Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Włócznia i szpada - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 kwietnia 2026
2550 pkt
punktów Virtualo

Włócznia i szpada - ebook

Druga odsłona trylogii Władca piachu.

Mozambik, rok 1895. Imperium Gazy chyli się ku upadkowi. Po ataku na jego kwaterę, pokonany sierżant Germano de Melo ucieka wraz ze swą tłumaczką i zarazem ukochaną Imani do jedynego szpitala, który znajduje się w zasięgu ludzkich nóg. Tymczasem wokół szaleje wojna: wojownicy władcy Ngungunyane walczą zażarcie z portugalskimi okupantami, dopóki pojawienie się karabinu maszynowego nie przechyla szali na stronę Europejczyków. Germano pragnie rozpocząć nowe życie z Imani, jej ojciec ma jednak inne plany: jako jedna z żon cesarza Ngungunyane znajdzie się wystarczająco blisko tyrana, by pomścić zniszczenie swojej wioski.

We Włóczni i szpadzie Mia Couto z rozmachem portretuje daremność wojny i przygląda się z uwagą płynnym granicom między kulturami, społeczeństwami i rodzinami.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368295047
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

STRESZCZENIE TOMU PIERWSZEGO

Pod koniec dziewiętnastego wieku większość południowego terytorium portugalskiej kolonii Mozambik znajduje się pod okupacją Imperium Gazy. W roku 1895 portugalskie władze kolonialne przeprowadzają ofensywę wojskową, aby ugruntować swoje niepodzielne panowanie w kolonii, która w opinii innych krajów europejskich nadal pozostaje terenem spornym. Władcą Imperium Gazy jest w tym czasie Ngungunyane (znany Portugalczykom jako Gungunhane).

W tych wojennych okolicznościach młody portugalski sierżant, Germano de Melo, zostaje wysłany z zadaniem, aby objąć dowodzenie jednostką wojskową w wiosce o nazwie Nkokolani, położonej na terytorium ludu Vatxopi (znanego Portugalczykom jako Chopi). Chopi pozostają pod okupacją najeźdźców Nguni, którzy dręczą i mordują miejscową ludność. Z tego powodu przywódcy Chopi zawierają sojusz wojskowy z władzami portugalskimi.

Przebywając w Nkokolani na swoim posterunku, Germano zakochuje się w Imani, dziewczynie Chopi, która została wykształcona przez Portugalczyków w misji katolickiej prowadzonej przez duchownego pochodzącego z Goa, Rudolfa Fernandesa.

Wojna przyczynia się w rodzinie Imani do szeregu dramatycznych zdarzeń: po kilku miesiącach ginie jej brat Dubula, matka zaś wiesza się na świętym drzewie w ich domowym obejściu.

Przy życiu pozostaje jej ojciec Katini Nsambe, który jest muzykiem, oraz jej drugi brat Mwanatu, chłopak z problemami psychicznymi, któremu kierowany współczuciem Germano powierza funkcję wartownika swojego posterunku.

Aby przezwyciężyć samotność, Germano zajmuje się pisaniem listów do radcy José d’Almeidy oraz do porucznika Ayresa de Ornelas. Do Nkokolani przybywa z wizytą znajoma sierżanta, Włoszka Bianca Vanzini Marini. Kilka dni później Germano zostaje postrzelony w dłonie podczas próby samoobrony przed rozjuszonym tłumem, który nacierał na jego posterunek i na którego czele kroczył Mwanatu, opóźniony w rozwoju brat Imani. Imani w krytycznej sytuacji sięga po broń, aby chronić brata. Katini, Imani, Bianca i Mwanatu pośpiesznie przenoszą rannego sierżanta na łódź, aby rzeką Inharrime dotrzeć z nim do jedynego szpitala w regionie, gdzie byłaby szansa na uratowanie Portugalczyka.

W przypadku imion i nazw afrykańskich tłumacz przeważnie decyduje się zachować pisownię portugalskiego oryginału, a w przypisie podaje przybliżoną polską wymowę. I tak: imię władcy Ngungunyane (według pisowni angielskiej) powinno się czytać po polsku jako „Ngungunjani”, a w stosowanej tu również portugalskiej formie Gungunhane – jako „Gunguniani”. Afrykańskie nazwy w oryginale nie są podporządkowane jednej konkretnej transkrypcji, bo często już w językach lokalnych występują w różnych formach, a te z kolei rozpowszechniane były wśród Europejczyków za pośrednictwem różnych pisowni w językach europejskich, nieraz zniekształcających brzmienie oryginalne. Autor, czasem w celach stylistycznych, a czasem po to, by oddać stan ówczesnej wiedzy Europejczyków na temat afrykańskiego nazewnictwa, zachowuje tę różnorodność i stosuje zarówno pisownię portugalską, jak angielską. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).WŁADCA

Zabrali go za morze,
gdzie ciała stają się równe koralowcom.
W ten sposób zapomniał
o kościach, które mu ciążyły.

Nie dotknął stopą plaży,
kiedy wyruszał w drogę.

Któraś z fal go zwróci – mówili.
Jedni zadrżeli bezradnie.
Drudzy westchnęli z ulgą.

Wymieszano jego imię z solą,
abyśmy spluwali na jego wspomnienie.

Ale ślina
utkwiła w gardle.

Wraz z tym wygnańcem
oddaliliśmy się
od samych siebie.

Tym nieboszczykiem
byliśmy my.

A bez niego
mieliśmy się rodzić
mniej samotni.Wszystko zawsze zaczyna się od pożegnania. Ta historia zaczyna się od pewnego kresu: kresu mojej młodości. W wieku piętnastu lat, wypływając niewielkim czółnem, zostawiłam za sobą moją wieś i moją przeszłość. Mimo to coś mi mówiło, że w przyszłości przyjdzie mi jeszcze napotkać dawne udręki. Czółno oddalało mnie od Nkokolani, ale przybliżało do mnie moich zmarłych.

Dwa dni minęły, odkąd opuściliśmy Nkokolani, ruszając w górę rzeki ku jej źródłom, czyli w stronę Mandhlakazi, regionu nazywanego przez Portugalczyków Manjacaze. Towarzyszyli nam w podróży mój brat Mwanatu, na dziobie, oraz mój stary ojciec, na rufie. Oprócz moich krewnych w czółnie byli też sierżant Germano de Melo i jego włoska przyjaciółka, Bianca Vanzini.

Wiosła pruły rzekę nieprzerwanie. I tak miało być – wieźliśmy Germana de Melo do jedynego szpitala w całym regionie Gazy. Sierżant był świadkiem, jak jego dłonie zostały roztrzaskane na kawałki podczas zajścia, za które odpowiedzialna byłam ja. Wystrzeliłam do niego, aby ochronić Mwanatu, który kroczył na czele tłumu szykującego się do ataku na posterunek broniony w pojedynkę przez Germana.

Było nieodzowne, abyśmy czym prędzej udali się do Mandhlakazi, gdzie pracował jedyny w całej naszej krainie lekarz, misjonarz Georges Liengme. Szwajcarscy protestanci wybrali miejsce na założenie szpitala z rozmysłem, blisko dworu władcy Ngungunyane i daleko od władz portugalskich.

Wyrzuty sumienia ciążyły mi podczas całej podróży. Postrzał okaleczył znaczną część obu dłoni Portugalczyka, tych samych dłoni, którym wcześniej tyle razy pomagałam się odrodzić po maniakalnych atakach, jakie go nawiedzały. Męskie palce, o których tak bardzo marzyłam, wyparowały.

Przez całą drogę trzymałam stopy na zalanym dnie czółna, gdzie woda zabarwiona była na czerwono. Mawia się, że umieramy wskutek utraty krwi. Jest odwrotnie. Umieramy, zatopieni we krwi.

*

Nasza łódź posuwała się naprzód w sennej ciszy jak leniwy krokodyl. Wody Inharrime były tak nieruchome, że przez chwilę zdawało mi się, iż to nie czółno się porusza, lecz sama rzeka. Posrebrzana mata, którą zostawialiśmy z tyłu, wiła się jak wodny bicz rozcinający ziemie Chopi. Pochyliłam się, obserwując niespokojne odblaski nad piachem koryta, te niestrudzone motyle światła.

– To cienie wody – rzucił mój ojciec i oparł sobie wiosło na barkach, robiąc z niego prowizoryczną poprzeczkę, na której następnie położył ręce, aby dać im chwilę wytchnienia. Mój brat Mwanatu zanurzył dłonie w wodzie, po czym zwinąwszy język w rurkę, wydał z siebie jakąś bełkotliwą wiązankę, którą przetłumaczyłam tak:

– Brat mówi, że ta rzeka nazywa się Nyadhimi. To Portugalczycy zmienili jej nazwę.

Mój ojciec, Katini Nsambe, uśmiechnął się ukradkiem. On to widział inaczej. Portugalczycy, jak mawiał, cywilizowali nasz język. Poza tym nie można wymagać dokładności od kogoś, kto chrzci wodę. Przecież nawet my, Chopi, zmieniamy z biegiem czasu swoje imiona. Tak było i ze mną, kiedy z Laieluane stałam się Imani. Nie wspominając o moim bracie Mwanatu, którego oblano święconą wodą, aby zmyć z niego trzy poprzednie imiona. Chrzczono go bowiem trzykrotnie: po pierwszych urodzinach „imieniem kości”, które łączyło go z przodkami, „imieniem obrzezania”, kiedy poddano go rytuałom inicjacyjnym, oraz „imieniem białych”, kiedy przyjmowano go do szkoły.

A mój ojciec wrócił do głównego zagadnienia: dlaczego zatem tak trudno nam zaakceptować wolę Portugalczyków, jeśli chodzi jedynie o ciąg wodny? Dla rzeki Inharrime, podsumował, wymyślono dwie nazwy, bo w jednym korycie płyną dwa rzeczne nurty. Działają zmianowo, zależnie od tego, jakie jest akurat światło: jedna rzeka jest dzienna, druga nocna. I nigdy nie płyną razem.

– Zawsze tak było, każda z nich płynęła tylko w odpowiednim czasie. Dopiero teraz, z powodu wojny, te dwie wody się pomieszały.

*

W miejscu, gdzie Inharrime zlewa się z Nhamuende, jest niewielka wyspa pełna drzew i skał. Tam zrobiliśmy postój. Mój ojciec nakazał nam opuścić łódź. Nie czekałam, aż czółno zetknie się z brzegiem. Weszłam do letniej wody, pozwalając, aby rzeka mnie otuliła i aby szarpnął mną nurt. Powróciły do mnie słowa Chikazi Makwakwy, mojej zmarłej matki:

– W wodzie jestem ptakiem.

Mówi się o zmarłych, że są pogrzebani. Ale nikt nigdy nie grzebie ich głosów. Słowa mojej mamy pozostały przy życiu. Kilka miesięcy temu skoczyła z drzewa i w ten sposób popełniła samobójstwo przy użyciu jedynie własnego ciężaru. Zawisła na sznurze, kołysząc się i drgając jak niestrudzone serce nocy.

Wyspa, na której się zatrzymaliśmy, miała nam służyć za miejsce nie tylko postoju, ale i schronienia. Wszędzie wokół nas świat płonął od wojny. Portugalczyk, opierając się na swojej włoskiej przyjaciółce Biance, poprosił o miejsce w cieniu. Wyjaśniono mu delikatnie, że słońce już dawno zaszło. Uszedł kilka kroków, po czym padł na kolana.

– To ona mnie zabiła! – krzyknął, wskazując na mnie. – To ta kurwa!

Zaczęli go upominać, aby oszczędzał siły. Włoszka dała mu pić, a potem nabrała dłonią wody i obmyła mu twarz. Ku mojemu zaskoczeniu Bianca stanęła w mojej obronie. Z przekonaniem zaczęła mu tłumaczyć, że ten fatalny pocisk nie został wystrzelony w niego, lecz w czarnych, którzy nacierali na posterunek. Niewzruszony Portugalczyk podtrzymywał oskarżenie: to ja byłam sprawczynią tej zbrodni; znajdował się wtedy dokładnie naprzeciwko mnie. A Włoszka odparła: to prawda, że Imani wystrzeliła, ale jej cel był inny. Po czym dodała: gdyby nie ten strzał, sierżanta już by nie było wśród żywych, bo zostałby rozszarpany przez rozwścieczony tłum.

– Imani cię uratowała. Powinieneś być jej wdzięczny.

– Lepiej byłoby, gdybym dostał jeszcze drugi postrzał, tyle że celniejszy.

