć, czy świa­tła w zamku się palą, a ona prze­pchnęła się obok mnie. Wszę­dzie jest ciemno.

David wydaje się bar­dziej zanie­po­ko­jony zam­kiem niż psem. Jego komórka zaczyna dzwo­nić.

– Firma ochro­niar­ska – mówi, odwra­ca­jąc się, by ode­brać tele­fon.

Thea otwiera drzwi fron­towe. Deszcz bije o żwir i kamienne płytki przed wej­ściem.

– Emma! – krzy­czy i zdaje sobie sprawę, że jej głos nie dociera nawet na podwó­rze.

– W zamku włą­czył się alarm prze­ciw­po­ża­rowy i wła­ma­niowy – mówi David. – Praw­do­po­dob­nie zwar­cie. Musimy natych­miast tam iść. – Wyciąga latarkę z szu­flady.

– Ale Emma…

– Na pewno znaj­dziemy ją po dro­dze. Chodź!

Otwiera sze­roko drzwi i bie­gnie pochy­lony w stronę samo­chodu. Po kilku sekun­dach waha­nia Thea wkłada buty i kurtkę i idzie za mężem. Wozow­nię oddziela od zamku tylko dwie­ście metrów żwi­ro­wej drogi. David wci­ska gaz do deski, kie­ru­jąc jedną ręką i gry­ząc pazno­kieć kciuka dru­giej. Thea roz­gląda się za Emmą, oba­wia­jąc się, że przy­pad­kiem mogą ją prze­je­chać. Ale suczka była bez­pań­skim psem, pocie­sza się. Wie, że samo­chody są nie­bez­pieczne.

Zamek wygląda na jesz­cze ciem­niej­szy niż ich mały domek, jakby wyso­kie mury, wieże i stromy dach bar­dziej pogłę­biały mrok.

David hamuje przed wej­ściem do kuchni we wschod­nim skrzy­dle. Trzyma latarkę w ustach, wal­cząc z zam­kami. Dźwięk syreny alar­mo­wej odbija się od kamien­nych ścian.

– W kuchni jest awa­ryjne świa­tło. Po pro­stu idź za świa­tłem! – krzy­czy David przez ramię, po czym znika na scho­dach do piw­nicy. Thea cie­szy się, że nie popro­sił, aby z nim poszła. Jej mąż wie, że nie­na­wi­dzi piw­nic. Ich stę­chłego zapa­chu, poczu­cia osa­cze­nia i ciem­no­ści. Nie­na­wi­dzi ciem­no­ści.

Podąża za sła­bym świa­tłem awa­ryj­nym, włą­cza je i bie­gnie przez przej­ście, które pro­wa­dzi do dużej jadalni. Może Emma pobie­gła w stronę mostu i lasu zam­ko­wego? W takim razie mogłaby zoba­czyć ją z tyl­nego tarasu.

Syrena alar­mowa nagle cich­nie. Jadal­nia jest ciemna i pusta. Nowe stoły i krze­sła na­dal stoją w kącie. Ściany pokryte są zło­co­nymi pane­lami, które nie­dawno oczysz­czono. Thea kie­ruje lampę na malo­wi­dła na sufi­cie. Motywy grec­kie, młode kobiety w lesie, ubrane w dłu­gie tuniki. Wokół nich krążą mityczne istoty, satyry, cen­taury i inne, któ­rych nazw nie zna. Kilka drzew wygląda jak żywe istoty. Thea myśli o twa­rzy na Szu­bie­nicz­nym Dębie. O Zie­lo­nym Czło­wieku, któ­remu ofia­ro­wała białe zawilce. Idio­tyczny pomysł.

Otwiera oszklone drzwi. Wydaje się, że ulewa tro­chę osła­bła, zmie­niła się w zwy­czajny wio­senny deszcz. Naciąga kap­tur kurtki i wycho­dzi na taras. Oświe­tla lampką awa­ryjną niskie buksz­pa­nowe żywo­płoty w ogro­dzie i dalej, za traw­ni­kiem.

– Emma! Emma!

Nagle bły­ska­wica oświe­tla cały ogród. Nie­bie­ska­wo­biały rdzeń z czer­wo­nymi kra­wę­dziami prze­cina ciem­ność i zapada w las po dru­giej stro­nie fosy. Huk jest pra­wie jed­no­cze­sny i tak potężny, że Thei zapiera dech.

Kosz­mar powraca. Fala ude­rze­niowa, panika, nie­moż­ność utrzy­ma­nia się na nogach, dusz­no­ści. Całe ciało znów zaczyna się trząść. Kuca, pochyla głowę, pró­buje spo­koj­nie oddy­chać. Wdech, wydech, wde­eeech, wyy­y­y­y­dech…

Coś dotyka ple­ców Thei. To Emma. Pies wtyka nos w jej dłoń i cicho skomli. Przy­ciąga zwie­rzaka do sie­bie i, co dziwne, Emma nie pro­te­stuje, ale stoi nie­ru­chomo i pozwala się objąć.

Kro­ple desz­czu dostają się pod kurtkę.

Thea na­dal oddy­cha głę­boko, powoli i po kilku minu­tach atak paniki ustę­puje. Ręka­wem kurtki ociera łzy i kro­ple desz­czu.

– Spo­koj­nie, psinko – mam­ro­cze do ucha Emmy. – Zaraz będzie lepiej. Musimy tylko tro­chę pocze­kać.

Kątem oka widzi migo­czące świa­tło. Poja­wiło się w oknie zachod­niego skrzy­dła. Przez krótką chwilę myśli, że to David. Ale on nie ma dostępu do zachod­niego skrzy­dła, a nawet gdyby miał, nie dotarłby tam w tak krót­kim cza­sie. Ponadto blask jest zbyt słaby i nie­spo­kojny jak na świa­tło latarki.

Ktoś stoi w jed­nym z okien. Nie­wy­soki czło­wiek ze świecą w ręku, na wpół scho­wany za zasłoną. Ich oczy spo­ty­kają się poprzez strugi desz­czu.

Thea roz­po­znaje w jego spoj­rze­niu to, co widzi w lustrze w łazience każ­dego ranka i wie­czora.

Żal i smu­tek.

Męż­czy­zna lekko kiwa głową, po czym zdmu­chuje świecę i znika w ciem­no­ści.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij