Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Wyspa Sachalin - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 września 2021
39,99 zł
3999 pkt
punktów Virtualo

Wyspa Sachalin - ebook

Trudno przewidzieć przyszłość, gdy świat już się skończył.

Gdy światowe mocarstwa pogrążyły się w najbardziej wyniszczającym konflikcie wszech czasów, cywilizacja praktycznie przestała istnieć. Z dawnych stolic pozostały wypalone bombami pustkowia. Tam, gdzie promieniowanie nie zabija na miejscu, panoszy się zaraza, której nie sposób powstrzymać.

W oszczędzonej w trakcie wojny Japonii trwa walka o przetrwanie. To właśnie stamtąd pochodzi Lilak – młoda futurolożka, która decyduje się na ryzykowną wyprawę badawczą. Jeśli jej się powiedzie, być może uda jej się dowiedzieć, co czeka ludzi w przyszłości.

Celem Lilak jest Sachalin – wyspa będąca strefą przejściową między Japonią a piekłem rozciągającym się na kontynencie. To tutaj przybywają ostatni uchodźcy dramatycznie walczący o przeżycie. To tutaj trafiają ci, którzy nie zasługują na życie w społeczeństwie. Lilak bardzo szybko przekona się, że Sachalin to coś więcej niż kolonia karna. To odpowiedź na to, dlaczego ludzkość znalazła się na krawędzi zagłady.

Kanibalizm, przemoc i wszechogarniające szaleństwo. Tylko co się wydarzy, gdy podczas wyprawy coś pójdzie nie tak?

Wyspa Sachalin to olśniewająca i przerażająca wizja tego, dokąd może zmierzać nasza cywilizacja. Eduard Wierkin po mistrzowsku parafrazuje Czechowa, snując narrację, która zasłużenie stawia go w jednym rzędzie z braćmi Strugackimi. Poetyckość i bezwzględność opisu, uchwycona w przekładzie Pawła Podmiotko, zachwyca, a tempo akcji zapiera dech w piersiach.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8143-358-7
Rozmiar pliku: 3,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

MONE­RON

Oglą­da­jąc wyspę z góry, sta­ra­łam się wyobra­zić na niej sie­bie.

Pro­fe­sor Oda, korzy­sta­jąc z kon­tak­tów, które pozo­stały mu z cza­sów służby w siłach samo­obrony, zdo­był stary atlas wydany jesz­cze przed Wojną. Natu­ral­nie bez stopki redak­cyj­nej, ale zdję­cia były nie­wąt­pli­wie przed­wo­jenne – po Woj­nie i znisz­cze­niu floty sate­li­tów kar­to­gra­fia cof­nęła się o stu­le­cie i wszystko wska­zy­wało na to, że w dają­cej się prze­wi­dzieć przy­szło­ści nie wróci na dawny poziom, tak więc te mapy to naj­lep­sze, co udało się zna­leźć.

Mapy rze­czy­wi­ście były dobre; uzbro­jona w lupę usa­do­wi­łam się w fotelu na weran­dzie i stu­dio­wa­łam wyspę na zdję­ciach w roz­dziel­czo­ści N przez wypu­kłe, cie­płe, lekko zażół­cone ze sta­ro­ści i prze­siąk­nięte wonią tyto­niu szkło powięk­sza­jące i obser­wo­wa­łam życie w for­mie, w jakiej ist­niało wiele lat temu.

Wyspa Sacha­lin była zie­lona i pokryta siatką dróg, patrzy­łam z góry na sło­neczne mia­sta, odświętne ulice z powie­wa­ją­cymi fla­gami, samo­chody z ludźmi spie­szą­cymi się do swo­ich pil­nych spraw, dzieci spa­ce­ru­jące z balo­ni­kami, na rzeczki, mosty, na roz­grzane dachy, na roz­le­głe place, na ryby, od któ­rych roiło się w rze­kach i stru­mie­niach, tysiące i miliony ryb dążą­cych do życia i do śmierci.

Tam, w dole, pod wypu­kłym szkłem lśniło lato. Na placu podob­nym do krzy­wej gwiazdy, na sze­ro­kiej pola­nie wśród jaskra­wych czer­wo­nych kwia­tów wypo­czy­wali ludzie, nie­któ­rzy sie­dzieli, inni leżeli i czy­tali książki, nie­da­leko błę­kit­niał staw, a wokół nich bie­gły tory kole­jowe. A obok kwit­ną­cych krze­wów dzi­kiej róży na czer­wo­nym kra­cia­stym kocu leżała dziew­czyna i osła­nia­jąc dło­nią oczy, patrzyła w niebo. Zdję­cie było ostre i wyraźne, widzia­łam jej twarz, wyda­wało mi się, że poka­zuje język.

Stu­dio­wa­łam atlas i plany, mie­rząc odle­gło­ści, wczy­tu­jąc się w rosyj­skie nazwy i porów­nu­jąc je z japoń­skimi na sta­rych i nowych mapach. W miej­sce zato­pio­nego w nur­tach ato­mo­wej Lete Obwodu Sacha­liń­skiego dawno już przy­wró­cono pre­fek­turę Kara­futo, ale tej nazwy używa się wyłącz­nie w ofi­cjal­nych doku­men­tach i na aka­de­mic­kich mapach. W prak­tyce więk­szość miej­sco­wo­ści na Tery­to­riach Pół­noc­nych zacho­wała nazwy sprzed Wojny. Szcze­rze mówiąc, zawsze mnie cie­ka­wił ten para­doks, pró­bo­wa­łam wyja­śnić przy­czyny tego topo­ni­micz­nego skrzy­wie­nia, ale bez wyraź­nego rezul­tatu, każda wer­sja miała jakiś defekt.

Ojciec mówił, że wszystko jest jasne: po Woj­nie Japoń­czycy nie musieli dowo­dzić praw do Tery­to­riów Pół­noc­nych i zain­te­re­so­wa­nie tą kwe­stią osła­bło, aż w końcu cesarz pod­jął decy­zję o zacho­wa­niu wszyst­kich daw­nych topo­ni­mów jako lek­cji histo­rii, przy­po­mi­na­ją­cej o prze­mi­jal­no­ści wszyst­kiego, co ist­nieje. Cesarz, kiedy przed­ło­żono mu pro­jekt zmiany nazw, niby to się uśmiech­nął i powie­dział, że póki żyje choć jeden Rosja­nin, nazwy zostaną zacho­wane.

Mama twier­dziła, że to przez poczu­cie histo­rycz­nej winy. W pierw­szy dzień Wojny Rosja osło­niła Japo­nię, prze­chwy­tu­jąc po star­cie rakiety bali­styczne Kim Un Yuna i nisz­cząc poci­ski pozo­sta­jące w silo­sach i na plat­for­mach star­to­wych. Po Tygo­dniu Ognia, który uni­ce­stwił euro­pej­ską część Rosji, zachod­nią Sybe­rię, Chiny i Ame­rykę Pół­nocną, po tym jak na kon­ty­nen­cie wybu­chła epi­de­mia mobil­nej wście­kli­zny, Japo­nia ogło­siła izo­la­cję i w ciągu trzech mie­sięcy siły samo­obrony w samej Cie­śni­nie Tatar­skiej spa­liły i posłały na dno około pię­ciu­set stat­ków pod rosyj­ską ban­derą. Kiedy zaś wście­kli­zna ogar­nęła całe wybrzeże, tery­to­rium Kraju Cha­ba­row­skiego było sani­ty­zo­wane z uży­ciem broni jądro­wej i che­micz­nej. Według naj­skrom­niej­szych sza­cun­ków zgi­nęło wtedy około ośmiu milio­nów ludzi, nie licząc Chiń­czy­ków. Na pamiątkę tych wyda­rzeń i żeby nie zło­ścić duchów, zacho­wano rosyj­skie nazwy miast, rzek i wysp, a wszyst­kim rosyj­skim uchodź­com, któ­rzy prze­żyli Wojnę, zwięk­szono racje żyw­no­ściowe. Według danych naszego depar­ta­mentu obec­nie na tery­to­rium Cesar­stwa znaj­do­wało się jakichś sie­dem­na­stu etnicz­nych Rosjan. Wszy­scy zamiesz­ki­wali wyspę Sacha­lin.

Mój kolega, inży­nier z działu ska­no­wa­nia urzą­dzeń w fir­mie Yasuda, obja­śniał tę topo­ni­miczną sprzecz­ność nieco ina­czej, bar­dziej w duchu śre­dnio­wiecz­nych roman­sów: ojciec obec­nego cesa­rza, wów­czas jesz­cze następca tronu książę Yasu­hito, w cza­sie gdy słu­żył w woj­sku, rze­komo spę­dził osiem lat w bazie sił samo­obrony w zatoce Aniwa. Na Sacha­li­nie żyło wtedy jesz­cze sto­sun­kowo dużo Rosjan, któ­rzy na początku Wojny ura­to­wali się z kon­ty­nentu, i książę miał się zako­chać w dziew­czy­nie o mie­niu Ania, córce pole­głego gene­rała gwar­dii. Ale Ania umarła, nie doszła do sie­bie po wszyst­kich potwor­no­ściach, które prze­żyła jej rodzina w cza­sie Rzezi Amur­skiej doko­na­nej przez dezer­te­rów z Kore­ań­skiej Armii Ludo­wej. Książę, który został póź­niej cesa­rzem, na pamiątkę swo­jej uko­cha­nej pole­cił zacho­wać rosyj­skie nazwy na Sacha­li­nie. Nawia­sem mówiąc, to wła­śnie od księ­cia Yasu­hito i jego „Prawa o wyłą­cze­niu” lek­ce­wa­żący i nieco pogar­dliwy sto­su­nek do Kore­ań­czy­ków stał się normą w naszym spo­łe­czeń­stwie: nikt bez szcze­gól­nej potrzeby nie zniży się do bez­po­śred­nich kon­tak­tów z Kore­ań­czy­kiem; prze­by­wa­jąc w towa­rzy­stwie Kore­ań­czyka, więk­szość pod­da­nych cesa­rza czuje dys­kom­fort i ma ochotę się odda­lić. W wiel­kich mia­stach ist­nieją nawet towa­rzy­stwa pogardy dla Kore­ań­czy­ków utrzy­mu­jące się wyłącz­nie z dobro­wol­nych wpłat.

Nie można też nie wspo­mnieć o teo­rii słyn­nego antro­po­loga Isa­miego Kato ogło­szo­nej na jubi­le­uszo­wej trzy­dzie­stej kon­fe­ren­cji Cesar­skiej Aka­de­mii Nauk. Pro­fe­sor Kato prze­ko­ny­wał, że zacho­wa­nie daw­nych nazw na Tery­to­riach Pół­noc­nych to nic innego jak prze­jaw swego rodzaju magii ochron­nej. Pół­nocne wyspy może i wcho­dzą obec­nie w skład Wiel­kiego Kata­stru jako rdzenne tereny, ale nie zostały dotąd włą­czone do meta­fi­zycz­nej prze­strzeni Cesar­stwa, ponie­waż pre­fek­tura Kara­futo nie została przy­łą­czona w nale­żyty spo­sób – nie zdo­byto jej dzięki potę­dze woj­ska, nie zagar­nięto dzięki sile gospo­darki, nie wcie­lono dzięki spry­towi dyplo­ma­tów. Przy­pa­dła im w udziale bez wysiłku, bez widocz­nego poświę­ce­nia, jako odprysk wiel­kiego kraju, a zatem w sen­sie sakral­nym nie może być peł­no­war­to­ściową wła­sno­ścią cesa­rza. Są to tery­to­ria gra­niczne, wyłu­dzone i nie­rdzenne, które nawet geo­gra­ficz­nie znaj­do­wały się na gra­nicy mię­dzy Japo­nią, pod­trzy­mu­jącą pło­mień cywi­li­za­cji, a kon­ty­nen­tem pogrą­żo­nym w otchłani chto­nicz­nego cha­osu. Stąd wynika pewna instynk­towna nie­chęć, by nada­wać (czy nawet przy­wra­cać) tym zie­miom japoń­skie nazwy; cesarz jest jak zawsze mądry i patrzy w przód, patrzy znacz­nie dalej niż my, niech żyje Restau­ra­cja.

Nawia­sem mówiąc, gdy pro­fe­sor Kato, dostojny sędziwy mistrz, dowie­dział się, że jed­nak udało mi się zdo­być pozwo­le­nie na wizytę na Sacha­li­nie, popro­sił mnie w liście, żebym zebrała jak naj­wię­cej świa­dectw ist­nie­nia lub prze­ciw­nie, braku prze­ja­wów życia ducho­wego na wyspie; pro­fe­sor Oda, dowie­dziaw­szy się o tej proś­bie, nazwał swo­jego kolegę ordy­nar­nym głup­kiem i pora­dził mi, żebym nie zawra­cała sobie głowy tymi bred­niami. Nato­miast sam Oda uwa­żał, że tego rodzaju poli­tyka nazew­ni­cza nie wiąże się z duchami ani inną mistyką; jego zda­niem przez ostat­nie pięć­dzie­siąt lat men­tal­ność Japoń­czy­ków ule­gła zmia­nom, i to takim, jakich nie doznała nawet w epoce otwar­cia Japo­nii w dzie­więt­na­stym wieku. W szcze­gól­no­ści iro­nia, wcze­śniej obecna tylko wśród Japoń­czy­ków z wyż­szych sfer, teraz stała się jedną z naj­bar­dziej zauwa­żal­nych cech cha­rak­teru naro­do­wego, przy czym iro­nia ta, tak jak inne nasiona, które padły na powo­jenną japoń­ską glebę, wypu­ściła kapry­śne, nie­zwy­kłe, po czę­ści chore pędy. Jak ina­czej można wyja­śnić zacho­wa­nie sta­rych topo­ni­mów i dzi­waczną dla Japoń­czyka z początku wieku prak­tykę nada­wa­nia okrę­tom, samo­lo­tom i innym pojaz­dom ewi­dent­nie ame­ry­kań­skich nazw? Wła­śnie dla­tego Chołmsk to Chołmsk, a nie Maoka, a wody Cie­śniny Tatar­skiej prze­cina nie Hay­abusa, lecz Enola. W cha­rak­te­rze dowodu pro­fe­sor Oda przed­sta­wił ulicz­nego psa Jeyfa, bez­czel­nego żebraka, który od rana do wie­czora wałę­sał się po dziel­nicy i zdo­by­wał jedze­nie dzięki swo­jemu żało­snemu wyglą­dowi. Pies był tak dobry w tym, co robił, że wyho­do­wał potężne brzu­szy­sko i na jakiś czas pozbył się zarówno żało­snej apa­ry­cji, jak i jał­mużny.

Zamie­rza­łam zresztą zacząć podróż po Sacha­li­nie wła­śnie w Chołm­sku, który jest teraz uzna­wany za admi­ni­stra­cyjną sto­licę wyspy, nato­miast Jużny, mimo że jest naj­gę­ściej zalud­nio­nym mia­stem, został pozba­wiony wszel­kich funk­cji rzą­do­wych. Chcia­łam wyru­szyć stam­tąd na pół­noc, mia­łam w pla­nach odwie­dziny w trzech dzia­ła­ją­cych na tere­nie wyspy wię­zie­niach dla katorż­ni­ków, roz­mowy z urzęd­ni­kami, woj­sko­wymi i katorż­ni­kami, opis gospo­darki i, jeśli można ją tak nazwać, sfery spo­łecz­nej, krótko mówiąc, stwo­rze­nie zapi­sków z podróży i zbie­ra­nie wra­żeń, chleba codzien­nego sto­so­wa­nej futu­ro­lo­gii.

Prze­wi­dy­wa­łam, że już dziś wie­czo­rem będę mogła posta­wić stopę na lądzie pre­fek­tury Kara­futo, jed­nak wyja­śniło się, że mię­dzy Itu­ru­pem a Chołm­skiem nasz sta­tek musi odwie­dzić jesz­cze jedno miej­sce. Po połu­dniu star­szy ofi­cer Tat­suo zapu­kał do moich drzwi i zapro­sił mnie na pokład – Kappa weszła do Cie­śniny Tatar­skiej. Star­szy ofi­cer, jego upojne zako­cha­nie we wła­snej oso­bie i archa­iczny zwy­czaj poma­do­wa­nia wło­sów zdą­żyły mi się mocno sprzy­krzyć i zasta­na­wia­łam się nawet, jak by mu tu tro­chę dogryźć, ale zapo­mnia­łam o tym, kiedy wyszłam na zewnątrz.

Była piękna pogoda; słońce, spo­kój i prak­tycz­nie brak wia­tru odcią­gały myśli od zbęd­nego zamie­sza­nia, nie sprzy­jały inte­rak­cji z ofi­ce­rem Tat­suo. Powie­trze było przej­rzy­ste i nieco gorz­kawe w smaku, woda przy­po­mi­nała gala­retę, na jej powierzchni nie igrały odbły­ski. Zmru­ży­łam oczy i zdo­ła­łam doj­rzeć jaskrawe roz­gwiazdy na dnie i dłu­gie wstęgi kapu­sty mor­skiej; te jak zwy­kle przy­po­mniały mi war­ko­cze rusa­łek, nie ma na to rady, nie­które rze­czy mogą przy­po­mi­nać tylko to, co mogą.

Spoj­rza­łam na zachód, w stronę kon­ty­nentu, i przez uła­mek sekundy zda­wało mi się, że go widzę – nad cienką linią hory­zontu wzno­siły się cięż­kie i ciemne fata­mor­gany, ni to odbi­cia brzegu na nie­bie, ni to chmury, ni to dym z wciąż jesz­cze pło­ną­cych lasów; mię­dzy Kappą a nie­wi­docz­nym brze­giem bie­lała Enola, która balan­so­wała jak drza­zga na prze­cię­ciu wid­no­kręgu i była w goto­wo­ści. Na pół­noc­nym wscho­dzie, spo­wity w nie­rze­czy­wi­stą mgiełkę, uno­sił się na wodzie nie­da­leki Sacha­lin, który wyglą­dał nie­ocze­ki­wa­nie zie­lono i stroj­nie; po sło­wach pate­rena Pawła spo­dzie­wa­łam się ujrzeć coś nieco innego, cho­ciaż to mogło być złu­dze­nie – wra­że­nie wywo­łane słoń­cem, poran­kiem i czy­stym powie­trzem, które ogar­nęło mnie nagle po dusz­nej kaju­cie.

Przed nami zaś leżał Mone­ron, wielki kamień rzu­cony tu w zamę­cie stwo­rze­nia; po bliż­szym przyj­rze­niu się powsta­wało wra­że­nie, że wyspa się rusza, jej powierzch­nia była ruchoma i żywa, z początku pomy­śla­łam, że mi się to przy­wi­działo. Star­szy ofi­cer nie zachwy­cał się powie­trzem i wia­trem, z ponurą miną na­dal nie­zgrab­nie oka­zy­wał mi względy, jed­nak tym razem nie pró­bo­wał zaim­po­no­wać mi sza­blą ani lśnią­cym mun­du­rem, ani dzielną postawą, tylko nie­spo­dzie­wa­nie poda­ro­wał mi nie­wielką książkę – _Prze­wod­nik po regio­nie wyspiar­skim_. Książkę wydano w for­ma­cie kie­szon­ko­wym pra­wie sto lat temu, przez ten czas porząd­nie się wytarła i zaokrą­gliła na rogach, ale papier wciąż był zacho­wany w cało­ści, litery roz­le­wały się tylko na skra­jach stro­nic, tekst nada­wał się do czy­ta­nia, więc otwo­rzy­łam na wła­ści­wym roz­dziale i w cza­sie gdy Kappa ostroż­nie pod­cho­dziła do wyspy, prze­czy­ta­łam dwie strony o Mone­ro­nie. W miarę jak się zbli­ża­li­śmy, sta­wało się jasne, dla­czego wyspa zda­wała się żyć.

Była pełna Chiń­czy­ków. Na pierw­szy rzut oka wyglą­dało, że zaj­mo­wali pół wyspy, ale to, rzecz jasna, nie tak – po pro­stu Chiń­czycy stło­czyli się na łagod­nym brzegu zatoki, do któ­rego pod­pły­wała Kappa. Prze­dziwny widok. Jasne, zda­rzało mi się wcze­śniej widzieć wiel­kie zgro­ma­dze­nia ludzi, na przy­kład pod­czas świąt na pla­cach zbie­rały się ich dzie­siątki tysięcy, ale tu…

Star­szy ofi­cer podał mi lor­netkę, ale nie chcia­łam patrzeć na Chiń­czy­ków. A ofi­cer, który trasę Wak­ka­nai–Kurylsk–Chołmsk prze­mie­rzał cztery razy w roku, zauwa­żył, że tym razem uchodź­ców na Mone­ro­nie jest mniej, widocz­nie wsku­tek suro­wej bez­śnież­nej zimy. Stwier­dzi­łam, że na brzegu nie ma bara­ków, namio­tów ani jakich­kol­wiek innych sie­dlisk, które pozwo­li­łyby prze­trwać zimę. Tat­suo powie­dział, że zimę prze­cze­kuje się tu w norach i zie­mian­kach, co nie­wąt­pli­wie sta­nowi poży­teczną kwa­ran­tannę – do momentu emi­gra­cji na wyspie pozo­stają tylko zdrowi i wytrzy­mali, gotowi spo­tkać się twa­rzą w twarz z Sacha­li­nem. Poza tym morze znosi na Mone­ron dużą ilość roz­ma­itych śmieci, które jesienne i zimowe sztormy spraw­nie zapę­dzają do Cie­śniny Tatar­skiej; cze­ka­jący na ewa­ku­ację z Mone­ronu maj­strują z tego mate­riału zadzi­wia­jące rze­czy, na przy­kład nie­któ­rzy nauczyli się topić pla­sti­kowe butelki, kru­szyć je na watę i szyć z niej kufajki. Cho­dzą słu­chy, że na Mone­ro­nie są też stali miesz­kańcy: gnież­dżąca się w sta­rych bun­krach rodzina, która przez dłu­gie lata prze­by­wa­nia na wyspie stra­ciła ludz­kie obli­cze.

Ofi­cer Tat­suo uśmiech­nął się pod nosem i natych­miast powie­dział, że traci się tu ludz­kie obli­cze cał­kiem szybko, a więk­szość wysiada na ląd już bez żad­nego obli­cza, w szcze­gól­no­ści na Mone­ro­nie kwit­nie… Uśmie­szek star­szego ofi­cera zro­bił się kon­fi­den­cjo­nalny i prze­stra­szy­łam się, że zaraz wyjawi mi wyjąt­kowo ohydne szcze­góły i opo­wie mi o plu­ga­wych zwy­cza­jach wyspia­rzy, ale na szczę­ście prze­rwała mu syrena, która wzbu­dziła na brzegu poważne oży­wie­nie. Tat­suo, usły­szaw­szy syrenę, zakrztu­sił się i teraz kasłał, i splu­wał za burtę, a ja patrzy­łam na Mone­ron.

Mimo że trwało lato, wyspa była żółta i miej­scami czarna; zapy­ta­łam ofi­cera, dla­czego nie utrzy­muje się tu roślin­ność, prze­cież nawet na wypa­lo­nym Itu­ru­pie wege­to­wała jakoś na brze­gach stru­mieni. Tat­suo skoń­czył pluć, uśmiech­nął się pro­tek­cjo­nal­nie i wyja­śnił, że zimu­jący wyja­dają do czy­sta całą przy­godną trawę, poro­sty i przy­brzeżne wodo­ro­sty, tak że zostają tylko kamie­nie, zie­mię z Mone­ronu zje­dli już dawno, teraz jest tam tylko wyli­zana skała, przy czym miesz­kań­com wyspy udało się też obgryźć starą kaplicę zbu­do­waną z czer­wo­nej cegły.

Znów zary­czała syrena i ruch na wyspie się wzmógł, Chiń­czycy stło­czyli się na brzegu, przez co powstało wra­że­nie, że wyspa się prze­chy­liła i lada chwila nabie­rze wody. Ofi­cer Tat­suo zaśmiał się, powie­dział, że to jest naj­za­baw­niej­sze – kiedy wszy­scy bie­gną i tra­tują się nawza­jem, a gdyby chla­snąć teraz z rufo­wego ceka­emiku, to zro­bi­łoby się jesz­cze zabaw­niej.

Myśla­łam, że podej­dziemy bli­żej brzegu, że spusz­czą na wodę łódki albo tra­twy, ale to się nie stało, nasz drob­ni­co­wiec obró­cił się burtą do wyspy i pra­wie od razu wszystko się zaczęło. Pierw­sze rzu­cały się do wody kobiety. Każda miała w dło­niach puste pla­sti­kowe butelki; trzy­ma­jąc się ich, kobiety pły­nęły w kie­runku Kappy.

Widząc moje zdzi­wie­nie, ofi­cer zaczął wyja­śniać sytu­ację; co chwila wska­zy­wał pal­cem i wciąż pró­bo­wał wci­snąć mi lor­netkę, ale znów ogrzał ją cie­płem swo­jej twa­rzy, toteż odma­wia­łam. Wtedy zaczął mi pro­po­no­wać strze­la­nie z ceka­emu i nie mogłam pojąć, czy mówi serio, czy nie, gdyż załoga nagle uzbro­iła się w ręczne kara­biny maszy­nowe, a ofi­cer Tat­suo mam­ro­tał, że jeśli zechcę, szybko sko­czy do zbro­jowni i przy­nie­sie mi kara­bi­nek bul­l­pup, dosko­nałą broń, ele­gancką, kunsz­towną, kali­ber jest nie­wielki, ale kule o ura­no­wych rdze­niach sie­kają jak gwoź­dzie…

Zro­biło mi się tro­chę nie­do­brze. Te kobiety pły­nęły do nas zbyt gor­li­wie, zbyt zawzię­cie, z jakie­goś powodu było mi od tego nie­do­brze. Ich ruchy, pełne zwie­rzę­cej siły, wyglą­dały nie­przy­jem­nie, było zresztą cał­kiem moż­liwe, że mdliło mnie przez bli­skość pierw­szego ofi­cera, który ciężko oddy­chał tuż obok i opo­wia­dał.

Obec­nie w Cie­śni­nie Tatar­skiej pełni służbę około pięć­dzie­się­ciu okrę­tów zapew­nia­ją­cych izo­la­cję, są to prze­waż­nie kutry i prze­bu­do­wane sej­nery rybac­kie, które codzien­nie wyła­wiają w cie­śni­nie uchodź­ców z kon­ty­nentu. Tych uchodź­ców jest na­dal wielu, choć nie tak jak kie­dyś. Więk­szość tych, któ­rzy pró­bują się ura­to­wać, to męż­czyźni, kobiet jest znacz­nie mniej, jesz­cze mniej jest dzieci, które, rzecz jasna, od razu wysy­łane są do Japo­nii. Nato­miast pozo­sta­łych zwozi się na Mone­ron, na kwa­ran­tannę, skąd, w miarę jak wyspa się zapeł­nia, ale nie czę­ściej niż raz na trzy mie­siące, zabie­rają ich statki pły­nące do Chołm­ska.

Z początku ewa­ku­acja z Mone­ronu prze­bie­gała cha­otycz­nie, ale wkrótce admi­ni­stra­cja pre­fek­tury musiała się wmie­szać, ponie­waż kobiety na wyspie nie prze­ży­wały, a pre­fek­tura była zain­te­re­so­wana przede wszyst­kim nimi. Dla­tego wpro­wa­dzono okre­ślone pule i odkąd ewa­ku­acja odby­wała się w pro­por­cjach jedna na dzie­sięć, czyli po to, by ewa­ku­ować dzie­się­ciu męż­czyzn, nale­żało wziąć na pokład jedną kobietę, prze­ży­wal­ność kobiet na wyspie wzro­sła, jed­nak trzeba brać je na pokład pierw­sze, więc płyną, sama zobacz.

Do pierw­szego ofi­cera pod­szedł nie­zna­jomy czło­nek załogi i zaczęli robić zakłady, kto dopły­nie pierw­szy, a potem krzy­czeli, dopin­gu­jąc swoje fawo­rytki. Star­szy ofi­cer Tat­suo wygrał.

Myślę, że do statku pod­pły­nęło co naj­mniej pięć­dzie­siąt kobiet; koły­sały się na falach i było sły­chać, jak o stal Kappy stu­kają pla­sti­kowe butelki i głowy. Zrzu­cili do wody sieć ładun­kową i kobiety od razu zaczęły pospiesz­nie się po niej wspi­nać, prze­sa­dzały reling, po czym ciężko dysząc i plu­jąc wodą, leżały jesz­cze przez jakiś czas na pokła­dzie; do każ­dej z nich pod­cho­dził lekarz okrę­towy w gumo­wym ska­fan­drze, prze­pro­wa­dzał bada­nie, zaglą­dał do oczu, ust i uszu, po czym mary­na­rze kop­nia­kami zaga­niali szczę­ściary do ładowni. Nie­które kobiety na tyle osła­bły, że nie mogły same wdra­pać się na pokład i od razu po tym, jak wzno­siły się nad wodę, znów spa­dały, tra­cąc siły z każdą próbą. Załogę Kappy bar­dzo to bawiło, dopin­go­wali uchodź­czy­nie, plu­jąc na nie i blu­zga­jąc. Kiedy kobiety osta­tecz­nie stra­ciły siły i zaczęły po pro­stu koły­sać się na wodzie, trzy­ma­jąc się lin, pod­nie­siono wszyst­kie naraz w sieci za pomocą dźwigu i zawie­siw­szy je nad lukiem, wysy­pano do ładowni.

Kappa dała dwa prze­cią­głe sygnały – to zna­czyło, że przy­szła kolej męż­czyzn i wszy­scy zebrani na brzegu od razu zaczęli pły­nąć w naszą stronę. Zauwa­ży­łam, że uchodźcy nie tylko ści­gają się, podą­ża­jąc w kie­runku naszego statku, ale też po dro­dze zabi­jają się wza­jem­nie, wyko­rzy­stu­jąc do tego pię­ści i kamie­nie. Star­szy ofi­cer Tat­suo wyja­śnił, że męż­czyzn jest zawsze wię­cej niż potrzeba, dla­tego każdy pły­nący wie, że jego miej­sce może zająć ktoś inny, i stara się przy pierw­szej oka­zji zneu­tra­li­zo­wać tego „innego”, uwal­nia­jąc prze­strzeń życiową dla sie­bie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij