-
nowość
-
promocja
Wścibscy sąsiedzi - ebook
Wścibscy sąsiedzi - ebook
Nic tak nie jednoczy sąsiadów, jak cudze sekrety… W Shelley House ściany mają uszy, a uszy te należą do osobliwego duetu sąsiadek, gotowych wściubiać nos w nie swoje sprawy, szpiegować i zasadniczo robić wszystko, by uwikłać innych lokatorów w rozwiązanie zagadki kryminalnej.
Siedemdziesięciosiedmioletnia Dorothy Darling mieszka w Shelley House dłużej niż którykolwiek z pozostałych lokatorów, a jeśli wierzyć ich słowom, trudno o bardziej zrzędliwą i wścibską osobę. Dorothy ma jednak swoje powody do przeszpiegów, a żaden z nich nie wymaga usprawiedliwiania się przed niejaką Kat Bennett.
Dwudziestopięcioletnia Kat nigdy nie miała miejsca, w którym czułaby się jak u siebie w domu, a popadający w ruinę Shelley House nie stanowi wyjątku. Sąsiedzi uważają ją za drażliwą i nieprzystępną, ale pod twardą skorupą Kat prześladuje poczucie winy z powodu występków z przeszłości.
Kiedy okazuje się, że dom jest przeznaczony do rozbiórki, śmiertelnie sobie wrogie Dorothy i Kat zaczyna łączyć jedno: chęć uratowania zabytkowego budynku. A gdy jeden z lokatorów pada ofiarą brutalnej napaści, obie kobiety postanawiają znaleźć winnego. Policja umarza śledztwo zbyt wcześnie, pozostawiając zadanie przywrócenia spokoju w małej, lokalnej społeczności detektywom amatorom, mającym u swego boku rozbrykanego Jack Russell terriera.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8382-865-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rozdział pierwszy
Dorothy
Wiele lat później, gdy mieszkańcy Shelley House wspominali niezwykłe wydarzenia, jakie miały miejsce tego długiego, burzliwego lata, nie byli zgodni co do tego, jak to się zaczęło. Tomasz z mieszkania numer pięć twierdził, że wszystko miało swój początek w dniu doręczenia listów, a konkretnie sześciu niepozornych brązowych kopert, które trafiły do lokatorów w środę, pewnego majowego poranka. Omar spod trójki obstawał przy tym, że problemy pojawiły się kilka tygodni później, gdy przed budynek zajechała karetka na sygnale i zniesiono do niej ciało. Z kolei Gloria spod numeru szóstego powiedziała, że astrolog już w styczniu przewidział perturbacje i dramaty, jakie czekają ją w najbliższej przyszłości (a co ważniejsze, przepowiedział, że zaręczy się jeszcze przed Bożym Narodzeniem).
Ale Dorothy Darling z mieszkania numer dwa nie miała żadnych wątpliwości co do tego, kiedy zaczęły się kłopoty. Potrafiła precyzyjnie wskazać moment, gdy wszystko się zmieniło; to jedno machnięcie motylich skrzydeł, które rozpętało tornado, jakie ich potem pochłonęło.
Był to dzień, w którym do Shelley House trafiła dziewczyna z różowymi włosami.
Ten poranek zaczął się jak każdy inny. O szóstej trzydzieści Dorothy obudziło tupanie dobiegające z mieszkania na wyższym piętrze. Jeszcze przez kilka minut leżała w łóżku z mocno zaciśniętymi powiekami, łowiąc ostatnie strzępki snu. A kiedy nie dało się już dłużej tego odwlekać, wstała i w akompaniamencie skrzypiących kolan poszła do łazienki dokonać porannej ablucji. W kuchni rozpaliła ogień zapałką i czekając, aż jajko się zagotuje, a śniadaniowa angielska herbata naciągnie w imbryku, zrobiła kilka ćwiczeń rozciągających na dobry początek dnia. Gdy śniadanie było gotowe, zaniosła je na tacy do salonu i zjadła, siedząc przy karcianym stoliku obok wykuszowego okna. Do tej pory wszystko przebiegało zwyczajnym torem.
Jedząc, Dorothy obserwowała sąsiadów wychodzących z budynku. Był wśród nich wysoki, budzący postrach mężczyzna z mieszkania numer pięć ze swoim równie groźnym psem, który miał w zwyczaju fajdać na chodniki. Potem pojawiła się nastolatka – z tych, które byłyby śliczne, gdyby ciągle się nie krzywiły – wpatrzona w telefon i ostentacyjnie ignorująca ojca, który szedł za nią, niosąc pod jedną pachą podniszczoną teczkę, a pod drugą przepełniony karton z posegregowanymi śmieciami. Kiedy wsypywał jego zawartość do osiedlowych koszy, jedna z puszek chybiła celu i potoczyła się po chodniku. Mężczyzna nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, tylko pospiesznie ruszył za córką. Dorothy sięgnęła po dziennik i ołówek, które zawsze miała pod ręką.
_7.48. O.S. (3). Nienależyta utylizacja odpadów._
Gdy poranna godzina szczytu minęła, Dorothy się przebrała, uczesała długie siwe włosy i założyła sznur pereł. Zasiadła z powrotem przy oknie za dziesięć dziewiąta, w samą porę, by zobaczyć rudowłosą kobietę spod szóstki, idącą za rękę ze swoim obecnym amantem, wysokim, gamoniowatym facetem w taniej skórzanej kurtce. Potem nastąpił okres względnego spokoju i Dorothy zabrała się do zmieniania pościeli i odkurzania stojących na kominku bibelotów – a wszystko to przy dźwiękach _Zmierzchu bogów_ Wagnera, które zagłuszały hałasy dochodzące z mieszkania na górze.
A potem, chwilę po dziesiątej, gdy parzyła sobie drugi imbryk herbaty, na zewnątrz rozległo się coś w rodzaju donośnego wystrzału. Dorothy odstawiła czajnik i podbiegła do okna, przez które zobaczyła podjeżdżający przed budynek stary rozklekotany niebieski samochód. Tylne koło z wysiłkiem wdrapało się na krawężnik, z rury wydechowej buchnął wielki kłąb czarnego dymu, silnik zgasł, a chwilę później drzwi się otworzyły i ze środka wynurzył się kierowca. Był to młody człowiek, jakoś po dwudziestce, tylko na pierwszy rzut oka Dorothy nie była pewna, czy patrzy na mężczyznę, czy kobietę. Kierowca miał krótkie rozczochrane włosy, ufarbowane na fluorescencyjny róż i był ubrany w robocze ogrodniczki, w rodzaju tych, jakie noszą budowlańcy. Nie miał na sobie kurtki ani swetra, choć jak na początek maja było wyjątkowo chłodno, Dorothy mogła więc podziwiać wijące się na jego ramionach tatuaże, przypominające graffiti. Indywiduum sięgnęło na tylne siedzenie samochodu i wyciągnęło duży, wysłużony plecak, a potem zamknęło drzwi kopniakiem, od którego gruchot aż zadygotał. Dopiero gdy odwróciło się w stronę Shelley House, Dorothy zdała sobie sprawę, że ma przed sobą młodą kobietę.
Dziewczyna przyglądała się budynkowi z niezdradzającym niczego wyrazem twarzy, lecz Dorothy wyobrażała sobie, że gmach budzi w niej mieszaninę lęku i podziwu. W końcu nie co dzień widuje się domy takie jak Shelley House. Zbudowany za czasów królowej Wiktorii i nazwany na cześć angielskiego poety romantycznego, miał szeroką fasadę będącą misternym połączeniem czerwonej cegły i białego kamienia, zwieńczoną ozdobną balustradą. Słusznych rozmiarów kamienne stopnie prowadziły do potężnych drzwi wejściowych, nad którymi wyryto gotyckim pismem napis „SHELLEY HOUSE, 1891”. Drzwi na pierwszych dwóch kondygnacjach obramowywały imponujące okna wykuszowe, najwyższa kondygnacja zaś – niegdyś mieszcząca kwatery dla służby, zanim gmach przerobiono na wielorodzinny budynek mieszkalny – miała mniejsze, prostokątne okna mansardowe. Dorothy do dziś pamiętała chwilę, gdy ujrzała ten dom po raz pierwszy. Zatrzymała się na środku chodnika i chłonęła go wzrokiem z szeroko otwartymi ustami, podziwiając jego dostojeństwo i historyczny charakter. Był to najpiękniejszy dom, jaki kiedykolwiek widziała, i Dorothy przyrzekła sobie wtedy, że w nim zamieszka. Trzydzieści cztery lata później nadal była jego lokatorką.
Różowowłosa dziewczyna kontynuowała lustrowanie budynku, a gdy powiodła wzrokiem po parterze, na moment jakby zatrzymała się na oknie Dorothy. Kobieta instynktownie się cofnęła, choć wiedziała, że przez firankę nikt jej tu nie zobaczy. Mimo to serce biło jej trochę szybciej, kiedy patrzyła, jak dziewczyna wchodzi po schodach i znika z pola widzenia przy drzwiach wejściowych. Kogo zamierzała odwiedzić w środku dnia pracy? Może tego nieokrzesańca, który niedawno wprowadził się pod czwórkę? Owszem, Dorothy czekała na dźwięk dzwonka do drzwi, lecz dochodzący gdzieś z oddali, osłupiała więc, gdy rozległ się jej własny, który rzadko się odzywał. Dobry Boże, czyżby naprawdę chodziło o nią? Czy powinna otworzyć? Dorothy już od dawna nikt nie odwiedzał, a ta dziewczyna z pewnością nie wyglądała na osobę godną zaufania. Może była jedną z tych przebiegłych kanalii, które żerują na bezbronnych starszych ludziach, podstępem wtryniają się im do domów, by ich okraść i zostawić na pewną śmierć? Rzecz jasna, Dorothy nie była ani tak bezbronna, ani tak głupia, by dać się nabrać na ich fortele, lecz ta młoda szelma mogła o tym nie wiedzieć. Może na wszelki wypadek warto wziąć nóż z kuchennej szuflady?
Kobieta aż podskoczyła, gdy dzwonek rozległ się ponownie. Sięgnęła po ołówek – był zatemperowany wystarczająco ostro, by w razie potrzeby posłużyć za broń – i ruszyła w stronę drzwi. Kilka lat temu poprzedni właściciel budynku zainstalował przekombinowany domofon: gdy ktoś naciskał dzwonek, na małym ekranie przy drzwiach pojawiał się obraz z kamery, który pozwalał Dorothy sprawdzić, kto się do niej dobija, a nawet z tą osobą porozmawiać, zanim ją wpuściła. Ustrojstwo przerażało ją mimo wyjaśnień montera, że połączenie wideo jest jednokierunkowe i osoba z zewnątrz jej nie widzi. Teraz pochyliła się tak, że jej nos prawie dotykał ekranu, na którym pojawił się ziarnisty, czarno-biały obraz kobiety nerwowo obgryzającej paznokieć w oczekiwaniu, aż ktoś się odezwie. Czego mogła chcieć?
Dzwonek zabrzmiał po raz trzeci, tym razem dłużej i natarczywiej. Dorothy odchrząknęła i nacisnęła przycisk z napisem „INTERKOM”.
– Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? – Musiała krzyczeć, aby rozmówczyni usłyszała jej głos, tonący w trzecim akcie _Zmierzchu bogów_, który wciąż huczał w tle.
– Przyszłam w sprawie pokoju.
Dorothy zmarszczyła brwi.
– To z pewnością jakaś pomyłka. Gwarantuję, że nie ma tu żadnego pokoju do wynajęcia.
Przez interkom usłyszała ciężkie westchnienie.
– Już wynajęty? Trzeba było mi powiedzieć, zrobiłam kawał drogi tylko po to.
Dorothy zirytował bezczelny ton głosu dziewczyny.
– To teraz możesz wrócić tam, skąd przyjechałaś. Razem ze swoim złomochodem.
Nawet na małym ekranie Dorothy dostrzegła błysk gniewu na twarzy dziewczyny.
– Jest nieprawidłowo zaparkowany – dodała gwoli wyjaśnienia.
Dziewczyna nawet nie obejrzała się na auto.
– Nieprawda.
– Prawda. Tylne koło stoi na krawężniku, co stanowi naruszenie artykułu dwieście czterdziestego czwartego kodeksu drogowego. Jeśli nie przeparkujesz, mogę być zmuszona zadzwonić po straż miejską.
Dziewczyna wydała z siebie dźwięk będący czymś pomiędzy śmiechem a prychnięciem.
– Wow, zabawna jesteś, nie ma co. Może dobrze się stało, że się skichało.
Dorothy nie miała pojęcia, co się skichało, lecz zanim zdążyła ułożyć odpowiednio zjadliwą ripostę, dziewczyna odwróciła się i zeszła po schodach bez słowa podziękowania ani pożegnania.
Cofnęła się od drzwi z uczuciem triumfu. Nie wątpiła, że dziewczyna zamierzała zadzwonić do mieszkania numer jeden, którego okropny lokator miał zwyczaj nielegalnego podnajmowania drugiego pokoju. Dorothy trzykrotnie donosiła na niego właścicielowi budynku, lecz jak dotąd nie przyniosło to żadnych oczywistych efektów. Mimo to odczuwała pewną satysfakcję z udaremnienia tej konkretnej próby. Owszem, standardy w Shelley House obniżały się od lat, lecz będzie spokojniejsza na duszy, wiedząc, że ta bezczelna młoda awanturnica nie zamieszka po drugiej stronie korytarza.
Dorothy zerknęła na leżący na stole dziennik. Pomyślała, że powinna odnotować to zdarzenie od razu, póki ma je świeżo w pamięci.
_10.17. Różowowłosa impertynentka przez pomyłkę zadzwoniła do moich drzwi z pytaniem o pokój. Pouczyłam ją w kwestii kodeksu drogowego i odprawiłam z kwitkiem._
To jednak mogło poczekać. Bardziej palącym problemem był w tej chwili pozostawiony samemu sobie imbryk z herbatą, która wymagała reanimacji. Dorothy wróciła do kuchni pośród wzniosłych wagnerowskich dźwięków odprowadzających Brunhildę ku ognistej śmierci.ROZDZIAŁ DRUGI. KAT
Rozdział drugi
Kat
Kat otworzyła bagażnik samochodu, wrzuciła do środka plecak i zatrzasnęła klapę. Co za strata czasu. Przecież jeszcze wczoraj wieczorem wysłała esemesa, aby się upewnić, że pokój nadal jest dostępny, i dostała potwierdzenie. W rezultacie straciła cały ranek, jadąc tutaj, zamiast szukać lokum i pracy gdzie indziej. Kat od początku miała obawy związane z przyjazdem do Chalcot; może to znak, że nie powinna była tu wracać po latach? Szarpnęła drzwi od strony kierowcy i skrzywiła się, gdy zawiasy jęknęły w proteście.
– Wybacz, Marge – mruknęła, poklepując karoserię. Nie chciała, żeby na domiar złego zawiódł ją tego dnia także samochód.
Najdelikatniej, jak umiała, usiadła na fotelu kierowcy, lecz gdy już miała zamykać drzwi, usłyszała, jak ktoś woła ją po imieniu. Spojrzała w stronę budynku i w drzwiach wejściowych ujrzała siwowłosego mężczyznę, który machał w jej stronę.
– Halo! To ty jesteś Kat?
Kiwnęła głową, lecz nie ruszyła się z miejsca.
– Nie mów mi, że już się rozmyśliłaś… – Mężczyzna uśmiechnął się do niej krzywo.
Czy to był jakiś żart? Kat znowu zaczęła zamykać drzwi.
– Wiem, że z zewnątrz to miejsce robi nieszczególne wrażenie, ale pokój jest śliczny – zawołał. – Zanim zrezygnujesz, powinnaś chociaż wejść i go obejrzeć.
Wciąż się uśmiechał, tym razem z nadzieją. Kat otworzyła drzwi i na wypadek gdyby miał problem ze zrozumieniem jej, odezwała się głośno i powoli:
– Twoja żona powiedziała mi, że pokój jest już zajęty.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
– Moja żona?
– Tak. Oznajmiła, że więcej miejsc nie ma.
Na moment go zatkało i Kat poczuła przypływ współczucia. Biedak musiał być naprawdę pogubiony, skoro nie pamiętał własnej małżonki. Ale po chwili uśmiechnął się szeroko i zmrużył oczy.
– Och, kochana, myślę, że nacisnęłaś nie ten przycisk, co trzeba! Nie martw się, nie tobie pierwszej się to zdarzyło.
Tym razem to Kat zmarszczyła brwi.
– Czyli pokój nadal jest dostępny?
– Ależ oczywiście. Chodź, pokażę ci go.
Cofnął się o krok i zapraszającym gestem szerzej otworzył drzwi, lecz Kat została w samochodzie. Czy naprawdę chciała tu zamieszkać? Wciąż żywo pamiętała ten budynek z dzieciństwa. Za każdym razem, gdy mieszkała u dziadka, mijała Shelley House w drodze z jego farmy na obrzeżach Chalcot do szkoły podstawowej. Wtedy dzieciaki szeptały między sobą, że w tej przerażającej starej ruderze mieszka zła czarownica, która zamyka dzieci na strychu, więc ilekroć Kat tędy przechodziła, przyspieszała kroku, na wypadek gdyby ta jędza zaczaiła się także na nią.
Teraz zlustrowała dom wzrokiem. Kat nie bała się już czarownic gustujących w zjadaniu dzieci, lecz Shelley House nadal otaczała upiorna aura. Ceglana elewacja wyblakła i kruszyła się, a ramy okienne były złuszczone i wypaczone jak w horrorze. Na dachu brakowało kilku fragmentów kamiennej balustrady, a cała konstrukcja zdawała się złowieszczo przechylać na bok. Jeśli tak to wyglądało z zewnątrz, Bóg jeden wiedział, w jakim stanie musiały być wnętrza. Nic dziwnego, że czynsz był tak niski; Kat nie wyobrażała sobie, żeby ktokolwiek zdecydował się tu zamieszkać z własnej woli.
Mężczyzna wciąż stał w progu i uważnie się jej przyglądał. Nad jego głową widniała wyryta w kamieniu nazwa budynku. Od czasu, gdy była tu po raz ostatni, jakiś wandal dokonał dzieła zniszczenia i zamiast „SHELLEY HOUSE” teraz napis głosił „HELL HOUSE”. Widząc to, Kat nie mogła się powstrzymać od parsknięcia śmiechem, a mężczyzna uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi.
– Chodź, zapraszam! Właśnie nastawiłem czajnik.
A niech to. Skoro przejechała taki kawał, to może chociaż zerknąć na miejsce, którego tak się obawiała w dzieciństwie. Wysiadła z Marge i tym razem zamknęła auto delikatnie.
Gdy dotarła do szczytu schodów, mężczyzna wyciągnął rękę.
– Joseph Chambers. Miło mi cię poznać.
– Kat Bennett – odparła, nie wyjmując dłoni z kieszeni.
Weszła do środka, a drzwi zatrzasnęły się za nimi z głuchym łoskotem. Nie docierało tu naturalne światło i zaadaptowanie się do mroku zajęło oczom Kat dłuższą chwilę. Gdy już się im to udało, stwierdziła, że znajduje się w niczym niewyróżniającym się korytarzu. Czarno-białe kafelki podłogowe świadczyły o dawnych latach świetności budynku, teraz jednak przestrzeń w dużej mierze stanowiła składowisko zbędnego dobytku. Na półce piętrzyły się stosy nieotwartej korespondencji, a gdzieś z głębi gmachu dobiegały dźwięki muzyki _drum and bass_, lecz Kat nie dostrzegała żadnych innych oznak życia. Po dwóch stronach korytarza znajdowało się dwoje nieoznaczonych drzwi i Kat spojrzała najpierw na jedne z nich, a potem na drugie.
– Mieszkam pod jedynką, tutaj – oznajmił Joseph, wskazując drzwi po lewej stronie. – Właścicielką mieszkania numer dwa jest Dorothy Darling. Jak sądzę, miałaś już przyjemność zamienić z nią kilka słów.
Ponieważ Kat nie miała nic kulturalnego do powiedzenia na temat starszej pani, która nakrzyczała na nią przez domofon, zamiast odpowiedzi wybrała milczenie. Joseph zachichotał.
– Tak myślałem. Nie przejmuj się, Dorothy jest ekscentryczką, ale z tych, co raczej warczą, niż gryzą. A jeśli już o tym mowa… – Zrobił krok w stronę drzwi po lewej stronie. Gdy znalazł się przed nimi, z wnętrza dobiegła ich kanonada szczeknięć. – Mam nadzieję, że nie masz alergii na psy.
– Nie mam.
– To dobrze. – Kiedy tylko otworzył drzwi, ze środka w mgnieniu oka wyskoczył brązowo-biały jack russell terrier, kilkakrotnie okrążył Josepha i gwałtownie wyhamował u stóp Kat. Jego szczeknięcia osiągnęły nowe crescendo, gdy zaczął skakać jej na nogę. – To Reggie. – Joseph musiał przekrzyczeć hałaśliwego zwierzaka. – Zaraz się uspokoi. Zawsze się tak ekscytuje, gdy poznaje kogoś nowego.
Kat pochyliła się i wyciągnęła rękę do psiaka. Obniuchał ją gorliwie i Kat poczuła na skórze jego mokry nos. Pogłaskała go po łebku i nagle w przebłysku wspomnień ujrzała w myślach innego psa, z sierścią krótką i szorstką jak u Reggiego, przesiąkniętą cygarowym dymem – kojącym dla niej zapachem, który zawsze mu towarzyszył. Reggie przestał szczekać, gdy Kat podrapała go między uszami.
– Polubił cię! – zawołał Joseph i radośnie klasnął. – To znakomity omen. Za moim poprzednim lokatorem, delikatnie mówiąc, nie przepadał. Sikał mu za szafą, ale nie sądzę, żeby tobie robił podobne przykrości. Chodź, Reggie, oprowadzimy Kat po włościach!
Na dźwięk swojego imienia pies wbiegł z powrotem do mieszkania. Idąc w stronę drzwi, Kat przełknęła ślinę, jakby przygotowywała się na to, co ją czeka, lecz gdy weszła do środka, zaparło jej dech w piersiach. Pokój, w którym się znalazła, był wielki; sufit znajdował się wysoko nad jej głową, a pod stopami miała polerowaną drewnianą podłogę. Ściany niewątpliwie domagały się odświeżenia, do tego w pomieszczeniu lekko zalatywało stęchlizną, lecz przez duże okno wykuszowe wpadało mnóstwo światła, a znaczną część przeciwległej ściany zajmował największy kominek, jaki Kat w życiu widziała. Za żadne skarby nie domyśliłaby się równie świetnego wnętrza. Poczuła się tak, jakby weszła na plan dramatu kostiumowego z minionej epoki, tylko że meble były z Ikei, a w kącie stał telewizor z płaskim ekranem.
– Robi wrażenie, co? – zapytał Joseph.
– Rewelacja.
– Kiedyś mieszkał tu bogaty wiktoriański przemysłowiec. Tak naprawdę przy tej ulicy było sporo takich rezydencji; wszystkie zostały nazwane na cześć słynnych angielskich poetów: Byrona, Wordswortha, Keatsa i tak dalej, stąd nazwa Poet’s Road. Połowa tych willi została zbombardowana podczas drugiej wojny światowej, a pozostałe wyburzono i zastąpiono mniejszymi, bardziej pragmatycznymi domami. Shelley House dziwnym trafem przetrwał, tylko w latach sześćdziesiątych podzielono go na mniejsze mieszkania.
Kat chłonęła wszystkie informacje bez słowa. Jej dziadek mieszkał w tej okolicy przez całe życie, co oznaczało, że musiał oglądać Poet’s Road za czasów, gdy jeszcze stało przy niej więcej takich rezydencji. Może nawet był w Shelley House? Na tę myśl Kat ścisnęło się serce.
– Jeśli nawet dziś uważasz, że to miejsce może imponować, żałuj, że nie widziałaś go trzydzieści jeden lat temu, kiedy się tu wprowadziłem – ciągnął Joseph. – To był jeden z najwspanialszych budynków w tej okolicy, w dodatku utrzymany w nienagannym stanie. Niestety, różni kolejni właściciele zaniedbywali go potem przez długie lata, dlatego teraz wygląda tak. – Wskazał gestem plamę wilgoci na ścianie, z której odpadała farba. – Ale w porządku, koniec tej lekcji historii. Oprowadzę cię.
Joseph ruszył w stronę dwojga drzwi po drugiej stronie pokoju, a Reggie ochoczo podążył za nim, choć łapy ślizgały mu się po podłodze.
– Tu jest kuchnia – oznajmił Joseph, otwierając odleglejsze drzwi.
Zaglądając do środka, Kat pytała w duchu samą siebie, czy zobaczy coś w rodzaju wnętrza z serialu _Downton Abbey_, lecz kuchnia okazała się ciasna i rozczarowująco zwyczajna.
– Myślę, że kiedyś był tu składzik kuchenny – orzekł Joseph. – Żadnych luksusów, ale spełnia swoją funkcję. Czuj się jak u siebie w domu; znajdziesz tu wszystkie typowe garnki i patelnie. W czynsz jest wliczony wieczorny posiłek.
– Och, nie trzeba mi gotować – zaoponowała szybko Kat. O tym nie było mowy w ogłoszeniu, a nie miała ochoty na codzienne jedzenie kolacji z właścicielem, wydawało się jej to bowiem niezręczne. Już w młodym wieku nauczyła się, żeby nie nawiązywać zbyt bliskich kontaktów z ludźmi, z którymi się mieszka. Do końca życia zapamięta pozornie miłą staruszkę, od której wynajęły z matką pokój, gdy Kat miała sześć albo siedem lat. Babina dawała jej ciasteczka, gdy Kat wracała ze szkoły, i pytała, jak jej minął dzień. Pewnego popołudnia po powrocie do domu Kat zastała czekających na nią pracowników opieki społecznej, którzy zadali jej mnóstwo trudnych pytań. Razem z matką, która przeklinała Kat za to, że „nie trzymała języka za zębami” przed właścicielką, umknęły stamtąd wieczorem tego samego dnia. Nigdy więcej nie popełniła podobnego błędu.
– Zostawię jedzenie w lodówce. Podgrzejesz sobie, kiedy będziesz miała ochotę – powiedział Joseph, jakby czytał jej w myślach. – Szczerze mówiąc, zrobiłabyś mi przysługę. Wiesz, wciąż nie przywykłem do gotowania tylko dla siebie. Minęły już trzy lata, a mimo to…
Urwał i przez straszną chwilę Kat myślała, że mężczyzna zaraz się rozpłacze, lecz tylko mrugnął, a kiedy uniósł wzrok, znów się uśmiechał.
– Między innymi dlatego podnajmuję część mieszkania. Poza tym dzięki temu łatwiej jest mi, emerytowi, opłacać czynsz. Idziemy dalej?
Wskazał jej drugie drzwi, prowadzące do małego korytarza. Łazienka była skromna, urządzona w kolorze awokado. Tapety tu i ówdzie odłaziły, lecz wnętrze wyglądało na wystarczająco czyste. Drzwi obok były zamknięte – domyśliła się, że to sypialnia Josepha – lecz dalsze, ostatnie, zachęcały do wejścia.
– Nie jest duża, ale moim zdaniem przytulna – powiedział Joseph, przystając w progu. – Kiedyś to była sypialnia naszej córki.
Pomieszczenie rzeczywiście było małe, lecz Kat z miejsca je polubiła. Było w nim pojedyncze łóżko, szafa i staromodny fotel bujany, stojący obok niewielkiej biblioteczki pełnej podniszczonych tomów w miękkich oprawach. Kat omiotła wzrokiem półki: _Duma i uprzedzenie… Samotnia… Moby Dick…_ Rozmaite stare książki, których nie przeczytała i nie zamierzała tego robić. Odwróciła się w stronę drzwi i z ulgą odnotowała, że zamontowano w nich wewnętrzny zamek. Joseph wydawał się zupełnie niegroźny, lecz ostrożności nigdy za wiele. Łóżko stało pod oknem i Kat podeszła do niego, by wyjrzeć na zewnątrz. Spodziewała się ogrodu albo przynajmniej odrobiny zieleni, lecz zobaczyła betonowy parking należący do nowoczesnych apartamentowców.
– Mieliśmy tu kiedyś wspólny ogród, ale został sprzedany przez jednego z poprzednich właścicieli, wiele lat temu – rzekł Joseph.
Kat rozejrzała się po wnętrzu. Było naprawdę małe, lecz nie stanowiło to żadnego problemu. Cały jej dobytek mieścił się w starym plecaku, który obecnie tkwił w bagażniku samochodu, nie potrzebowała więc osobnego pomieszczenia na garderobę. Joseph wydawał się całkiem miły; może odrobinę zbyt gadatliwy, lecz jak sądziła, wkrótce uświadomi sobie, że nie jest zbyt rozmowna, i da jej spokój. Poważniejsze pytanie dotyczyło samego powrotu do Chalcot. W końcu nie bez powodu Kat przez piętnaście lat trzymała się od tego miejsca z dala i ten akurat powód nic a nic się nie zmienił. Co z tego, że przez kilka ostatnich miesięcy coraz częściej myślała o tej wiosce i o dziadku, a wspomnienia swędziły ją jak ukąszenie komara, które uparcie nie chciało się zagoić? Nie musiała przez to ryzykować powrotu tutaj i najrozsądniej byłoby odjechać jak najdalej stąd i nigdy nie wracać.
– Dobrze, więc jak ci się podoba? – zapytał Joseph, patrząc na nią uważnie. – Chcesz tu zamieszkać?
Kat wzięła głęboki wdech. Skoro już tu była, mogła zostać na kilka tygodni. A dzięki stojącej na zewnątrz Marge była w stanie w każdej chwili stąd zniknąć, gdyby zaszła taka potrzeba.
– Tak, dziękuję – odparła i umilkła na chwilę, gdy nagle coś przyszło jej do głowy. – Nie potrzebujesz jakichś informacji na mój temat albo referencji?
– Po co mi referencje?
– Kurczę, nie wiem, ale… mogłabym być psychopatką mordującą ludzi siekierą albo kimś w tym rodzaju.
Joseph parsknął śmiechem.
– Nie wyglądasz mi na kogoś, kto ciacha ludzi siekierami. Jeśli już, powiedziałbym raczej, że jesteś typem trucicielki.
Kat nie mogła powstrzymać się od śmiechu; ten facet był równo stuknięty. Ale podobało się jej, że nie potrzebuje referencji. Im mniej o niej wiedział, tym lepiej, i to samo dotyczyło kogokolwiek innego w tej okolicy.
– W takim razie zapraszam – rzekł Joseph, idąc w stronę drzwi. – Zabierz swoje rzeczy, a ja zrobię nam kawę.ROZDZIAŁ TRZECI. DOROTHY
Rozdział trzeci
Dorothy
Codziennie, krótko po przedpołudniowej herbacie, Dorothy wkładała szlafrok, sięgała po torebkę leżącą na stoliku przy drzwiach wejściowych i przeprowadzała inspekcję Shelley House.
Doświadczenia zebrane na przestrzeni lat nauczyły ją, że godzina jedenasta jest na tę misję idealnym momentem, ponieważ większości sąsiadów nie ma wtedy w domu. Nie chodziło o to, że Dorothy zamierzała się jakoś kryć ze swoimi działaniami; wszak nie miała się czego wstydzić. Po prostu wolała ograniczyć do minimum wszelkie zbędne interakcje z pozostałymi mieszkańcami, którzy mogliby jej przeszkadzać.
Zaczęła jak zwykle od holu. Kiedy wprowadziła się do Shelley House, hol był jednym z największych atutów rezydencji. Ściany pomalowano na intensywny burgundowy kolor, z sufitu zwisał szklany żyrandol, a kafle podłogowe lśniły tak, że można było bez obaw zjeść z nich śniadanie. Teraz sprawa wyglądała zgoła inaczej. Dorothy przemierzała ciemną, zatęchłą przestrzeń, zaciskając usta z niesmakiem. Obok porzuconych tu dawno klamotów – worka z damskimi butami i zepsutego odkurzacza – zauważyła nowego nieproszonego gościa: rower oparty o ścianę dokładnie pod kartką z napisem „NIE ZOSTAWIAĆ RZECZY OSOBISTYCH W CZĘŚCIACH WSPÓLNYCH NIERUCHOMOŚCI”. Kartkę tę Dorothy powiesiła kilka lat wcześniej, lecz jej słowa nie zrobiły na nikim wrażenia. Szturchnęła rower stopą. Ustawiony tak blisko schodów, stanowił zagrożenie dla bezpieczeństwa. A co, jeśli ktoś będzie musiał pilnie zbiec z piętra i potknie się o koło? Wyciągnęła z torebki dziennik i sporządziła kolejną notatkę.
_11.17. Napisać do Alexander Properties w sprawie niedozwolonego składowania przedmiotów w holu. Przypomnieć o ośmiu dziewięciu poprzednich pismach na ten temat._
Dorothy przyspieszyła inspekcję, mijając drzwi mieszkania numer jeden, zajmowanego przez Josepha Chambersa, jego kundla oraz – mimo wszelkich starań Dorothy – różowowłosą dziewczynę. Przez ostatnie dwanaście dni Dorothy śledziła poczynania tej pannicy ze szczególną uwagą, lecz jak dotąd udało się jej ustalić jedynie tyle, że uparcie ubiera się jak włóczęga i najwyraźniej nie ma żadnych przyjaciół ani rodziny. Nieszczególnie ją to zaskoczyło, gdyż Joseph kolekcjonował bezdomne i zabłąkane istoty, tak jak inni kolekcjonowali porcelanowe figurki Royal Doulton.
Po obchodzie holu Dorothy zaczęła wdrapywać się na pierwsze piętro, czując każde ze swych siedemdziesięciu siedmiu lat w skrzypnięciach kolan powtarzających się krok po kroku. Do niedawna ta wspinaczka była prawdziwą ucztą dla nosa. Rodzina Siddiqów, składająca się z Omara, jego żony Fatimy oraz córki Ayeshy, zajmowała mieszkanie numer trzy od siedmiu lat. Jedna z tych osób (Dorothy wywnioskowała po pewnym czasie, że pani Siddiq) bezsprzecznie znakomicie gotowała, gdyż podczas codziennej inspekcji Dorothy witały pod trójką niebiańskie aromaty. Potem, pewnego popołudnia jakieś sześć miesięcy temu, zobaczyła panią Siddiq opuszczającą Shelley House, wspartą na ramieniu męża, i zapachy nagle ustały. Kilka tygodni później Dorothy ujrzała podjeżdżający pod budynek karawan, a za nim ciemną limuzynę. Omar i Ayesha w milczeniu zajęli miejsca na tylnym siedzeniu samochodu. Na widok odjeżdżających aut Dorothy – ku własnemu zaskoczeniu – poczuła napływające do oczu łzy i potrzebowała dodatkowego imbryka herbaty oraz trzech ciasteczek garibaldi, nim jako tako odzyskała grunt pod nogami. Od tamtej pory na piętrze Shelley House unosił się jedynie smród stęchlizny, a ostatnio także ciężki, niedający się pomylić z żadnym innym zapach marihuany, który wydobywał się spod drzwi mieszkania numer cztery.
Dorothy zatrzymała się teraz przed tym mieszkaniem, wyciągnęła z torebki spray z odświeżaczem powietrza i obficie spryskała nim okolice wejścia. Z wnętrza dobiegał ją ciężki puls tej okropnej muzyki, którą mieszkaniec czwórki uporczywie puszczał przez okrągłą dobę, siedem dni w tygodniu. Dorothy wiedziała jednak, że pukanie i proszenie o ściszenie dźwięku nie ma najmniejszego sensu, najnowszy lokator Shelley House okazał się bowiem osobnikiem nieprzejednanym, zadziornym i wręcz niegrzecznym, ignorując wszystkie napomnienia Dorothy, aby był bardziej wyrozumiały dla sąsiadów. Mieszkał tu zaledwie od kilku tygodni, a oboje mieli już za sobą kilka konfliktów. Chwytała się jedynie tej nadziei, że lokatorzy tak źli jak on rzadko wytrzymywali tu długo; właściciel powinien wkrótce go eksmitować.
Po skrupulatnym nasączeniu najbliższego otoczenia zapachem wanilii Dorothy podjęła marsz w górę, na ostatnie piętro. Wchodząc, zatrzymywała się na każdym stopniu i sprawdzała, czy wytarty dywan nie poluzował się w nocy, stwarzałoby to bowiem ryzyko potknięcia. Rodzinna legenda głosiła, że jej praprababcia Phyllida zahaczyła stopą o brzeg perskiego dywanu, co zakończyło się śmiertelnym w skutkach upadkiem, Dorothy doskonale wiedziała zatem, jak ważna jest skrupulatna kontrola stanu dywanów. Dlatego uważne sprawdzenie każdego z dwudziestu stopni oraz dywanu na ostatnim półpiętrze zajęło jej kilka minut, a zarazem dało czas na przysłuchiwanie się dość ożywionej rozmowie toczącej się za drzwiami mieszkania numer sześć.
Owszem, Dorothy szczyciła się tym, że nie jest wścibska. To rzekłszy jednak, jako najdłuższa stażem lokatorka budynku, czuła się w obowiązku mieć oko na pozostałych mieszkańców, aby zapewnić im bezpieczeństwo podczas pobytu w Shelley House. Było to szczególnie istotne w przypadku Glorii Brown, która mieszkała pod szóstką. Gloria wprowadziła się tu jakieś dziesięć lat wcześniej ze swoim ówczesnym chłopakiem, krępym Jamajczykiem o błyszczących oczach. Niestety, wytrzymał niecały rok, a po nim przez mieszkanie przetoczył się istny korowód łobuzów, degeneratów i bandytów. Bo jeśli Gloria Brown miała jakiś szczególny talent – poza tym, że wyglądała zabójczo w lycrze – była nim smykałka do znajdowania sobie fatalnych partnerów. Najnowszy kandydat, odziany w skórę prostak z wiecznie otwartą gębą, był na tapecie od siedmiu miesięcy i do tej pory para zdawała się rozkoszować fazą wzajemnego zauroczenia. Dorothy wiedziała jednakże – było to bowiem tak pewne jak poranny wschód słońca – że chichoty i zupełnie zbędne publiczne migdalenie się wkrótce przerodzą się we wzajemne urazy i wrogość. A sądząc po odgłosach dobiegających teraz z mieszkania numer sześć, chwila ta wydawała się bliska.
– Jesteś pierdolnięta!
Dorothy usłyszała zza drzwi donośny głos mężczyzny i skrzywiła się na dźwięk jakże zbytecznego wulgaryzmu.
– Myślałem, że będziesz jakaś inna, ale gdzie tam, taka sama jak reszta… paranoiczka i zazdrośnica!
– Paranoiczka?!
To ostatnie, piskliwie wykrzyczane słowo należało do Glorii. Dorothy stała wprawdzie tuż przy drzwiach, lecz doprawdy trudno było to nazwać podsłuchiwaniem, skoro rozmawiali tak głośno. Podeszła do drzwi ewakuacyjnych i nacisnęła klamkę, aby się upewnić, że są dobrze zabezpieczone. Odkąd niejaki F. Alexander rok temu przejął ten budynek na własność, Dorothy pisała do niego co tydzień z żądaniem definitywnego zamknięcia dostępu na dach. Tak samo jak pisała do wszystkich poprzednich właścicieli, lecz bezskutecznie. Sporządziła też notatkę.
– Niby o jaką paranoję ci chodzi, Barry? – Głos Glorii sięgnął w rejestry mezzosopranu. – Wyjaśnij mi, gdzie widzisz moją paranoję, skoro znalazłam w twojej kieszeni cudze damskie majtki.
– Powiedziałem ci, że nie mam pojęcia, skąd się tam wzięły; pewnie któryś z kumpli chciał mi wyciąć numer.
Dorothy prychnęła. Ta wymówka była niczym kawał z długą brodą. Facet ewidentnie nie miał wyobraźni.
– Nie chodzi tylko o majtki. Gdzie byłeś wczoraj w nocy? Wróciłeś do domu dopiero po czwartej rano.
Czyli to on był odpowiedzialny za trzaśnięcie drzwiami wejściowymi o czwartej czternaście, które wyrwało Dorothy ze snu. W dzienniku pojawiła się kolejna notatka.
– Mam tego dość, Gloria. Dość tych bzdur!
W mieszkaniu nagle coś głośno gruchnęło i Dorothy zamarła. Czy powinna interweniować? Raz już tak zrobiła, kilka lat temu, gdy późnym wieczorem wyrwał ją z zamyślenia krzyk Glorii. Ubrana w koszulę nocną i uzbrojona w nóż kuchenny, Dorothy weszła po schodach i zagroziła, że wezwie policję, jeśli Gloria natychmiast nie otworzy drzwi. Kobieta po chwili stanęła w progu i beznamiętnie stwierdziła, że nic jej nie grozi. Ale co, jeśli tym razem chodzi o coś poważniejszego? Jeśli Gloria została skrzywdzona? W mieszkaniu zapadła złowieszcza cisza i Dorothy przywarła uchem do drzwi, nasłuchując odgłosów szamotaniny. Może powinna zadzwonić na policję i zgłosić…
Wtem, ku zaskoczeniu Dorothy, drzwi gwałtownie się otworzyły. Poczuła, że niebezpiecznie odchyla się od pionu, i wyciągnęła rękę, aby nie upaść. Jej dłoń napotkała dużą, muskularną klatkę piersiową.
– Co ty, do diabła, robisz?
Dorothy wyprostowała się i poczuła, jak na jej policzki wpełza rumieniec.
– Ja tylko…
– Znowu nas szpiegowałaś? – Z ust mężczyzny trysnęły kropelki śliny i trafiły Dorothy w twarz.
– Oczywiście, że nie! Jak śmiesz insynuować coś takiego!
– To dlaczego opierałaś się o drzwi?
Powiedział to niskim, groźnym głosem i Dorothy uświadomiła sobie, że jej samej może grozić niebezpieczeństwo.
– Ja… sprawdzałam, czy wszyscy dobrze zamknęli drzwi. Ostatnio mamy tu w okolicy plagę włamań.
– Co się dzieje, Barry?
Za mężczyzną pojawiła się Gloria. Dorothy zauważyła, że wyglądała na całą i zdrową, choć miała worki pod oczami, a włosy błagały o szczotkę. Na widok Dorothy jej twarz pociemniała.
– Ta wścibska stara raszpla z dołu znowu tu węszy – oznajmił mężczyzna.
– Wcale nie węszyłam! Gloria, chciałam po prostu sprawdzić, czy nic ci…
Ale zanim Dorothy zdążyła skończyć zdanie, kobieta odwróciła się i bez słowa weszła do swojego mieszkania.
– Odwal się i zostaw nas w spokoju – warknął mężczyzna i zatrzasnął drzwi przed nosem Dorothy.
Pospiesznie zeszła po schodach i dopiero w holu przystanęła, by złapać oddech, starając się ignorować dotkliwe poczucie upokorzenia. Właśnie dlatego Dorothy unikała kontaktów z sąsiadami – bandą niewdzięcznych, złowrogich głupców. Ona próbowała zadbać o ich bezpieczeństwo i dobrostan, a słyszała jedynie obelgi i oszczercze oskarżenia. Sięgnęła do torebki i wyjęła z niej dziennik i ołówek.
_11.32. Domowa awantura w mieszkaniu numer sześć. Próbowałam zaoferować pomoc G.B., lecz zostałam zaatakowana werbalnie i zastraszona przez mężczyznę w skórzanej kurtce._
Przez moment rozważała powrót do siebie na ożywczy łyk herbaty, lecz się rozmyśliła. Wyprostowała ramiona i wcisnęła dziennik z powrotem do torebki. Pozostało jej jeszcze jedno, ostatnie zadanie. Zadanie, które wykonywała każdego dnia przez ostatnie trzy dekady. Zadanie, od którego nie mogła jej odwieść ani Gloria Brown, ani jej troglodyta.
Półka na listy.
Korespondencja, która każdego ranka wpadała przez wrzutnik w drzwiach Shelley House, była bezceremonialnie odkładana na półkę obok drzwi wejściowych do mieszkania Dorothy i w przeważającej części każdy ją ignorował. Oznaczało to, że stos listów, ulotek i darmowych gazet rósł niczym rozwiązła królicza rodzina pozostawiona samopas. Wiele lat temu Dorothy wzięła na siebie obowiązek utrzymywania porządku na półce na listy i traktowała to zadanie z niezwykłą powagą. Przystąpiła do przetrząsania piętrzącej się sterty, kładąc prawdziwą korespondencję na jednej (małej) kupce, a wszystko inne na drugiej (znacznie większej), na której lądowały wszelkie śmieci. Były tam dwa… nie, trzy wezwania do zapłaty dla Omara spod trójki. Dorothy wiedziała, że zabierze je później i schowa do teczki, zanim córka wróci ze szkoły. Była tam również przesyłka z firmy Hair for Him dla Tomasza Wójcika z mieszkania numer pięć i jeszcze jedna, dla Glorii Brown, ze znakiem firmowym Ann Summers (Dorothy popełniła kiedyś błąd i sprawdziła na komputerze w bibliotece, co to za firma, i omal nie zemdlała z wrażenia). Jak zwykle nie było żadnych listów ani dla Dorothy, ani dla łobuza spod czwórki, który jak dotąd nie otrzymał jeszcze żadnej korespondencji.
Miała właśnie wracać do siebie, gdy usłyszała brzęk klapki wrzutnika. Odwróciła się w samą porę, by zobaczyć kilka brązowych kopert spadających na wycieraczkę. Najwyraźniej listonosz zapomniał doręczyć je wcześniej. Cmoknęła, przeszła przez hol i schyliła się, by je podnieść, ignorując mimowolne jęknięcie, które wyrwało się z jej ust. Kopert było sześć, a każda została zaadresowana do jednego z mieszkańców domu, nie miały jednak ani znaczków, ani pieczęci firmowych, co sugerowało, że musiały zostać doręczone osobiście. Jakie to dziwne!
Dorothy odłożyła pięć kopert na półkę i wróciła do siebie, ściskając szóstą. Nóż do papieru trzymała w szufladzie stołu i nawet nie usiadła, tylko od razu rozcięła kopertę i wyciągnęła z niej dwie złożone kartki. Druga wyglądała na jakiś formularz, przyjrzała się więc najpierw pierwszej, zawierającej wydrukowany tekst.
Dorothy przeczytała jego treść raz, a potem drugi, co wcale nie było takie proste, gdyż drżały jej dłonie. Gdy skończyła, jej wzrok powędrował w stronę wygaszonego kominka. Raźno poszła do kuchni i odszukała pudełko zapałek. Zapaliła jedną – z powodu rzeczonego drżenia wymagało to kilku prób – po czym wyciągnęła rękę z kartkami i dotknęła zapałką brzegu jednej z nich. Gdy papier zaczął płonąć, puściła kartki i odprowadzała je wzrokiem, aż wpadły do zlewu. Płomień strawił je w niecałe dziesięć sekund; słowa skręcały się i jarzyły, aż zniknęły. Wtedy Dorothy włączyła palnik, sięgnęła po imbryk i przyrzekła sobie, że nigdy więcej nie wróci myślami do listu.ROZDZIAŁ PIĄTY. DOROTHY
Rozdział piąty
Dorothy
O tym, że spotkanie lokatorów zakończy się katastrofą, Dorothy była przekonana od chwili, gdy się o nim dowiedziała. Nie była więc ani trochę zaskoczona, oglądając przez judasza naburmuszone miny sąsiadów wychodzących spod jedynki. Tylko czego oni tak naprawdę się spodziewali? Że nagle będą w stanie współpracować jak dobrze naoliwiona maszyna? Że ich małostkowość, antyspołeczna postawa oraz kłótnie o psy i parkowanie znikną w jednej chwili, w której bohatersko się zjednoczą, by ratować swoje mieszkania? Dorothy prychnęła szyderczo. Takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach, a nie w prawdziwym życiu – a już na pewno nie w przypadku tej zgrai nieudaczników.
Panująca w Shelley House lodowata atmosfera nie ociepliła się w ciągu kilku kolejnych dni ani odrobinę. Omar i Ayesha, którzy od czasu śmierci pani Siddiq prawie ze sobą nie rozmawiali, teraz zaczęli wychodzić rano z domu osobno. Dorothy odnotowała w dzienniku, że każdego wieczoru dziewczyna wracała coraz później, jakby celowo unikała spędzania tam czasu, podczas gdy Omar wydawał się jeszcze bardziej spięty niż wcześniej z powodu piętrzącej się sterty nieopłaconych rachunków, która rosła z dnia na dzień. Nielepiej wiodło się Glorii spod szóstki. Ona i jej gamoniowaty amant przeszli już od etapu kłótni za zamkniętymi drzwiami do fazy publicznych awantur i Dorothy kilkakrotnie była świadkiem ich sprzeczek. W sobotę doszło między nimi do tak ostrej wymiany zdań, że Dorothy poczuła się w obowiązku zabębnić w okno i grzecznie przypomnieć im, że takie przejawy agresji nie przystoją mieszkańcom Shelley House. W podzięce za swoją radę usłyszała od mężczyzny iście kwiecistą wiązankę. Od tamtej pory Dorothy już go nie widziała i miała nadzieję nigdy więcej nie zobaczyć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki