Wiosenna ofiara - ebook
Wiosenna ofiara - ebook
Ostatnia część uznanej serii sezonowej Andersa de la Motte.
Noc Walpurgii, rok 1986. Na południowym krańcu Szwecji w lesie sąsiadującym z zamkiem doszło do rytualnego morderstwa szesnastoletniej dziewczyny. Za ten straszny czyn zostaje skazany jej przyrodni brat. Wkrótce cała rodzina znika bez śladu.
Wiosną 2019 roku do zamku wprowadza się doktor Thea Lind. Kobieta dokonuje dziwnego odkrycia w starym dębie, co pogłębia jej fascynację tragedią sprzed lat. Kiedy odnajduje więcej podobieństw między własną burzliwą przeszłością a wychowaniem zamordowanej dziewczyny, wzmacnia się jej przekonanie, że prawda o zabójstwie nigdy nie została odkryta.
Wiosna sprzed ponad 30 lat pochłonęła więcej niż jedną ofiarę.
Anders de la Motte zadebiutował w 2010 roku i od tamtego czasu jest jednym z najbardziej lubianych autorów powieści kryminalnych w Szwecji. Zanim został pisarzem, pracował jako policjant. Dwukrotnie otrzymał nagrodę Szwedzkiej Akademii Powieści Kryminalnych. Mieszka z rodziną w miejscowości Lomma.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8143-278-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
19 maja 1986
Kiedy tylko Stefcio wjechał na mokradła, zaczął myśleć o martwej dziewczynie. Nie można było tego nie robić. Wiadomość przesłana przez głuchy telefon, który zaczął działać już rankiem pierwszego maja, zdążyła podczas ostatnich tygodni wielokrotnie obiec okolicę. Wypełniła mu głowę przerażającymi obrazami, przed którymi nie sposób było się obronić.
Nieruchome ciało na ofiarnym głazie w kamiennym kręgu. Biała sukienka, rozpuszczone włosy. Niegdyś tak piękna twarz okryta zakrwawioną chustką, jakby ten, kto odebrał jej życie, nie chciał potem spojrzeć jej w oczy.
Większość mieszkańców Tornaby miała już całkowitą pewność co do tego, kto ją zamordował, a także co do tego, że wszystko było okropną, lecz nie skomplikowaną historią. Tragedią rodzinną. Ale byli i tacy, którzy szeptali, że w noc Walpurgii zdarzyło się coś zupełnie innego. Że może nawet Zielony Człowiek¹ sam przybył po swoją wiosenną ofiarę.
Stefcio wzdrygnął się, chociaż od dawna nie wierzył w opowieści o duchach. Bagienny las gęstniał po bokach wąskiej żwirowej drogi, szorował po lakierze auta długimi zielonymi paluchami. Ze wszystkich terenów wokół pałacu Stefan najbardziej nie cierpiał bagien. Wilgoć, odór zgnilizny. Nasiąknięte wodą podłoże, które czasem utrzymywało człowieka, by w następnej chwili wciągnąć buty tak głęboko w błoto, że dorosłemu mężczyźnie trudno było wydostać się o własnych siłach. „Bagna to ziemie Zielonego Człowieka – mawiał zawsze dziadek. – Ludzie powinni trzymać się od nich z daleka”. Ten przesądny stary zrzęda miał rację, przynajmniej w połowie.
Żwirowa droga, którą jechał Stefcio, prowadziła na najdalszy skraj mokradeł. Do Czarnej Zagrody, gdzie niegdyś mieszkała zabita dziewczyna. Nie dawniej niż miesiąc temu Stefan podwiózł ją do przystanku autobusowego. Siedziała w jego pikapie na przednim siedzeniu, tuż obok niego. Nie mówiła dużo, wyglądała na zamyśloną. Przyglądał się jej ukradkiem, obserwował jej ruchy, jej twarz. Nie wiadomo skąd ogarnęło go uczucie, którego nie potrafił wytłumaczyć.
Był żonaty, miał dwie córeczki, dom, samochód i dobrą pracę. Cenił to wszystko, ale akurat w tej chwili, kiedy siedział obok pięknej dziewczyny, wydało mu się to balastem. Życie miał już uporządkowane. Było długą, przewidywalną podróżą bez najmniejszej odrobiny czegoś pociągającego, zabronionego, co promieniowało z jego pasażerki. Nawet tym pachniała. Słodko i kwaskowato, jak świeżo rozwinięte kwiaty bzu. Ten zapach wzbudzał tęsknotę. Pożądanie.
W pewnym momencie, kiedy odwróciła wzrok, był bardzo blisko wyciągnięcia ręki, żeby jej dotknąć. Jakby lekkim dotknięciem mógł wziąć udział we wszystkim, co stracił. W ostatniej chwili się powstrzymał, ale uczucie straty prześladowało go jeszcze przez kilka dni.
Żwirowa droga stawała się coraz gorsza, im dalej wjeżdżał na teren mokradeł; starał się ominąć najgłębsze dziury. Zgodnie ze spisaną umową Lasse Svart miał utrzymywać drogę w dobrym stanie, ale oczywiście to ignorował. Lasse przez lata mógł liczyć na to, że hrabia nigdy nie znajdzie innego dzierżawcy, że nikt nie będzie zainteresowany kilkunastoma akrami podmokłego lasu. W Czarnej Zagrodzie mógł robić prawie wszystko, co chciał. To było jego małe królestwo, z dala od wszelkich praw, zasad i ciekawskich oczu.
Ale to było przed nocą Walpurgii. Zanim szesnastoletnią córkę Svarta znaleziono martwą na kamieniu ofiarnym, wokół którego ziemia była zryta odciskami kopyt.
_Podczas nocy Walpurgii granica między życiem a śmiercią jest najcieńsza. Wszystko jest w ruchu, Natura jest głodna, a Zielony Człowiek galopuje przez lasy._
Stefcio stłumił kolejny dreszcz.
Las się skończył i samochód wjechał na błotnisty dziedziniec Czarnej Zagrody. Trzy zrujnowane budynki przycupnęły w ciemności pod drzewami, jakby próbowały się ukryć. Wśród pokrzyw stały zardzewiałe narzędzia rolnicze.
Odwiedzał Czarną Zagrodę już kilka razy, zwykle w towarzystwie administratora zamku Erika Nyberga, i za każdym razem wybiegało im na spotkanie stado rozszczekanych terierów, zanim jeszcze zdążył zatrzymać samochód. Teraz nie pojawiły się żadne psy. Wszystko tchnęło ciszą i spokojem. Nawet ptaki szczególnie nie hałasowały, mimo że był wiosenny poranek. Na podwórku panowała dziwna, przytłaczająca cisza.
Stefcio stał przez kilka minut przy samochodzie. Wsunął pod wargę prymkę tytoniu i czekał, aż Lasse lub jedna z jego kobiet wyjdzie z domu i zapyta, czego do cholery chce. Ale wszystko było ciemne i ciche. Czerwony pikap Lassego zniknął, nie było go ani na dziedzińcu, ani w bramie wjazdowej. Starego, brudnego forda, którym jeździły kobiety, też nie dostrzegł. Spojrzał na zegarek. Wpół do ósmej rano. Kto wyjeżdżałby tak wcześnie?
Kątem oka zauważył jakiś ruch. Mały piesek wyglądał zza węgła kuźni. Młody psiak, prawie szczeniak.
– Chodź tu! – powiedział Stefcio, nie wiedząc dlaczego.
Pies zrobił kilka ostrożnych kroków do przodu. Trzymał nisko głowę i prawie czołgał się po ziemi, podkuliwszy ogon lękliwie pod siebie. Potem nagle zatrzymał się i zastygł, jakby coś usłyszał.
Stefcio odwrócił głowę, ale w budynku wciąż było ciemno i cicho. Kiedy ponownie spojrzał w kierunku psa, już go nie było. W połowie betonowych schodów do domu zdał sobie sprawę, że frontowe drzwi są uchylone. Stał na schodach, nie wiedząc, co robić. Na ścianie obok wejścia wisiała półmetrowa figura wykonana z plecionych zielonych gałązek. Jego dziadek robił podobną co wiosnę i wieszał na drzwiach wejściowych, aby Zielony Człowiek odjechał w noc, nie zatrzymując się przy domu.
– Dzień dobry? Jest tam kto?
Słowa odbijały się od ścian budynków i wracały zniekształconym echem, jakby w rzeczywistości był to głos kogoś innego. Kogoś, kto obserwował go z ciemności, spomiędzy zieleni. Naśladował go, drażnił się z nim. Stefcio ponownie spojrzał na paskudną postać z gałązek i przez krótką chwilę był bliski tego, by zejść ze schodów, wskoczyć do samochodu i odjechać. Najwyżej powie Erikowi Nybergowi, że nikogo nie zastał w domu i że odczyt tego cholernego wodomierza musi poczekać.
Ale był dorosłym mężczyzną, który miał zadanie do wykonania, a nie chłopczykiem bojącym się opowieści o duchach.
Zapukał we framugę.
– Halo! – krzyknął ponownie. – Jest tam kto? Tu Stefcio z zamku.
Nikt nie odpowiedział. Cisza panująca w domu sprawiła, że poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Koszula przykleiła mu się do pleców. Wziął głęboki oddech. Zapukał po raz drugi, tym razem mocniej. Otworzył drzwi całkowicie i wszedł do holu. W domu dziwnie pachniało. Stęchłą, zwierzęcą wonią, której nie sposób było określić.
– Halo?
Zajrzał do kuchni. Na stole kuchennym stały używane talerze, szklanki i sztućce dla trzech osób. Wśród resztek jedzenia brzęczały muchy. Jedno z krzeseł było przewrócone. Odwrócił się. Za drzwiami po drugiej stronie korytarza dostrzegł równo zaścielone łóżko.
– Halo?! – krzyknął, tym razem w kierunku piętra.
Nadal nie usłyszał odpowiedzi. Uczucie niepokoju wzrosło, ale opanował się i wszedł po stromych schodach. Stopnie zaskrzypiały pod jego butami.
Na piętrze było ciemno. Po lewej stronie zobaczył sypialnię z podwójnym łóżkiem, równie starannie zasłanym jak to na parterze. Drzwi po prawej były zamknięte. Minęło kilka sekund, nim zdał sobie sprawę, że nie pomalowano ich na jednolity zielony kolor, jak mu się wydawało w pierwszej chwili, lecz pokryto starannie wykonanym wzorem w liście. Wyglądały prawie jak dzieło sztuki.
_Pokój Elity_, napisane było pięknymi, ozdobnymi literami na wysokości oczu. To tutaj mieszkała. Elita Svart. Wiosenna ofiara. Stefcio położył dłoń na klamce; wydawało mu się, że słyszy własne serce, którego uderzenia odbijają się echem w całym domu. Miał zamiar zrobić coś zakazanego, wejść do świata, do którego tak naprawdę nie miał dostępu. Nieproszony gość, intruz.
Potem zobaczył kolejny napis na drzwiach. Małe, niezgrabnie nabazgrane litery, które prawie wtopiły się w tło, ale stały się wyraźniejsze, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności.
_Natura jest głodna, a Zielony Człowiek galopuje przez lasy._
Jednocześnie odkrył coś innego. Pośród namalowanych liści kryła się wielka, niesamowita męska twarz. Nagle zrozumiał i zrobiło mu się zimno. Nie wiedział dlaczego, ale uczucie było tak silne, że podniosły mu się włosy na karku i dotknęły kołnierza koszuli. Coś się wydarzyło w tym domu. Coś złego, co sprawiło, że Lasse Svart i jego kobiety zerwali się od kolacji, popędzili do samochodów i odjechali w środku nocy. Coś, co miało związek z martwą szesnastoletnią dziewczyną na zimnej skale i z widmowym jeźdźcem, który galopował przez las.
Stefcio puścił klamkę i pokonał schody w trzech skokach.
Przebiegł przez hol, wyskoczył na zewnątrz i pognał do samochodu.
Uruchomił silnik, ruszył i nie spoglądał w lusterko wsteczne, aż był absolutnie pewien, że Czarna Zagroda zniknęła w zieleni.1
„Cześć, Margaux, tu Thea. Przepraszam, że dawno nie dzwoniłam. Wiele się zmieniło. Ale teraz David i ja jesteśmy na miejscu, w Skanii. Możemy rozpocząć nowe życie. To będzie nowa historia, szczęśliwsza niż ta poprzednia. Przynajmniej taką oboje mamy nadzieję”.
Nagranie z kamery drona zaczyna się od zbliżenia bramy zamkowej i wspaniałych kamiennych schodów. Następnie kamera oddala się powoli, aż wreszcie widać cały zamek. Duża część centralna z dwoma dobudowanymi skrzydłami, które sprawiają, że budynek wygląda z góry jak wypukłe H. Biała, świeżo otynkowana elewacja, zielony miedziany dach, wozownia i stajnia nieco dalej w prawo, za wschodnim skrzydłem. Fosa za skrzydłem zachodnim. Potem głos spikera.
_Zamek Bokelund jest położony około czterech kilometrów od małej miejscowości Tornaby w gminie Ljungslöv, w północno-zachodniej Skanii, niedaleko południowego krańca Söderåsen. Zamek jest jednym z najstarszych w Skanii. Jego historia sięga XIII wieku. Obecny główny budynek w stylu francuskiego neorenesansu został zbudowany około 1880 roku, ale pozostałości starego zamku nadal można zobaczyć w lochach, w których zachowała się jedna z cel więziennych._
To ostatnie stwierdzenie jest nieco przesadzone. Nikt tak naprawdę nie wie, do czego służyło małe, sklepione pomieszczenie w piwnicy. Ale David miał rację; trzeba przyznać, że cela więzienna w lochach brzmi znacznie lepiej niż piwniczna spiżarnia.
Kamera drona oddala się jeszcze trochę, tak że widać zieloną fosę otaczająca wyspę zamkową, aleję, która od południa łączy zamek z główną drogą, i wąski kamienny most na północy, prowadzący do lasu zamkowego. Na wschodzie majaczą mokradła.
_Zamek Bokelund znajduje się na wyspie otoczonej fosą, która powstała w XVII wieku, kiedy odprowadzano wodę z pobliskiego bagniska Tornabyträsket. Bagno, które jest jednym z największych mokradeł w Skanii, to obszar o bogatej florze i faunie, objęty programem Natura 2000._
Teraz cięcie; filmik pokazuje jelenie w świetle słońca, paprocie, mech, ważkę tańczącą nad stojącą wodą, klucz gęsi na tle błękitnego nieba. Powrót do nagrania z drona. Nowy najazd kamery, tym razem z góry na dół, w odwróconej wersji pierwszego ujęcia, tak że na końcu znów ukazują się schody zamku i obszerny ganek, na którym stoją David i ona.
_Od 1996 roku zamek jest własnością Fundacji Bokelund i jest przez nią zarządzany. Fundację założył hrabia Rudolf Gordon, ostatni prywatny właściciel zamku. Fundacja Bokelund jest jedyna w swoim rodzaju; jej celem jest promocja okolic Tornaby i ich mieszkańców. Fundacja finansuje m.in. linię autobusową i etat lekarza rejonowego, a także przyznaje stypendia. Zamek został niedawno odrestaurowany i przywrócony do dawnej świetności._
Klip się kończy.
– Co o tym sądzisz? – David wygląda na pełnego entuzjazmu, ale też zdenerwowanego. – Wywiad zrobimy za chwilę i dokleimy na końcu.
– Niezłe – mówi Thea i na widok miny Davida natychmiast żałuje wyboru słowa. – Profesjonalne – dodaje. – Bardzo profesjonalne.
David wygląda na bardziej zadowolonego. Zamyka laptopa i kładzie go na kamiennej balustradzie.
– Właśnie dostałem to od producenta. – Wskazuje na niskiego mężczyznę w czapce z daszkiem, który stoi w pewnej odległości i rozmawia z kamerzystą i operatorem dźwięku. – Zostało trochę dokumentów i muzyka, ale dołoży się to po wywiadzie. Myślę, że będzie świetnie. Żeby tylko pogoda się utrzymała.
Spogląda stroskany na niebo. Jest upalnie jak na drugą połowę kwietnia i świeci wiosenne słońce, ale na horyzoncie zaczęły pojawiać się pasma szarych chmur.
– To musi być perfekcyjne – mamrocze David, chyba bardziej do siebie niż do niej. Thea kładzie mu dłoń na ramieniu.
– Będzie dobrze, nie denerwuj się.
David kiwa głową, uśmiecha się trochę krzywo. Ma na sobie śnieżnobiały strój szefa kuchni. Jego siwiejąca broda jest starannie przystrzyżona wzdłuż linii żuchwy, a jasne włosy zaczesane do tyłu. Podchodzi do nich kobieta z kosmetyczką przypiętą do paska.
– Dzień dobry. Chciałabym przypudrować panu czoło.
– Jasne, oczywiście.
Charakteryzatorka jest około trzydziestki, prawdopodobnie jakieś piętnaście lat młodsza od Thei i Davida. Całkiem atrakcyjna. Nie tak dawno temu David starałby się ją oczarować swoim pełnym pewności siebie wilczym uśmiechem, któremu tak trudno się oprzeć. Ale teraz nie jest swoim zwykłym ja. Od czasu do czasu nieświadomie przygryza paznokieć kciuka, tak że koniuszek palca robi się czerwony. Wizażystka musi się mocno napracować, aby zamaskować błyszczący pot na jego czole. Odwraca się do Thei.
– Czy pani też będzie udzielała wywiadu?
– Nie – przerywa David. – Moja żona jest trochę nieśmiała.
Mruga do Thei, jakby chciał powiedzieć, że wszystko w porządku. Że skończyli się o to kłócić i szanuje jej odmowę wystąpienia w telewizji. Ale Thea wie, że to nieprawda.
– David, możesz tu przyjść na chwilę?! – woła producent. Thea przysuwa się do ściany. Najbardziej chciałaby zbiec ze schodów i schować się w wozowni, byle dalej od kamery. Ale reportaż telewizyjny to wielka sprawa dla zamku, więc Thea musi być na miejscu i okazywać zainteresowanie.
– Jak leci? – pyta ktoś z tyłu.
– W porządku. – Thea próbuje ukryć zaskoczenie.
Matka Davida, mimo swoich sporych wymiarów, ma niezwykły talent do podkradania się niezauważona. Ingrid jest wysoka, ma nieco ponad metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, a więc jest o dziesięć centymetrów wyższa niż Thea. Proste plecy, szerokie ramiona, żadnego przygarbienia, które zwykle pojawia się wkrótce po osiągnięciu wieku emerytalnego. Stalowoszare włosy są krótko ścięte, spojrzenie zza okularów bystre i przenikliwe.
– Pogoda chyba się utrzyma. Całe szczęście.
Thea kiwa głową w odpowiedzi.
– O której jutro przyjedzie doktor Andersson?
Szybka zmiana tematu rozmowy. To typowe dla Ingrid.
– O dziewiątej – odpowiada Thea, chociaż jest absolutnie pewna, że Ingrid doskonale zna jej harmonogram zajęć.
– I obwiezie cię po okolicy. Pokaże ci przychodnię i wyjaśni, jak wszystko działa.
To stwierdzenia, nie pytania.
– Mhm.
– Sigbritt Andersson jest znakomitą lekarką rejonową – kontynuuje teściowa. – Bardzo zasłużoną dla Tornaby.
Thea czeka na spodziewane zastrzeżenie. I zgodnie z oczekiwaniem takie się pojawia.
– Ale Sigbritt od dziecka była ciekawska. Musisz trochę uważać, co przy niej mówisz. Rozumiesz, co mam na myśli? Zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy prywatne.
Ingrid milczy zaledwie tyle sekund, ile potrzeba, by móc ponownie zmienić temat.
– Słyszałam, że przestałaś brać leki. Cieszę się, że wracasz do zdrowia.
Thea nie odpowiada. W duszy dziękuje Davidowi za tę małą niedyskrecję.
– David i ty potrzebujecie siebie nawzajem.
Ingrid kiwa głową do swojego syna, gdy ten rozmawia z producentem i reporterem, który ma przeprowadzać wywiad.
– Musicie dojść do siebie, oderwać się od tego wszystkiego, co było.
Wciąż kiwa głową, jakby potwierdzając to, co powiedziała.
– Nawiasem mówiąc, przygotowuję listę gości na kolację inauguracyjną. To smutne, że twoich rodziców już z nami nie ma.
Nowy temat rozmowy wydaje się niewinny, ale z Ingrid nigdy nic nie wiadomo.
– Tak – odpowiada Thea. Kłamstwo jest dobrze przećwiczone i nawet nie wydaje się kłamstwem. Ingrid dotyka jej ramienia.
– Powinnaś wiedzieć, że Bertil i ja uważamy cię za naszą córkę.
Ten gest zaskakuje Theę, nie wie, co ma powiedzieć. Z Davidem spotykali się od czasu do czasu przez kilka lat, ale małżeństwem są dopiero od listopada. Spotkania z teściami może prawdopodobnie policzyć na palcach jednej ręki. Ingrid Nordin raczej nie jest osobą, która okazuje emocje lub uznanie.
– Jak się czuje dzisiaj Bertil? – Thea ratuje się pytaniem.
– Dobrze. Chciał przyjechać, ale był trochę zmęczony. Zaraz zaczną. – Ingrid wskazuje na ekipę telewizyjną.
David ustawił się w tym samym miejscu na podeście, w którym zakończyło się nagranie z drona. Reporter, który miał przeprowadzić z nim wywiad, był młodym mężczyzną o śnieżnobiałych zębach, ubranym w obcisły garnitur. Wyglądał na zbyt ambitnego, żeby pracować nad takimi słodkimi reportażykami. On sam też chyba tak myślał, sądząc po jego mowie ciała i zirytowanych spojrzeniach, które od czasu do czasu rzucał producentowi.
Pierwsze pytanie brzmi jak zaczerpnięte z programu sportowego.
– Proszę mi powiedzieć, panie Nordin, jakie to uczucie wrócić w rodzinne strony po ponad dwudziestu latach sukcesów jako kucharz, szef kuchni i restaurator w Sztokholmie?
Thea już zna odpowiedź. Przygotowywali się z Davidem do tej rozmowy prawie tydzień. Mimo to czuje się niespodziewanie zdenerwowana.
– Oczywiście fantastyczne – mówi David. – Zamek Bokelund to wspaniałe miejsce na restaurację. Bardzo się cieszę, że mogę promować moją rodzinną okolicę i skandynawskie tradycje kulinarne. To dla mnie naturalny krok, o którym marzyłem od wielu lat.
David kończy wypowiedź uśmiechem, który sprawia, że wydaje się promienieć pewnością siebie. Jest bardzo ważne, by ta część historii dobrze zabrzmiała. David to wielki syn tej okolicy, który triumfalnie wraca do domu, aby przyciągnąć turystów i letników. Nie jest restauratorem o zniszczonej reputacji, który został po cichu zmuszony do zamknięcia swoich lokali i ucieczki na południe z podkulonym ogonem.
– Więc za tym projektem stoi pan i dwoje pana przyjaciół z dzieciństwa?
Thea oddycha z ulgą. Dziennikarz trzyma się uzgodnionych kwestii. David również odczuwa ulgę.
– Zgadza się. Jeanette Hellman i Sebastian Malinowski. Sebastian jest jednym z założycieli firmy informatycznej Conexus, a Jeanette ma za sobą długą karierę w branży finansowej. Wszyscy dorastaliśmy w Tornaby i postrzegamy restaurację jako szansę na zrobienie czegoś pozytywnego dla naszych ukochanych rodzinnych stron.
_Oho! Kto napisał mu tę kwestię? To nie ty, prawda,_ ma chère_?_
Głos Margaux rozbrzmiewa nie wiadomo skąd. Thea się wzdryga, powstrzymuje odruch rozejrzenia się wokół siebie. Wie, że Margaux oczywiście nie może tu być. Ale ma rację. To sformułowanie o ukochanych rodzinnych stronach to zdecydowana przesada.
– To wspaniała okazja – kontynuuje David, odpowiadając na pytanie, które Thea przegapiła. – Jesteśmy niezmiernie wdzięczni Fundacji Bokelund, która odnowiła zamek i zainwestowała w restaurację. Przygotowała grunt, że tak powiem… – Śmieje się. Thea zerka na teściową, która jest całkowicie skoncentrowana na rozmowie. David nie wspomina, że jego matka jest prezeską fundacji. Ingrid stoi za większością rzeczy, które dzieją się w okolicy, także za tym wywiadem dla telewizji.
David się rozkręca. Głos ma mniej napięty, uśmiech staje się coraz bardziej spontaniczny. Thea też się trochę rozluźnia.
– Czy w zamku jest jakiś duch? – słyszy pytanie reportera.
Margaux ponownie pojawia się w jej myślach. Tym razem Thea ją widzi. Krótko przycięta grzywka, brązowe oczy, lekko skrzywiony przedni ząb, do którego zawsze dociska język, zanim się uśmiechnie.
– Oczywiście, że tak – mówi David. – Nawet dwa. W połowie osiemnastego wieku młoda kobieta utonęła, przechodząc po lodzie przez fosę. Według legendy szła z zamku na sekretną schadzkę z synem leśniczego. Pod koniec dziewiętnastego wieku inna młoda kobieta spadła z konia w zamkowym lesie podczas polowania w dniu świętego Huberta i złamała kark. Podobno czasami można usłyszeć obie dziewczyny galopujące nocą po lesie. To znaczy, jeśli wierzy się w baśnie.
Reporter kiwa głową z zainteresowaniem.
– Ale jest też prawdziwa historia, prawda? O trzeciej dziewczynie, która zginęła. Mam na myśli „wiosenną ofiarę”.
Uśmiech Davida zastyga. Thea widzi, jak jej teściowa prostuje plecy.
– Tak, to smutna historia. Może nie powinniśmy… – David rozgląda się niepewnie, patrzy najpierw na Theę, a potem na producenta.
– Kamera stop!
Producent odchodzi z dziennikarzem nieco na bok. Wydaje się, że zaczynają dyskutować z irytacją. David gryzie paznokieć, jego czoło lśni. Thea podchodzi do niego i bierze go za rękę. Jest gorąca i spocona.
– Co się stało?
Jej mąż kręci głową.
– Nic. Po prostu trochę się speszyłem.
Charakteryzatorka pojawia się ponownie i pudruje mu czoło. Rozmowa między producentem a reporterem trwa.
– Czemu?
Thea słyszy głos reportera.
– Historie o prawdziwych zbrodniach są o wiele bardziej interesujące. Widzowie to uwielbiają, nie rozumiem, dlaczego nie mielibyśmy…
Producent przerywa mu, mówi coś, co sprawia, że reporter odwraca się i ze złością zbiega ze schodów.
David ściska jej dłoń. Ingrid podchodzi do producenta i wymieniają kilka krótkich zdań.
– Powtarzamy wszystko – mówi producent i macha do operatora. – Ja będę zadawał pytania. Zaczynamy od nowa. Trzymamy się tego, co uzgodniliśmy. W porządku?
David sztywno kiwa głową. Thea puszcza jego rękę i szybko wychodzi z kadru.
– Dobra, jedziemy.
Producent zadaje to samo wstępne pytanie, co poprzednio, a David natychmiast się zacina. Powtarzają kwestie kilkakrotnie, ale restaurator stracił koncentrację. Odpowiedzi brzmią mechanicznie i nienaturalnie, a jego urok osobisty przepadł całkowicie. Thea widzi, jak producent spogląda na zegarek, a potem w niebo, po którym sunie w ich kierunku szare pasmo chmur.
– Robimy krótką przerwę. Napij się wody, Davidzie.
Producent i Ingrid naradzają się ponownie. David popija wodę z butelki. Charakteryzatorka powraca do nierównej walki z potem na czole.
– Wszystko poszło w cholerę, zanim na dobre zaczęliśmy – mamrocze mężczyzna.
Thea ponownie bierze go za rękę.
– Naprawisz to. Po prostu spróbuj się odprężyć.
– Nie potrafię. Musimy to zrobić w inny sposób.
David ściska jej dłoń, patrzy na nią błagalnie i lekko unosi brwi, żeby zrozumiała, o co mu chodzi.
– Nie poradzę sobie bez ciebie, Thea. Proszę…
Kobieta przełyka ślinę, próbując ocenić ryzyko.
Ingrid przerywa jej myśli.
– Tak, Thea. Peter i ja rozmawialiśmy o tym, że byłoby dobrze, gdybyś również wystąpiła w wywiadzie.
Wskazuje na producenta.
– Lojalna, wspierająca żona, nowa lekarka rejonowa i tak dalej.
Thea czuje, że wszyscy na nią patrzą. Żołądek staje się zimną kulą, w ustach zasycha. David ponownie ściska jej dłoń. Coraz mocniej, aż nie może już tego znieść. Bierze głęboki oddech.
– Okej – mówi i prawie natychmiast żałuje, że to zrobiła. Ale teraz jest już za późno. W jej głowie znów rozbrzmiewa schrypnięty głos Margaux.
_Wszyscy mamy swoje upiory, Thea. Niektórzy mają ich więcej niż inni._
Daleko, za ciemniejącym szarym pasmem na horyzoncie, słychać groźny pomruk nadciągającej burzy.2
„Oczywiście zastanawiasz się, jak sobie radzi Emma? Ucieka, gdy tylko odpinam smycz. Znika w lesie i nie przychodzi, gdy ją wołam. Myślę, że cię szuka, Margaux. Tęskni za tobą. Obie tęsknimy. A ty tęsknisz za nami? Przepraszam, to było głupie pytanie”.
Thea idzie przez bukszpanowy ogród i dalej przez trawnik na tyłach zamku. Emma zna już drogę. Pies gorączkowo szarpie się i ciągnie za smycz. Fosa jest szersza z tyłu zamku. Tworzy długi, wąski staw lub nawet małe jeziorko, przedzielone kamiennym mostem prowadzącym do lasu. Most ma zaledwie kilka metrów szerokości. Został zbudowany na początku dziewiętnastego wieku, zapewne po to, aby hrabiowie mogli jeździć bezpośrednio z zamku do lasu.
Pod mostem woda jest butelkowozielona i gęsta, bo jej powierzchnię pokrywają wodorosty i lepka warstwa glonów. Woda spływa z mokradeł Tornabyträsket i niesie ze sobą zapach, który Thea poznała w innych miejscach. W nigeryjskiej dżungli, na pustyniach Etiopii, na posterunku policji w Solnie i pośród ruin Syrii. Zapach ziemi i drożdży, żelaza i amoniaku, robaków i owadów, które żywią się rozkładającymi się zwłokami.
Theę przebiega dreszcz. Emma prycha, jakby też chciała uciec od tej stojącej wody. Tuż za mostem Thea odpina smycz, a pies pędzi między pniami drzew jak szara strzała. Kobieta podąża ścieżką pod wysokimi koronami drzew i czeka z zapaleniem papierosa, aż zniknie z pola widzenia mieszkańców zamku. Gauloisy bez filtra, które kiedyś polubiła dzięki Margaux i które miała przestać palić zgodnie z obietnicą złożoną Davidowi. Głęboko się zaciąga. Zatrzymuje dym przez kilka sekund, aż zaczyna czuć kłucie w oskrzelach.
„Co jest gorsze niż paląca lekarka? – mawiała Margaux. – Oczywiście dwie palące lekarki!”
Niezbyt mądry żart, ale Margaux zawsze to uchodziło. Wystarczyło, że pochyliła głowę, ukryła wzrok pod prostą jak u dziewczynki z kreskówek grzywką, a parskało się śmiechem.
Dzisiejszy wywiad telewizyjny niepokoi Theę. Próbuje sobie wmówić, że to tylko kilka minut nagrania, że minęło przecież ponad dwadzieścia pięć lat i nikt nie zdoła jej rozpoznać. Poza tym nie miała wyboru. David samodzielnie nie dokończyłby wywiadu. Otwarcie restauracji się zbliża, jej mąż pracuje godzinami, a telefon ciągle dzwoni. Żyje pod ogromną presją. Mimo to Thea jest przekonana, że to nieoczekiwane pytanie wytrąciło go z równowagi.
Pytanie o trzecią martwą dziewczynę, która zginęła dużo później, dziewczynę, o której reporter chciał rozmawiać, zamiast kontynuować słodką i pogodną historyjkę. David nigdy jej nie wspomniał o tej sprawie. Musi znaleźć odpowiednią okazję, żeby go o to zapytać.
Las zamkowy rośnie na niewielkim wzniesieniu ponad okolicznymi bagnami. Skrawek twardej ziemi, na którym drzewa wyrastają większe i żyją dłużej niż w innych miejscach. Fundacja Bokelund przeznaczyła wszystkie pieniądze na odnowienie zamku, a las pozostawiła własnemu losowi. Część położona najbliżej mostu i zamku była kiedyś bardziej podobna do parku, ale żwir w korytarzach został zaatakowany przez chwasty, stare latarnie nie działają i tylko kilka ławek wciąż nadaje się do siedzenia. Nie dlatego, że ktoś je niszczy. Przez niecały tydzień, który tu spędziła, Thea nie widziała w lesie ani jednego człowieka, co może nawet aż tak bardzo nie dziwiło. Tornaby było oddalone o pięć kilometrów, a zamek miał niewielu sąsiadów. Nie prowadziły tu też prawie żadne drogi. Było tak, jakby świat zapomniał o tym miejscu, zostawił jej całe zapuszczone piękno lasu. Baldachim młodych listków jeszcze nie przesłaniał nieba, a światło słoneczne odbijało się w płatkach białych zawilców. Ptaki śpiewały, a koronami drzew lekko poruszał wiatr. Wszystko było oszałamiająco piękne. Jednocześnie zaniedbanie sprawiało nieco melancholijne wrażenie. Czy to dlatego dobrze się tu czuła?
Pochylony słupek z drogowskazami informował, jak daleko jest z powrotem do zamku (pięćset metrów na południe tą samą drogą, którą przybyła), do wioski Tornaby (pięć kilometrów na zachód wzdłuż prawie zarośniętej ścieżki), do kamiennego kręgu, którego jeszcze nie zbadała (sześćset metrów prosto na północ), i wreszcie strzałka w prawo w kierunku ścieżki prowadzącej do kanału (pięćset metrów na wschód). David powiedział, że kanał jest w rzeczywistości szerokim rowem, który ciągnie się około kilometra prosto w las między zamkowym lasem a bagnami i kieruje wodę z mokradeł w dół do fosy. Planował kupić tratwę dla restauracji. Można by nią pływać fosą i kanałem aż do znajdującej się na jego końcu leśniczówki. Thea zastanawiała się, czy gęsta woda i odór mokradeł nie odbiorą gościom apetytu. Ale oczywiście nie wspomniała o tym Davidowi.
Podążała ścieżką na wschód, powoli paląc papierosa, aby wystarczył na jak najdłużej. Po kilku minutach dotarła na polanę. Z jednej strony wznosiło się stare drzewo o sękatym pniu i ciężkich, poskręcanych konarach. Kora była szara, ale słoneczne światło na polanie sprawiało, że wyglądała prawie biało.
Zamiast iść dalej ścieżką, którą zwykle spacerowała, Thea przeszła przez polanę i podeszła do drzewa. Pień miał ze cztery metry obwodu, może nawet więcej. Obok stała brudna tablica informacyjna, której wcześniej nie zauważyła. Thea otarła trochę porostów, żeby przeczytać tekst.
_Dąb,_ Quercus robur_. Dąb jest jednym z największych drzew w Skandynawii i występuje od Skanii po Gästrikland. Ten okaz nosi nazwę Dębu Szubienicznego. Nie jest jednak jasne, czy drzewo było rzeczywiście używane do egzekucji. Według badań przeprowadzonych w 1998 roku dąb ten ma ponad dziewięćset lat, zatem oprócz głogu tworzącego gaj obok kamiennego kręgu jest najstarszym drzewem w zamkowym lesie. Bulwiaste narośla na pniu nazywane są obrzękiem pnia lub czeczotą i są prawdopodobnie skutkiem defektu genetycznego, który powoduje, że włókna drzewne rosną w niewłaściwym kierunku w stosunku do pnia drzewa. Około trzech metrów nad pniem znajdują się dwie większe czeczoty i dziupla, które razem przypominają twarz mężczyzny. Ta formacja jest popularnie nazywana Zielonym Człowiekiem i wiąże się z lokalną legendą. Według niej Zielony Człowiek jest duchem przyrody, który w pewne wiosenne noce przybiera ludzką postać i jeździ konno przez lasy, aby wygonić zimę i ciemność. Według tej samej legendy, żeby przyspieszyć powrót życia, należy wkładać do ust Zielonego Człowieka wiosenne dary ofiarne._
Thea powiodła wzrokiem wzdłuż pnia. Kształt opisany na tablicy był łatwy do znalezienia. Dwie owalne bulwy z nabrzmiałymi krawędziami i gładkimi środkami, a pod nimi okrągły czarny otwór. Wyglądało to niezaprzeczalnie jak zniekształcona twarz mężczyzny o pustych oczach i otwartych ustach.
Tuż przy stopach Thei rosną białe zawilce. Nie wiedząc, dlaczego właściwie to robi, zrywa kilka kwiatów i wsuwa je do kieszeni kurtki. Gasi papierosa, stawia stopę na dolnej narośli pnia, odbija się i chwyta go jedną ręką. Nie wspinała się na drzewa, odkąd była mała. Mimo to pamięta technikę, której nauczył ją starszy brat. Trzymać się rękami, odpychać nogami. Jest lekka, ma silne ramiona, barki i plecy. Jasna kora dębu jest szorstka i nierówna, pełna pęknięć i szczelin, w które można wsuwać dłonie. Wspięcie się na wysokość twarzy Zielonego Człowieka nie zajmuje dużo czasu. Wpatruje się w niesamowitą postać o martwych oczach i czuje się dość dziwnie. Co za głupstwa wyprawia? Tego typu pomysły były domeną Margaux. Ona, Thea, kieruje się rozumem i logiką, woli rzeczy, które można zmierzyć i uporządkować. Uwielbia rozwiązywać łamigłówki, badać drogi ewakuacyjne, zawsze ma przy sobie plecak z niezbędnymi rzeczami na wypadek najgorszego. Miała, poprawia się. Dopóki naprawdę nie wydarzyło się najgorsze.
Thea wyjmuje z kieszeni kurtki białe zawilce i wkłada je do ust Zielonego Człowieka. Otwór jest większy, niż się wydawało z dołu, i z łatwością można do niego włożyć całą pięść. Wydaje się, jakby gruby pień był prawie pusty. Wkłada rękę tak głęboko, jak tylko może, zamyka oczy i przywołuje obraz Margaux. Próbuje zobaczyć każdy szczegół jej twarzy. Ciemną grzywkę, ciemne oczy, małe piegi na nosie. Uśmiech.
Thea wrzuca białe zawilce do wnętrza drzewa.
_Za powrót życia._
Wiatr szarpie drzewami, zgina ich wierzchołki i unosi z ziemi martwe jesienne liście. Niesie woń elektryczności i burzy. Thea drży.
Gdzieś głęboko w lesie Emma zaczyna szczekać.3
Noc Walpurgii 1986
_Drodzy Czytelnicy! Każda historia powinna mieć początek, środek i koniec. To jest początek mojej historii. Nazywam się Elita Svart. Mam szesnaście lat. Mieszkam na farmie głęboko w lesie pod Tornaby. Kiedy będziecie to czytali, nie będę już żyła. Ale opowiadajmy wszystko od początku, dobrze?_
Szef warsztatu robił sobie z niego jaja. Arne Backe zrozumiał to niemal natychmiast. Gruby skurwiel przechylał się przez kontuar i gadał tak głośno, że jego dwaj pomocnicy, którzy w pewnej odległości wymieniali olej w volvo 245, z pewnością słyszeli, o czym była mowa.
– Mówiłeś, że jak się nazywasz?
– Aspirant Backe, numer służbowy dwadzieścia dziewięć siedemdziesiąt jeden, policja w Ljungslöv. Mam odebrać radiowóz.
Arne przygładził wąsy gestem, który, jak sobie wyobrażał, nadawał mu wygląd kogoś starszego i bardziej doświadczonego.
– Tak mówisz. – Majster przeciągnął tłustym paluchem wskazującym po linijkach notatnika. – Radiowóz policyjny z Ljungslöv. Naprawdę go potrzebujecie? Myślałem, że tam w tym błocie przeważnie jeździcie traktorami.
Arne słyszał, jak dwaj gówniarze smarujący volvo cicho zarechotali, ale się nie odwrócił. Zamiast tego zastukał w ladę.
– Kluczyki. Śpieszę się.
– Śpieszysz się? Do czego? Do obory krowy doić? A może pomagasz komisarzowi Holmérowi znaleźć mordercę Palmego?
Znów rozległ się śmiech, tym razem głośniejszy. Mechanik wyprostował się, sięgnął po kluczyki do samochodu i demonstracyjnie położył je na blacie.
Najwyraźniej miał zamiar przeciągać całą sprawę jak najdłużej. Arne był przyzwyczajony do tego, że ludzie się z niego nabijali. Miał dwadzieścia dwa lata i był najmłodszy w komisariacie w Ljungslöv. Żółtodziób, któremu wolno było tylko robić kawę, siedzieć w recepcji i załatwiać sprawunki. Szef policji Lennartson niechętnie zorganizował mu podwózkę do Helsingborga po nowy radiowóz. Lennartson zawsze miał szczególny wyraz twarzy, gdy ich spojrzenia się spotykały. Była to mieszanina irytacji i niechęci, którą Arne widywał zbyt wiele razy. Nic nie mógł poradzić na to, że tak działa na ludzi.
Zacisnął zęby. Latem na komisariat przyjedzie kilku więcej świeżo upieczonych policjantów, a wtedy on wzniesie się o jeden szczebel w hierarchii. Będzie patrolował ulice jak prawdziwy policjant. Do tego czasu po prostu trzeba akceptować sytuację. Znosić grymasy Lennartsona i przytyki innych kolegów. Ale bydlak z warsztatu i jego dwaj pomocnicy byli gównianymi cywilami i nie mieli żadnego prawa robić sobie jaj z prawdziwego gliniarza.
Arne Niedorajda, tak go nazywali w szkole. Śmiali się z jego słabych ocen, z tego, że był kiepski w piłce nożnej, z tego, że się urodził, gdy jego rodzice byli już niemłodzi. Czasami sugerowali, że jego starsza siostra jest w rzeczywistości matką, chociaż Ingrid miała zaledwie dwanaście lat, kiedy Arne przyszedł na świat. Bez względu na to, ile razy bił się z innymi chłopakami, ile ciosów zadał lub otrzymał, dalej się z niego wyśmiewano. Nawet kiedy dorósł. Ponieważ nie był wystarczająco dobry, by służyć w wojsku, ponieważ nie mógł utrzymać pracy, ponieważ nigdy by go nie przyjęto do policji, gdyby jego szwagier Bertil nie grywał w brydża z Lennartsonem.
_Arne Niedorajda_.
– Pokwituj tutaj!
Tłuścioch podsunął mu poplamiony zeszyt i przymrużył oko, jakby Arne był smarkatym chłopcem na posyłki, a nie policjantem w mundurze.
– To ten saab z tyłu. Tylko bądź tak dobry, Backe, nie jeźdź nim po polach.
Arne nabazgrał swój podpis i chwycił kluczyki.
Dwa gnojki w najlepsze wlewały olej do silnika volvo 245. Pojemnik ze zużytym olejem stał na małym wózku na podłodze. Jeden z chłopaków miał długie włosy z kolorowymi pasemkami, a drugi kolczyk w uchu. Ani chybi pedały. Byli niewiele starsi od Arnego, ale uważali, że mają prawo się z niego nabijać. Kiedy przechodził, wyprostowali się i wykrzywili gęby w głupawych uśmiechach. Prawdopodobnie zastanawiali się nad odpowiednią odzywką na pożegnanie.
– Będziecie musieli wyszorować podłogę – powiedział Arne, zanim któryś z nich zdążył otworzyć usta. Kopnął mocno wózek z olejem i posłał strumień lepkiej cieczy na stopy chłopaków.
Potem poszedł ze śmiechem do radiowozu, wskoczył do niego i odjechał.
Był to saab 900 turbo. Miał na liczniku zaledwie parę tysięcy kilometrów i wciąż pachniał nowością. Mocna bryka, o mocy stu siedemdziesięciu pięciu koni mechanicznych.
Przy zjeździe na szosę dwadzieścia jeden Arne włączył niebieskie światło i sygnał dźwiękowy, po czym przyśpieszył do ponad stu osiemdziesięciu. Cieszył się, gdy inni kierowcy zjeżdżali na pobocze, żeby go przepuścić. Nadal widział przed sobą, jak te dwa gnojki ślizgały się z butami pełnymi oleju, podczas gdy majster ryczał jak mors cierpiący na zatwardzenie.
Po raz pierwszy od bardzo dawna Arne był w dobrym humorze. Jakby coś się w nim rozjaśniło. Mógł jeździć tym samochodem, jak i dokąd chciał. Lennartson był rolnikiem amatorem i przez cały tydzień ględził o swojej maciorze, która w każdej chwili mogła się oprosić. Prawdopodobnie pojechał już do domu, nie mając pojęcia, gdzie jest Arne. Dopóki będzie się trzymał na pewną odległość od Ljungslöv, nikt się nie dowie, co robi z radiowozem, byle tylko odstawił go do garażu jutro przed ósmą rano, zanim otworzą komisariat.
Arne zobaczył drogowskaz na Tornaby i zwolnił. Najwyższy czas, aby ludzie zobaczyli jego nowe ja. Nowego Arnego Backe.4
„Zastanawiasz się, czy wciąż śni mi się ten sam koszmar. Bardzo chciałabym powiedzieć, że nie, bo nie chcę, żebyś się o mnie martwiła. Czuję się dobrze, Margaux. Już o tym nie rozmawiajmy, dobrze?”
Huk rozbrzmiewa w głowie Thei. Zeskakuje z łóżka, rzuca się na podłogę i obejmuje głowę rękami.
Szpital polowy w Idlib. Wybuchy bomb beczkowych, które rozrywają budynek i ludzi w nim przebywających. Zakopują wszystko i wszystkich pod osuwiskami. Betonowy pył grozi jej uduszeniem. Musi wstać, włożyć kask. Musi znaleźć Margaux, musi się stąd wydostać…
David staje w drzwiach. Porusza ustami, ale ona nie słyszy, co mówi. Jej umysł jest nadal w zburzonym szpitalu. Przedziera się przez gruzy, ruiny, potyka się o zwłoki…
Teraz czuje ręce męża na ramionach. David delikatnie nią potrząsa. Koszmar zwalnia uścisk i Thea odzyskuje słuch.
– Thea – mówi cicho David. – Obudziłaś się?
Udaje jej się skinąć głową i jednocześnie zauważa, jak jest ciemno. Zgasła nocna lampka led w gniazdku ściennym przy drzwiach, przez okna nie dostają się żadne światła z zewnątrz. Jest tylko słaby blask księżyca, który sprawia, że twarz Davida wydaje się kredowobiała.
Mąż przyciąga ją do siebie. Dopiero wtedy zdaje sobie sprawę, że cała drży. Na początku tylko trochę, potem coraz bardziej; zaczyna szczękać zębami, z trudem utrzymuje pionową pozycję. Klatka piersiowa się kurczy, oddech staje się płytki.
– Spokojnie – mruczy jej do ucha David. – Po prostu uderzył piorun. Jesteś bezpieczna, Thea. Oddychaj spokojnie.
Stara się postępować zgodnie z jego radą. Bierze głęboki wdech i przytula się do niego tak mocno, jak tylko może. Ucisk na klatkę piersiową znika, drżenie się uspokaja, w miarę jak koszmar znika z pamięci.
– Wszystko w porządku?
Kiwa głową, odsuwa się i ociera ostatnie łzy nadgarstkiem.
– Muszę iść do zamku – mówi David. – Prąd wysiadł. Pójdziesz ze mną?
Thea znowu kiwa głową. Absolutnie nie chce zostać sama w ciemności.
– Czy wiesz, gdzie są płaszcze przeciwdeszczowe? Leje.
Idzie za nim do salonu, po drodze wypija w kuchni szklankę wody. Od razu zdaje sobie sprawę, że czegoś brakuje.
– Widziałeś Emmę?
– Prześliznęła się obok mnie, kiedy otworzyłem drzwi frontowe.
– Kiedy?
– Zaraz po tym, jak uderzył piorun. Wyjrzałem, żeby zobaczyć, czy światła w zamku się palą, a ona przepchnęła się obok mnie. Wszędzie jest ciemno.
David wydaje się bardziej zaniepokojony zamkiem niż psem. Jego komórka zaczyna dzwonić.
– Firma ochroniarska – mówi, odwracając się, by odebrać telefon.
Thea otwiera drzwi frontowe. Deszcz bije o żwir i kamienne płytki przed wejściem.
– Emma! – krzyczy i zdaje sobie sprawę, że jej głos nie dociera nawet na podwórze.
– W zamku włączył się alarm przeciwpożarowy i włamaniowy – mówi David. – Prawdopodobnie zwarcie. Musimy natychmiast tam iść. – Wyciąga latarkę z szuflady.
– Ale Emma…
– Na pewno znajdziemy ją po drodze. Chodź!
Otwiera szeroko drzwi i biegnie pochylony w stronę samochodu. Po kilku sekundach wahania Thea wkłada buty i kurtkę i idzie za mężem. Wozownię oddziela od zamku tylko dwieście metrów żwirowej drogi. David wciska gaz do deski, kierując jedną ręką i gryząc paznokieć kciuka drugiej. Thea rozgląda się za Emmą, obawiając się, że przypadkiem mogą ją przejechać. Ale suczka była bezpańskim psem, pociesza się. Wie, że samochody są niebezpieczne.
Zamek wygląda na jeszcze ciemniejszy niż ich mały domek, jakby wysokie mury, wieże i stromy dach bardziej pogłębiały mrok.
David hamuje przed wejściem do kuchni we wschodnim skrzydle. Trzyma latarkę w ustach, walcząc z zamkami. Dźwięk syreny alarmowej odbija się od kamiennych ścian.
– W kuchni jest awaryjne światło. Po prostu idź za światłem! – krzyczy David przez ramię, po czym znika na schodach do piwnicy. Thea cieszy się, że nie poprosił, aby z nim poszła. Jej mąż wie, że nienawidzi piwnic. Ich stęchłego zapachu, poczucia osaczenia i ciemności. Nienawidzi ciemności.
Podąża za słabym światłem awaryjnym, włącza je i biegnie przez przejście, które prowadzi do dużej jadalni. Może Emma pobiegła w stronę mostu i lasu zamkowego? W takim razie mogłaby zobaczyć ją z tylnego tarasu.
Syrena alarmowa nagle cichnie. Jadalnia jest ciemna i pusta. Nowe stoły i krzesła nadal stoją w kącie. Ściany pokryte są złoconymi panelami, które niedawno oczyszczono. Thea kieruje lampę na malowidła na suficie. Motywy greckie, młode kobiety w lesie, ubrane w długie tuniki. Wokół nich krążą mityczne istoty, satyry, centaury i inne, których nazw nie zna. Kilka drzew wygląda jak żywe istoty. Thea myśli o twarzy na Szubienicznym Dębie. O Zielonym Człowieku, któremu ofiarowała białe zawilce. Idiotyczny pomysł.
Otwiera oszklone drzwi. Wydaje się, że ulewa trochę osłabła, zmieniła się w zwyczajny wiosenny deszcz. Naciąga kaptur kurtki i wychodzi na taras. Oświetla lampką awaryjną niskie bukszpanowe żywopłoty w ogrodzie i dalej, za trawnikiem.
– Emma! Emma!
Nagle błyskawica oświetla cały ogród. Niebieskawobiały rdzeń z czerwonymi krawędziami przecina ciemność i zapada w las po drugiej stronie fosy. Huk jest prawie jednoczesny i tak potężny, że Thei zapiera dech.
Koszmar powraca. Fala uderzeniowa, panika, niemożność utrzymania się na nogach, duszności. Całe ciało znów zaczyna się trząść. Kuca, pochyla głowę, próbuje spokojnie oddychać. Wdech, wydech, wdeeeech, wyyyyydech…
Coś dotyka pleców Thei. To Emma. Pies wtyka nos w jej dłoń i cicho skomli. Przyciąga zwierzaka do siebie i, co dziwne, Emma nie protestuje, ale stoi nieruchomo i pozwala się objąć.
Krople deszczu dostają się pod kurtkę.
Thea nadal oddycha głęboko, powoli i po kilku minutach atak paniki ustępuje. Rękawem kurtki ociera łzy i krople deszczu.
– Spokojnie, psinko – mamrocze do ucha Emmy. – Zaraz będzie lepiej. Musimy tylko trochę poczekać.
Kątem oka widzi migoczące światło. Pojawiło się w oknie zachodniego skrzydła. Przez krótką chwilę myśli, że to David. Ale on nie ma dostępu do zachodniego skrzydła, a nawet gdyby miał, nie dotarłby tam w tak krótkim czasie. Ponadto blask jest zbyt słaby i niespokojny jak na światło latarki.
Ktoś stoi w jednym z okien. Niewysoki człowiek ze świecą w ręku, na wpół schowany za zasłoną. Ich oczy spotykają się poprzez strugi deszczu.
Thea rozpoznaje w jego spojrzeniu to, co widzi w lustrze w łazience każdego ranka i wieczora.
Żal i smutek.
Mężczyzna lekko kiwa głową, po czym zdmuchuje świecę i znika w ciemności.