Zaraz potem słowa zaczęły mu się mieszać, bo opanowała go kolejna fala gorączki. Bianca pomogła mu się położyć. Po chwili skinęła na mnie, dając do zrozumienia, że powinnam ją zastąpić. Zawahałam się. Dobiegło mnie ledwo słyszalne błaganie Germana:

– Chodź, Imani. Chodź tutaj…

Usłuchałam z oporem, a Bianca się oddaliła. Charkotliwy oddech Portugalczyka zagłuszał poszumy rzeki. Wyciągnęłam z mojego tobołka stary notes i położyłam go na ziemi w charakterze poduszki. Już od dawna sierżant obywał się bez normalnego podgłówka. Mogła go zastępować jego stara, zniszczona Biblia, mogły to być też kartki wyrwane z notesu, w którym prowadził zapiski. Prawda jest taka, że tylko papier pozwalał mu spokojnie zasnąć.

Tym razem jednak nie przyjął tej prowizorycznej poduszki. Spojrzał na mnie chłodno i wymamrotał, że nie chce mnie obok siebie. Kiedy zaczęłam się wycofywać, wierzgnął gwałtownie nogami jak krnąbrne dziecko.

– Zostań ze mną – poprosił. Znowu usłuchałam. I mężczyzna oparł głowę na moich udach. Zastygła, niemal wstrzymując oddech, pozwoliłam, aby mi się przyglądał. Domyślałam się, jak wodzi rozgorączkowanym wzrokiem po moich piersiach, szyi, wargach. Aż w końcu wybełkotał niemal niedosłyszalnie:

– Pocałuj mnie, Imani. Pocałuj mnie, bo chcę umrzeć. Chcę umrzeć na twoich ustach.

*

Tak było przez lata: w środku pory suchej mój dziadek siał kukurydzę, po trzy nasiona na dołek, w martwej, spękanej od słońca glebie. Babcia próbowała przemówić mu do rozsądku, jakby mógł istnieć jakikolwiek rozsądek w życiu bardziej wypalonym niż pustynia. A jej mąż odpowiadał:

– Ja sieję deszcz.

Mój ojciec, znakomity wirtuoz marimby, nigdy nie rozmiłował się w pracach rolnych. Teraz, na małej wyspie, gdzie zażywaliśmy odpoczynku, jego palce robiły to samo co zawsze: bębniły po piachu, jakby wszędzie widział sztabki instrumentu. Ale była to muzyka tworzona wyłącznie z ciszy, rozpaczliwa wiadomość dla kogoś, kto z brzegu rzeki umiałby wysłuchać głosu ziemi.

Jednak ziemi już nikt nie słuchał: w całym regionie żołnierze portugalscy i wojownicy Ngungunyane szykowali się do ostatecznego starcia. To nie żądza zwycięstwa najbardziej ich motywowała. Najważniejsze było to, co miało nastąpić potem. Magiczne zniknięcie dotychczasowych nieprzyjaciół, skorygowanie błędu w boskim dziele. Mój dziadek sadził niemożliwe nasiona. Mój ojciec palcami koił sen tych, którzy zasnęli w ziemi.

Na tym polegała smutna ironia naszych czasów: podczas gdy my rozpaczliwie próbowaliśmy uratować białego żołnierza, kilka kilometrów dalej szykowano rzeź dla tysięcy ludzkich istnień. W tym kłębowisku wzajemnych nienawiści najbardziej narażeni byliśmy my, Chopi. Ngungunyane poprzysiągł wyrżnąć cały nasz lud, jakbyśmy byli zwierzętami, które Bóg stworzył przez pomyłkę i potem tego żałował. Uciekliśmy się pod obronę Portugalczyków, ale ich poparcie zależało od tymczasowych, nieprzewidywalnych sojuszy między Portugalią i Nguni.

Sierżant Germano de Melo był jednym z tych stworzeń, które przybyły z drugiego krańca świata, aby mnie chronić. Jako dziecko wierzyłam, że anioły są białe i mają niebieskie oczy. Ta wodnista barwa była dla nas znakiem, że są ślepe. Ojciec Rudolfo, niedawno przybyły do Afryki, był wstrzemięźliwy, kiedy odpowiadał na moje pytania o niebiańskie istoty.

– Ja tam żadnych aniołów nie poznałem. Ludzie zapewniają, że mają skrzydła, ale tak może mówić tylko ktoś, kto ich nigdy nie widział…

Jednego byłam pewna: mój anioł będzie biały i niebieskooki. Tak jak ten sierżant, który kilka lat później leżał na moim łonie. Płótno owinięte wokół jego rąk to były jego porozrywane skrzydła. On był nocnym posłańcem. Tylko w ciemności pamiętał o misji, którą mu powierzono. Ten boski przekaz spał mu teraz na wargach. Usłuchałam jego błagania. I pochyliłam się nad jego ustami.

*

Germano, już przytomniejszy i mniej marudny, otrząsnął się z majaków, aby mruknąć mi na ucho:

– Powyrywaj kartki z notesu i rozrzuć je wokół nas. Zrobimy łóżko.

Powoli wyszarpałam trochę kartek, ale kiedy już je miałam rozrzucić na ziemi, zawahałam się:

– A na czym będzie pan pisał listy do swoich przełożonych?

– Nie mam żadnych przełożonych. Jestem ostatnim żołnierzem armii, której nigdy nie było.

Jego zdaniem wszystko było zmyślone, poczynając od posterunku w Nkokolani. Nawet mój brat Mwanatu, ze swoim fałszywym mundurem i podrabianą strzelbą, był bardziej rzeczywistym wojskowym od niego.

– Chyba o panu zapomnieli – rzuciłam niepewnie, aby go pocieszyć.

– Już dawno temu dostałem rozkaz, żebym wrócił do Lourenço Marques.

– No to czemu pan nie wrócił?

– Nie tkwię w Afryce dlatego, że o mnie zapomnieli – powiedział Germano. – Tkwię tutaj dlatego, że ja zapomniałem o nich.

– Nie rozumiem.

– Jestem tutaj z twojego powodu.

Dosłyszałam kroki w trawie. Szukali mnie. Potem moich uszu dobiegł głos ojca, upominający resztę towarzystwa:

– Imani zajmuje się teraz Portugalczykiem, zostawmy ich w spokoju.

Głosy i śmiechy oddaliły się powoli, cichnąc wśród mroku.

*

Wróciliśmy w końcu na łódź, gdzie na nas czekano. Zostałam upomniana przeciągłym, ostentacyjnym westchnieniem Bianki. Po czym ruszyliśmy w kierunku Sana Benene. To miejsce na brzegu Inharrime w istocie nie było prawdziwą osadą. Wraz z groźbą nadciągającej wojny dziesiątki uchodźców przeniosły się w pobliże kościoła, wzniesionego dawno temu przez Portugalczyków.

Na pierwszym zakręcie rzeki jakaś przeraźliwa zjawa niemal pokrzyżowała nam plany. Nagle spośród fal wychynął ogromny, połyskliwy potwór, który sunął z prądem rzeki, w przeciwnym kierunku niż my. Kolosalna kreatura pruła wodę, cicha i lśniąca jak odłam słońca. Zbliżyła się powoli niczym metaliczny krokodyl, zajmując najpierw nasze oczy, a potem dusze.

– To _nwamulambu_! – szepnął z przerażeniem ojciec. – Niech nikt się nie odzywa, niech nikt na niego nie patrzy!

Tego mitycznego stworzenia nie wolno było oglądać twarzą w twarz, bo groziło to wyschnięciem oczu i wyjałowieniem mózgu. Mój brat się przeżegnał, ojciec wiosłował najostrożniej, jak się dało, aby uniknąć nawet najcichszego odgłosu. Tego boga rzek, który wywołuje podwodne trzęsienia ziemi i przynosi ulewy, nie wolno niepokoić. I pomyślałam: rzeki były kiedyś naszymi siostrami i braćmi; tkały płynną sieć, która nas chroniła. A teraz sprzymierzyły się z naszymi nieprzyjaciółmi. I stały się wodnymi wężami, krętymi szlakami, którymi wędrują anioły i demony.

To złowrogie spotkanie było krótkie. A mimo to zasiało we mnie jakieś ponure przeczucie. Na szczęście nikt nie mógł zauważyć naszej obecności – czółno nadal niepostrzeżenie sunęło rzeką. Sierżant leżał na dnie łodzi, biała Bianca spała okryta kapulaną. Na widoku pozostawaliśmy tylko my, troje czarnych. Uspokoiłam się: tak czy inaczej, ktokolwiek by teraz zobaczył naszą łódź, musiałby nas uznać za miejscowych rybaków. Nic nie mogło wzbudzić podejrzeń, nic nie było w stanie wzburzyć rzecznych duchów.

Kiedy ponownie otworzyłam oczy, _nwamulambu_ rozmył się we mgle, a my znów zaczęliśmy oddychać normalnie. Bianca obudziła się pierwsza, tak że zdążyła jeszcze dostrzec w oddali zarysy potwora. Przez chwilę wytężała wzrok, aby sprawdzić, czy na grzbiecie dziwnego rzecznego stworzenia nie widnieje charyzmatyczna postać Mouzinha de Albuquerque. Ale chwilę później nasza łódź wzięła na rzece zakręt, Włoszka zaś wybuchnęła śmiechem:

– To ma być potwór? Przecież to łódź pancerna.

Tym, co tak nas przeraziło, była po prostu jedna z tych opancerzonych tratew, których Portugalczycy używali do patrolowania rzek na południu Mozambiku. Tak nam to wyjaśniła Bianca. Ta jednostka była tak błyszcząca, ponieważ składała się z drewnianej konstrukcji obitej cynową blachą. Biali żołnierze chronili się w czymś takim przed zasadzkami zbuntowanych grup tubylczych. Afrykańscy wojownicy, ukryci wśród nabrzeżnej roślinności, obierali sobie za cel łodzie białych. Gęsty las był dla Portugalczyków nieprzystępnym terytorium. Jedynie miejscowi znali ścieżki wiodące pośród bagien i wielkich splątanych korzeni, które sterczały z pni niczym drzewa postawione na głowie. Te ścieżynki ukazywały się z woli bogów, po czym ponownie znikały po każdej zasadzce.

Nasze czółno pruło nie tyle powierzchnię wody, ile gęstą ciszę. A wokół sierżanta słychać było wyłącznie muchy, te przedwczesne płaczki żałobne.

To wtedy dostrzegliśmy na brzegu jakiegoś mężczyznę, wymachującego rękami w naszą stronę. Ojciec zawahał się, nie wiedząc, czy powinien zawinąć do brzegu. To mogła być zasadzka; w tych czasach nie można ufać nikomu. Obcy w dalszym ciągu wywijał trzymaną w dłoni kopertą, wykrzykując przy tym imię sierżanta Germano. Kiedy podpłynęliśmy bliżej, przedstawił się: był posłańcem z posterunku wojskowego w Chicomo. I miał za zadanie doręczyć tę kopertę Germanowi de Melo.

Lourenço Marques – pierwotna, kolonialna nazwa Maputo, dzisiejszej stolicy Mozambiku.

Kapulana – w Mozambiku spora prostokątna chusta z bawełny, spotykana też pod innymi nazwami w całej subsaharyjskiej Afryce, zwykle barwna i wzorzysta; kobiety obwiązują ją sobie wokół bioder tak, by sięgając im za kolana, służyła za spódnicę. Kapulany mają zastosowanie uniwersalne, służą nieraz też jako chusty do noszenia dzieci lub zawoje na głowę.KONTAKT:

[email protected]

Przeszły-ciągły to seria, w ramach której publikujemy współcześnie napisane powieści historyczne.

W serii ukazały się:

- Aki Ollikainen _Biały głód_ przekład Justyna Polanowska
- Bibiana Candia _Cukier. Epopeja_ przekład Katarzyna Okrasko
- Stefan Hertmans _Wojna i terpentyna_ przekład Alicja Oczko
- Stefan Hertmans _Wejście_ przekład Alicja Oczko
- Martín Caparrós _Echeverría_ przekład Katarzyna Okrasko
- Maria Hesselager _Mam na imię Folkví_ przekład Agata Lubowicka
- Arturo Pérez-Reverte _W cieniu orła_ przekład Filip Łobodziński
- Steve Sem-Sandberg _Ocean_ przekład Przemysław Pożar
- Santiago Roncagliolo _Rok, w którym narodził się diabeł_ przekład Tomasz Pindel
- Mia Couto _Władca piachu. Trylogia mozambicka Księga pierwsza. Kobiety z popiołu_ przekład Michał Lipszyc
- Paweł Rzewuski _Krzywda_
- Arturo Pérez-Reverte _Przylądek Trafalgar_ przekład Joanna Karasek
- Mathias Enard _Opowiedz im o bitwach, o królach i słoniach_ przekład Filip Łobodziński
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij