Wokulski - ebook
Co się stało ze Stanisławem Wokulskim po „Lalce”? Bogumił Wójcik podejmuje jedno z najbardziej fascynujących pytań polskiej literatury i prowadzi bohatera polskiej arcypowieści nowymi drogami.
Rok 1879. Stanisław Wokulski próbuje odnaleźć sens życia po utracie wielkiej miłości i rozpadzie dawnych złudzeń. Daleka podróż przez Rosję i Bliski Wschód aż do Japonii staje się dla niego nie tyle ucieczką, ile wyprawą w głąb siebie. Na jego drodze staną też niezwykłe kobiety, z których każda skrywa własną historię i moc tajemnic. Izabela Łęcka, Kazimiera Wąsowska i Anna Siergiejewna nie są jedynie świadkami jego przemiany – one także dokonują wyborów i podążają swoimi ścieżkami…
„Dynamiczna, wiarygodnie osadzona w realiach końca XIX wieku opowieść o odzyskiwaniu wolności, przyjmowaniu odpowiedzialności i prawie do wyboru własnej drogi”.
Aneta Korycińska, „Baba od polskiego”
„Bogumił Wójcik wykonał solenną oraz głęboką pracę. Był od początku do końca etyczny i erudycyjny, do czego dobrym przygotowaniem okazało się jego dotychczasowe powieściopisarstwo. Indywidualna wizja autora to opowieść o dorastaniu Wokulskiego do swojej pierwszej konstruktywnej samotności – narodziny Wokulskiego podróżnika, obieżyświata, nomady, a nawet transkontynentalnego Europejczyka. Gdybym chciał ująć więc treść całej tej opowieści jednym słowem, powiedziałbym: pożegnanie z romantyzmem i powitanie polskości już na nowych, dojrzalszych niżeli kiedykolwiek warunkach. To Wokulski w interpretacji Wójcika – Wokulski przezwyciężony, i dlatego zwyciężający. Zwyciężający, i dlatego przezwyciężony”.
dr hab. Karol Samsel, prof. UW
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68817-94-2 |
| Rozmiar pliku: | 827 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dedykacja
Rozdział I. Wielkie cudze plany
Rozdział II. Testament starego subiekta
Rozdział III. Jaskółka leci do ognia
Rozdział IV. Pogłoski i marzenia
Rozdział V. Mane, tekel, fares
Rozdział VI. Nowe horyzonty
Rozdział VII. Między Warszawą a Orientem
Rozdział VIII. Ronin
Rozdział IX. Rzym jesienią
Rozdział X. Most
Rozdział XI. Szkoła to nie jest prosty interes
Rozdział XII. Po drugiej stronie morza
Rozdział XIII. Kuszenie
Rozdział XIV. Antykwariuszka
Rozdział XV. Dyskretny urok hipokryzji
Rozdział XVI. Ludzie się zmieniają
Rozdział XVII. Omsk
Rozdział XVIII. Bez sztandarów
Rozdział XIX. Trzy dni w Paryżu
PosłowieRozdział I
WIELKIE CUDZE PLANY
Każde rozczarowanie to obietnica wolności od złudzeń. Ze wszystkich ludzkich słabości rozstanie z nimi jest najboleśniejsze.
Myśl ta naszła Wokulskiego, kiedy pociąg wjechał w bezkresne lasy brzozowe, jakie zaścielały gubernię twerską w drodze z Petersburga do Moskwy.
„Czy wolność od wszelkiej ułudy, wolność absolutna, niosąca spokój i dająca ludzkiej woli niezmąconą niczym możliwość działania, jest możliwa? Właściwie trzeba być świętym albo wariatem, albo jednym i drugim, aby ją osiągnąć” – pomyślał. „Świętym nigdym zostać nie chciał, byłbym zatem szaleńcem? Niechby i tak było... a wtedy zniknie i osad wspomnienia...”
Przyszło mu jeszcze do głowy, że właściwość idealnego odcięcia się od przeszłości przypada czasem w darze neofitom wielkich religii lub idei. Niemal uśmiechnął się na tę myśl, gdyż pewien był, że i ta droga w jego wieku i przy właściwościach jego natury wydawała się wątpliwą.
„Cóż mi więc pozostaje?” – zastanawiał się, gdy pociąg wjeżdżał na dworzec w Twerze.
„Czas i ruch... i może jeszcze nauka” – odpowiedział samemu sobie.
W Twerze pociąg zatrzymał się na dobre pół godziny, głównie, aby wziąć wodę. Wokulski wyszedł na peron dla rozprostowania nóg. Do dwóch wagonów pierwszej klasy, oznaczonych barwą niebieską, niespiesznie zmierzali bogaci Rosjanie, szlachta i kupcy, za którymi postępowali obładowani kuframi, walizami i sakwojażami tragarze. Dalej zgodnie z ustalonym porządkiem rzeczy następowały wagony klasy drugiej i trzeciej. Wokół nich kłębiła się teraz rzesza podróżnych, a przekupnie nawoływali, zachwalając bliny, kwas i wrzątek. Pociąg szedł jako pospieszny, nie miał więc wagonów klasy czwartej, zarezerwowanych dla najpośledniejszych podróżnych. Wokulski spojrzał na zegarek. Dochodziła trzecia po południu, do Moskwy pozostały jeszcze dwie godziny jazdy. Wciągnął w płuca zimne powietrze, inne niż warszawskie czy petersburskie, bo znacznie suchsze, dające znak, że zbliżają się do centralnej części Rosji europejskiej.
Gdy wrócił do swojego przedziału, spostrzegł, że zmienili się pasażerowie. Miejsce od korytarza zajmował teraz gruby kupiec o czerwonej twarzy. Miał zegarek na złotej dewizce tak grubej, że wyglądała jak łańcuch. Kupiec ledwo mruknął na zdawkowe powitanie Wokulskiego i zaczął przeglądać grubą skórzaną tekę, pełną weksli.
Oprócz niego wsiadł jeszcze wyższy urzędnik w mundurze kolejowym, wysoki, chudy, z długą brodą zapuszczoną na wzór rosyjskich wojskowych. O ile ruski kupiec był Wokulskiemu całkowicie obojętny, o tyle urzędnik, który przywitał się głośno i wylewnie, wzbudził w nim natychmiastową awersję.
W tym momencie do drzwi przedziału zapukał główny konduktor, mocno czymś zalterowany.
– Poczta i depesza dla wielmożnego pana Wokulskiego!
To powiedziawszy, z największym uniżeniem wręczył Wokulskiemu przesyłkę. Pociąg zagwizdał, zasapał, szarpnął i ruszył.
Wokulski odłożył kopertę z czerpanego papieru, z cyfrą herbową, na stolik przy oknie i przebiegł oczami telegram. Ten był od Suzina.
Wyjeżdżam dziś do Tuły. Turow czeka Cię na dworcu. Bądź w Ermitażu jutro o czwartej po południu. Sprawa najwyższej wagi! Suzin.
„Oto cały Suzin. Pisze »sprawa najwyższej wagi«, a załatwiać ją chce w lokalu znanym w całej Moskwie”. Wokulski niewielką miał ochotę na wieczór w tej restauracji, bardzo głośnej i bardzo modnej, tym mocniej, że jej styl stanowił dziwną mieszaninę rosyjskiego przepychu i paryskiego szyku. „Nawet tu Paryż upomina się o mnie” – pomyślał. „Gdybym nie był winien Suzinowi tej wizyty... powinienem jechać w odwrotnym kierunku”.
– Przepraszam najuniżeniej – zapytał po rosyjsku wyższy urzędnik kolejowy, który zdążył już uważnie zlustrować i ocenić leżącą na stoliku ozdobną kopertę. – Szanowny pan z Królestwa?
Wokulski niechętnie uniósł wzrok znad depeszy.
– Tak, panie – powiedział po polsku.
Gruby kupiec zamknął tekę z wekslami, poruszył się niespokojnie i popatrzył na współpasażerów.
– Jestem Machnicki. Jerzy Machnicki – ukłonił się urzędnik, mówiąc dalej po rosyjsku – z Radomia, ale od lat już tutaj w twerskiej guberni. Jaśnie pan zdąża do Moskwy naszą wspaniałą koleją? Pierwszy raz? Prawda, że podróżuje się nią najwyborniej? Rzekłbym, że w niczem nie mają przed nią pierwszeństwa najprzedniejsze koleje niemieckie czy austriackie.
Mowa ruska w jej służalczej formie dziwnie rozdrażniła Wokulskiego.
– Zgadujesz pan tym trafniej, że Moskwa to stacja końcowa – rzekł, ponownie po polsku. – I jak widzę, tak długo byłeś pan w twerskiej guberni, żeś zapomniał ojczystego języka.
– Jaśnie pan raczy zauważyć, że jestem, jakby to powiedzieć, osobą urzędową – lekko żachnął się Machnicki. – Mnie obowiązują regulaminy, ja powinności mam...
– I na tym poprzestańmy.
Sięgnął po kopertę leżącą pod oknem, a urzędnik, którego obowiązywały regulaminy i powinności, wyciągnął z sakwojaża plik dokumentów, nasunął na nos binokle i począł przeglądać papiery, nie bez żalu, iż impertynencja rodaka uczyniła niemożliwym nawiązanie korzystnej znajomości.
Wokulski tymczasem rozerwał kopertę i czytał. Pismo było śmiałe i eleganckie, a list pachniał francuskimi perfumami.
Drogi Panie Stanisławie Piotrowiczu!
Od naszego wspólnego przyjaciela wiem, iż zamierza Pan na krótko zatrzymać się w Moskwie. Cieszę się niezmiernie, bo mam nadzieję, że nie zapomniał Pan całkiem o nas i że zechce nas odwiedzić. Wiele słyszałam o Pana poczynaniach w Warszawie i spółce do handlu z Rosją. Podobno miał Pan tam pojedynek, mon Dieu! Cóż to za szaleństwo... Proszę się więcej nie ważyć na podobne... Naturalnie musi mi Pan wszystko to opowiedzieć.
Wiem, że macie z Suzinem jakieś interesa do omówienia, zapraszam Was zatem do mnie na popołudniową herbatę na najbliższy czwartek, zapewniam, że nie będzie się Pan nudził.
Pozdrawiam Pana i oczekuję!
Anna Rożdiestwienska
P.S. Luboczka, która jest teraz przy mnie, również przesyła pozdrowienia.
„Po to wyjechałem z Warszawy, żeby teraz zdobić salon Anny Siergiejewny” – pomyślał. „Oczywiście, że nie pójdę. Suzin będzie nalegał, jak to on. Podobają mu się te trzy miliony rubli i dwa wielkie handlowe magazyny tu i w Petersburgu. Ale jak tak, to niech sam ją emabluje”.
Złożył list i schował do kieszeni.
Ciemności listopadowego zmierzchu skryły otaczający ich krajobraz, rozmazując kontury mijanych wsi i miasteczek. Dopiero przed samą Moskwą pola i lasy, i same miejscowości rozjaśniły się srebrzystą poświatą, odbijającą gwiaździste niebo i płonące gdzieniegdzie światełka z domostw i osad. Wytłumaczenie owej magii okazało się nader łatwe. Otóż wokół Moskwy spadł już śnieg.
Pociąg, sapiąc i rozdmuchując na boki tumany pary, wtoczył się na peron, zagwizdał, szarpnął i stanął. Wokulski, niemal bez bagażu, wysiadł jako jeden z pierwszych i zanim jeszcze zdążył rozejrzeć się po peronie, usłyszał znajomy głos:
– Wasza wielmożność! Stanisławie Piotrowiczu! Tutaj!
W jego kierunku biegł szczupły mężczyzna, wymachując wysoką czapką z karakułów. Wokulski poznał Turowa. Na przekór swemu nazwisku był to młodzieniec szczupły, średniego wzrostu, o przyjemnej fizjonomii, rozczochranych blond włosach i rozumnych oczach. Suzin wynalazł go przed kilku laty w czasie jednego z kupieckich wojażów po Rosji zauralskiej i uczynił swoim rękodajnym.
– A co tam, Turow? – rzucił na powitanie Wokulski. – Poznaliście mnie? Bo to już ze trzy lata jakeśmy się ostatnio widzieli.
– Och, jakbym waszej wielmożności miał nie poznać. Stanisławie Piotrowiczu, taka radość! To się mój pan ucieszy! Nie mógł się on już waszej wielmożności doczekać. Proszę za mną, powóz czeka. Gdzież to bagaże waszej wielmożności?
– Nie mam bagaży.
– Jakże to? Toż zamarznie pan w Moskwie w tym płaszczu! Już tydzień, jak spadł śnieg i mróz trzyma tęgo.
Tak rozmawiając, doszli za halą dworca do oczekujących powozów. Okazało się, że do Suzina należał jeden z najdroższych i największych, zaprzężony w dwie pary pysznych trakeńskich koni. Gdy Wokulski rzucił do Turowa uwagę na temat urody zaprzężonych do powozu karoszy, ten odpowiedział, że to ostatni kaprys jego pana, który konie te sprowadził z Prus i zamierza założyć pod Moskwą ich stadninę.
– Dokąd jedziemy? – spytał Wokulski Turowa, myśląc, że staną w domu gościnnym Suzina na Kostromskim Przedmieściu.
– Do Łoskutnego Hotelu – odparł zapytany, a widząc lekkie zdziwienie Wokulskiego, dodał: – W domu gościnnym mój pan ma teraz znajomą... wielką artystkę z zagranicy, rozumiecie...
Wokulski skinął głową na znak, że rozumie.
Do powozu wsiadł sam, bo Turow mimo zaproszenia ani śmiał mu towarzyszyć i gdy tylko zamknął za Wokulskim drzwi, umościł się koło woźnicy na koźle.
Powóz, dobrze resorowany, prawie nie trząsł mimo nierówności moskiewskiego bruku, a gazowe latarnie oświetlały ulice nadal jeszcze rojne, choć była siódma wieczór, pełne ludzi, powozów, szyldów i sklepów. Drugie miasto imperium rozciągniętego między Europą a Azją, pełnego sprzeczności, rozmachu i lenistwa, bogactwa i utracjuszostwa, geniuszu i głupoty, tętniło życiem i energią, może nawet bardziej niż stołeczny Petersburg. Tu zbiegały się nerwy wszystkich szlaków handlowych zasilających tego groźnego olbrzyma, świadomego swojej niezmiernej siły, częściej niszczycielskiej niż twórczej, i ciągle wahającego się w wyborze, do którego kontynentu, cywilizacji i świata on sam przynależy.
Wokulski nie rozmyślał jednak nad dylematami, które od dawna ciążyły nad rosyjską przyszłością. Rozbawiła go lekko myśl o Suzinie, chowającym w domu gościnnym tajemniczą damę z zagranicy.
„Ot ladaco” – pomyślał i uśmiechnął się do siebie. „Ciekaw jestem, od kiedy to trwa? Od Paryża, czy może wcześniej? Na ile go znam, z pewnością »nie bierze tej znajomości zbyt tragicznie«... A skoro druga strona jest wielką artystką, to pewnie pysznie się bawią... W końcu skądś musiały się wziąć te wszystkie przemyślenia o kobietach, którymi mnie karmił, zresztą z dobroci serca... Każdy przecież ma swoją dziedzinę, w której czyni doświadczenia i gromadzi ich rezultaty”.
W lepszym już nastroju niż ten, który towarzyszył mu przez całą drogę z Petersburga, dojechał Wokulski do hotelu Łoskutnego, jednego z najlepszych w Moskwie, znajdującego się na ulicy Twerskiej, tuż przy Placu Maneżowym.
W foyer hotelu zauważył, że dużo się w nim zmieniło od ostatniego razu, kiedy tu był; wszystkie boazerie, parkiety, a nawet schody zostały wymienione. Gdy spytał konsjerża o przyczynę tych nowości, ten odpowiedział, że nie dalej jak we wrześniu mieli tu pożar, który strawił przeszło dwadzieścia numerów i uszkodził sam hall.
Odprawił Turowa, zaleciwszy mu, aby jutro przed południem kupił mu porządny płaszcz podbity futrem i odpowiednią futrzaną czapkę. Turow skinął głową, nawet nie spytał o rozmiar, tylko zapewnił, że jutro przed południem stawi się w hotelu z umówionymi zakupami.
Wokulski zamówił do pokoju kolację z wędzonego jesiotra, ogórków i sałaty i butelkę koniaku. Kiedy znalazł się w swoim numerze, na który składał się duży salon, gabinet i sypialnia, przysiadł przy biurku i wyciągnął listy, które otrzymał jeszcze w Petersburgu. Pierwszy z nich był z Paryża od Geista i mimo że czytał go już wcześniej dwukrotnie, raz jeszcze przebiegł go wzrokiem. Treść jego nie zadowalała go do końca, choć wcześniej już uznał, że profesor coraz bardziej dziwaczeje.
„Jeśli ma być coś z tego, powinienem jechać do Paryża przed upływem roku, póki jesteśmy jeszcze w stanie się porozumieć. W przeciwnym razie wszystko to może okazać się płonne. Ochocki powinien pojechać do Geista nawet wcześniej niż ja” – pomyślał. „Mógłby wszystko wstępnie urządzić. A jednak Geist chce, abym to ja przyjechał pierwszy, nawet bez funduszy. Muszę jednak zakończyć sprawy tutejsze, tak jak zakończyłem warszawskie”.
Na wspomnienie Warszawy doznał przelotnego uczucia żalu, bo Rzecki z pewnością będzie się zastanawiał, skąd jego nagłe dyspozycje pieniędzmi pozostawionymi w banku i u Szlangbauma. „Trzeba będzie napisać do Starego co prędzej i choć trochę go objaśnić w tym, co zamierzam” – skonkludował. Błysnęła mu w głowie przez moment myśl o pannie Izabeli, ale zgniótł ją na podobieństwo wyblakłej ryciny wyrwanej z nieaktualnej gazety i wyrzucił w najdalsze zakamarki umysłu.
Potem układał sobie, co powie Suzinowi i jak uzasadni wycofanie swoich rosyjskich kapitałów. Przyniesioną kolację ledwie tknął, ale podobnie nienaruszona pozostała i butelka koniaku. Pracował do późna, zestawiając rachunki i podliczając aktywa i terminy. Wreszcie zmęczony, ale i uspokojony rzucił się na łóżko.
● ● ●
Dzień następny wstał słoneczny, suchy i mroźny, malując na szybach koronkowo-lodowe obrazki.
Wokulski po śniadaniu raz jeszcze przejrzał swoje obrachunki, szukając w nich jakiegoś błędu, którego jednak nie znalazł. Sprawiło mu to pewne zadowolenie. Liczby były stabilne, niewzruszone i nie miały w sobie nic z ludzkiej niestałości. Postanowił, że gdy tylko Turow przywiezie mu palto, wyjdzie na przechadzkę. Niechęć do ludzi nie opuściła go całkiem, jednak pośród obcych odczuwał ją w sposób jakby zamglony i stopniowo zanikający.
Turow pojawił się akuratnie za kwadrans dwunasta z dobrym paltem podbitym karakułem i wysoką futrzaną czapką. Przywiózł też bardzo porządny wizytowy surdut w tabaczkowym kolorze, z dobranym jedwabnym fularem, i zarazem wieść, że z Suzinem będzie w hotelu o czwartej, aby zabrać go na spotkanie.
– Do Ermitażu mogę doskonale dojść bez powozu – zauważył Wokulski, bo lokal znajdował się po drugiej stronie Placu Maneżowego, w odległości nie więcej jak kwadrans bardzo spokojnym krokiem.
– Wasza wielmożność, wiem tyle, że pan mój będzie po was powozem – odparł z niezmąconym spokojem Turow, po czym pożegnał się grzecznie i wyszedł.
Gdy został sam, Wokulski pomyślał, że pora się ostrzyc i ogolić, zadzwonił więc po konsjerża i za niecałe dwie godziny mógł obejrzeć w lustrze odmienioną postać siebie.
Z odbicia patrzył na niego człowiek o zmęczonych oczach i skroniach lekko przyprószonych srebrem, ale nadal jeszcze trzymający się prosto, silny i żywotny.
„Jednak nie zabiło mnie to wszystko” – pomyślał. „Nadwątliło, ale przetrwałem. Nie wyglądam też na szaleńca. Przynajmniej na razie”.
Czas, jaki mu pozostał, przepędził na czytaniu książek i przeglądaniu gazet, które prześcigały się w ostrzeżeniach przed rosnącymi w siłę Niemcami i szydziły z Anglików, którzy prowadzili wojny w Afganistanie i Południowej Afryce, a żadna z nich nie szła po myśli podstępnego Albionu. Nawoływały także do przyłączenia Turkmenii do Rosyjskiego Cesarstwa nawet za cenę wojennej wyprawy. „Dla rozszerzenia granic” – jak to elegancko nazwał jeden z dzienników.
Dziesięć minut przed czwartą zapukał konsjerż i uniżenie przekazał wiadomość, że wielmożny pan Suzin oczekuje go na dole w powozie.
Wokulski wziął palto i wyszedł przed budynek. Stał tam znany mu już, zaprzęgnięty w trakeny powóz, a przed nim w futrze, ale z gołą głową – Suzin.
Na widok Wokulskiego rozłożył ręce, podbiegł kilka dzielących ich kroków i chwycił przybysza w ramiona.
– No jesteś wreszcie! – rzekł, gdy się uściskali. – Siadajmy, bo mamy troszkę do przejechania, a spóźnić się nie wypada. Ot dobrze, żeś wreszcie przyjechał, pogadamy po drodze. – To powiedziawszy, niemal wskoczył do powozu.
– Gdzież to jedziemy, bo przecież nie do Ermitażu – spytał Wokulski, bo powóz zakręcił energicznie i ruszył w dokładnie przeciwnym kierunku.
– Prawda – odparł Suzin. – Ermitaż zostawimy sobie na jutro. A dziś, gołubczik, zmiana planu, pojedziemy do Anny Siergiejewny.
Widząc, że Wokulski lekko zmarszczył brew, Suzin klepnął go w ramię i kontynuował:
– Nie chmurz się, nie chmurz na Suzina, Stanisławie Piotrowiczu. Wiem, miałeś do dam pojechać jutro, ale uwierz, nie ma tu żadnego mego podstępu, no może taki malutki, czut’, czut’. – Tu pokazał kciukiem i wskazującym placem, jak niewielki to podstęp, i zaśmiał się rozgłośnie. Po chwili jednak spoważniał i dodał: – Będą dziś u Anny Siergiejewny ważne figury, rozumiesz, ważne dla mnie i dla naszych interesów... Jest okazja porozmawiać, a wierz mi, o spotkanie z niektórymi zabiegałem od dawna. Proszę cię też, żebyś jak zawsze słuchał uważnie i obserwował.
– Suzin, wiesz, że chcę się skwitować z naszych interesów, jak wcześniej mówiłem.
Kupiec pokręcił głową, popatrzył uważnie na Wokulskiego i rzekł:
– Bardzo zmizerniałeś od czasów paryskich, ale skoro mówisz o skwitowaniu z interesów, to znaczy, że ci ta panna wysokiego rodu wywietrzała z głowy i masz jakiś nowy pomysł. I to jest dobre i zdrowe, a reszta się ułoży. Odetchniesz tutaj, duszę odtrujesz, a jak zobaczysz, jakie mam zamierzenia, to ja wiem, że zmienisz zdanie.
Widząc, że Wokulski milczy i nie daje się wciągnąć w dyskusję, Suzin mówił dalej:
– Ty mi zrób tylko jedną uprzejmość i zmień tę wilczą minę, jak dojedziemy do Anny Siergiejewny. To taka dobra kobieta! I głowa, i serce, wszystko u niej na miejscu. O córce nie wspominam, bo mnie tu zaraz pokąsasz, ale sam wiesz, że jeszcze lepsza od matki. Tak że zachowaj to chmurne czoło na swoją Warszawę, a tu... tu bądź człowiekiem.
Suzin wyciągnął portcygar z tłoczonej skóry, poczęstował cygarem Wokulskiego i sam zapalił. Na chwilę obu ich przysłoniły kłęby dymu.
Wokulski raz jeszcze przebiegł w pamięci swoje obrachunki ze wspólnikiem. Ze słów Suzina widać było brak chęci do zakończenia ich wspólnych spraw, przeciwnie – wynikało z nich, że Rosjanin nosi się z jakimiś nowymi zamiarami. Wokulski czuł narastające rozdrażnienie, choć przewidywał przecież, że przeprawa z Suzinem nie będzie łatwa.
Kupiec musiał myśleć o tym samym, bo odezwał się pierwszy:
– Ty chcesz wycofać się całkowicie?
– Tak.
– Masz u mnie w obrocie ponad trzysta tysięcy, które dają ci co najmniej dwanaście procent rocznie, a może dadzą w przyszłym roku i piętnaście. Jestże teraz sens rezygnować?
– Chcę zacząć od początku.
– To i zacznij. Ale nie psuj sobie dobrych interesów i nie trać przyjaciół.
– Interesy doszczętnie mi obrzydły. A przyjaciele, jeśli są nimi istotnie, to zrozumieją.
– Ty chcesz wrócić do Paryża, czyż nie? Czyli zamienić jedno szaleństwo, to jest miłość, na jakąś drugą mrzonkę...
– A jeśli tego właśnie pragnę? – niemal wykrzyknął Wokulski. – Jeśli się przebudziłem z długiego, głębokiego snu, jeśli chcę zrobić coś, co będzie mieć znaczenie, co nada jakiś sens mojemu istnieniu, to źle?
– Ty zawsze, Stanisławie Piotrowiczu, musisz za czymś gonić, nie widząc tego, co pod ręką. Weźmy na ten przykład Irkuck. Po zesłaniu proponowali ci tam intratną posadę rządową, aleś wolał zajmować się przyrodnictwem i przymierając głodem, pisać uczone rzeczy dla różnych naukowych towarzystw. Potem mogłeś jeszcze tu, w Rosji, wejść ze mną w spółkę i miałbyś dzisiaj tyle co ja, ale nie, wtedy wróciłeś do Warszawy i już nie tylko przymierałeś głodem, ale prawie z niego pomarłeś... Do Turcji pojechałeś zrobić majątek. Znam ja cię jednak, to nie było dla samego dorobienia się, tylko żeby wejść w sfery tej waszej arystokracji – tu Suzin skrzywił się z widocznym wstrętem – tak samo próżniaczej i jałowej, jak i nasza rosyjska. Jak oni cię zawiedli i rozczarowali, to teraz tyś rozszastał wszystko, coś miał w Warszawie, nie zaprzeczaj. – Suzin uniósł palec gestem nauczyciela karcącego ulubionego, ale krnąbrnego ucznia. – Wiem, bo już mi o tym wasi usłużni donieśli, a wszystko, coś zrobił, to po to, żeby wielkim gestem odciąć się od przeszłości, wynagrodzić krzywdy i wypłacić zasługi. Odejść jak książę, wielki pan. Pięknie i bardzo kosztownie!
– Jeśli jestem taki, jak mówisz – rzekł Wokulski – to po cóż sobie mną głowę zaprzątasz? Wypłać mi kapitał, zrezygnuję z procentów za ten rok i możesz pomniejszyć go i o to, co byś stracił na tym, że go wycofam.
Suzin palił przez chwilę w milczeniu, a potem pokręcił głową i rzekł:
– Przy wszystkich niepodobieństwach i zakrętach twojej natury, ty masz wielki dar spotykania ludzi, którzy cię naprawdę kochają. I którzy stoją przy tobie, nieważne, jakie głupstwo byś zrobił. I wybaczają wszystko, nawet ślepotę i niewdzięczność. Ja ci powiadam, szanuj ty tych ludzi i kochaj choć trochę.
Wokulskiego ukłuła ta uwaga w samo serce, boleśnie, może dlatego, że tak po prostu i bez jakiegokolwiek wyjaśnienia rozstał się z Rzeckim. Ze Stawską, nawet i z Ochockim. A może i... z Izabelą? „Nie – pomyślał – z nią akurat obszedłem się stosownie”.
– Czyż ja się takim ludziom niczym nie odpłacam, jestem aż tak złym przyjacielem?
Na to Suzin nic nie odpowiedział.
– Co do nowego zamierzenia, jakie poczyniłem – rzekł, jakby po namyśle – wiesz dobrze, na czym w Rosji naprawdę się zarabia, bo nieraz o tym mówiliśmy.
– Na koncesjach rządowych.
Kupiec skinął głową.
– Tak dorobił się i wasz Kronenberg – rzekł. – A teraz i ja mam na to dobre widoki. I ty ze mną. Nie zapytasz nawet, o co chodzi?
Wokulski pomyślał, że Suzinowi należy się odrobina uwagi, przede wszystkim dlatego, że kupiec był mu przyjacielem od lat, a po wtóre, że wiedział, jak Suzin kocha każdy nowy pomysł, który obmyślił.
– Cóż to za zamiar? – spytał, mając nadzieję, że głos go nie zdradzi.
– Baku i nafta! – rzekł kupiec, z roziskrzonymi oczami pochylając się do Wokulskiego. – Oto przyszłość i fortuna! Oto sława prawdziwa. Teraz jest tam nie więcej niż kilkanaście szybów, ale ci, co znają się na rzeczy, od pewnego czasu węszą. Są tam już i ludzie od Nobla, i Rotszyldowie też swoich przysłali. Rekiny, Stanisławie, rekiny. Ale wszystkich ich prześcigniemy.
– Jak chcesz tego dokonać? – Wokulski przyznał w duchu, że ten pomysł Suzina miał wielki rozmach. Jak zawsze.
– Wiesz, jak jest w Rosji, nic za darmo. W tym przypadku będzie tak samo.
– Czyż nie za wysokie to progi? Musiałbyś...
– Musiałbym dotrzeć na samą górę, może i do samego cara, tak jest – rzekł Suzin spokojnie. – A w każdym razie do jego doradców. Już zadzierzgnąłem odpowiednie kontakty i alianse. I dostałem pewną propozycję, bardzo ryzykowną, nie zaprzeczam, ale jeśli się powiedzie, droga będzie otwarta.
Suzin uśmiechnął się, bardziej do samego siebie niż do Wokulskiego, i dalej palił w milczeniu.
Jechali wzdłuż rzeki i na jednej z rogatek opóźnił ich wywrócony powóz, w którym pękła oś, przez co dopiero o piątej, lekko już spóźnieni dotarli do domu Rożdiestwienskich, przy czym słowo „pałac” byłoby bardziej odpowiednie.
Rezydencja była niewiele tylko mniejsza od warszawskiego Hotelu Europejskiego, oddzielona od innych budynków wysokim parkanem i ogromną bramą z żelaza kutego w motywy roślinne w stylu francuskim. Brama była dziś otwarta na oścież i jasno oświetlona, również przez latarnie trzymane w ręku przez czterech służących w płaszczach z zielonego sukna. Wokulski wiedział, że za domem znajduje się duży park, z chińskimi domkami i pagodami, założony jeszcze przez matkę obecnej właścicielki.
Przypomniał sobie teraz, co Suzin wcześniej mówił mu o Rożdiestwienskiej.
Anna Siergiejewna Rożdiestwienska pochodziła z rodziny z dawien dawna kupieckiej, która jeszcze za panowania Aleksandra I opowiedziała się za postępem i odrzuciła dawne obyczaje i formy, przez co większość kupców tradycjonalistów, „brodatych” – jak ich nazywano wówczas w cesarstwie, serdecznie i szczerze Rożdiestwienskich nienawidziła. Ci jednak niewiele sobie z tego robili, rośli w siłę i zamożność, i było tak aż do wojny krymskiej. Konflikt ten przyniósł familii Rożdiestwienskich ogromne pieniądze, ale i nieszczęście, zabierając dwóch młodych dziedziców fortuny. W ten sposób zaledwie w rok cała fortuna przeszła na Annę Siergiejewnę, wówczas niespełna szesnastoletnią pannę, która stała się najbardziej pożądaną partią w Moskwie. W końcu młoda dziedziczka oddała swoją rękę pięknemu i szarmanckiemu oficerowi huzarów, hrabiemu Iwanowi Kałyginowi. Małżeństwo okazało się katastrofą, z której mógł wydźwignąć Annę Siergiejewnę dopiero cud. I ten się stał. Małżonek huzar, pragnąc wypróbować konia wielkiej krwi, jak wstał od karcianego stolika, tak dosiadł wierzchowca i postanowił przeskoczyć na nim parkan posiadłości. W chwilę później zakończył życie ze zgruchotanym karkiem, pozostawiając w żalu towarzyszy od kart, którzy tracili w nim hojnego gospodarza. Dla Anny Siergiejewny był to dzień wyzwolenia. Nie wyszła ponownie za mąż, wychowywała córkę, odrzuciła tytuł hrabiowski i wróciła do panieńskiego nazwiska. Za to z całą werwą zabrała się do ratowania firmy, tak że w całej kupieckiej Moskwie czyniono zakłady, czy jej się to uda. Po dekadzie okazało się, że Anna Siergiejewna nie tylko wyszła z tych zmagań zwycięsko, lecz uczyniła firmę świetniejszą niż dawniej. Z pomnożeniem majątku przyszły i kontakty z elitą władzy imperium, a salon Rożdiestwienskiej stał się jednym z najbardziej obleganych w starej stolicy.
Zajechali właśnie przed jej dom, poprzedzani dwoma powozami, nie mniej wspaniałymi niż ich własny. Gdy wysiedli, Wokulski zauważył grupę mężczyzn wchodzących po schodach pałacu, z których większość nosiła wojskowe płaszcze ze złotymi epoletami. Mimo lat przeżytych wśród Rosjan i nawet mimo ostatniej wojny, która przyniosła mu rozgłos i fortunę, nigdy nie oswoił się z rosyjskim mundurem. Jakaś część jego jaźni została w śniegach i leśnych echach roku sześćdziesiątego trzeciego.
– Moja zwierzyna na dzisiaj – szepnął do niego Suzin, wskazując głową wchodzących do pałacu, i uczynił gest, jakby składał się do strzału.
Gdy i oni weszli do pałacu, odebrano od nich palta, a starszy majordomus w bogatej liberii, dobrze widać zaznajomiony z Suzinem, przywitał ich z szacunkiem i rzekł, że pani jest w mniejszej sali balowej, w której dopiero co zaczął się koncert. Suzin poprowadził Wokulskiego z wyłożonego modrzewiowym parkietem hallu na lewo, do mniejszego korytarza, gdzie już rozbrzmiewały dźwięki muzyki.
Służący bezszelestnie otworzył przed nimi drzwi i znaleźli się w sali balowej, dziś wypełnionej zasiadającą na krzesłach widownią w liczbie około czterdziestu osób. Na podwyższonej scenie kwartet grał jakąś romantyczną, nieznaną Wokulskiemu kompozycję. Zajęli z Suzinem po cichu miejsce w ostatnim wolnym rzędzie, w samym narożniku sali, skąd dogodnie było się po niej rozejrzeć. Była tu imponująca kolekcja fraków, mundurów i damskich toalet, skrzących się od piór i drogich kamieni, których właściciele i właścicielki należeli do najbardziej wpływowych ludzi w imperium. Nie mogli dojrzeć nigdzie gospodyni, Wokulski założył jednak, że musi się ona znajdować w pierwszym rzędzie, ukryta przed ich oczami.
Gdy kwartet skończył i otrzymał brawa, do fortepianu podeszła młoda, wysoka i szczupła kobieta, w prostej sukni morelowej barwy. W jej wysoko upiętych czarnych, niemal granatowych włosach błyszczał diamentowy diadem. Wszystko w jej sylwetce, poruszeniach, sposobie, w jaki trzymała głowę, było samym wdziękiem. Wokulski poznał ją od razu, choć nie widział jej lat kilka. Była to Lubow Iwanowna Rożdiestwienska.
Dziewczyna ukłoniła się publiczności, która przywitała ją oklaskami, już to dla admiracji jej wyglądu, już to dla przypodobania się jej matce. Wokulski bił brawo z innymi, myśląc, że jeżeli Geist ma choć trochę racji, to niewątpliwie Lubow Iwanowna zalicza się do tych, których profesor nazywał prawdziwymi ludźmi.
Lubow usiadła za klawiaturą, lekko westchnęła i zaczęła grać. Po pierwszych tonach wśród publiczności ustały nawet najlżejsze szepty. Muzyka płynęła spod palców grającej, zrazu prosta, przyjemnie liryczna, aby później przejść w ton bardziej tajemniczy, uwodząc słuchających szeptem akordów, przykuwając uwagę, wreszcie zmuszając każdego z osobna do zatopienia się w sobie, we własnych myślach, uczuciach, refleksjach. Była w tym utworze jakaś wielka tkliwość i wzruszenie, przeplatające na przemian smutek z pocieszeniem i nadzieją.
– O, to Czajkowski – szepnął tonem znawcy ktoś z rzędu przed nimi. – Całkiem niedawna rzecz...
Wokulski od pierwszych zagranych nut poczuł w piersi dziwną wibrację, jakby tajała ciążąca mu i dławiąca go wielka lodowa gruda. Muzyka otaczała ten lód, wsączała się w niego, zastępowała stopniowo, ale uparcie chłód ciepłem. Na moment zapomniał o ostatnich przeżyciach, wspomnieniach i ułożonych planach. Cały świat jak w soczewce skupiającej światło zawęził się do tego miejsca i czasu, a potem już tylko do fortepianu, grającej na nim kobiety i aureoli diamentowych refleksów na jej włosach. Pomyślał, że tylko martwy mógłby pozostać obojętny na takie piękno.
„Jednak je odczuwam, a skoro tak...” – nie dokończył myśli. Dał się ponieść magii, którą tworzyła muzyka, pianistka i iluminacja wokół niej, i czuł teraz, że jakaś niewidzialna siła dźwiga go ze zmęczenia i zjadliwej niewiary we wszystko z mocą większą może, niż gdyby doświadczył sakralnego objawienia.
Pianistka muśnięciem palców stworzyła ostatni akord ostatniego taktu i posłała go w przestrzeń, a potem zamarła na chwilę z uniesioną nad klawiszami dłonią.
Widownia wybuchła brawami, teraz już szczerymi.
Wokulski siedział pogrążony w myślach, nieobecny. Poczuł, jak Suzin szturcha go łokciem w bok.
– Ty cóż, durak, nie klaszczesz? – szepnął kupiec.
Wokulski ocknął się i uderzył w dłonie. Przez moment wydawało mu się, że pianistka, kłaniając się, spotkała go spojrzeniem, ale mogło być to tylko złudzenie.
Występ Lubow był kulminacyjnym punktem koncertu i gdy umilkły wreszcie długie oklaski, służba otworzyła wysokie drzwi prowadzące z sali balowej do bankietowej.
Suzin, dobrze obeznany z tutejszymi obyczajami, pociągnął Wokulskiego za rękaw.
– Tak i chodźmy – rzekł.
Wokulski wstał nieco machinalnie, bo w głowie kłębiło mu się wiele na wpół sformułowanych myśli i przeczuć, i podążył za Rosjaninem. Suzin prowadził pewnie, lawirując wśród gości, kłaniając się lekko, jak przystało na posiadacza paromilionowej fortuny, a niekiedy uśmiechając promieniście, zwłaszcza do co piękniejszych dam z moskiewskiej socjety.
– Ot i nasz stolik – rzucił półgłosem do Wokulskiego. – Proszę cię, słuchaj jak zawsze i konotuj sobie w pamięci, kto i co będzie mówił, a przede wszystkim: jak mówił.
– I czego nie mówił? – dorzucił Wokulski.
– Tak jest. To bardzo ważny wieczór, zobaczysz zaraz...
Przy wskazanym stoliku siedziało już dwóch wysokich rangą wojskowych.
Wokulski spojrzał na nich i od razu poznał, że jednym jest Skobielew, „biały generał”, który przeszedł do rosyjskiej legendy dzięki bitwie pod Plewną. Drugiego wojskowego, także w generalskich szlifach, nie znał.
– Kłaniam się panom generałom – rzekł Suzin i skinął głową.
Skobielew podniósł się od stołu. Był to człowiek w czterdziestych latach życia, dość wysoki, o bujnych ciemnoblond włosach i – wbrew bałwochwalczym opisom rosyjskich gazet, widzących w nim współczesnego tytana – raczej smukły. Jego niezbyt szerokie barki powiększały wydatne epolety. Miał przy tym monumentalną, starannie ułożoną brodę, która dodawała mu wieku i dostojeństwa, a biały, gęsto szamerowany złotem i skrzący się gwiazdami orderów mundur przywodził na myśl generałów Napoleona, którym bez wątpienia dorównywał odwagą.
– Ach, to wy, Dymitrze Wasiliewiczu! – odezwał się przyjaźnie do Suzina. – Cieszę się, że znowu się spotykamy! I jak widzę – dodał, patrząc na Wokulskiego – przyprowadziliście tu więcej znajomych spod Plewny.
– Witam pana generała – rzekł Wokulski.