Wyraj' 81. Kiedy potwory stały w kolejkach - ebook
Warszawa, 1981. Komuna chwieje się w posadach, a w kolejkach po mięso na kartki szepcze się nie tylko o strajkach.
Kiedy w bagażniku Fiata 126p zostają znalezione zwłoki Mamuna, a jedyny świadek utrzymuje, że za wszystkim stoją rusałki, sprawa trafia do Centrali, tajnego rządu istot Wyraju ukrywającego się w cieniu PRL-u.
Śledztwo prowadzą dwaj bohaterowie, którzy nie mogliby bardziej się od siebie różnić. Waldemar Utopiec, młody i ambitny urzędnik wierzący w procedury, oraz Lech Dębski, znużony życiem Leszy, który system, przepisy i garnitury ma równie głęboko w... lesie.
Szybko okazuje się, że śmierć Mamuna to dopiero początek. W świecie, gdzie słowiańskie demony walczą o wpływy, każdy skrywa własne tajemnice.
Od blokowisk Ursynowa, przez dancingi w „Kurzej Łapce”, po tajne narady w Magdalence – zanurz się w przewrotną opowieść, w której mrok słowiańskich mitów spotyka absurd schyłkowego PRL-u.
Bo potwory też musiały stać w kolejkach.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789181530742 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przed małym, parterowym pawilonem z wyblakłym szyldem, na którym widniał napis „Społem Mięso Wędliny”, jak co dzień wił się ogonek. Instytucja wydawała się ważniejsza niż niejedno ministerstwo. Podobno „rzucili” kiełbasę podwawelską. Rarytas. Szczególnie od kiedy wprowadzono reglamentację, która objęła mięso i inne artykuły, co jeszcze bardziej zaostrzyło sytuację.
W kolejce stał przekrój całego społeczeństwa, jak Polska długa i szeroka: emerytka w berecie z antenką, nerwowo ściskała siatkę na zakupy, dwóch robotników w drelichach, mruczących coś pod nosem o wczorajszym meczu. Ale byli też inni. Kobieta o ziemistej cerze i zbyt długich, haczykowatych palcach, która co chwilę spluwała na bok, narzekając na ceny. Nienaturalnie blady mężczyzna z zamkniętymi oczami, zasłoniętymi cienkimi jak pergamin powiekami, wyglądał, jakby całą noc spędził na ciężkiej pracy… Dalej potężnie zbudowany typ, który przestępował nerwowo z nogi na nogę, a z jego ust co jakiś czas wyrwał się stłumiony warkot zniecierpliwienia. Wszyscy stali w kolejce, zjednoczeni wspólnym losem.
W pewnym momencie drzwi otworzyły się na oścież i ze sklepu wyszedł jakiś człowiek w średnim wieku, ubrany w drogi, choć nieco wymięty garnitur. W ręku, niczym trofeum, dzierżył owinięte w szary papier pęto kiełbasy. Twarz miał zmęczoną, ale w kącikach ust błąkał mu się cień triumfu. Rozejrzał się szybko, po czym sprężystym krokiem ruszył w stronę, gdzie stał jego czerwony Fiat 126p. Z namaszczeniem położył cenny pakunek na siedzeniu pasażera, po czym wcisnął się za kierownicę. Przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zakaszlał raz, drugi, ale w końcu zaskoczył ze znajomym, terkoczącym warkotem. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem i czerwony Maluch, podskakując lekko na nierównościach, prędko zniknął w porannej mgle.Rozdział 1
Czerwony Maluch
Szary i wilgotny świt wstawał powoli nad ursynowskim blokowiskiem. Mgła pokazała się tego dnia tak gęsta, że można ją było kroić tępym nożem i smarować nią kromki chleba. Jej leniwe, brudnobiałe smugi przelewały się między dziesięciopiętrowymi gigantami, identycznymi jak setki budynków wzniesionych ku chwale socjalistycznej myśli technicznej.
Pies, kundelek o pretensjonalnym imieniu Pimpek, należał do pani Krystyny. Szarpał właśnie smycz, próbując wyrwać się właścicielce.
– Uspokój się! – Pani Krysia, emerytka odziana w ortalionowy płaszcz, pociągnęła mocniej za smycz. – Rób, co masz robić, cholero, i wracamy.
Pimpek miał jednak własne plany na dzisiejszy poranek. Żaden z nich nie uwzględniał szybkiego załatwienia potrzeb fizjologicznych. Zamiast obsikać stojący obok hydrant, stanął jak wryty, najeżył rzadką sierść na grzbiecie i zaczął jazgotać w kierunku czerwonego Fiata 126p. Maluch stał zaparkowany byle jak. Na wpół na chodniku, na wpół na trawniku, który pełnił funkcję osiedlowego wybiegu dla psów i miejsca okazjonalnych spotkań amatorów tanich win.
– No co za jeden, na trawniku parkuje… – westchnęła pani Krysia, bo nie znosiła naruszania porządku.
Już miała odciągnąć pieska siłą, kiedy zauważyła jeszcze coś. Drzwi od strony kierowcy były lekko uchylone. Zajrzała do środka i zobaczyła mężczyznę, siedzącego z głową opartą na kierownicy.
– Halo, proszę pana… – Szturchnęła go przez szparę w drzwiczkach, ale się nie poruszył.
Odruchowo wciągnęła powietrze, spodziewając się ostrego zapachu wódki. Zamiast tego poczuła gęstą woń ziół, mchu i wilgotnej ziemi, jakby ktoś przed chwilą wrócił z głębokiego lasu. Przez moment pomyślała nawet, że opił się żubrówki, tej prawdziwej, z trawą w butelce.
Coś jednak w tym obrazie było nie tak. Po chwili wahania pani Krysia zaciągnęła Pimpka w stronę budki telefonicznej. Wrzuciła żeton, wykręciła numer i gdy usłyszała w słuchawce głos dyżurnego, odchrząknęła i oświadczyła z całą mocą praworządnej obywatelki:
– Dzień dobry, tu Krystyna Nowakowska. Chciałam zgłosić, że na naszym osiedlu jakiś nietrzeźwy element zakłóca porządek publiczny. Tak… bardzo proszę o interwencję.
* * *
Po parunastu minutach, w które z powodzeniem zmieściłby się niejeden papieros, na osiedlową alejkę, charcząc i kaszląc, wtoczył się radiowóz. Zdezelowany Polonez w kolorze brudnego błękitu miał tak wybite zawieszenie, że podskakiwał na każdej nierówności betonowych płyt. Zatrzymał się w końcu kilka metrów od czerwonego Malucha, a z jego wnętrza wygramoliło się dwóch funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej.
Młodszy, kapral Malinowski, był chudzielcowaty i miał w sobie ten rodzaj niezdrowego zapału, który cechuje ludzi ślepo wierzących w to, co napisano w regulaminie. Drugi, sierżant Nowak, był człowiekiem, który widział już wszystko i większość z tego wolałby zapomnieć. Poruszał się z powolną rezygnacją starego wygi, dla którego poranek rozpoczynający się przed ósmą był osobistą obrazą.
– Zgłoszenie o zakłócaniu porządku, sierżancie – zameldował gorliwie Malinowski, poprawiając czapkę.
Nowak ziewnął, nie starając się nawet zasłonić ust.
– Zakłóciliście to wy mi spokój tą lurą, którą nazwaliście kawą… Chodźmy, młody, zobaczmy, co za obywatel tak tęskni za izbą wytrzeźwień.
Podeszli bliżej do Fiata. W środku, za kierownicą, siedział mężczyzna ubrany w drogi garnitur i krawat, dobrany jak pod kolor tapicerki. Na pierwszy rzut oka wyglądał, jakby zwyczajnie spał.
– Obywatelu! Milicja! – Chudzielec, działając „zgodnie z procedurą”, zastukał w szybę.
Zero reakcji. Powtórzył, tym razem mocniej. I nic. Nowak westchnął, odsunął młodego na bok i bez ceregieli pociągnął za klamkę. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a wtedy ciało mężczyzny bezwładnie osunęło się z fotela i runęło na ziemię u jego stóp. Uderzył w nich zapach. Ostra, silna woń zachodniej wody kolońskiej, zmieszana z zapachem lasu po deszczu. Ciało kierowcy było nietknięte. Żadnych śladów walki, siniaków ani zadrapań.
– Psiamać… – mruknął Nowak, bardziej zdegustowany niż wstrząśnięty. – Musi jakiś dygnitarz.
Wyprostował się, odruchowo wycierając ręce, jakby dotknął czegoś brudnego.
– Dobra, młody… – rzucił przez ramię. – Wrócę do radiowozu, łapiduchów wezwę i zgłoszę na komisariat, że mamy trupa. Niech go zabiorą, zanim się ludzie zlecą.
– A ja? – zapytał niepewnie Malinowski.
– Idź się rozejrzyj, może ktoś jeszcze się tu pałętał od rana. Widział coś. Jakaś baba z okna albo pijaczek osiedlowy. No leć, operacyjnej roboty się nauczysz.
* * *
Kapral ruszył na zwiad, pełen proceduralnego zapału. Biegał wzrokiem od okna do okna, ale nikogo nie widział. W końcu jego spojrzenie powędrowało w stronę ławki pod blokiem, na której leżał pan Miecio. Lokalny pijaczek i filozof przydomowych trzepaków trząsł się na potężnej delirce. Dłonie drżały mu tak, że nie byłby teraz w stanie utrzymać kieliszka, choćby chciał. Malinowski podszedł do niego sprężystym krokiem.
– Dzień dobry, obywatelu! – zaczął oficjalnym tonem. – Widzieliście może tego czerwonego Malucha, jak tu parkował?
Pan Miecio uniósł na niego mętne spojrzenie.
– Panie władzo… poratuj pan… bo mi zaraz pikawa stanie…
– Odpowiadajcie na zadane pytania, bo was na izbę wytrzeźwień zabierzmy. – Kapral uciął prośby. – Malucha czerwonego, tego tam, widzieliście, jak parkował, czy nie?
Ostre słowa podziałały jak kubeł zimnej wody. W oczach pijaka pojawił się błysk świadomości. Przełknął z trudem ślinę i nachylił się, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu.
– Widziałem, panie władzo. Pewnie, że widziałem. Zwyczajnie w nocy podjechał, zaparkował o tam i podeszła do niego taka… kobieta. Ale jaka ona była piękna, jak rusałka. – Miecio zrobił wielkie oczy. – Wie pan władza, taki demon wodny, co to śpiewem chłopów wabi i wciąga do wody – wyjaśnił. – Nie szła normalnie. Płynęła nad chodnikiem, o tak! – Miecio zademonstrował ruch drżącą ręką. – Otworzyła drzwi, nachyliła się do środka. A potem odpłynęła we mgłę i tyle ją widziałem.
Malinowski zatrzasnął swój notes.
– Rusałka, tak? – fuknął. – Składnie fałszywych zeznań to obraza organów państwa!
– Mówię, co widziałem… Naprawdę, nic więcej nie wiem.
Zirytowany bredniami pijaka, Malinowski odwrócił się na pięcie, mamrocząc pod nosem coś o marnowaniu czasu służby mundurowej. Szedł szybkim, sprężystym krokiem z powrotem do zdezelowanego Poloneza, czując, jak narasta w nim frustracja. Otworzył drzwi radiowozu z niepotrzebną siłą.
– I co, młody? Naród pomocny jak zawsze? – zapytał sierżant, nawet na niego nie patrząc.
– Jest tylko on. – Malinowski kiwnął głową w stronę ławki pod blokiem. – Mówi, że rusałkę widział… Świadek w stanie upojenia alkoholowego, więc niewiarygodny. Wpisać w raport „zgon z przyczyn naturalnych”?
Sierżant popatrzył na Miecia, potem na czerwonego Malucha, a w myślach miał bladozieloną twarz denata i ten dziwny zapach. I Nowak, stary wyga, poczuł w kościach, że to może być jedna z tych spraw, od których lepiej trzymać się tak daleko, jak to tylko możliwe.
– Nie, młody… – Powoli pokręcił głową. – Jak to gówno za tydzień wróci i kogoś ochlapie, to my będziemy pierwszymi, którym się dostanie. Nie tym razem, za dużo z tego może być bajzlu.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął stary, zatłuszczony notesik. Przekartkował go i znalazł to, czego szukał. Numer telefonu bez żadnego nazwiska, zapisany tępym ołówkiem.
– Pilnuj gapiów i niczego nie dotykaj – rzucił krótko i wysiadł.
Kapral patrzył, jak jego przełożony idzie w stronę budki telefonicznej i przykłada słuchawkę do ucha. Widział, jak coś mówi, a potem długo słucha w milczeniu.
– Sierżant Nowak… Tak. Mam tu denata, podejrzenie kodu F… F, jak folklor. Świadek mówił o rusałce. Zrozumiałem. Zabezpieczyć i czekać. Bez odbioru.
Odwiesił słuchawkę i wrócił do Poloneza. Usiadł w fotelu, wyciągnął z kieszeni paczkę Sportów, odpalił jednego i zaciągnął się głęboko. Malinowski patrzył na niego pytająco, nie śmiąc się odezwać.
– Czekamy, młody – powiedział w końcu Nowak, wypuszczając w stronę deski rozdzielczej gęstą chmurę dymu.
– Na co?
– Przyjadą towarzysze, co lubią takie bajki.Rozdział 2
Dwa światy w jednym gabinecie.
Wnętrze gabinetu Waldemara Utopca pachniało porządkiem, wodą kolońską Przemysławka i cichą ambicją. Na błyszczącym dębowym biurku leżały papiery w starannych, równych stosach, jakby ktoś je ułożył przy pomocy ekierki. Sam Waldemar, w idealnie wyprasowanej błękitnej koszuli, trzymał przy uchu słuchawkę nowoczesnego telefonu Bratek. Jego głos był niczym miód, w który chciał zanurzyć palce każdy, kto miał coś do załatwienia.
– Oczywiście, towarzyszu dyrektorze, w pełni rozumiem przejściowe trudności z zaopatrzeniem – mruczał, zręcznie przy tym szkicując coś w swoim notatniku. – Ale jeśli spojrzyjcie w załącznik numer trzy do protokołu, który wam wysłałem, zobaczycie, że przydział dla waszego zjednoczenia został rozpatrzony nie tylko jako zasadny, ale i pilny. W trosce o dobro ogółu, rzecz jasna. Jak zawsze. Będę wdzięczny za pamięć.
Był w swoim żywiole. Na wyrywki znał instrukcję obsługi systemu, w którym żył. Traktował go ja przyjaciela. Doskonale wiedział, którą śrubkę należy dokręcić mocniej, a którą poluzować, by cała skomplikowana maszyneria zagrała tak, jak on tego chciał.
Nagle jego spokój zmącił ostry, natarczywy dzwonek drugiego aparatu – linii wewnętrznej od spraw najpilniejszych. Uśmiech zniknął z twarzy Waldka, kiedy odłożył słuchawkę Bratka i podniósł drugą. Słuchał w milczeniu.
– Zrozumiałem. Będę za trzy minuty – rzucił krótko, z niezwykłą delikatnością odkładając telefon na widełki.
Wstał. Poprawił idealny węzeł krawata, strzepnął z ramion niewidzialny pyłek i rzucił okiem na swoje odbicie w ciemnej szybkie okna, za którą szarzał kolejny warszawski dzień. Nie zostało w nim już nic z uprzejmego biurokraty. Patrzył teraz na odbicie drapieżnika, który zwietrzył zapach kłopotów. A kłopoty oznaczały szansę.
* * *
W M2 na czwartym piętrze bloku z wielkiej płyty zamiast zapachu Przemysławki czuć było woń wilgotnej ziemi przyniesionej na podeszwach i ozonu, który iskrzył wokół starego radioodbiornika. Lech Dębski, w rozciągniętym swetrze w kolorze butwiejących liści, toczył nierówną walkę z radioodbiornikiem marki Unitra. Trzeszczące pudło wydawało z siebie jedynie agonalne dźwięki i szum.
– No graj, zarazo jedna… – warknął, po czym z otwartej dłoni wymierzył solidny cios obudowie.
Radio obraziło się i zamilkło, ale potem z głośnika popłynął fragment audycji rolniczej o szkodnikach. Lech prychnął. Był leszym, prastarym strażnikiem lasu, istotą zmiennokształtną, która potrafiła rozmawiać z dębami i wzbudzać strach w sercach ludzi. A tu, w tym betonowym pudle, toczył nierówną walkę z kawałkiem peerelowskiej elektroniki. Choć pragnął tylko jednego – świętego spokoju. Chciał wypić herbatę, może z prądem, i nie myśląc o niczym leżeć na łóżku i gapić się w sufit. Ale Dola miała dla niego inne plany, które zmaterializowały się pod postacią wibrującego w czaszce dźwięku telefonu.
Podniósł słuchawkę z nieukrywaną niechęcią.
– Czego? – mruknął na powitanie.
Słuchał przez chwilę, a jego twarz ściągnęła się w grymasie rezygnacji. Krótka wymiana zdań i pomruków zakończyła się rzuceniem słuchawki z takim impetem, że aparat podskoczył.
Z ciężkim westchnięciem wypuścił z płuc powietrze i bez słowa sięgnął po znoszony prochowiec, który wisiał samotnie na gwoździu w bitym w drzwi. Wezwanie z Centrali było jak wizyta u dentysty – wiedział, że będzie bolało. Zło konieczne w służbie większego dobra, psia jego mać.
* * *
Sekretariat przed gabinetem szefa Mrozka był arcydziełem sztuki użytkowej późnego peerelu. Ściany, do połowy wyłożone boazerią lakierowaną na wysoki połysk, płynnie przechodziły wyżej w farbę koloru brudnego beżu. Zapomniana paprotka, której liście pokrywała warstwa kurzu o grubości wręcz historycznej, wiodła życie pełne cichej desperacji na taborecie w rogu. Nawet powietrze stało tu nieruchome, gęste od zapachu pasty do podłogi.
Waldemar Utopiec siedział sztywno. Złączył kolana pod idealnie prostym kątem i położył na udach służbową teczkę. Jego wzrok biegał po jakiś notatkach w skórzanym notesie, kiedy wskazówka na radzieckim Poljocie odmierzała kolejne minuty.
Lech Dębski wyglądał jak jego zaprzeczenie. Rozwalił się na krześle i wyciągnął nogi w znoszonych butach daleko przed siebie. Siedział w rozpiętym płaszczu, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Ignorował obecność Waldka z taką samą nonszalancją, z jaką ignorował resztę świata. Całość uwagi skupił na musze, która z determinacją zwiedzała wszystkie zakątki sufitu.
Ciszę panującą w tym biurokratycznym czyśćcu zakłócała jedynie sekretarka siedząca za biurkiem. Południca o włosach w kolorze wypalonej słońcem trawy ostentacyjnie mieszała cukier w szklance herbaty, uderzając łyżeczką o szkło, jakby biła na alarm. Była demonem, który w dawnych czasach powinien z sierpem w dłoni zasyłać udary na pracujących w polu chłopów. W Centrali jej rola była podobna, tylko zamiast sierpa używała telefonu, a jej spojrzenie skutecznie zsyłało na petentów migrenę i poczucie beznadziei.
– Słucham? – odebrała z urzędową obojętnością. Jej twarz momentalnie się zmieniła. Przycisnęła słuchawkę mocniej od ucha, odchylając się przy tym w konspiracyjnym geście. – Co rzucili? – zapytała gorączkowym szeptem. Nasłuchiwała chwilę, a jej oczy rozbłysły. – Dziękuję, kochana. Jesteś wielka. Nie, nie mogę rozmawiać, petentów mam.
Odłożyła telefon i dopiero wtedy spojrzała na nich, jakby właśnie zauważyła, że w jej poczekalni zalęgło się jakieś robactwo.
– Towarzysz Mrozek prowadzi jeszcze ważną rozmowę telefoniczną, międzynarodową. Ale z pewnością niedługo poprosi do siebie – oznajmiła, chociaż zza dębowych drzwi gabinetu nie dobiegał najmniejszy szept.
Waldek zdawał się jej nawet nie słyszeć, a Dębski uśmiechnął się pod nosem, puszczając oko do muchy na suficie.
Czekali.
Szef Centrali, nie mówiąc ani słowa, pokazywał im, kto tu rządzi.
W końcu południca otworzyła przed nimi drzwi i weszli na terytorium towarzysza Mrozka. Jego biuro było wręcz absurdalnie wielkie i przytłaczające. Ciężkie bordowe kotary szczelnie zasłaniały okna, odcinając gabinet od światła dnia. Za masywnym biurkiem, wielkim jak stół bilardowy, siedział Mrozek. Potężny bies, wciśnięty w za ciasny garnitur, składał się z góry mięśni i milczącego autorytetu. Był jednym z najstarszych demonów, ucieleśnieniem pierwotnego chaosu i sił natury wrogich człowiekowi, który teraz, ironicznie, zarządzał najbardziej zbiurokratyzowaną instytucją Wyraju. Nie raczył podnieść na nich wzroku, kiedy weszli. Dopiero gdy drzwi zamknęły się za nimi, odezwał się tak cichym i niskim głosem, jakby dobywał się on spod ziemi:
– Bliżej.
Podeszli aż do samej krawędzi biurka, nachylając się mimowolnie, by lepiej go słyszeć.
Beznamiętnym gestem przesunął w ich stronę szarą, wiązaną sznurkiem teczkę.
– Sprawa o kryptonimie „Czerwony Maluch”. Denat to urzędnik wysokiego szczebla z naszego resortu. Przyczyna zgonu jeszcze niepotwierdzona. Brak śladów przemocy.
Mrozek wyciągnął z teczki czarno-białą fotografię, przedstawiającą mężczyznę leżącego na trawniku obok Fiata 126p, i położył ją na blacie. Potem wziął do ręki kartkę z maszynopisu i, nie mrugnąwszy nawet okiem, zaczął czytać monotonnym, beznamiętnym głosem:
– …w nocy podjechał, zaparkował o tam, i podeszła do niego taka… kobieta. Ale jaka ona była piękna, jak rusałka… Nie szła normalnie. Płynęła nad chodnikiem…
Skończył i uniósł wzrok, oczekując reakcji. Dostał dwie.
– Jakie będą procedury, towarzyszu? – zapytał Waldek. – Mam wolną rękę w kwestii siania dezinformacji w mediach?
Drugi zareagował Dębski, i to zanim Mrozek zdążył odpowiedzieć. Przebiegł wzrokiem po notatkach i prychnął tak głośno, że echo poniosło się po wielkim gabinecie.
– Nie no… Mogliście przez telefon powiedzieć, to bym się tramwajem nie tłukł. Stójkowych zabrakło, że mnie do takiej sprawy wciągacie? – sapnął gniewnie. – Szkoda, że ten cały świadek nie zobaczył zjawy, co się rozpłynęła w powietrzu. Jak miałbym tę niby-rusałkę znaleźć? Zaczepiać co ładniejsze i pytać, czy nie przechodziły ostatnio obok zaparkowanego na jakimś osiedlu Malucha? I to czerwonego? No, bez żartów…
Na pooranej bruzdami twarzy Mrozka pojawił się cień chłodnej satysfakcji. Od urodzenia nie lubił leszych.
– Gówno mnie obchodzi, jak to zrobicie, towarzyszu Dębski – powiedział spokojnie.
– Dębski. Nie jestem waszym towarzyszem – odparł Lech, patrząc Mrozkowi prosto w oczy.
– W teczce znajdziecie więcej dokumentów, towarzyszu. Do Centrali docierały wcześniej pewne groźby. Zapoznajcie się z tym. Podział obowiązków jest prosty. Towarzysz Utopiec – tu wskazał na Waldka – będzie waszym cieniem. Dopilnuje, żeby sprawa nie nabrała społecznie niepożądanego rozgłosu. Zatuszuje, posprząta, zamknie usta komu trzeba. Papier musi się zgadzać. – Potem jego ciężkie spojrzenie spoczęło na leszym. – A towarzysz Dębski znajdzie tę, która narobiła bałaganu. Macie ze sobą ściśle współpracować. – Zrobił pauzę, pozwalając, by jego słowa wybrzmiały. – I to nie jest prośba.
– Tak jest, towarzyszu Mrozek – wtrącił się Waldek. – Pozwoliłem sobie zebrać po drodze kilka…
Bies przerwał mu machnięciem ręki, dając znać, że audiencja jest skończona. Wziął do ręki teczkę i rzucił ją na blat, tak by zatrzymała się dokładnie przy Dębskim. Ten zabrał ją i, nie oglądając się na Waldka, ruszył do wyjścia.
Ciężkie dębowe drzwi gabinetu zatrzasnęły się za nimi. Szli w milczeniu długim, pustym korytarzem, oświetlonym migotaniem jarzeniówek. Słychać było tylko miarowy stukot obcasów Waldka i cięższe, lekko szurające kroki Dębskiego.
W końcu Utopiec zatrzymał leszego, starając się odzyskać kontrolę.
– Waldek – zaczął, wyciągając dłoń w przyjacielskim geście.
– Dębski – odparł leszy, wręczając mu niesioną teczkę, z odrazą, jakby to była brudna szmata.
– Słyszałem o panu dużo dobrego i…
– Oszczędź mi tego – wszedł mu w słowo leszy – Zacznij od sprawdzenia akt. Powiązania, ewentualne kontakty i harmonogram z ostatniego dnia. A ja… ja zacznę od flaszki z tym panem Mieciem. Może widział więcej, niż zapisano w tej śmiesznej notatce.
Waldek zacisnął zęby. Protekcjonalność w głosie Dębskiego była niemal namacalna.
– W porządku – odparł chłodno. – Działajcie po swojemu, ale pamiętajcie, że jesteśmy w tym razem. Jeślibyście potrzebowali jakichkolwiek… zasobów, dajcie znać. Przyjdę wieczorem do waszego mieszkania.
Dębski skinął głową w milczeniu i każdy ruszył w swoją stronę.Rozdział 3
Teczka i flaszka
Woń formaldehydu dominowała w Zakładzie Medycyny Sądowej przy ulicy Oczki. Słodkawy chemiczny odór wżerał się w ubranie i zostawał w nozdrzach na długo po opuszczeniu budynku. Towarzyszyła mu inna woń, bardziej subtelna. Zapach taniej kawy plujki, parzonej bez przerwy w małym, zakratowanym pokoju socjalnym. Unosił się ponad stalowymi stołami i pełzał po ścianach wyłożonymi białymi, popękanymi kafelkami.
Waldemar Utopiec nienawidził tego miejsca. Burzyło jego poczucie estetyki. Czekał w małym, obskurnym gabinecie, kolejny raz poprawiając węzeł krawata, jakby ten prosty gest mógł stworzyć wokół niego barierę ochronną. Przez otwarte drzwi widział fragment sali sekcyjnej: stalowy zlew, lśniące narzędzia leżące w równym rzędzie i część gumowego fartucha poplamionego krwią.
W końcu w progu stanął doktor habilitowany Jan Wieczorek, wysoki, przygarbiony mężczyzna o przezroczystej cerze i jasnych, niebieskich oczach. Był południkiem, jednym z niewielu, który zamiast snuć się po polach i doprowadzać żniwiarzy do udaru, wybrali ścieżkę kariery naukowej w służbie ludzkiego państwa.
– Witaj, Waldku – rzucił na powitanie, wycierając okulary w grubych rogowych oprawkach. – Dawno nie zaglądałeś osobiście. Nie wiedziałem, że mam kogoś ważnego na stole.
– Towarzyszu doktorze. – Waldek skinął głową, ignorując poufałość. – Potrzebuję protokołu z sekcji naszego denata.
Wieczorek westchnął, podszedł do metalowej szafki i wyciągnął z niej swoje notatki.
– Wszystko macie tutaj, ale mogę zaoszczędzić wam czytania. Oficjalnie dostał rozległego zawału mięśnia sercowego. Miał słabą pompę i nadwagę. W jego aktach znajdziecie całą medyczną historię.
– A nieoficjalnie? – zapytał beznamiętnym głosem Utopiec.
– Też. Mógł się zdenerwować, zjeść za tłusty obiad czy za dużo wypić. Chociaż treści żołądkowej nie było wiele, więc zostałbym przy nerwach. Zawał na pewno. A jeśli mam być bardzo nieoficjalny… serce stanęło mu bardzo szybko. Jakby na pstryknięcie palcami. Jeśli ktoś mu pomógł wybrać się do Nawii, to użył czegoś naturalnego, najpewniej wziewnego. Żadnych toksyn w klasycznym rozumieniu. Śladów wkłucia również brak.
Waldek przetwarzał informacje w milczeniu. Jego najgorsze obawy się potwierdziły. Nie dostał żadnych konkretów i był w tym samym punkcie, w którym zaczął. Już miał podziękować i wyjść, gdy Wieczorek uniósł palec, jakby sobie o czymś przypomniał.
– Ach, jeszcze jedna rzecz – powiedział. – Pewnie drobiazg bez znaczenia, ale jesteśmy tu pedantyczni. Na ubraniu denata i podeszwach butów znaleziono ślady pyłków i drobny czarny proszek. Na moje oko wyglądał jak coś, co służy do wyrobu domowej farby drukarskiej. Takiej, co to się jej używa się w starych, ręcznych drukarkach.
Zapadła cisza, przerywana jedynie buczeniem jarzeniówki. Waldek poczuł znajomy zapach polityki, unoszący się w powietrzu.
– Farba drukarska? – powtórzył.
– Dziwne połączenie, prawda? Trup i podziemna publicystyka – kontynuował Wieczorek, wyraźnie zadowolony z efektu, jaki wywołał. – Czyżby towarzysze z Centrali po godzinach bawili się w drukowanie bibuły dla Solidarności? Dużo się o tym teraz mówi. Wśród ludzi wielu schodzi do podziemia. A jak widać, bywa tam niebezpiecznie.
Waldek wzruszył ramionami i zabrał notatki. Jego umysł pracował teraz gorączkowo.
– Dziękuję, towarzyszu. Wasze spostrzeżenia były jak zawsze… niezwykle pomocne.
– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł Wieczorek. – I, Waldemar… uważajcie na siebie. W tych czasach łatwo się potknąć o coś, co tylko udaje korzeń.
Kiedy Waldek opuszczał prosektorium, wychodząc na warszawskie ulice, wciąż czuł na sobie zapach formaldehydu. Ale pod nim, po raz pierwszy w tej sprawie, wyczuł coś jeszcze. Słaby i ledwo uchwytny zapach tropu.
* * *
Ursynowskie osiedle, nawet za dnia, miało w sobie coś z sennego koszmaru. Powtarzalny schemat betonowych płyt sprawiał, że człowiek czuł się zagubiony niczym w labiryncie, z którego nie było ucieczki. A dla leszego to uczucie było jeszcze bardziej dojmujące.
Na jego szczęście pan Miecio jak co dzień okupował swoją ulubioną ławkę i Dębski odnalazł go bez większego trudu. Na jego nieszczęście natomiast pan Miecio znajdował się dziś w stanie agonalnym. Drżenie rąk osiągnęło apogeum, a blada jak ściana twarz była wykrzywiona w grymasie cierpienia. Każdy mięsień jego ciała krzyczał o jedną zbawienną dawkę lekarstwa, którego komitet opieki społecznej nie refundował.
Dębski podszedł bezszelestnie. Zatrzymał się przy ławce i przez chwilę w milczeniu obserwował szczyt wieżowca, jakby kontemplował myśl architektoniczną epoki późnego Gierka. W końcu sięgnął do przepastnej kieszeni prochowca i wyciągnął z niej butelkę w papierowej torbie. Towarzyszył temu szelest, a zaraz potem cichy bulgot przelewającego się szkle trunku.
– Można się dosiąść? – zapytał spokojnie. – Zimno dziś, trzeba się jakoś rozgrzać.
Zanim pan Miecio zdążył sklecić jakąkolwiek odpowiedź, Dębski już siedział obok niego. Wyjął z torby butelkę czystej Żytniej i sięgnął do drugiej kieszeni po dwa szklane kieliszki, które postawił na deskach. Odkręcił metalową zakrętkę i nalał po równo.
– Mieczysław jestem… – wychrypiał stały bywalec ławeczki, wyciągając drżącą rękę na przywitanie i nie odrywając przy tym wzroku od kieliszków. – Panie… pan to anioł…
– Coś tak jakby… – mruknął Dębski. – Zdrowie… – dodał i wychylił swoją porcję jednym płynnym ruchem.
Pan Miecio poszedł w jego ślady. Wódka wlała się w niego niczym ożywczy balsam. Niemal natychmiast przestał się trząść, a na jego twarzy pojawiły się rumieńce.
– Może tak dla równowagi… – powiedział, patrząc na nieznajomego z bezbrzeżną wdzięcznością.
Dębski nalał drugą kolejkę i czekał. Nie spieszył się z zadawaniem pytań, wiedząc, że czas w tej grze jest jego sprzymierzeńcem. Siedzieli teraz w milczeniu, obserwując dzieci grające w kapsle na chodniku.
– Pan z milicji, co? – zagadnął w końcu Miecio z nowo nabytą pewnością siebie.
– Nie… – Leszy zaprzeczył spokojnie – Powiedzmy, że przyszedłem jako przyjaciel rodziny zmarłego… Dlatego po przyjacielsku chciałem pogadać. O tym czerwonym Maluchu i o tej kobiecie.
Miecio pokiwał głową z miną eksperta.
– To ja już rano władzy mówiłem. I to prawdę mówiłem. Taka była piękna, panie, jak rusałka… Płynęła, nie szła. Oczy jak dwa węgle, skóra jak mleko. Uśmiechała się do tego faceta i coś mu mówiła. A potem jakby się we mgle rozwiała.
– Słyszeliście, o czym rozmawiali? – Dębski uniósł brew.
– A skąd, z takiej odległości. Zresztą jak taka kobieta do faceta się uśmiecha i gada, to nieważne o czym – zaśmiał się.
Miecio wypił trzecią kolejkę, którą leszy przezornie mu nalał.
– I nic więcej pan nie widział? Może ktoś jeszcze się tam kręcił? Może to auto było tu wcześniej?
– Nie, panie. Ja tu wszystkich znam, to obcych od razu bym poznał. A z autem nie pomogę. Czerwonego Malucha to i widziałem tu kilka razy, ale to czy ten sam? Nie wiem, tyle tego po drogach jeździ.
Lech westchnął ciężko. Wiedział, że to ślepy zaułek i ta rozmowa donikąd go nie zaprowadzi. Wstał, zostawiając na ławce napoczętą butelkę i dwa kieliszki.
– Trzymajcie się, obywatelu – rzucił przez ramię.
– I pan też, panie kierowniku, dziękuję! – odkrzyknął Miecio, przytulając butelkę do piersi jak najcenniejszy skarb.
Dębski zrobił kilka kroków, ale nagle przystanął. Coś mu nie dawało spokoju. Odwrócił się na pięcie.
– Jeszcze jedno – zawołał. – Jak ona tak… no, płynęła, to czułeś coś? Może muł, tatarak? Wilgoć taką?
Miecio podrapał się po niechlujnym zaroście, mrużąc oczy w intelektualnym wysiłku.
– Nie… Nic z tych rzeczy – mruknął w końcu, kręcąc głową. – Prędzej tak dziwnie w nosie kręciło. Trochę jak od starego telewizora.
Dębski zmarszczył brwi, kiwnął głową i bez słowa ruszył przed siebie.
* * *
Lech Dębski nienawidził uczucia bezsilności. Było gorsze niż ból zęba i kac razem wzięte. Po wejściu do mieszkania rzucił swój prochowiec na oparcie krzesła, ale ten zsunął się na podłogę, formując kupę pomiętego materiału. Leszy zignorował to. Jego mieszkanie było chaosem, który tylko on rozumiał. Gdzieś pod ścianą stosy przeczytanych książek piętrzyły się niczym miniaturowe, papierowe wieżowce. Na parapecie stała cała kolekcja pustych butelek.
Był w trakcie zaparzania herbaty, czarnej jak jego nastrój, kiedy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Inne od nieśmiałego stukania listonosza czy natarczywego walenia sąsiada. Trzy równe, metodyczne, pewne siebie uderzenia. Dębski wiedział, kto to, nim jeszcze otworzył.
W progu stał Waldemar Utopiec. W idealnie skrojonym garniturze i śnieżnobiałej koszuli nie pasował do obskurnego mieszkania leszego. Wyglądał trochę jak egzotyczny ptak, który przez pomyłkę wylądował na wysypisku śmieci. Przebiegł wzrokiem po wnętrzu lokalu i zacisnął usta w wyrazie słabo skrywanego niesmaku.
– Brak tu kobiecej ręki – stwierdził, wchodząc do środka, nie czekając na zaproszenie.
Dębski wzruszył ramionami, odsuwając się na bok.
– Herbatę właśnie robiłem… – rzucił, wracając do kuchni.
– Ja podziękuję – odparł Waldek, starając się niczego nie dotykać, kiedy kładł na stole lśniącą skórzaną teczkę.
Z kuchni dobiegło pobrzękiwanie szkła i wściekły gwizd starego czajnika.
– No i?! – zapytał Dębski, próbując przekrzyczeć hałas. – Dowiedziałeś się czegoś?
– Myślę, że tak – mruknął Waldek, bardziej do siebie niż do niego.
Dwa metaliczne kliknięcia otwieranej teczki odbiły się echem w pokoju. Gwizd czajnika urwał się i po chwili leszy wrócił do pokoju, niosąc parującą szklankę w metalowym koszyczku. Postawił herbatę na stole, ignorując ryzyko powstania śladu na lakierze, i wbił wzrok we wnętrze aktówki.
– Rozmawiałem z tym pijaczkiem – rzucił. – Strata czasu i dobrej wódki. Sam bełkot, zero konkretów. A ty co tu masz?
– Po pierwsze, odwiedziłem prosektorium. Denat zszedł na zawał. Może ktoś mu w tym pomógł, ale brak na to twardych dowodów – wyjaśnił spokojnie Waldek. – Ale… co ciekawsze, znaleźli na jego ubraniu coś, co mogło służyć do zrobienia farby drukarskiej.
Dębski uniósł brew, ale wciąż milczał.
– Po drugie – ciągnął Utopiec – towarzysz Mrozek wspomniał coś o groźbach, jakie docierały do Centrali. Poszperałem w archiwach, oficjalnych i tych mniej oficjalnych. Nie znalazłem ani jednej udokumentowanej notatki, żadnego meldunku czy zapisu.
– W Centrali mają burdel? Nowe, nie znałem – skwitował kwaśno leszy.
– Albo to jakieś prywatne źródło lub świadome mataczenie, żeby wprowadzić nas w błąd.
To przykuło uwagę Dębskiego. Odwrócił się i spojrzał na kolegę spod zmarszczonych brwi.
– Te braki w dokumentacji zmotywowały mnie do dalszych poszukiwań – mówił dalej Waldek. – Musiałem poprosić o… przysługę, ale dostałem wgląd do akt Wydziału Kontroli Wewnętrznej. I trafiłem. Okazało się, że nasz towarzysz denat był od dwóch miesięcy pod dyskretną obserwacją.
– Z powodu…? – mruknął Lech.
Waldek zawahał się przez chwilę, dobierając odpowiednie słowa.
– Oficjalnie zaszło podejrzenie o nawiązanie kontaktu o charakterze osobistym, mogącego stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa Centrali.
– Czyli miał babę na boku. Nuda.
– No nie do końca – uciął Waldek. – Obiektem jego zainteresowania nie była kobieta. Wygląda na to, że miał kochanka. Młodego mężczyznę.
– Idealne do szantażu… – stwierdził w zamyśleniu leszy. – Zwłaszcza na wysokim szczeblu.
– Ale to wciąż nie jest najlepsze. – Waldek wyjął z teczki pojedynczą kartkę. – Obserwację przerwano tydzień temu. Z dnia na dzień. Odgórny rozkaz, bez podania przyczyny. Z teczki wyparowała cała dokumentacja fotograficzna. Reszta miała trafić jeszcze w tym tygodniu do niszczarki.
– Czyli mamy wysoko postawionego urzędnika Centrali, który lubi młodych chłopców, a na dodatek może się bawić w jakąś podziemną drukarnię? A co z naszą rusałką?
– O ile była jakaś rusałka. Nic na jej temat nie znalazłem. Jeden z milicjantów to mamun i od razu nam zgłosił, co trzeba, ale świadek nie był zbyt wiarygodny. Zresztą sami wiecie. Za to znalazłem takie coś.
Waldek położył na stole kartkę i przesunął ją w stronę gospodarza. Dębski wziął ją do ręki i przeczytał adres.
– To przecież to samo osiedle, na którym stał zaparkowany Fiat. – Jego brwi ściągnęły się w jedną krzaczastą linię.
– Dokładnie. – Waldek z satysfakcją skinął głową. – Przydałoby się tam wrócić. I to jak najszybciej.
– No to ruszajmy – powiedział krótko Lech, sięgając po swój prochowiec.
– Świetnie – rzucił Waldek, zapinając teczkę. – Samochód czeka na dole.
Dębski zatrzymał się w pół kroku, a jego twarz pobladła lekko. Energia, która jeszcze przed chwilą zdawała się go rozpierać, teraz zniknęła.
– Ja nie… nie jeżdżę, jeśli nie muszę. – Słowa wyszły z niego cicho, niepewnie, jakby sam był zaskoczony ich brzmieniem.
Waldek spojrzał na kolegę ze zdziwieniem, a potem z czystym, nieskrywanym rozbawieniem. Kącik ust mu drgnął, formując się w pogardliwy uśmieszek.
– Żartujecie sobie? Stary, potężny leszy, a boi się wsiąść do samochodu?
– Nie boję się – warknął Dębski. – Po prostu nie lubię być zamknięty w małym kawałku blachy. Wszystko to za szybkie, nienaturalne.
– Wasz pech, bo musicie jechać. – Waldek wzruszył ramionami. – Trzeba działać, zanim ktoś inny wysprząta to mieszkanie przed nami.
Dębski zacisnął zęby, ale wiedział, że Utopiec ma rację. Narzucił prochowiec i z ciężkim westchnieniem ruszył do wyjścia. Waldek, z teczką w dłoni i ledwo skrywanym uśmiechem triumfu, podążył za nim.Z NOTATNIKA SŁUŻBOWEGO SIERŻ. NOWAKA
Dotyczy: Zgonu NN w Fiacie 126p (sygn. akt U-78/81).
Notatka: W dniu dzisiejszym, na polecenie przełożonych, całość materiałów dowodowych w przedmiotowej sprawie została przekazana do dyspozycji wskazanego organu nadrzędnego z Komendy Stołecznej. Protokół z zeznań świadka (ob. Mieczysław K.) dołączono z adnotacją o stanie nietrzeźwości i zawartych w zeznaniu elementach o charakterze fantastycznym. Zgodnie z otrzymaną dyspozycją dalszych czynności nie prowadzić. Sprawę na szczeblu rejonowym uznaje się za zakończoną.Rozdział 4
Głos z kasety
Fiat 125p zakrztusił się po raz ostatni i zgasł. Na szczęście siła rozpędu wystarczyła, by doturlać się na osiedlowy parking. Waldek zdjął ręce z kierownicy i oparł o nią czoło z cichym westchnięciem. Zanim zdążył sięgnąć do klamki, drzwi pasażera otworzyły się z przeciągłym zgrzytem. Dębski, zwinny niczym żbik, wyskoczył na zewnątrz, łapiąc haust powietrza, jakby wynurzał się z głębin. Przez chwilę stał nieruchomo, z rękami opartymi na kolanach, nasłuchując tykania stygnącego silnika. Popękany asfalt pod stopami był dla niego niczym ziemia obiecana.
Wchodząc do klatki, pachnącej wilgocią i lizolem, niemal zderzyli się z wychodzącym studentem w wytartych spodniach i rozciągniętym swetrze. Chłopak, niosący pod pachą dużą czarną teczkę, z jakiej korzystano na Akademii Sztuk Pięknych, obrócił się z urazą wymalowaną na twarzy, jednak nie doczekał się nawet przeprosin.
– Czwarte piętro – oznajmił Waldek, podchodząc do windy.
Dębski spojrzał na chybotliwe pudło wiszące na stalowych linach i cofnął się o krok.
– Nie… Ja pójdę schodami.
Waldek pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Wind też się boicie? Co jeszcze, bieżąca woda w kranie też jest nienaturalna? – zakpił, wciskając przycisk.
– Ruch to zdrowie – mruknął leszy. – Jeszcze będę pierwszy na górze.
Gdy Waldek wysiadł z windy, Dębski już na niego czekał. Oparty o ścianę, dyszał ciężko.
– Centrala co roku zawody organizuje, powinniście wystartować – rzucił Utopiec, wskazując numer trzydzieści siedem. – Może w biegu przez płotki?
Lech zignorował przytyk. Podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Zamknięte. Zapukał i przyłożył ucho do drewna. Cisza.
– No to musimy zadzwonić po wsparcie i nakaz – stwierdził Waldek.
Dębski spojrzał na niego wymownie. Bez słowa ostrzeżenia cofnął się o dwa kroki i z potworną siłą uderzył nogą tuż obok zamka. Futryna pękła z suchym trzaskiem, a drzwi otworzyły się na oścież.
– Psia mać! – wyszeptał z furią Waldek. – Wiecie, ile notatek służbowych będę musiał napisać? To jest nielegalne wejście i zniszczenie mienia!
Leszy, niewzruszony, wszedł już do środka. Rozejrzał się po niewielkim przedpokoju i pociągnął nosem. W powietrzu unosiła się nikła woń ozonu.
– Dobra, dobra, zrobimy bałagan, weź jakieś fanty i się zgłosi, że włamanie było – powiedział spokojnie, nie odwracając się do Waldka. – Tylko coś niedrogiego, to sprawę szybko zamkną za niską szkodliwość. A teraz przestań pitolić, zamknij drzwi i zacznij się rozglądać.
Mieszkanie było ascetyczne. Materac na podłodze, stosy książek i niewiele więcej. Waldek metodycznie przeglądał porozrzucane papiery. Skupił się na stercie ulotek i papierów leżących na jedynym w tym pokoju taborecie. Grzebał w nich, aż natrafił na plik czarnobiałych afiszy.
– „Spotkanie w Klubie Artysty… Śmierć Betonu…” – przeczytał półgłosem, rzucając ulotkę na materac. – Wygląda na to, że nasz człowiek miał jakieś życie towarzyskie. Trzeba będzie sprawdzić ten klub.
Dębski w tym czasie kierował się instynktem. Omijał dokumenty i skanował wzrokiem pomieszczenie w poszukiwaniu czegoś, co by nie pasowało do reszty. Przesuwał dłonią po stosach książek, aż jego palce natrafiły na pustą przestrzeń. Wsunął tam rękę i namacał kartonowe pudełko po butach. Otworzył je i znalazł w środku kilka kaset magnetofonowych. Były podpisane jedynie prostą, odręczną numeracją: „M1”, „M2”, „M3”.
– Potrzebujemy odtwarzacza – mruknął, zerkając na znalezisko.
Rozejrzał się po pokoju, aż trafił wzrokiem na szary, kanciasty kaseciak. Podszedł bez słowa i ukucnął przy nim. Nacisnął podłużny przycisk i klapka kieszeni na kasetę odskoczyła z cichym, plastikowym szczęknięciem. Jego wzrok od razu padł na taśmę, która już była w środku. Zatrzasnął klapkę z powrotem i bez wahania wcisnął klawisz odtwarzania. Mechanizm zaskoczył ze zduszonym warkotem. Z małego głośnika najpierw popłynął szum, a zaraz po nim dźwięk nagranej rozmowy i głos młodej dziewczyny:
– Wyobraź to sobie, braciszku… te wszystkie światła, scena… Ach! Ja pośrodku, a tysiące ludzi słuchają, jak śpiewam. Może nawet w samym Opolu! Zobaczysz! Już widzę te afisze… Nawojka Latawiec…
Po chwili ciszy odezwał się drugi głos, męski i znacznie spokojniejszy:
– Przecież wiesz, że w świecie ludzi nie ma miejsca dla takich jak my…
– Chyba takich jak ty, braciszku… – zaśmiała się. – Dla pięknych i utalentowanych zawsze znajdzie się miejsce.
Dębski wcisnął z trzaskiem przycisk stopu. Otworzył kieszeń i powoli wysunął kasetę z odtwarzacza. Sięgnął po tę opisaną jako „M1” i wsunął ją na miejsce poprzedniej. Z głośnika popłynął charyzmatyczny głos, ten sam co na poprzednim nagraniu, ale teraz pełen fanatycznego ognia:
– Jak długo jeszcze?! Jak długo mamy żyć w cieniu ludzi, na ich zasadach? Byliśmy tu pierwsi. Zanim oni postawili tu choćby jeden szałas, to były nasze lasy. Zanim wylali asfalt, nasze były rzeki. A dziś? Jesteśmy na Matce Ziemi mieszkańcami drugiej kategorii. Zostaliśmy zmuszeni do ukrywania prawdziwej tożsamości.
Głos na chwilę ucichł, jakby dla nabrania oddechu, po czym uderzył z nową siłą:
– Zbliża się odwilż! To najlepszy czas, żeby otworzyć oczy wszystkim niedowiarkom! Tym spośród nas, którzy zapomnieli, że nasza krew jest tak samo czerwona, że nasz duch jest nawet starszy niż cała ich historia! Nadciąga czas powrotu!
Nagranie urwało się gwałtownie. Dębski i Waldek wpatrywali się przez chwilę w milczący magnetofon, zbierając myśli.
– Trzeba to zabrać. Przesłucham i skataloguję jako materiał dowodowy. – Utopiec odezwał się rzeczowym tonem.
– Nie… – przerwał mu Dębski, cicho, ale stanowczo. – Taśmy mogę sam przesłuchać. Czeka mnie długi spacer do domu. Ty zajmij się sporządzaniem notatki o włamaniu i sprawdź ten klub dla artystów.
– Jak wolisz – odparł Waldek. – W takim razie dowiem się też w Centrali, co to za dziewczyna ta Nawojka… Z kimkolwiek rozmawiała, to jest nasz głos z manifestu.
Dębski skinął głową i sięgnął do przepastnej kieszeni prochowca. Wyciągnął z niej Kajtka – stary, porysowany walkman. Wyjął z niego swoją kasetę i podmienił na tę z manifestem. Ruszył ku drzwiom, ale w ostatniej chwili zatrzymał się z ręką na klamce. Waldek uniósł na niego wzrok.
– Jeszcze jedno – odezwał się, odwracając. – Leszek – przedstawił się, wyciągając rękę na pożegnanie. – Źle cię potraktowałem na początku. Nie lubię urzędasów z Centrali. Wykonałeś kawał dobrej roboty.
– Waldek – powiedział Utopiec, odwzajemniając uścisk dłoni.SZYFROGRAM DO WYDZIAŁU WEWNĘTRZNEGO (PILNE)
ZGŁOSZENIE O STRZELANINIE REJON ZEGRZE.
STOP.
NA MIEJSCU ZNALEZIONO ZWŁOKI MĘŻCZYZNY (ZYGMUNT K., B. FUNKCJONARIUSZ WYWIADU) Z RANĄ POSTRZAŁOWĄ KLATKI PIERSIOWEJ.
STOP.
BRAK ŁUSEK I ŚWIADKÓW STOP STWIERDZONO NIETYPOWE ŚLADY NA BŁOTNISTYM BRZEGU ORAZ POSZLAKI WSKAZUJĄCE NA UCIECZKĘ NAPASTNIKA W GŁĄB ZALEWU.
STOP.
SUGEROWANA OBSERWACJA TERENU I KONTROLA LOKALNEGO ELEMENTU WĘDKARSKIEGO.
STOP.