Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wygnańcy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 października 2026
19,89 zł
1989 pkt
punktów Virtualo

Wygnańcy - ebook

Można stracić dom. Trudniej pogodzić się z utratą miejsca w świecie. Stanisław, wyczerpany pracą i samotnością w Warszawie, szuka wytchnienia na wsi. Tam poznaje Ludmiłę, której rodzina musi opuścić ukochaną posiadłość. Z podobnych tęsknot rodzi się bliskość — lecz uczucie nie usuwa trosk o pieniądze i niepewną przyszłość. „Wygnańcy” to poruszająca powieść obyczajowa i społeczna z wątkiem miłosnym, opowiadająca o utracie rodzinnego domu, zderzeniu marzeń z rzeczywistością i pragnieniu życia na własnych warunkach. Czy dwoje ludzi pozbawionych poczucia przynależności zdoła odnaleźć je przy sobie?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1 016 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Pan Stanisław, buchalter fabryczny, zamiast obudzić się, jak zwykle, o szóstej, wstał dopiero o siódmej i dlatego o całe pół godziny spóźnił się do kantoru. Biegnie więc szybko chodnikiem, trzymając papierosa w anemicznych wargach i stara się zbadać w duchu przyczynę tej senności, jaka go trapi od pewnego czasu. Sypia, co najmniej, po siedem godzin na dobę, a jednak czuje się ciągle ociężałym, wyczerpanym i często, wbrew naturze, ogarnia go niepokonane lenistwo. Jest przy tym rozdrażniony, bo turkot dorożek po wyboistym bruku targa mu formalnie nerwy; biegnąc, potrąca ludzi i ma wielką ochotę uderzyć w koronkowy czepiec tłustej baby, która mu zagrodziła drogę.

Wpół do ósmej... Zastanie znowu w kantorze swego rumianego szefa, który wprawdzie nie robi żadnych wymówek spóźniającym się współpracownikom, ale za to chrząka znacząco, wyjmuje powoli swój piękny, złoty zegarek i porównywa go z regulatorem, wiszącym nad biurkiem.

Panu Stanisławowi taka niema scena sprawia zawsze niewysłowioną przykrość i odbiera mu apetyt na cały dzień, przeklina więc swą ociężałość i obiecuje sobie z pierwszych pieniędzy kupić budnik, aby uniknąć opóźnień.

Na szczęście jednak biurko dębowe pryncypała jeszcze niezajęte, wyjątkowo nie ma nawet kasjerki, panny Wandy, a magazynier znać tylko co wszedł, bo nie zdążył zdjąć palta.

Pan Stanisław odetchnął swobodnie i usiadł w dużym, głębokim fotelu, w którym spędzał akurat pół życia, czyli po dwanaście godzin na dobę.

Na biurku, pod ordynarnym przyciskiem z marmuru chęcińskiego, leżał, jak zwykle, cały stos papierów do załatwienia. Były to listy z niewyraźnie wypisanymi obstalunkami, faktury, frachty pośpieszne i zwyczajne reklamacje: a obok tego wszystkiego żółciły się płócienne grzbiety grubego „dziennika” „księgi głównej” i kilku „pomocniczych,” choć nie o wiele mniejszych.

Pana Stanisława ogarnęło nagłe zniechęcenie, graniczące ze wstrętem. Zamiast wziąć pierwszy lepszy papier, przysunąć firmowy blankiet i umaczać stalkę w pękatym kałamarzu, siedział nieruchomie. Rozpacz go brała na myśl, że znowu musi pisać listy, równobrzmiące z tymi, jakich setki wysłał wczoraj, przed miesiącem, przed rokiem, że musi wystawiać te same ceny i nazwy artykułów na fakturach, przeprowadzać po raz tysiączny te same pozycje przez czyste, poliniowane jednakowo kartki ksiąg buchalteryjnych. Zazwyczaj odbywał te wszystkie czynności na wpół świadomie, prawie automatycznie, znał bowiem na pamięć cennik i zdołał sobie wbić w głowę parę tysięcy najdziwaczniejszych nazwisk z „księgi różnych.” Dziś jednak wbrew nawyknieniu, ręka i głowa, zawsze posłuszne, stawiały opór.

Po długiej walce pan Stanisław uczynił wysiłek i sięgnął po leżący na wierzchu pliki list.

Była to reklamacja jakiegoś Żyda z Berdyczowa, pisana łamaną, niezrozumiałą polszczyzną; buchalter utknął zaraz na pierwszym zdaniu.

Procent... rabat... zysk!... Te wyrazy prześladują go od chwili, kiedy rozpoczął byt niezależny... przez jego ręce przesunęło się kilkanaście tysięcy listów, a wszystkie mówiły tylko o towarze, rabacie i zyskach! Doznaje on mimo woli wrażenia, że świat nie zajmuje się niczym innym, tylko pogonią za zyskiem, za zarobkiem...

Czy to złudzenie, czy to rzeczywistość? Chyba rzeczywistość! cały Świat wiruje szalonym ruchem dookoła olbrzymiej miski: ona stanowi jedyny cel zabiegów nie tylko pojedynczych ludzi, ale nawet narodów. Ludzkość jest jeszcze niewolnikiem własnego żołądka, jemu musi służyć, a mózg uważać za pasożyta i stara się oddawać mu jak najmniej swych sił żywotnych, akurat tyle, ile ich potrzebuje dla kierowania sprawami odżywczymi. To smutne, bardzo smutne! Ale trzeba się pogodzić z koniecznością, która każe pracować po to, żeby żyć, a żyć po to, żeby — jeść.

Weźmy jego samego choćby, pana Stanisława! Przecież on nie stanowi żadnego wyjątku od tej reguły, obowiązującej dotąd ludzkość niedojrzałą. Uczył się najprzód długo, skończył gimnazjum, potem akademię handlową w Antwerpii i po co, jeśli nie po to, żeby móc pić rano kawę z bułką, jeść obiad za czterdzieści kopiejek, spędzać dwanaście godzin na dobę w kantorze, a osiem w łóżku. Ażeby tak żyć, wynajął swój mózg człowiekowi obcemu i pozwala mu na wyczerpywanie go do tego stopnia, że, wróciwszy wieczorem do domu, marzy tylko o tym, żeby jak najprędzej znaleźć się w łóżku i spać, spać! aż do chwili, kiedy trzeba znowu iść do kantoru. Nie ma czasu ani na rozrywki, ani na widywanie się ze znajomymi, przestał nawet czytać, za co żywi dla siebie głęboką pogardę.

Jakże nisko trzeba upaść, żeby zasypiać z najciekawszą książką w ręku! A jemu zdarza się to za każdym razem! Ot, żyje po prostu jak zwierzę! Do niedawna buntował się, czynił bohaterskie wysiłki, żeby nie przestać myśleć, ale teraz już dał za wygranę, pozwolił zapanować wszechwładnie żołądkowi nad swoim „ja.” Uległ, ale czuje, że mu wyrządzono wielką krzywdę. Należało pozostawić go tam w nizinach, gdzie wegetują miliony, bo wtedy mógłby spełniać swe zadanie pracującej maszyny bez bólu. Tymczasem, czyniąc zadość popytowi na maszyny inteligentne, rozwijano jego mózg, posłano go do akademii, pokazano szersze horyzonty, nauczono zastanawiać się, rozumować, obudzono w nim tysiące subtelnych, zbytkownych potrzeb, a potem, kiedy pokosztował słodyczy owocu z drzewa wiedzy, kiedy zaostrzył wzrok na rozleglejszych nieco widnokręgach, strącono go brutalnie w te niziny, skąd przyszedł i tętniący myślą mózg zaprzęgnięto do mechanicznej pracy, która zaspakaja najpodrzędniejsze zaledwie potrzeby ciała. Wyhodowano i rozwinięto mu mózg, zupełnie tak samo, jak się tuczy barana, albo wołu, żeby mieć dobre, pożywne mięso. Czyż to nie jest znęcanie się nad godnością człowieka, ludożerstwo podniesione do trzeciej potęgi?

Pan Stanisław z początku cierpiał niewymownie i próbował otrząsnąć z siebie te pęta studiował poza obowiązkowymi zajęciami ekonomię polityczną, wziął się nawet do pisania jakiejś rozprawy i w przystępie zapału do nauki czystej, porzucił pierwszą posadę... Wnet jednak, wysmagany nędzą, wrócił do kantoru, jak nieposłuszny pies do budy. Protesty podnosiły się w nim jeszcze, ale coraz słabsze, coraz rzadsze. Pewnego razu nowy pryncypał pochwycił go na pisaniu studium o przeludnieniu i nie szczędził słów ojcowskiej nagany za ten występek.

— Trudno powinieneś pan sobie powiedzieć, że żyjesz tylko dla księgi głównej, — dodał na zakończenie, — inaczej nigdy nie zostaniesz solidnym handlowcem.

Przyjął z pokorą życzliwe rady i starał się wmówić w siebie, że naprawdę żyje tylko dla księgi głównej firmy X. I teraz umysłowa praca, ta piękna praca — kochanka, która mu niegdyś obiecywała tyle rozkoszy, wysysa mu mózg, jak wielka pijawka.

Iskrzący promień majowego słońca prześlizgnął się po rogu kamienicy, wpadł niby wielki grot pomiędzy bzy, rosnące pod oknem kantoru i utkwił w marmurowym przycisku na biurku. Oczy pana Stanisława pobiegły mimo woli w kierunku światła, zatrzymały się na zaledwie rozwiniętym, przytulonym do brudnej szyby bukiecie bzu... Szybkim ruchem podniósł się, chwycił zardzewiałą zasówkę i popchnął okno. Do zatęchłego pokoju wpadła natychmiast słoneczna fala powietrza, niosąc zbrukane miejskim zaduchem wonie wiosny. Gałązka bzu zakołysała się tuż pod ręką pana Stanisława, zerwał ją skwapliwie i podniósłszy do nosa, wciągnął w płuca jej podniecający zapach.

Wiosna, w swym triumfalnym pochodzie wtargnęła aż na zadymione fabryczne podwórze, pomiędzy podrapane oficyny, i subtelnym dotknięciem zbudziła mizerne krzewy bzu, trawionego dymem, i jasno zielone pędy lilii, wyglądające nieśmiało spod ziemi, usianej kawałkami szkła i tynku... Wszędzie czuć było jej odurzający powiew...

Pan Stanisław przymrużył powieki i rozkoszował się błogim ciepłem promieni słonecznych, przeglądających przez powieki. Dusza zatrzepotała mu się jak ptak i uleciała myślą daleko, poza mury wielkiego miasta, na rozmajone pola, nad pachnące, rozgwarzone asy...

Drzwi od kantoru skrzypnęły. Buchalter obejrzał się, zamiast jednego pulchnego i rumianego oblicza pryncypała ujrzał uśmiechniętą, bladą twarzyczkę kasjerki, panny Wandy, mówiącej mu dzień dobry.

Zawstydzony, upadł na fotel, porzucił niedbale bukiecik bzu na poplamione biurko i wziął machinalnie pióro.

Kasjerka, powiesiwszy wytartą pelerynkę, zbliżyła się i podała mu dłoń, jak koledze.

— Bez! — krzyknęła radośnie, ujrzawszy bukiecik. — Czy z ogródka?

Pan Stanisław kiwnął głową. Chciał wręczyć pannie Wandzie bukiecik, ale w myśli jego wzbudziło się nagłe wspomnienie i powstrzymał się. Jego ruch nie uszedł jednak uwagi kasjerki, bo niebieskie jej oczy spoważniały. Odwróciła się szybko i zajęła swe miejsce przy stoliku, obok ciężkiej, ogniotrwałej kasy, spoza której wyglądała jej delikatna twarzyczka, ujęta w ramkę brązowozłocistych włosów.

Dziś akurat upływa dwa tygodnie od składkowej majówki w Jabłonnie, na której znajdowali się oboje. Pan Stanisław tańczył prawie wyłącznie z kasjerką i jej młodszą siostrą Sabinką i to tylko walca wiedeńskiego oraz polkę, bo kontredansa ani mazura nie umiał.

Pannę Wandę lubił, więc nie żałował wcale, że ma tak mało znajomych kobiet na majówce... Ona, przetańczywszy w pierwszej parze, wybiegła z sali na werendę, aby odetchnąć czyściejszym powietrzem. Pan Stanisław zarzucił na nią pelerynkę, za co podziękowała mu niemym skinieniem głowy.

— Przejdę się! — rzekła po chwili.

Było już widno, ale gęsta jak wata mgła poranna przygniatała zroszoną ziemię. Szli oboje ścieżką, pomiędzy rudymi pniami sosen, podobnych do widm. Mgła otulała ich jak w gniazdka, odosabniała od świata, towarzyszyła im wszędzie, dokąd tylko zwracali swe kroki.

Milczeli oboje, ale pan Stanisław czuł, że jego towarzyszce przyjemne było takie sam na sam wpośród mgły. Panna Wanda poślizgnęła się na igliwiu, zaścielającym ziemię. Ośmielony, podał jej ramię.

Zatrzymali się wreszcie, bo płot zamknął ścieżkę. Poranny wietrzyk, niosący surową, pachnącą wilgoć od strony Wisły, podrywał co chwila lekką zarzutkę, odsłaniając nierozwinięty jeszcze, ale śnieżny biust panny Wandy, ujęty w fałdy tanich, kremowych koronek. Pan Stanisław, podniecony tańcem, muzyką i tym niespodziewanym sam na sam, patrzył z upodobaniem.

Pomimo lekko wklęsłych policzków, szczupłej figury i wątłych ramion, panna Wanda wydawała mu się ładną, prawie piękną. Bezsenna noc i znużenie kładły na jej delikatnej, przybladłej twarzyczce wyraz powagi i ledwie dostrzegalny odcień smutku. Chciała zapiąć zarzutkę i wtedy od gorsa odpadł jej zwiędły, zbrukany kurzem, pomięty uściskami tancerzy bukiecik fiołków. On podniósł go szybko, ale zamiast oddać, zatrzymał w palcach. Ona wyciągnęła rękę, aby odebrać kwiatki, pan Stanisław, broniąc ich, uchwycił drobną dłoń i nie zastanawiając się nad tym co czyni, pocałował gorąco.

Panna Wanda cofnęła się miękko, niezdecydowanie, obrzucając go zdziwionym, pytającym spojrzeniem. W tej chwili gałązki zatrzeszczały pod czyimiś krokami, i niema scena zakończyła się równie szybko jak się zaczęła.

Czyniąc przed chwilą ruch, celem podania kasjerce gałązki rozkwitającego bzu, pan Stanisław dostrzegł w jej niebieskich oczach ten sam co wtedy wyraz poważnego zdziwienia. Jak to dobrze, że zapanował nad sobą, że nie nawiązał powtórnie tej subtelnej nici, co pomimowoli zadzierzgnęła się pomiędzy nimi na majówce! Po co budzić w tej młodej i poważnie myślącej panience uczucia, których nie mógłbym podzielać? Bo nie ma się co łudzić! On jej nie kochał, ani nie kocha! ot, przyzwyczajenie! Trudno nie zwrócić uwagi na przystojną i młodą panienkę, z którą się spędza po dziesięć godzin na dobę, przy wspólnej pracy, ale od niemych awansów do miłości jeszcze daleko...

Zresztą serce pana Stanisława nie zabiło dotąd żywszym uczuciem. Zastanawiał się nad tą swoją ułomnością i wytłumaczył ją sobie bardzo prosto. Ażeby się kochać, trzeba przede wszystkim mieć wolną myśl i czas, dużo czasu! Jego głowa zaś jest podobną do fabryki, gdzie od rana do wieczora zgrzytają piły, dudnią maszyny i walą młoty. Miłość to pasożyt, który obiera sobie miejsce pobytu w pulsujących nadmiarem krwi sercach i otłuszczonych mózgach, ludzi zdrowych, nie zaś w takich jak on, wyciśniętych cytrynach. Nie można więc wmawiać w innych tego, czego się nie czuje samemu. Postąpił z kasjerką, jak podchmielony lowelas, a teraz, zamiast ją przeprosić, chce grać dalej nieuczciwą komedię. Przecież nie ożeni się, bo i po co? Żeby skazać na nędzę siebie i kobietę, która mu zaufa? żeby rzucić na rynek kilka par rąk, albo kilka mózgów! Taki szalony krok mogłaby usprawiedliwić tylko miłość; a jego na nią nie stać, popełniłby tedy świństwo, nic więcej!

Czyniąc sobie ostre wyrzuty, pan Stanisław wziął się do pisania, a raczej do ustawiania szeregu szablonowych zdań, które stanowią całość, zwaną listem handlowym. Ta automatyczna praca nie przeszkadzała mu rozmyślać pomiędzy jednym a drugim frazesem, a nawet marzyć.

Załatwiwszy się z korespondencją, rozłożył księgi buchalteryjne i z gorączkową niecierpliwością zaczął przerzucać kartki. Od dwóch tygodni pracował nad bilansem rocznym i spodziewał się ukończyć go dziś albo jutro. Na pośpiechu zależało mu bardzo, głównie dlatego, że otrzymywał zawsze gratyfikację. Fabryka powiększała obrót, spodziewał się więc dostać więcej, aniżeli w ubiegłym roku.

Zniechęcenie pierzchnęło nagle pod magnetycznym wpływem pozycji i długich kolumn cyfrowych. Pan Stanisław, jak każdy specjalista, przełamawszy bezwładność mózgu, pozwalał się porwać stopniowo swojej buchalterii. Kiedy jednak odezwał się na dziedzińcu dzwonek, zwiastujący dla ogółu pracowników fabrycznych porę obiadową, młodzieniec uczuł nagle, że jakaś obręcz ściska mu głowę, a przed oczami latają prędko, różnobarwne plamy. Obtarł o bibułę zaczernione palce i wyszedł na ulicę.

Nie miał apetytu, ale machinalnie skierował się na sąsiednią ulicę, gdzie w prywatnym domu jadał obiady za dziesięć rubli miesięcznie. Przy dużym stole, okrytym poplamionym obrusem, siedziało już paru stołowników. Pan Teofil, urzędnik z Wiedeńskiej triumfalnie opowiadał aptekarzowi, w jaki sposób, grając „na fuksa,” wziął wczoraj pięćdziesiąt rubli za konia w totalizatorze i napawał się wrażeniem, jakie sprawiał na koledze z Nadwiślańskiej, który od dawna i nadaremnie kusił fortunę, pożyczanymi stawkami.

Pan Stanisław wchodząc, zatrzymał się na chwilkę w przedpokoju, aby zamienić kilka uprzejmych słówek ze stojącą przy kuchni gospodynią. Była to forma ściśle przestrzegana przez wszystkich stołowników, którzy dbali o to, żeby nie dostać od czasu do czasu gorszego kawałka pieczeni lub mniejszej porcji kompotu. Pani Zgórska pochodziła bowiem z podupadłej niedawno rodziny szlacheckiej i wymagała z całą stanowczością od swoich gości, aby ją traktowali, jak osobę z towarzystwa. Wymagania te zniechęcały wprawdzie wielu amatorów obiadów hygienicznych, ale pani Z. wolała mieć mniejsze dochody, aniżeli wysługiwać się ludziom źle wychowanym, nienależącym „do lepszej sfery.”

Dopełniwszy ceremonii powitalnych, pan Stanisław zajął swoje miejsce przy stole. Nie rozmawiał prawie z nikim tutaj, miał sposobność ocenić już płytkość i nicość tych ludzi, których zajmowały przeważnie wyścigi, wieczorne łowy w ogrodzie Saskim, wycieczki na rowerach do „Wójtówki” lub na „Bielany,” teatrzyki, a raczej garderoby ogródkowe i knajpa. Stołownicy zaś zachowywali się wzajemnie, dość chłodno wobec tego cichego młodzieńca, niebiorącego żadnego udziału w ich rozrywkach i swawolnych pogawędkach. Powoli przyzwyczajono się do jego obecności i nie zwracano nań uwagi...

Pan Stanisław jadł półgębkiem, dziewczyna usługująca zabierała ledwie tknięte potrawy. Fakt ten trwożył nie na żarty panią Zgórską. Biedaczka dochodziła do wniosku, że niebawem utraci jednego z najakuratniejszych i najsympatyczniejszych stołowników. Daremnie urozmaicała potrawy, wybierała dla grymaśnego młodzieńca najlepsze kawałki, zwiększała porcje kompotu... Pan Stanisław jadał coraz mniej, znać kuchnia mu nie smakowała.

Pani Zgórska postanowiła rozmówić się dziś z wybrednym stołownikiem i w razie potrzeby lepiej zastosować się do jego gustu, byle go tylko zatrzymać. Kiedy więc aptekarz i kolejowcy wyszli, sama zaniosła mu omlet z konfiturami.

— Spodziewam się, że to przynajmniej powinno panu smakować, — rzekła, — konfitury mojego smarzenia, jajka Świeżutkie, masło młode, kobieta wczoraj przyniosła mi z Wilanowa...

— Dziękuję pani, — odparł buchalter, przysuwając machinalnie talerz.

— Dobre, nieprawdaż? — mówiła z zadowoleniem, widząc, że pan Stanisław je, — a ja już myślałam, że panu nic u mnie nie smakuje i że się pan chce przenieść gdzie indziej.

— Cóż znowu! — zaprotestował pan Stanisław. — Mnie z panią bardzo dobrze. — Spojrzał na sympatyczne, szlachetne rysy gospodyni i uśmiechnął się życzliwie. Rzeczywiście, ta kobieta była inną aniżeli owe ordynarne, chciwe zysku, gadatliwe mieszczanki, u których stołował się do niedawna z wielką szkodą dla swego zdrowia. Pani Zgórska miała w sobie coś, co pomimo jej stanowiska obecnego, nakazywało dla niej szacunek, miała ogładę a nawet niejakie wykształcenie, widoczne z każdego odezwania się. Nie dziwiło to zresztą nikogo, bo stołownicy wiedzieli, że utrzymująca się z dawania obiadów pani Zgórska, niedawno jeszcze była żoną szlachcica, gospodarującego na własnym folwarku.

— To dlaczego pan nie je? — zagadnęła uspokojona.

— Ależ jem, proszę pani, jem!

— Z początku Weronka przynosiła mi puste talerze od pana, — mówiła dalej Zgórska, — a teraz ledwie pan tknie tego jedzenia! Proszę pana, niech mi pan nie weźmie za złe, ale czy pan czasem nie chory? co?

— Ech, nie! dziękuję pani za troskliwość.

— To dlaczego pan tak źle wygląda? Przykro po prostu na pana spojrzeć!

— Przepracowałem się trochę... bilans w fabryce kończę.

— Panu to by wieś dobrze zrobiła. Tak mi się zdaje. Niech pan wyjedzie z tej obrzydliwej Warszawy na miesiąc chociaż, a wróci pan zupełnie innym człowiekiem.

Pan Stanisław uśmiechnął się smutnie.

— Nie mam nikogo na wsi, proszę pani.

— Żadnych kuzynów pan nie ma?

— Rodzice moi, co prawda, pochodzą ze wsi, ale jeszcze przed dziesięciu laty, straciwszy majątek, przenieśli się do Warszawy, jestem więc na pół mieszczuchem, chociaż... nie potrafiłem się dotąd nagiąć do warunków, w jakich żyć muszę. Nie przystosowałem się do nowego otoczenia, jak by powiedział przyrodnik, mam duszę wieśniaka, a mózg mieszczucha.

— Więc i pan? — szepnęła pani Zgórska, wpatrując się ze współczuciem w młodzieńca.

Na szlachetnych jej rysach osiadła subtelna chmurka, stała w milczeniu, trzymając widelec w ręku.

— Wie pan co? — rzekła po chwili, — jeżeli pan chce, to niech pan jedzie do naszych kuzynów. Przyjmują oni letników za rubla dziennie z kompletnym utrzymaniem. Dom szlachecki, gościnny, będzie panu jak w niebie, doprawdy! Ma pan las, kąpiel niedaleko, nawet ryby można łapać na wędkę. Lubi pan z wędką siedzieć? Przy tym spokój jak w niebie, doprawdy! No, pojedzie pan? Mogę napisać, żeby dla pana zatrzymali pokój. Zrobiłby pan im nawet pewną przysługę, bo mi kuzynka pisała, że rada by mieć w tym roku ze sześć osób, jeżeliby się dało. Ale nie każdy się decyduje, bo od kolei trochę daleko, cztery mile polskiej drogi. Pan młody, to panu nie zaszkodzi przydługa jazda na bryczce. Niech pan jedzie nie będzie pan żałował.

Pan Stanisław słuchał i na twarzy zaigrał mu uśmiech. Wyobrażał sobie już zaciszny dworek szlachecki, otoczony cienistym pełnym kwiatów ogrodem, tchnący spokojem niebiańskim. Ach, spokój! Jakże on był spragniony tej ciszy, co to pozwala człowiekowi liczyć uderzenia własnego serca, wniknąć w swoje ja, przytłumione rozgwarem życia gorączkowego w murach miejskich! deptanego brutalnie przez tysiące innych „ja,” otaczających nas i przenikających aż do najtajniejszych zakątków duszy.

— No, pojedzie pan? — kusiła go łagodnym głosem pani Zgórska.

— Muszę się namyśleć, wywiedzieć o szczegóły, — odparł nawpół już zdecydowany, — jeżeli bowiem mam się przyznać otwarcie, to obawiam się spotkać tam zbyt liczne towarzystwo...

— Mąż mój zna najlepiej Olaskich i ich dom, to jego kuzyni, był u nich niedawno. Jeżeli więc pan pozwoli, to...

Otworzyła Sąsiednie drzwi.

— Józiu, na chwilkę! — zawołała. — Albo nie. Lepiej niech pan wejdzie tutaj, bo znowu ktoś dzwoni, muszę iść do kuchni. Mężu, pan Stanisław może by pojechał do Kołatyna! Daj objaśnienia bliższe co do warunków, proszę cię!

Biedaczka pochwyciła widelec, pozostawiony na stole i pobiegła nalewać rosół nowoprzybywającemu. Buchalter znalazł się oko w oko z wysokim, przygarbionym mężczyzną, siedzącym naprzeciw drzwi przy małym stoliczku. Zgórski zerwał się spiesznie, wyprostował postać i wyciągnął dużą, kościstą dłoń do młodzieńca.

— Bardzo mi przyjemnie! — bełkotał, zażenowany widocznie panującym w około niego nieładem. — Jestem Zgórski.

— Chojowski, — odparł pan Stanisław, ściskając podawaną sobie rękę.

— Proszę bardzo, — mówił Zgórski, przysuwając zniszczone krzesełko niespodziewanemu gościowi. — Daruje pan, że pana wprowadzono w ten kram. Chciałby pan spędzić parę tygodni na wsi? W Kołatynie byłoby panu, jak w niebie, ludzie spokojni, cisi, grzeczni... Nie wyzyskiwacze żadni, traktowaliby pana jak syna rodzonego. Pokój osobny, usługa, życie przyzwoite, dostatnie, chociaż bez frykasów, muszę uprzedzić. W przeszłym roku byłem tam przez parę tygodni... w przejeździe do Warszawy. Wszyscy letnicy byli zadowoleni i zapewne powrócą w tym roku na wakacje... Dom stoi w samym ogrodzie...

Pan Stanisław słuchając objaśnień, błąkał się wzrokiem to po ciasnej izdebce, zastawionej zniszczonymi meblami i słoikami konfitur, to po twarzy mówiącego, pokrytej jeszcze wiejską opalenizną, zbolałej i zgnębionej. Była to dziwna twarz, na której wrodzona pewność siebie kłóciła się z nieśmiałością, niedawno nabytą pod uderzeniami obucha niepowodzeń; szczerość z udawaniem, narzuconym nowymi warunkami. W niebieskich pogodnych oczach tkwiła jakaś bezbrzeżna tęsknota, taka sama jak w spojrzeniu pani Zgórskiej.

Pan Stanisław był cokolwiek zdziwiony otoczeniem, w którym się znajdował, nie przypuszczał najprzód, żeby jego stołowniczka miała męża, brał ją zawsze za wdowę, nie domyślał się też, że ta sympatyczna kobieta, tchnąca wyższą kulturą, znosiła ubóstwo, graniczące z nędzą. Boć nędza, wstrętna nędza wyzierała z każdego kącika tej izdebki, służącej równocześnie jako sypialnia i jako skład artykułów spożywczych. Co najstraszniejsze, w tej ciasnocie sypiało więcej niż dwoje ludzi, czego dowodziła wygnieciona i wytarta otomana pod oknem. Na stoliku leżało kilka arkuszy papieru pokrytego bujnym i wyraźnym pismem, — dowód, że Zgórski trudnił się przepisywaniem dla zarobku.

Właśnie kończył zachwalanie domu Olaskich, gdy jego żona powróciła do pokoju.

— No jakże? namyśli się pan? — zagadnęła, obcierając zanieczyszczone węglem ręce.

— Mam chęć, zależy to jednak, czy mój pryncypał uzna za stosowne dać mi urlop, no — i gratyfikację, — dodał śmiejąc się pan Stanisław. —Widzi pani, jestem szczery.

— Ach, to tak rzadko się zdarza tutaj w Warszawie, ażeby ludzie byli szczerzy! — zawołała. — Nie wiem, ale na wsi nie tak udają. Ja bardzo cenię ludzi szczerych i pana za to lubię, że pan nie ukrywa się... Bo przecież każdemu może się zdarzyć, że jest w trudnym położeniu, nieprawdaż? My oboje na przykład. Jak pan widzi, muszę stołować obcych i przyznam się panu, że się tym ratujemy od śmierci głodowej...

— Ależ Andziu! — przerwał jej mąż, — z gestem niecierpliwości.

— Mój Józiu, nie mamy się czego wstydzić przecie, pracujemy oboje, ale uczciwie. W przeszłym roku jeszcze, — mówiła dalej, nie zwracając już uwagi na spojrzenia męża, — byliśmy na swoim. Jeżeli pan pojedzie do Kołatyna, to niechże pan kiedy zajdzie do Brzozówki, mój panie! To było nasze, co za okolica! Na dziesięć mil wokoło nie znajdzie piękniejszego położenia... Las na pagórkach, rzeczka, młyn ze stawem zarośniętym liliami wodnymi, a ogród! Sama go sadziłam, sama niemal ogradzałam. Malin i porzeczek bez liku. Za ogrodem łąki, jak okiem sięgnie, a na nich trawa w pas! Mąż za samo siano pięćset rubli rocznie brał, chociaż trzymaliśmy trzydzieści krów. Niech pan kiedy obejrzy! Chciałabym wiedzieć, jak tam teraz, chociaż nie! Serce by mnie bolało, gdybym widziała zniszczoną pracę moją... Żyd na licytacji kupił i pewnie wszystko zmarniało. Słyszałam, że ogród zaraz w dzierżawę wypuścili. Wszystko poszło, proszę pana. Niskie ceny, nieurodzaj, Stodoła się w ostatnim roku spaliła, choroba w domu się zagnieździła... Długośmy walczyli, broniliśmy się, jak się dało, ale w końcu... Ot i zostaliśmy nędzarzami, jak pan widzi. Ja obiady wydaję, a córka...

— Moja Andziu, dajże pokój, — tłumaczył Zgórski, zakłopotany wynurzeniami żony, — cóż to pana obchodzi?...

— To pani ma i córkę? — zagadnął pan Stanisław.

— Mam panie, tu w Warszawie. Razem z nami mieszka...

— Nigdy nie miałem przyjemności...

— W zajęciu cały dzień biedactwo, wraca dopiero o jedenastej wieczór...

— Dopiero, — wyszeptał buchalter, zdziwiony nieco.

— Jest... jest kasjerką w cukierni, prawie to samo co służąca! Mój Boże, czy ja kiedy myślałam, że moja Zosia, moja jedynaczka będzie się obcym ludziom wysługiwała od rana do późnej nocy i to za marne piętnaście rubli na miesiąc?

Pani Zgórska podniosła do twarzy swój fartuch kucharski i obcierała łzy, spływające obficie, po spalonych przy kominie policzkach. Pan Stanisław czuł się prawie tak samo zakłopotany, jak mąż tej biednej kobiety, która dotąd nie potrafiła się oswoić ze swoją nową pozycją.

— Praca nie ubliża, — mówił młodzieniec, czując, że trzeba przecie coś powiedzieć. — Niech się pani pocieszy tym, że dziś niejedna pani córka musi szukać chleba u obcych. W fabryce naszej, w kantorze, jest także kasjerką młoda panienka z bardzo dobrego domu, oprócz niej mamy jeszcze korespondentkę... Trudno, czasy się zmieniły...

— W biurze to zupełnie co innego, — rzekła pani Zgórska, — ale kasjerkę w cukierni traktują prawie jak kelnerkę w restauracji... Byle dureń myśli, że mu wolno głupstwo powiedzieć, albo się umizgać... Nieraz już mówiłam Zosi, żeby rzuciła tę cukiernię, bo widziałam, że często wraca do domu z oczami czerwonymi od płaczu, ale, co my będziemy naprawdę robili bez tych piętnastu rubli? Tak jest przynajmniej czym mieszkanie zapłacić...

— Więc się pan namyśli? — przerwał Zgórski, kręcący się jak na szpilkach.

— Tak, za parę dni...

— Mój panie drogi, — zaczęła znowu jego żona, — niech mi pan za złe nie bierze, ale gdyby tam u pana w fabryce wakowało jakie miejsce dla mojego męża, wziąłby na początek chociaż dwadzieścia rubli... On się sam stara, biedak; cóż, kiedy żadnych stosunków nie mamy tutaj, obiecują i na tym się wszystko kończy. Z początku miał nawet zajęcie... przyjęli go na buchaltera, ale chociaż zna dobrze rachunkowość, nie mógł sobie dać rady i musiał rzucić.

Pan Stanisław uśmiechnął się.

— Buchalteria, to niełatwa rzecz, — rzekł, — trzeba szkołę handlową skończyć, albo nawet akademię za granicą, tak jak ja na przykład... Skończyłem, a pomimo to mam zaledwie osiemdziesiąt rubli pensji.

— Więc pan był w akademii? — zdziwiła się Zgórska. — Aż tyle się uczyć potrzeba? Józio nie kończył żadnej akademii, ale był w gimnazjum i na praktyce w dużym majątku... Żeby się chociaż na kolej mógł dostać, ale w tej Warszawie nigdzie się docisnąć niepodobna ... A co najgorsza, ludzie tu inni... każdy o sobie tylko myśli, można by z głodu na ulicy ginąć, a nikt by się nie obejrzał... Jesteśmy jak na obczyźnie... Krewni z początku jarzyny przysyłali, a teraz i tego nie mamy od nich... Sprzykrzyło im się!...

W tej chwili odezwał się znów dzwonek w przedpokoju i pani Zgórska, otarłszy pośpiesznie łzy, wybiegła do kuchni.

— Przepraszam pana za żonę, — odezwał się zakłopotany, nieśmiejący oczu podnieść Zgórski, — ale nie można się dziwić kobiecie; rozpacz jej do głowy przychodzi, nie może się nagiąć do nowego życia, wszystko ją upokarza, nie przywykła do niedostatku... Nie uwierzy pan, jaka to okropna rzecz, kiedy się człowiek czuje przeniesionym nagle w zupełnie odmienne warunki i musi uczyć się na nowo, a skronie mu już siwieją, robić to, do czego czuję wstręt i pogardę najwyższą. To piekło, a nie życie, panie!

— Rozumiem pana, och, bardzo dobrze rozumiem, — rzekł pan Stanisław, ściskając dłoń Zgórskiemu. — Niech pan będzie pewny, że postaram się przy pierwszej sposobności wynaleźć co dla pana... Do widzenia.

Młodzieniec wyszedł z izdebki. W jadalni stała przy stołowniku pani Zgórska, z oczami zaczerwienionymi od łez i pytała z uprzejmym uśmiechem:

— Co pan będzie jadł? Krupniczek czy rosół? wołowa z rożna i wieprzowy kotlet?

— Niech będzie krupnik, tylko bez kartofli.ROZDZIAŁ II

Nazajutrz pan Stanisław przyszedł do kantoru z silnym bólem głowy, który jednak minął, po napisaniu kilkunastu listów.

Trzeba pokonywać bezwład znużonego mózgu pracą; przekonał się, że ten sposób często bywa praktycznym. O jedenastej siedział już przy biurku i wpisywał do „głównej” pozycje jedna po drugiej. Już kończył ten okropny bilans, który mu zabierał corocznie trzy tygodnie męczącej pracy. W miarę tego, jak robota zbliżała się do kresu, pryncypał okazywał rosnące zaniepokojenie. Po kilka razy dziennie podchodził do biurka pana Stanisława i zatapiał bystry wzrok w kolumny cyfr.

— Prędko? — pytał.

— Jeżeli się nie okaże jaka pomyłka większa, to wieczorem będziemy wiedzieli, — odparł buchalter.

Szef odszedł, ale znać było po nim, że nie zazna spokoju, póki nie ujrzy ostatecznego rezultatu. Obrót zmniejszył się niezawodnie, głównie z powodu strat, poniesionych na protestowanych wekslach; musiano też obniżyć ceny z powodu konkurencji, zysk spadnie więc niezawodnie. O ile jednak? Była to kwestia, wobec której wszystkie inne, nawet te, od których zależało szczęście całej ludzkości, bladły jak świeczka wobec słońca.

Niepokój pryncypała udzielał się wszystkim współpracownikom w kantorze. Każdy z nich wiedział doskonale, że pod tymi nerwowymi ruchami pióra pana Stanisława rozstrzyga się doniosła kwestia gratyfikacji, oscylującej zwykle wraz z wysokością czystego zysku z przedsiębiorstwa. Buchalter był w tej chwili najważniejszą osobą, na którą zwracały się wszystkie oczy.

Pan Stanisław musiał jednak odkładać coraz częściej pióro i wciągać powietrze w piersi, bo mu było duszno, pocierał czoło spoconą dłonią, Spoglądał na bzy kwitnące pod oknem i znowu pochylał się nad wielką księgą, wydobywając z niej powoli magiczną cyfrę zysku. Czuł jednak, że mu się liczby dwoją i sam się złapał na paru błędach w dodawaniu. Ale debet mógł się nie zgodzić z kredytem i trzeba będzie szukać pomyłki. Natężał więc uwagę, rachował wolno, z rozmysłem...

Nagle duszność zwiększyła mu się, na czoło wystąpiły krople zimnego potu, w głowie zaszumiało, biały papier zlewał się z jasnością okna, okno ze ścianami, potem wszystkie przedmioty zaczęły wirować, w kółko, bujać się, jak na miotanym burzą okręcie, coraz prędzej i prędzej. Chciał sięgnąć po karafkę z wodą, ale zachwiał się i upadł... Zdawało mu się, że słyszy jeszcze wyrywający się z głębi serca okrzyk przestrachu panny Wandy, potem mózg jego przestał przyjmować wrażenia i świadomość zagasła, jak świeca w silnym podmuchu...

Kiedy wróciła, spostrzegł, że siedzi w swoim fotelu, i że jakaś biała przezroczysta ręka kobieca zwilża mu skronie wodą kolońską. Podniósł powieki i ujrzał tuż przy swojej głowie delikatną, prawie porcelanową twarzyczkę kasjerki i jej niebieskie źrenice, zmącone niepokojem.

— Lepiej panu, panie Stanisławie? — zagadnęła miękko, nachylając się tak, że jej brązowo-złote włosy łechtały go po czole.

— Nic mi nie jest, dziękuję pani, — odparł.

— A ja się tak przelękłam! — rzekła tonem łagodnego wyrzutu. — Niech się pan podniesie i położy na otomanie w gabinecie pana Józefa. Dobrze?

— Nie, nie, już minęło.

— Otrząsnął się siłą woli, chwycił szklankę zimnej wody, podawanej mu przez któregoś z kolegów i wypił ją duszkiem.

— Niech pan idzie do domu, — radził mu magazynier.

— Nie, nie, zostanę. Już niewiele mam do końca. Panie Bolesławie, zsumuj pan tę parę kolumn...

Siedział nieruchomie i patrzał w okno skąd spływała na niego kaskada światła. Wstydził się i nie śmiał odwrócić głowy na salę, wiedząc, że wszystkie oczy są na niego zwrócone. Zemdlał, zemdlał, jak baba!

Po niejakim czasie musiał jednak sprawdzić księgi, które kolega położył mu na biurko.

— Zgadza się? — zagadnął, ożywiając się.

— Co do kopiejki.

Przeczytał wyrzucone z lewej i z prawej strony liczby i ogarnęło go uczucie ulgi... błogości prawie niebiańskiej.

Tak, zgadza się, nie popełnił błędu pomimo tego strasznego zmęczenia.

— No i jakże?

Posłyszawszy za sobą głos szefa, drgnął jakby obudzony ze snu.

W milczeniu wskazał mu dwie jednobrzmiące liczby.

— Tu jest zysk czysty, — dodał przewróciwszy kartkę.

— No, to jeszcze nienajgorzej, — szepnął fabrykant, chwytając książkę przed siebie. — Dziękuję. Ale słyszałem, że się panu zrobiło niedobrze. Co? pan nawet zemdlał... Czy to prawda?

— Ech, nic... chwilka osłabienia, — odparł prawie wesoło pan Stanisław, — już minęło.

— Może się pan czuje zmęczonym? Co? powiedz pan prawdę, — nalegał szef przewracając kartki, świeżo zapisane. — Należy się panu urlop kilkotygodniowy... płatny, a jakże... i gratyfikacja w stosunku miesięcznej pensji... Gdzie pan masz tu rachunek strat? Aha! Liczę, że odzyskawszy siły, wynagrodzisz pan po powrocie stracony czas, zdwojoną energią do pracy... Kiedy byś pan chciał pojechać?

Suche słowa pryncypała, przeplatane pytaniami dotyczącymi bilansu, brzmiały w uszach pana Stanisława, jak najpiękniejsza melodia. Zarumieniony z radości, uścisnął gorąco wyciągniętą dłoń szefa.

— Dziękuję, bardzo dziękuję... — bełkotał.

Siedząc w szumiącym i pryskającym parą pociągu, pan Stanisław rozmyślał o tym wszystkim, co pozostawił w Warszawie. Ludzie i rzeczy, teraz kiedy już na nie nie patrzył, wydawały mu się cokolwiek piękniejszymi.

Nie spodziewał się takiego postąpienia ze strony szefa, uważał go zawsze za skąpca, a obecnie przekonał się, że pan Józef bywa wspaniałomyślnym nawet... Płatny urlop, a do tego gratyfikacja. Nigdy nie spodziewał się tego po nim!

Ogarniała go jakby wdzięczność. W uczuciu tym niemałą rolę odgrywała panna Wanda. Ciągle mu brzmiał w uszach jej okrzyk, w chwili kiedy padał zemdlony. Nie wiadomo dlaczego, ale pan Stanisław był przekonany, że w tym okrzyku znajdowało się coś więcej nad zwyczajne współczucie dla kolegi biurowego. Tak by się nie zachowała kobieta całkiem obojętna! Potem te oczy niebieskie, Zmącone niepokojem i wpatrzone w niego... Te włosy złote, muskające pieszczotliwie jego czoło, gdy leżał na fotelu!... te białe przezroczyste ręce, dotykające go tak miękko, tak kojąco, tak dziwnie błogo... Nie mógł pozbyć się wrażenia, które tkwiło w nim głęboko, a teraz dopiero uświadamiało się coraz bardziej. On nie miał dotąd czasu myśleć o czymś podobnym... zwracać uwagi na swoje wrażenia, analizować ich... Ale teraz czuł, że ta porcelanowa, subtelna twarzyczka patrzy na niego ciągle niebieskimi, zmąconymi niepokojem źrenicami, w których było coś więcej, oprócz współczucia... Czyżby panna Wanda kochała go? czyżby pamiętała tę chwilę, kiedy jej zabrał pomięte fiołki na majówce?

Ech! a gdyby nawet ta dziewczyna żywiła dla niego jakieś uczucie, to i cóż z tego? Nigdy się z nią nie ożeni przecież! Bo i po co? Żeby potem przeklinała tę miłość w łzach goryczy? Żeby nadal pracowała jak dziś i siedziała przy tym samym stoliczku, obok żelaznej kasy? Lepiej odpędzić daleko, jak najdalej od siebie te myśli, z których nie może nic dobrego się wykluć!

Już stacja, gdzie wysiada. Jakże to prędko!

Pochwycił szczupłe zawiniątko i wyskoczył z wagonu.

Furmanka do Kołatyna! Otoczyło go kilka Żydków, zachwalając swe nędzne wózki. Ponieważ pan Stanisław był jedynym pasażerem, poszukującym koni, przeto Żydkowie puścili go pomiędzy sobą na prawdziwą licytację in minus. Wybrał jednak najporządniejszą bryczkę, wstyd mu bowiem było pokazywać się na oberwanym wózku pomiędzy nieznajomymi ludźmi, u których miał spędzić kilka tygodni.

— On i dwóch mil nie ujedzie! — wołali współzawodnicy, — niech pan patrzy, co on ma za konie! Dwóch mil nie ujdą i staną!

Nie zważał na te głosy. Cóż go wreszcie obchodziło to wszystko! Z przyjemnością pojechałby w jeszcze gorsze szkapy, a nawet poszedłby piechotą, gdyby tylko znał drogę.

Wystarczało mu, że wreszcie osiągnął od tak dawna wymarzony cel, że się wyrwał ze znienawidzonych murów, że się znajduje pod szerokim niebem, że widzi dookoła horyzont, niezamknięty szeregami brudnych kamienic, niezamglony kurzem, że pierś jego oddycha swobodnie, a oko spoczywa na zieleni, czystej i młodej, jak uczucia rodzące się teraz w jego duszy...

Wobec majestatycznego spokoju przyrody, Warszawa wydawała mu się jakimś dzikim potokiem górskim, płynącym w szalonym rozpędzie po skałach, w którym fale łódzkie przeskakują jedna przez drugą, rozbijają się w pył o kamienie, pienią się i szumią, spiesząc się nie wiadomo dokąd i po co, w bezmyślnym wyścigu do objęć morza nicości, które je wszystkie ma pochłonąć prędzej czy później...

Tutaj zaś przyroda poważna i spokojna, jak dojrzały mędrzec, tchnie majestatem swej wielkości, samej w sobie, samej dla siebie... pociąga duszę na wyżyny, skąd ją zepchnęło życie z dala od jej powabów.

Oko młodzieńca spoczywało z rozkoszą na falujących niby szmaragdowa toń, porosłych kłoszącym się zbożem, niwach, pławiło się w bezmiarach lazurowego sklepienia, ucho jego pieściły rozgwary, ale jakież inne, aniżeli te, w jakich dotąd przebywał! Brzmiała w nich jedna tylko nuta, — nuta miłości, przenikająca wszechświat cały, a wygnana ze zbiorowisk ludzkich. Wsłuchiwał się w głosy przepiórek, oddających się jej słodyczom w młodej runi zbożowej, skowronkom, które wzbite aż pod obłoki, niewidzialne dla oka, nuciły na cześć Matki Boskiej, — donośnym poświstom kosów w przydrożnych gęstwinach i głosikom wilg wyprowadzających na piękny świat nowe pokolenia śpiewaków, czcicieli życia. Duch miłości dnosił się nad łąkami, zaglądał do kielichów kwiatów wiosennych, zstępował pod ziemię, do nor krecich, do gniazd trzmielowych, do mrowisk, ukrytych w cieniu sosen, przenikał wszystko, upajał wszelką żywą istotę, nawet udzielał swej subtelnej woni powiewom wietrzyka, biegnącego z dala i szepcącego drzewom o tym, czego się dotknął niedawno...
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij