Wyspa Sachalin - ebook
Wyspa Sachalin - ebook
Trudno przewidzieć przyszłość, gdy świat już się skończył.
Gdy światowe mocarstwa pogrążyły się w najbardziej wyniszczającym konflikcie wszech czasów, cywilizacja praktycznie przestała istnieć. Z dawnych stolic pozostały wypalone bombami pustkowia. Tam, gdzie promieniowanie nie zabija na miejscu, panoszy się zaraza, której nie sposób powstrzymać.
W oszczędzonej w trakcie wojny Japonii trwa walka o przetrwanie. To właśnie stamtąd pochodzi Lilak – młoda futurolożka, która decyduje się na ryzykowną wyprawę badawczą. Jeśli jej się powiedzie, być może uda jej się dowiedzieć, co czeka ludzi w przyszłości.
Celem Lilak jest Sachalin – wyspa będąca strefą przejściową między Japonią a piekłem rozciągającym się na kontynencie. To tutaj przybywają ostatni uchodźcy dramatycznie walczący o przeżycie. To tutaj trafiają ci, którzy nie zasługują na życie w społeczeństwie. Lilak bardzo szybko przekona się, że Sachalin to coś więcej niż kolonia karna. To odpowiedź na to, dlaczego ludzkość znalazła się na krawędzi zagłady.
Kanibalizm, przemoc i wszechogarniające szaleństwo. Tylko co się wydarzy, gdy podczas wyprawy coś pójdzie nie tak?
Wyspa Sachalin to olśniewająca i przerażająca wizja tego, dokąd może zmierzać nasza cywilizacja. Eduard Wierkin po mistrzowsku parafrazuje Czechowa, snując narrację, która zasłużenie stawia go w jednym rzędzie z braćmi Strugackimi. Poetyckość i bezwzględność opisu, uchwycona w przekładzie Pawła Podmiotko, zachwyca, a tempo akcji zapiera dech w piersiach.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8143-358-7 |
| Rozmiar pliku: | 3,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Oglądając wyspę z góry, starałam się wyobrazić na niej siebie.
Profesor Oda, korzystając z kontaktów, które pozostały mu z czasów służby w siłach samoobrony, zdobył stary atlas wydany jeszcze przed Wojną. Naturalnie bez stopki redakcyjnej, ale zdjęcia były niewątpliwie przedwojenne – po Wojnie i zniszczeniu floty satelitów kartografia cofnęła się o stulecie i wszystko wskazywało na to, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie wróci na dawny poziom, tak więc te mapy to najlepsze, co udało się znaleźć.
Mapy rzeczywiście były dobre; uzbrojona w lupę usadowiłam się w fotelu na werandzie i studiowałam wyspę na zdjęciach w rozdzielczości N przez wypukłe, ciepłe, lekko zażółcone ze starości i przesiąknięte wonią tytoniu szkło powiększające i obserwowałam życie w formie, w jakiej istniało wiele lat temu.
Wyspa Sachalin była zielona i pokryta siatką dróg, patrzyłam z góry na słoneczne miasta, odświętne ulice z powiewającymi flagami, samochody z ludźmi spieszącymi się do swoich pilnych spraw, dzieci spacerujące z balonikami, na rzeczki, mosty, na rozgrzane dachy, na rozległe place, na ryby, od których roiło się w rzekach i strumieniach, tysiące i miliony ryb dążących do życia i do śmierci.
Tam, w dole, pod wypukłym szkłem lśniło lato. Na placu podobnym do krzywej gwiazdy, na szerokiej polanie wśród jaskrawych czerwonych kwiatów wypoczywali ludzie, niektórzy siedzieli, inni leżeli i czytali książki, niedaleko błękitniał staw, a wokół nich biegły tory kolejowe. A obok kwitnących krzewów dzikiej róży na czerwonym kraciastym kocu leżała dziewczyna i osłaniając dłonią oczy, patrzyła w niebo. Zdjęcie było ostre i wyraźne, widziałam jej twarz, wydawało mi się, że pokazuje język.
Studiowałam atlas i plany, mierząc odległości, wczytując się w rosyjskie nazwy i porównując je z japońskimi na starych i nowych mapach. W miejsce zatopionego w nurtach atomowej Lete Obwodu Sachalińskiego dawno już przywrócono prefekturę Karafuto, ale tej nazwy używa się wyłącznie w oficjalnych dokumentach i na akademickich mapach. W praktyce większość miejscowości na Terytoriach Północnych zachowała nazwy sprzed Wojny. Szczerze mówiąc, zawsze mnie ciekawił ten paradoks, próbowałam wyjaśnić przyczyny tego toponimicznego skrzywienia, ale bez wyraźnego rezultatu, każda wersja miała jakiś defekt.
Ojciec mówił, że wszystko jest jasne: po Wojnie Japończycy nie musieli dowodzić praw do Terytoriów Północnych i zainteresowanie tą kwestią osłabło, aż w końcu cesarz podjął decyzję o zachowaniu wszystkich dawnych toponimów jako lekcji historii, przypominającej o przemijalności wszystkiego, co istnieje. Cesarz, kiedy przedłożono mu projekt zmiany nazw, niby to się uśmiechnął i powiedział, że póki żyje choć jeden Rosjanin, nazwy zostaną zachowane.
Mama twierdziła, że to przez poczucie historycznej winy. W pierwszy dzień Wojny Rosja osłoniła Japonię, przechwytując po starcie rakiety balistyczne Kim Un Yuna i niszcząc pociski pozostające w silosach i na platformach startowych. Po Tygodniu Ognia, który unicestwił europejską część Rosji, zachodnią Syberię, Chiny i Amerykę Północną, po tym jak na kontynencie wybuchła epidemia mobilnej wścieklizny, Japonia ogłosiła izolację i w ciągu trzech miesięcy siły samoobrony w samej Cieśninie Tatarskiej spaliły i posłały na dno około pięciuset statków pod rosyjską banderą. Kiedy zaś wścieklizna ogarnęła całe wybrzeże, terytorium Kraju Chabarowskiego było sanityzowane z użyciem broni jądrowej i chemicznej. Według najskromniejszych szacunków zginęło wtedy około ośmiu milionów ludzi, nie licząc Chińczyków. Na pamiątkę tych wydarzeń i żeby nie złościć duchów, zachowano rosyjskie nazwy miast, rzek i wysp, a wszystkim rosyjskim uchodźcom, którzy przeżyli Wojnę, zwiększono racje żywnościowe. Według danych naszego departamentu obecnie na terytorium Cesarstwa znajdowało się jakichś siedemnastu etnicznych Rosjan. Wszyscy zamieszkiwali wyspę Sachalin.
Mój kolega, inżynier z działu skanowania urządzeń w firmie Yasuda, objaśniał tę toponimiczną sprzeczność nieco inaczej, bardziej w duchu średniowiecznych romansów: ojciec obecnego cesarza, wówczas jeszcze następca tronu książę Yasuhito, w czasie gdy służył w wojsku, rzekomo spędził osiem lat w bazie sił samoobrony w zatoce Aniwa. Na Sachalinie żyło wtedy jeszcze stosunkowo dużo Rosjan, którzy na początku Wojny uratowali się z kontynentu, i książę miał się zakochać w dziewczynie o mieniu Ania, córce poległego generała gwardii. Ale Ania umarła, nie doszła do siebie po wszystkich potwornościach, które przeżyła jej rodzina w czasie Rzezi Amurskiej dokonanej przez dezerterów z Koreańskiej Armii Ludowej. Książę, który został później cesarzem, na pamiątkę swojej ukochanej polecił zachować rosyjskie nazwy na Sachalinie. Nawiasem mówiąc, to właśnie od księcia Yasuhito i jego „Prawa o wyłączeniu” lekceważący i nieco pogardliwy stosunek do Koreańczyków stał się normą w naszym społeczeństwie: nikt bez szczególnej potrzeby nie zniży się do bezpośrednich kontaktów z Koreańczykiem; przebywając w towarzystwie Koreańczyka, większość poddanych cesarza czuje dyskomfort i ma ochotę się oddalić. W wielkich miastach istnieją nawet towarzystwa pogardy dla Koreańczyków utrzymujące się wyłącznie z dobrowolnych wpłat.
Nie można też nie wspomnieć o teorii słynnego antropologa Isamiego Kato ogłoszonej na jubileuszowej trzydziestej konferencji Cesarskiej Akademii Nauk. Profesor Kato przekonywał, że zachowanie dawnych nazw na Terytoriach Północnych to nic innego jak przejaw swego rodzaju magii ochronnej. Północne wyspy może i wchodzą obecnie w skład Wielkiego Katastru jako rdzenne tereny, ale nie zostały dotąd włączone do metafizycznej przestrzeni Cesarstwa, ponieważ prefektura Karafuto nie została przyłączona w należyty sposób – nie zdobyto jej dzięki potędze wojska, nie zagarnięto dzięki sile gospodarki, nie wcielono dzięki sprytowi dyplomatów. Przypadła im w udziale bez wysiłku, bez widocznego poświęcenia, jako odprysk wielkiego kraju, a zatem w sensie sakralnym nie może być pełnowartościową własnością cesarza. Są to terytoria graniczne, wyłudzone i nierdzenne, które nawet geograficznie znajdowały się na granicy między Japonią, podtrzymującą płomień cywilizacji, a kontynentem pogrążonym w otchłani chtonicznego chaosu. Stąd wynika pewna instynktowna niechęć, by nadawać (czy nawet przywracać) tym ziemiom japońskie nazwy; cesarz jest jak zawsze mądry i patrzy w przód, patrzy znacznie dalej niż my, niech żyje Restauracja.
Nawiasem mówiąc, gdy profesor Kato, dostojny sędziwy mistrz, dowiedział się, że jednak udało mi się zdobyć pozwolenie na wizytę na Sachalinie, poprosił mnie w liście, żebym zebrała jak najwięcej świadectw istnienia lub przeciwnie, braku przejawów życia duchowego na wyspie; profesor Oda, dowiedziawszy się o tej prośbie, nazwał swojego kolegę ordynarnym głupkiem i poradził mi, żebym nie zawracała sobie głowy tymi bredniami. Natomiast sam Oda uważał, że tego rodzaju polityka nazewnicza nie wiąże się z duchami ani inną mistyką; jego zdaniem przez ostatnie pięćdziesiąt lat mentalność Japończyków uległa zmianom, i to takim, jakich nie doznała nawet w epoce otwarcia Japonii w dziewiętnastym wieku. W szczególności ironia, wcześniej obecna tylko wśród Japończyków z wyższych sfer, teraz stała się jedną z najbardziej zauważalnych cech charakteru narodowego, przy czym ironia ta, tak jak inne nasiona, które padły na powojenną japońską glebę, wypuściła kapryśne, niezwykłe, po części chore pędy. Jak inaczej można wyjaśnić zachowanie starych toponimów i dziwaczną dla Japończyka z początku wieku praktykę nadawania okrętom, samolotom i innym pojazdom ewidentnie amerykańskich nazw? Właśnie dlatego Chołmsk to Chołmsk, a nie Maoka, a wody Cieśniny Tatarskiej przecina nie Hayabusa, lecz Enola. W charakterze dowodu profesor Oda przedstawił ulicznego psa Jeyfa, bezczelnego żebraka, który od rana do wieczora wałęsał się po dzielnicy i zdobywał jedzenie dzięki swojemu żałosnemu wyglądowi. Pies był tak dobry w tym, co robił, że wyhodował potężne brzuszysko i na jakiś czas pozbył się zarówno żałosnej aparycji, jak i jałmużny.
Zamierzałam zresztą zacząć podróż po Sachalinie właśnie w Chołmsku, który jest teraz uznawany za administracyjną stolicę wyspy, natomiast Jużny, mimo że jest najgęściej zaludnionym miastem, został pozbawiony wszelkich funkcji rządowych. Chciałam wyruszyć stamtąd na północ, miałam w planach odwiedziny w trzech działających na terenie wyspy więzieniach dla katorżników, rozmowy z urzędnikami, wojskowymi i katorżnikami, opis gospodarki i, jeśli można ją tak nazwać, sfery społecznej, krótko mówiąc, stworzenie zapisków z podróży i zbieranie wrażeń, chleba codziennego stosowanej futurologii.
Przewidywałam, że już dziś wieczorem będę mogła postawić stopę na lądzie prefektury Karafuto, jednak wyjaśniło się, że między Iturupem a Chołmskiem nasz statek musi odwiedzić jeszcze jedno miejsce. Po południu starszy oficer Tatsuo zapukał do moich drzwi i zaprosił mnie na pokład – Kappa weszła do Cieśniny Tatarskiej. Starszy oficer, jego upojne zakochanie we własnej osobie i archaiczny zwyczaj pomadowania włosów zdążyły mi się mocno sprzykrzyć i zastanawiałam się nawet, jak by mu tu trochę dogryźć, ale zapomniałam o tym, kiedy wyszłam na zewnątrz.
Była piękna pogoda; słońce, spokój i praktycznie brak wiatru odciągały myśli od zbędnego zamieszania, nie sprzyjały interakcji z oficerem Tatsuo. Powietrze było przejrzyste i nieco gorzkawe w smaku, woda przypominała galaretę, na jej powierzchni nie igrały odbłyski. Zmrużyłam oczy i zdołałam dojrzeć jaskrawe rozgwiazdy na dnie i długie wstęgi kapusty morskiej; te jak zwykle przypomniały mi warkocze rusałek, nie ma na to rady, niektóre rzeczy mogą przypominać tylko to, co mogą.
Spojrzałam na zachód, w stronę kontynentu, i przez ułamek sekundy zdawało mi się, że go widzę – nad cienką linią horyzontu wznosiły się ciężkie i ciemne fatamorgany, ni to odbicia brzegu na niebie, ni to chmury, ni to dym z wciąż jeszcze płonących lasów; między Kappą a niewidocznym brzegiem bielała Enola, która balansowała jak drzazga na przecięciu widnokręgu i była w gotowości. Na północnym wschodzie, spowity w nierzeczywistą mgiełkę, unosił się na wodzie niedaleki Sachalin, który wyglądał nieoczekiwanie zielono i strojnie; po słowach paterena Pawła spodziewałam się ujrzeć coś nieco innego, chociaż to mogło być złudzenie – wrażenie wywołane słońcem, porankiem i czystym powietrzem, które ogarnęło mnie nagle po dusznej kajucie.
Przed nami zaś leżał Moneron, wielki kamień rzucony tu w zamęcie stworzenia; po bliższym przyjrzeniu się powstawało wrażenie, że wyspa się rusza, jej powierzchnia była ruchoma i żywa, z początku pomyślałam, że mi się to przywidziało. Starszy oficer nie zachwycał się powietrzem i wiatrem, z ponurą miną nadal niezgrabnie okazywał mi względy, jednak tym razem nie próbował zaimponować mi szablą ani lśniącym mundurem, ani dzielną postawą, tylko niespodziewanie podarował mi niewielką książkę – _Przewodnik po regionie wyspiarskim_. Książkę wydano w formacie kieszonkowym prawie sto lat temu, przez ten czas porządnie się wytarła i zaokrągliła na rogach, ale papier wciąż był zachowany w całości, litery rozlewały się tylko na skrajach stronic, tekst nadawał się do czytania, więc otworzyłam na właściwym rozdziale i w czasie gdy Kappa ostrożnie podchodziła do wyspy, przeczytałam dwie strony o Moneronie. W miarę jak się zbliżaliśmy, stawało się jasne, dlaczego wyspa zdawała się żyć.
Była pełna Chińczyków. Na pierwszy rzut oka wyglądało, że zajmowali pół wyspy, ale to, rzecz jasna, nie tak – po prostu Chińczycy stłoczyli się na łagodnym brzegu zatoki, do którego podpływała Kappa. Przedziwny widok. Jasne, zdarzało mi się wcześniej widzieć wielkie zgromadzenia ludzi, na przykład podczas świąt na placach zbierały się ich dziesiątki tysięcy, ale tu…
Starszy oficer podał mi lornetkę, ale nie chciałam patrzeć na Chińczyków. A oficer, który trasę Wakkanai–Kurylsk–Chołmsk przemierzał cztery razy w roku, zauważył, że tym razem uchodźców na Moneronie jest mniej, widocznie wskutek surowej bezśnieżnej zimy. Stwierdziłam, że na brzegu nie ma baraków, namiotów ani jakichkolwiek innych siedlisk, które pozwoliłyby przetrwać zimę. Tatsuo powiedział, że zimę przeczekuje się tu w norach i ziemiankach, co niewątpliwie stanowi pożyteczną kwarantannę – do momentu emigracji na wyspie pozostają tylko zdrowi i wytrzymali, gotowi spotkać się twarzą w twarz z Sachalinem. Poza tym morze znosi na Moneron dużą ilość rozmaitych śmieci, które jesienne i zimowe sztormy sprawnie zapędzają do Cieśniny Tatarskiej; czekający na ewakuację z Moneronu majstrują z tego materiału zadziwiające rzeczy, na przykład niektórzy nauczyli się topić plastikowe butelki, kruszyć je na watę i szyć z niej kufajki. Chodzą słuchy, że na Moneronie są też stali mieszkańcy: gnieżdżąca się w starych bunkrach rodzina, która przez długie lata przebywania na wyspie straciła ludzkie oblicze.
Oficer Tatsuo uśmiechnął się pod nosem i natychmiast powiedział, że traci się tu ludzkie oblicze całkiem szybko, a większość wysiada na ląd już bez żadnego oblicza, w szczególności na Moneronie kwitnie… Uśmieszek starszego oficera zrobił się konfidencjonalny i przestraszyłam się, że zaraz wyjawi mi wyjątkowo ohydne szczegóły i opowie mi o plugawych zwyczajach wyspiarzy, ale na szczęście przerwała mu syrena, która wzbudziła na brzegu poważne ożywienie. Tatsuo, usłyszawszy syrenę, zakrztusił się i teraz kasłał, i spluwał za burtę, a ja patrzyłam na Moneron.
Mimo że trwało lato, wyspa była żółta i miejscami czarna; zapytałam oficera, dlaczego nie utrzymuje się tu roślinność, przecież nawet na wypalonym Iturupie wegetowała jakoś na brzegach strumieni. Tatsuo skończył pluć, uśmiechnął się protekcjonalnie i wyjaśnił, że zimujący wyjadają do czysta całą przygodną trawę, porosty i przybrzeżne wodorosty, tak że zostają tylko kamienie, ziemię z Moneronu zjedli już dawno, teraz jest tam tylko wylizana skała, przy czym mieszkańcom wyspy udało się też obgryźć starą kaplicę zbudowaną z czerwonej cegły.
Znów zaryczała syrena i ruch na wyspie się wzmógł, Chińczycy stłoczyli się na brzegu, przez co powstało wrażenie, że wyspa się przechyliła i lada chwila nabierze wody. Oficer Tatsuo zaśmiał się, powiedział, że to jest najzabawniejsze – kiedy wszyscy biegną i tratują się nawzajem, a gdyby chlasnąć teraz z rufowego cekaemiku, to zrobiłoby się jeszcze zabawniej.
Myślałam, że podejdziemy bliżej brzegu, że spuszczą na wodę łódki albo tratwy, ale to się nie stało, nasz drobnicowiec obrócił się burtą do wyspy i prawie od razu wszystko się zaczęło. Pierwsze rzucały się do wody kobiety. Każda miała w dłoniach puste plastikowe butelki; trzymając się ich, kobiety płynęły w kierunku Kappy.
Widząc moje zdziwienie, oficer zaczął wyjaśniać sytuację; co chwila wskazywał palcem i wciąż próbował wcisnąć mi lornetkę, ale znów ogrzał ją ciepłem swojej twarzy, toteż odmawiałam. Wtedy zaczął mi proponować strzelanie z cekaemu i nie mogłam pojąć, czy mówi serio, czy nie, gdyż załoga nagle uzbroiła się w ręczne karabiny maszynowe, a oficer Tatsuo mamrotał, że jeśli zechcę, szybko skoczy do zbrojowni i przyniesie mi karabinek bullpup, doskonałą broń, elegancką, kunsztowną, kaliber jest niewielki, ale kule o uranowych rdzeniach siekają jak gwoździe…
Zrobiło mi się trochę niedobrze. Te kobiety płynęły do nas zbyt gorliwie, zbyt zawzięcie, z jakiegoś powodu było mi od tego niedobrze. Ich ruchy, pełne zwierzęcej siły, wyglądały nieprzyjemnie, było zresztą całkiem możliwe, że mdliło mnie przez bliskość pierwszego oficera, który ciężko oddychał tuż obok i opowiadał.
Obecnie w Cieśninie Tatarskiej pełni służbę około pięćdziesięciu okrętów zapewniających izolację, są to przeważnie kutry i przebudowane sejnery rybackie, które codziennie wyławiają w cieśninie uchodźców z kontynentu. Tych uchodźców jest nadal wielu, choć nie tak jak kiedyś. Większość tych, którzy próbują się uratować, to mężczyźni, kobiet jest znacznie mniej, jeszcze mniej jest dzieci, które, rzecz jasna, od razu wysyłane są do Japonii. Natomiast pozostałych zwozi się na Moneron, na kwarantannę, skąd, w miarę jak wyspa się zapełnia, ale nie częściej niż raz na trzy miesiące, zabierają ich statki płynące do Chołmska.
Z początku ewakuacja z Moneronu przebiegała chaotycznie, ale wkrótce administracja prefektury musiała się wmieszać, ponieważ kobiety na wyspie nie przeżywały, a prefektura była zainteresowana przede wszystkim nimi. Dlatego wprowadzono określone pule i odkąd ewakuacja odbywała się w proporcjach jedna na dziesięć, czyli po to, by ewakuować dziesięciu mężczyzn, należało wziąć na pokład jedną kobietę, przeżywalność kobiet na wyspie wzrosła, jednak trzeba brać je na pokład pierwsze, więc płyną, sama zobacz.
Do pierwszego oficera podszedł nieznajomy członek załogi i zaczęli robić zakłady, kto dopłynie pierwszy, a potem krzyczeli, dopingując swoje faworytki. Starszy oficer Tatsuo wygrał.
Myślę, że do statku podpłynęło co najmniej pięćdziesiąt kobiet; kołysały się na falach i było słychać, jak o stal Kappy stukają plastikowe butelki i głowy. Zrzucili do wody sieć ładunkową i kobiety od razu zaczęły pospiesznie się po niej wspinać, przesadzały reling, po czym ciężko dysząc i plując wodą, leżały jeszcze przez jakiś czas na pokładzie; do każdej z nich podchodził lekarz okrętowy w gumowym skafandrze, przeprowadzał badanie, zaglądał do oczu, ust i uszu, po czym marynarze kopniakami zaganiali szczęściary do ładowni. Niektóre kobiety na tyle osłabły, że nie mogły same wdrapać się na pokład i od razu po tym, jak wznosiły się nad wodę, znów spadały, tracąc siły z każdą próbą. Załogę Kappy bardzo to bawiło, dopingowali uchodźczynie, plując na nie i bluzgając. Kiedy kobiety ostatecznie straciły siły i zaczęły po prostu kołysać się na wodzie, trzymając się lin, podniesiono wszystkie naraz w sieci za pomocą dźwigu i zawiesiwszy je nad lukiem, wysypano do ładowni.
Kappa dała dwa przeciągłe sygnały – to znaczyło, że przyszła kolej mężczyzn i wszyscy zebrani na brzegu od razu zaczęli płynąć w naszą stronę. Zauważyłam, że uchodźcy nie tylko ścigają się, podążając w kierunku naszego statku, ale też po drodze zabijają się wzajemnie, wykorzystując do tego pięści i kamienie. Starszy oficer Tatsuo wyjaśnił, że mężczyzn jest zawsze więcej niż potrzeba, dlatego każdy płynący wie, że jego miejsce może zająć ktoś inny, i stara się przy pierwszej okazji zneutralizować tego „innego”, uwalniając przestrzeń życiową dla siebie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki