Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zabijemy Stellę / Piąty rok - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 lutego 2026
3960 pkt
punktów Virtualo

Zabijemy Stellę / Piąty rok - ebook

Dwa dotąd niepublikowane w języku polskim utwory Marlen Haushofer, autorki kultowej Ściany.

Zabijemy Stellę to mistrzowska nowela, w której autorka poddaje bezlitosnej analizie więzy małżeńskie i rodzinne, rozkłada na czynniki pierwsze relacje międzyludzkie, a wreszcie obnaża kłamstwo, okrucieństwo i zdradę kryjące się za fasadą perfekcyjnego mieszczańskiego życia, nad którym, niczym w greckiej tragedii, od samego początku ciąży fatum. Nowela została wyróżniona Nagrodą im. Arthura Schnitzlera, a w 2017 roku sfilmowana przez Juliana Pölslera. Obok Ściany stanowi najbardziej znane dzieło Marlen Haushofer.

Piąty rok to debiut książkowy autorki. Narratorką opowiadania jest mała dziewczynka wychowująca się w gospodarstwie dziadków, w otoczeniu przyrody i zwierząt. Jej dzieciństwo, choć z pozoru beztroskie i szczęśliwe, nie jest jednak całkowitą idyllą – wdzierają się doń bowiem trwoga, doświadczenie przemijania, straty i śmierci.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368295825
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Jestem sama. Richard wraz z dziećmi pojechał na weekend do swojej matki, a pomoc domową odesłałam. Oczywiście Richard prosił mnie, żebym wybrała się razem z nimi, lecz dobrze wiedział, że odmówię. Moja obecność jedynie przeszkadzałaby jemu i Annette. Poza tym chciałam wreszcie zostać sama.

Przede mną zatem dwa dni, dwa dni, żeby spisać wszystko, co mam do opowiedzenia. Odkąd jednak ten ptak krzyczy w gałęziach lipy, nie potrafię zebrać myśli. Żałuję, że odkryłam go dzisiaj wczesnym rankiem. Zawdzięczam to swojemu złemu nawykowi, żeby wystawać godzinami przy oknie i gapić się na ogród. Gdybym spojrzała jedynie przelotnie, nigdy bym go nie zauważyła. Ptasie pióra mają szarozieloną barwę, zupełnie niczym kora drzewa. Dostrzegłam go dopiero po półgodzinie, kiedy zaczął nawoływać i trzepotać skrzydłami. Jest jeszcze tak młody, że nie potrafi latać ani tym bardziej złapać wielu much.

Z początku myślałam, że zaraz przyleci matka i zabierze go do gniazda, tak się jednak nie stało. Zamknęłam okno, ale wciąż słyszę jego krzyk. Matka na pewno przyleci i go zabierze. Prawdopodobnie musi opiekować się też innymi młodymi. Pisklę nawołuje zresztą tak głośno, że matka, jeśli żyje, nie może go nie usłyszeć. To śmieszne, że ten maleńki ptaszek tak mnie irytuje – oznaka kiepskiego stanu, w jakim znalazły się moje nerwy. W tej opłakanej kondycji są już od kilku tygodni. Nie mogę znieść hałasu, a czasem kiedy idę na zakupy, nagle zaczynają uginać się pode mną kolana i oblewa mnie pot. Czuję, jak zimne, kleiste krople spływają mi po piersiach i udach. Boję się.

Teraz nie odczuwam strachu, w moim pokoju nic nie może mi się stać. Poza tym przecież nikogo tu nie ma. Tylko szyba w oknie powinna być znacznie grubsza, wtedy nie musiałabym słuchać tego krzyku. Gdyby Wolfgang tu był, spróbowałby uratować ptaka, choć, rzecz jasna, podobnie jak ja nie wiedziałby, co należy zrobić. Trzeba zaczekać, ptasia matka na pewno wróci. Musi wrócić. Pragnę tego z całych sił.

Zresztą na ulicy też nic nie może mi się przytrafić. Kto, na Boga, miałby mi coś zrobić? A nawet gdybym wpadła pod samochód, nic złego by się nie stało, to znaczy nic naprawdę złego.

Ale przecież jestem taka ostrożna. Za każdym razem, zanim przejdę przez ulicę, patrzę w lewo i w prawo, robię to z przyzwyczajenia; tak mnie nauczono, kiedy byłam małą dziewczynką. Jedynie otwarta przestrzeń wokół budzi mój lęk, lecz wcale tego po mnie nie widać, nikt nigdy niczego nie zauważył.

Matka musi być najdalej w sąsiednim ogrodzie albo w jeszcze następnym. Do każdego domu w okolicy przylega ogród, nasz należy do największych i najbardziej zaniedbanych. Mamy go tylko po to, żebym mogła patrzeć na niego z okna. Teraz, kiedy zrobiło się wreszcie ciepło, lipa wypuściła liście. W tym roku wszystko spóźnia się o kilka tygodni. Tak, w ostatnich latach odnoszę wrażenie, że nasz klimat powoli się zmienia. Gdzie podziały się skwarne lata mojego dzieciństwa, śnieżne zimy i nieśmiałe, powoli rozkwitające wiosny?

Jeśli nagle znów zrobiłoby się zimno, młode wpadłoby w poważne tarapaty. Niepotrzebnie się jednak martwię, przecież powiał nawet fen i przyniósł ciepłe i suche powietrze. Nie chodzi też wcale o tego maleńkiego ptaszka, wokół jest ich pełno. Gdybym go nie zobaczyła i nie usłyszała, byłby mi najzupełniej obojętny.

Nie zamierzałam zresztą pisać o tym nieszczęsnym ptaku, tylko o Stelli. Muszę o niej napisać, zanim zacznę ją zapominać. Bo będę musiała o niej zapomnieć, jeśli znów chcę wieść swoje dawne, spokojne życie.

Właśnie tego naprawdę pragnę: móc żyć w spokoju, bez strachu i wspomnień. Wystarczy mi, jak do tej pory, troszczyć się o dom, opiekować się dziećmi i patrzeć przez okno na ogród. Jeśli człowiek zachowuje się spokojnie, tak sądziłam, nie może zostać wplątany w sprawy innych ludzi. I myślałam o Wolfgangu. Cudownie było go mieć codziennie obok siebie. Od dnia swoich narodzin zawsze należał do mnie. Czy z powodu Stelli miałam wystawić na niebezpieczeństwo naszą zgodną współegzystencję?

Gdybym to jednak zrobiła, wszystko i tak nie mogłoby się skończyć dla mnie gorzej. Stella mści się na mnie i odbiera mi jedyną rzecz, do której wciąż czuję się przywiązana. Jakie to niedorzeczne. Stella wcale nie może się mścić, jeszcze za życia była taka bezbronna, więc co dopiero teraz. Ja sama mszczę się na sobie za Stellę, taka jest prawda. To najzupełniej słuszne, choćbym nie wiadomo jak się przed tym wzbraniała.

Prawdę mówiąc, zawsze wiedziałam, że nadejdzie kiedyś ten dzień, wcale nie było potrzeba do tego Stelli. Prędzej czy później straciłabym Wolfganga. Jest typem człowieka, który nie robi sobie żadnych złudzeń i potrafi wyciągać konsekwencje. Ja też nie mam złudzeń, mimo to żyję tak, jakbym jednak jakieś miała. Dawniej sądziłam, że mogę zacząć od początku, ale na to jest już za późno, właściwie zawsze było na to za późno, tylko ja nie chciałam tego przyjąć do wiadomości.

Zresztą nie miałoby to znaczenia, ponieważ Wolfgang i tak by ode mnie odszedł. Dla niego to dobrze.

Przeczytałam gdzieś, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i że nawyk jest najpotężniejszą siłą w naszym życiu. Zupełnie w to nie wierzę. To jedynie wymówka potrzebna nam, żeby nie myśleć o cierpieniach naszych bliźnich, a nawet o własnych cierpieniach. Doprawdy, człowiek umie wiele znieść, lecz nie z przyzwyczajenia, tylko dlatego, że tli się w nim słaba iskierka, która pozwala mu mieć po cichu nadzieję, że pewnego dnia będzie potrafił zerwać z rutyną. Fakt, że zazwyczaj – ze słabości i tchórzostwa – nie potrafi, wcale nie przeczy tej tezie. A może istnieją dwa gatunki ludzi: ci, którzy się przyzwyczajają, i inni, którzy nie są w stanie tego zrobić? Nie sądzę; prawdopodobnie to tylko kwestia naszej konstytucji. Kiedy osiągamy pewien wiek, dopada nas strach i próbujemy sobie z nim jakoś poradzić. Przeczuwamy, że stoimy na straconej pozycji, i podejmujemy rozpaczliwe drobne próby ucieczki.

Kiedy pierwsza z nich się nie powiedzie, a tak z reguły się dzieje, kapitulujemy aż do kolejnej, już bardziej niemrawej, która wtrąca nas w poczucie jeszcze większej nędzy i porażki.

Dlatego Richard regularnie pije czerwone wino, a także ugania się za kobietami i pieniędzmi, moja przyjaciółka Luise dybie na młodych mężczyzn, dla których mogłaby być matką, ja zaś wystaję przy oknie i spoglądam na ogród. Stelli, tej głupiej młodziutkiej osobie, powiodło się już przy pierwszej próbie.

O wiele bardziej wolałabym zamienić się z nią miejscami, niż siedzieć tutaj i spisywać jej żałosną historię, to jest również moją żałosną historię. O wiele bardziej wolałabym umrzeć jak ona i nie musieć słuchać nawoływania małego ptaszka. Dlaczego nikt mnie nie uchroni przed jego krzykiem, przed martwą Stellą i męczącą czerwienią tulipanów na komodzie? Nie lubię czerwonych kwiatów.

Mój kolor to niebieski. Dodaje mi odwagi i odgradza mnie od ludzi i rzeczy. Richard sądzi, że noszę niebieskie ubrania tylko dlatego, że jest mi w nich do twarzy; nie wie o tym, że noszę je jak tarczę. Kiedy mam je na sobie, nikt nie może mnie zranić. Niebieski trzyma ode mnie wszystko z daleka. Stella kochała czerwień i żółć, w czerwonej sukience, którą jej podarowałam, wbiegła pod żółtą ciężarówkę.

Myślę, że ta promiennie żółta śmierć, co runęła na nią niczym słońce, była piękna i przerażająca, taka, jaką znamy z dawnych podań.

Musiałam ją zidentyfikować. Jej twarz była nietknięta, za to zielonkawobiała i o wiele mniejsza, niż wydawała się za życia. Wzburzony i na wpół obłąkany wyraz ostatnich dni ustąpił miejsca lodowatej ciszy.

Stella była zawsze nieco ociężała i wstydliwa. Nawet kiedy się cieszyła, jej regularna, szeroka twarz pozostawała nieporuszona. Dopiero później rozkwitała od wewnątrz, aż po same wargi. Przez krótki czas Stella była bardzo szczęśliwa, lecz nie potrafiła przyswoić reguł gry, nie umiała się dopasować i dlatego musiała zginąć.

Jeszcze jako dziecko została umieszczona w internacie przez lekkomyślną i chciwą matkę. Pamiętam, jak wtedy, mniej więcej przed pięciu laty, obserwowałam ją w kościele. Klęczała obok mnie z twarzą zwróconą ku monstrancji, z szeroko otwartymi oczami i lekko wydętymi, otwartymi ustami. Z takim samym oddaniem wpatrywała się później w gazetę wieczorną, za którą skrywał się Richard. Wolfgang również to widział. Poczerwieniał i zbladł, a w końcu zaczął się krztusić, żeby odwrócić moją uwagę od Stelli. W wieku piętnastu lat wiedział tak samo dobrze jak ja, co się rozgrywa na naszych oczach, i rozpaczliwie próbował mnie przed tą wiedzą uchronić, tymczasem ja starałam się jedynie trzymać go od wszystkiego z daleka i robiłam dokładnie to, czego robić nie powinnam, a mianowicie nie robiłam nic.

Podczas kiedy Stella, niezdolna ukryć jedynego wielkiego uczucia, niechybnie osuwała się w swoje nieszczęście, Richard próbował zwieść nas układną prostodusznością, ja zaś starałam się nic nie widzieć ani nie słyszeć. Z powodu Wolfganga i dla własnego dobra, ponieważ niczego bardziej nie znoszę niż scen i konfliktów, a już sama napięta atmosfera wystarczy, żeby na wiele tygodni wytrącić mnie z równowagi i zburzyć mój spokój.

Samotność i cisza pokoju, widok na ogród, czułość wypełniająca moje serce w obecności Wolfganga – czyżbym miała to wszystko, a dla mnie jest to wszystkim, zaryzykować dla jakiejś dziewczyny, która niepowstrzymanie i na oślep pędzi naprzeciw własnemu losowi, od samego początku skazana, żeby wraz ze swoim prostym, naiwnym uczuciem ponieść klęskę w starciu z naszym rozpadającym się, podzielonym światem?

Cóż, nie wydawało mi się to warte wysiłku, choć powinno mi się takie wydać, ponieważ Stella była młodą, żywą osobą, tymczasem ja pozwoliłam jej wbiec pod tę morderczą kupę złomu.

Człowiek może zginąć na wiele sposobów, tak samo z głupoty, jak i z przesadnej ostrożności; pierwszy rodzaj, jak sądzę, zdaje się mieć więcej godności, ale to nie mój przypadek.

Luise, matka Stelli, zjawiła się u nas dopiero po pogrzebie. Przebywała w podróży i nikt w prowincjonalnym miasteczku, w którym mieszka, nie wiedział, dokąd wyjechała. Kiedy wreszcie udało nam się z nią skontaktować, było już po wszystkim. Richard, jak ma to w zwyczaju, załatwił całą sprawę dobrze i stosownie. Luise – okazało się, że bawiła we Włoszech ze swoim młodym przyjacielem, magistrem – siedziała naprzeciw nas w salonie i szlochała.

Richard prawił jej jakieś komunały, które w jego ustach brzmiały o wiele bardziej przekonująco niż w moich, słowa szczerego współczucia. Jego oczy przybrały ciemnoniebieską barwę i zwilgotniały. Tak samo dzieje się, kiedy jest wzburzony albo pijany. Ja myślałam o wieńcach na nagim pagórku. Nie było ich zresztą dużo, bo Stella miała w tym mieście tylko nas i kilka koleżanek ze szkoły. Myślałam o pagórku i o wykrwawionym, zmiażdżonym ciele Stelli w drewnianym więzieniu. Po raz pierwszy poczułam współczucie. Zupełnie niedorzeczne i absurdalne, przecież dziewczyna nie żyła, uczucie to jednak wzmagało się we mnie niczym fizyczny ból, który zbił się w mojej piersi w grudkę i promieniował aż po opuszki palców. Ból nie dotyczył już samej Stelli, lecz jej martwego ciała, które miało ulec rozkładowi.

Słyszałam, jak Richard mówi, ale nie rozumiałam ani słowa. Przerażona widziałam tylko jego oczy, tak wilgotne i pełne życia. Każdy jego włos był żywy, skóra, oddech, ręce – na ten widok zabrakło mi tchu.

Dla postronnego obserwatora stanowiliśmy parę w średnim wieku, małżeństwo usiłujące pocieszyć złamaną bólem matkę. Tyle że Luise to nie matka złamana bólem. Śmierć Stelli była jej jak najbardziej na rękę. Wiedzieliśmy o tym, a ona wiedziała, że my wiemy, mimo to wzdychała i płakała, jak wymagała tego od niej rola.

Teraz, kiedy przypadła jej część spadku należąca do Stelli, czyli apteka, Luise może poślubić swojego magistra. Bez tego wiana nigdy by się z nią nie związał. Może kupić młodego, silnego mężczyznę i przez jakiś czas wmawiać sobie, że spotkało ją szczęście.

Stella była dla nas wszystkich ciężarem, przeszkodą, którą wreszcie usunięto z drogi. Oczywiście stałoby się o wiele lepiej, gdyby wyszła szczęśliwie za mąż, wyjechała czy w jakikolwiek inny sposób zniknęła z pola naszego widzenia. Zniknąć w każdym razie zniknęła, można więc było definitywnie wymazać ją z pamięci.

Widziałam po Richardzie, jak bardzo zdążył już o niej zapomnieć, u niego za ten proces odpowiada ciało. Jego ciało zapomniało o Stelli; wielki, barczysty, spragniony nowych kobiet i podniet, siedział obok mnie i głaskał chude, ptasie palce Luise swoją szeroką, wypielęgnowaną dłonią, zawsze tak przyjemnie suchą i ciepłą w dotyku.

Od tego ciepła i uspokajającego głosu Richarda kwilenie Luise ucichło.

– Tyle razy jej mówiłam – jęczała – uważaj, jak przechodzisz przez ulicę. Chciałabym tylko wiedzieć, o czym wtedy myślała.

– Tak – odparł z troską Richard – też byśmy chcieli wiedzieć, nieprawdaż, Anno?

Popatrzył na mnie, a ja skinęłam głową. W jego głosie nie pobrzmiewała ani odrobina ironii. Przeprosiłam ich i powiedziałam, że muszę zajrzeć do kuchni. Nie poszłam tam jednak, tylko udałam się do łazienki i nałożyłam odrobinę różu na policzki. Z bladością nie jest mi do twarzy.

W ostatnich tygodniach Stella również była blada, ale ona miała dziewiętnaście lat i cierpienie uszlachetniło jej rysy, nadało im dojrzały i czarujący charakter. Kobieta po trzydziestce musi przestać cierpieć, bo wtedy już nie wpływa to korzystnie na jej wygląd.

Kiedy Stella się u nas pojawiła, miała lekko opaloną skórę. Była ładna, lecz całkiem pozbawiona uroku i wdzięku. Jak na współczesne gusta wyglądała nieco zbyt zdrowo i krzepko. Potrzeba było przecież masywnej ciężarówki, żeby wycisnąć życie z jej ciała. Stella wykazała się niezwykłym taktem, zstępując z chodnika jakby mimochodem, co pozwoliło przypuszczać, że doszło do wypadku. To pokazuje również, jak słabo Luise znała swoją córkę, skoro uwierzyła w nieszczęśliwe zdarzenie. W swoim rozmarzeniu Stella przypominała rozespane, silne, młode zwierzątko, które jakby przez sen odnajduje drogę w miejskim tłoku. Nawet kierowca ciężarówki, prymitywny młodzieniec, nie uwierzył w wypadek. Stella chciała umrzeć i z tym samym bezgranicznym oddaniem, z jakim rzuciła się życiu w ramiona, wypadła z życia, które zapomniało przytrzymać ją odrobiną miłości, dobroci i cierpliwej uwagi. Mamy powód do wdzięczności. W jakiej kłopotliwej sytuacji byśmy się znaleźli, gdyby zażyła tabletki nasenne albo rzuciła się z okna. Ta szlachetność, szlachetność jej serca, znalazła odzwierciedlenie w tym, jak umarła: Stella darowała nam wszystkim możliwość uwierzenia w bezsensowny wypadek.

Lecz cóż mi z tego przyjdzie, skoro jedyny człowiek, który rzeczywiście powinien był dać temu wiarę, nie wierzy w to i nigdy wierzyć nie będzie. Stella na zawsze pozostanie między mną a Wolfgangiem. Skończył się czas dziecięcej czułości i zaufania. Wolfgang czuje odrazę do swojego ojca, a mną pogardza za tchórzostwo. Zrozumie o wiele później, wtedy, kiedy podobnie jak ja będzie chodzić z jednego pomieszczenia do drugiego, sam ze swoim niepokojem i świadomością całkowitej niemożności wyrwania się z więzienia. Lecz mnie wtedy zabraknie, podobnie jak nie ma już mojego ojca: jego ironiczna aprobata napełniała mnie w dzieciństwie niepewnością. Spojrzenie, które napotykałam, bawiąc się lalkami, jest tym samym spojrzeniem, jakie posyłam Wolfgangowi, kiedy idzie na tenisa ze swoim kolegą, albo którym on sam już teraz obserwuje zabawy swojej młodszej siostry.

Gdyby Wolfgang tu ze mną był, próbowałby uratować ptaka na lipie, a ja musiałabym go powstrzymać, jeśli bowiem ptasia mama nie wróci, maleństwo nie ma szans. Ptaszek nie potrafi się jeszcze samodzielnie odżywiać. Tylko matka może mu pomóc, ale ja zaczynam wątpić w jej powrót. Młode nawołuje tak żałośnie, że jego krzyk przyzywa mnie do okna. Ptak z pewnością zrobił się jeszcze mniejszy, chociaż już rankiem był tak maleńki, że trudno wyobrazić sobie drobniejszy okaz. Widzę go teraz wyraźnie: pierzasta kupka, która ze strachu i głodu zawzięcie rozdziawia dziób i otwiera oczy. Jego matka nie przyleci. Znów zamknęłam okno. Teraz ptaszka oświetlają promienie słońca. Może zaśnie, a ja zyskam kilka godzin spokoju, jeśli będę wiedzieć, że jest bezpieczny. Przez to nawoływanie zbyt wcześnie straci siły. Chyba chce mu się pić, nawet na pewno. To jednak śmieszne, że taki ptak zakłóca mój spokój. Richard by mnie wyśmiał. Muszę po prostu wierzyć, że matka go znajdzie. Czasem wydaje mi się, że to właśnie moja niemożność uwierzenia przyciąga nieszczęście. Być może Richard nigdy nie stałby się tym, kim jest dziś, gdybym ślepo mu wierzyła, może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby ojciec wówczas, kiedy przyprowadziłam Richarda do domu, tak dziwnie się nam nie przyglądał. Skąd wiedział, kto dał mu prawo, żeby wiedzieć, co się stanie? I kto dał mi prawo, żeby ścigać spojrzeniami Wolfganga, podobnie jak ścigałam spojrzeniami Richarda i Stellę?

Trzeba nauczyć się omijać wzrokiem ludzi i rzeczy, nigdy nie wolno zdradzać swoich myśli. Jeszcze lepiej byłoby w ogóle przestać myśleć, bo nawet nasze spekulacje potrafią zabić. Dywagowałam: „On zniszczy Stellę”. Tak długo, aż wreszcie się to stało. Wiem, że Richard boi się moich myśli. Jak każdy człowiek obdarzony żywotną naturą jest przesądny i obawia się tego, czego nie potrafi pojąć i zrozumieć o własnych siłach. Lecz ma wystarczająco dużo energii, żeby odsunąć ten strach na bok, podobnie jak odsuwa od siebie wszystko, co mogłoby pokrzyżować jego plany.

Dlaczego nic mnie nie ostrzegło tamtego wrześniowego wieczoru, kiedy Stella pojawiła się w naszym domu? Dlaczego po prostu nie odmówiłam prośbie Luise? Przecież w ogóle mi nie odpowiadało, że mam przyjąć pod swój dach tę obcą młodą dziewczynę, zresztą Richard też nie był zachwycony tą myślą. Wyraził zgodę jedynie ze względu na mnie i dlatego że Stella miała zostać u nas tylko przez dziesięć miesięcy. Luise jest moją przyjaciółką czy raczej od trzydziestu lat twierdzi, że nią jest. Nigdy jej nie lubiłam, nawet w szkole, bo już jako dziecko była skąpą, złośliwą intrygantką. Luise zawsze pragnęła moich rzeczy, zabierała mi gumki do ścierania, lakierowane paski i kanapki z kiełbasą, potem chciała mężczyzn, którzy okazywali mi względy, a w końcu z pomocą swojej córki zniszczyła mój mozolnie osiągnięty spokój. Ta cała Luise nie ma szczęścia, jest brzydką, zasuszoną nimfomanką. Nigdy jednak nie zdołałam przekonać Richarda, że traktuję ją wyłącznie jako ciężar. Nie potrafi pojąć, jak można odczuwać do kogoś odrazę i jednocześnie go nie unikać. Richard nigdy w życiu nie wplątałby się w podobną sytuację. Sam pozbywa się każdego, kto w jakiś sposób nie przynosi mu korzyści. Stelli również nie potrzebował długo, zaledwie kilka tygodni. Stała się dla niego zbyt uciążliwa. Cóż taki gracz jak on mógł począć z tym ociężałym, poważnym dzieckiem? Żadna kobieta nie znudziła mu się tak szybko jak Stella.

Richard nigdy wcześniej jej nie widział. Luise zazwyczaj podróżowała bez swojej córki, dlatego miał o niej zupełnie fałszywe wyobrażenie. Nawet dziś nie mogę uwierzyć, że Stella rzeczywiście była córką Luise, choć co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Ojciec Stelli musiał być pozbawionym skrupułów łajdakiem, skoro udało mu się spłodzić dziecko z Luise. Później najwidoczniej pożałował tamtego uniesienia i próbował ochronić dziewczynę przed swoją żoną poprzez sporządzenie w równym stopniu chytrego, co krótkowzrocznego testamentu. Luise otrzymała prawo do korzystania z majątku, ale apteka została zapisana w spadku Stelli. Lepiej jednak, gdyby tak się nie stało, ponieważ tym sposobem ojciec stworzył dla córki bezlitosną przeciwniczkę. Największą przysługą, jaką Luise wyświadczyła Stelli, która zwykle siedziała zahukana w kącie, lecz z czasem zaczęła coraz bardziej przeszkadzać matce, było umieszczenie córki w szkole klasztornej. Tam w każdym razie dziewczyna znalazła wystarczająco dużo miłości, żeby żyć nią przez kolejne osiem lat. Właściwie powinna była studiować farmację, ale takie wykształcenie nie leżało w interesie Luise – im mniej Stella znała się na tym, na czym miała się znać, tym lepiej dla jej matki. Ponieważ jednak Stella ostatecznie musiała mieć jakieś zajęcie, matka, która zwyczajnie nie potrzebowała jej wśród swoich przyjaciółek, psów i kochanków, wpadła na pomysł, żeby wysłać ją do mnie, przynajmniej na rok, to znaczy tak długo, jak trwał kurs handlowy. W tamtym czasie Luise z cichą rozpaczą musiała wciąż sobie uświadamiać, że dzień osiągnięcia pełnoletności przez Stellę zbliża się wielkimi krokami. Rzecz jasna wcale nie oznaczałoby to dla niej końca, przecież zostawał jej jeszcze legat. Z pewnością też zdążyła się wystarczająco wzbogacić w minionych latach, nijak niepowstrzymywana przez starego, niespełna rozumu opiekuna. Lecz był jeszcze ten młody mężczyzna, za którego koniecznie chciała wyjść za mąż, dobrze jednak wiedziała, że może go tylko sobie kupić. Przyznaję, znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

I tak Stella pojawiła się u nas, znów odsunięta na bok przez swoją matkę i również tutaj niewyczekiwana z radością.

Nasze życie domowe jest bowiem urządzone w taki sposób, że nie ma w nim miejsca dla intruza ani nawet dla gościa. Ze względów aż nadto zrozumiałych. Przyjaciele Richarda nigdy nie staną się moimi przyjaciółmi, z kolei wśród moich przyjaciół Richard czuje się nieswojo. Inni nie znają także niezliczonych tabu, których musimy przestrzegać w naszych wzajemnych stosunkach. Nawet dzieci nauczyły się je respektować. Wprawdzie tematy naszych rozmów są nieco ograniczone, ale lepsze to niż nieustanne utarczki. Obca osoba na pewno zakłóciłaby też moją relację z Wolfgangiem. Wtedy przeszkadzali nam wszyscy, także mała Annette i naturalnie Richard. Z tego powodu nie zatrudniłam służącej, lecz jedynie pomoc domową, milczącą, mrukliwą osobę. Nie interesuje się nami, dla niej jesteśmy jedynie ludźmi, u których za przyzwoite wynagrodzenie myje podłogi. Całkowicie pochłonięta własnymi myślami oraz troską o nieznane nam osoby, w milczeniu wykonuje swoją pracę. Mieszkańcy Księżyca nie mogliby jej być bardziej obcy niż my. Choć nigdy nie zostało to uzgodnione, w naszym domu istniały dwa stronnictwa: Richard i Annette oraz Wolfgang i ja. Przestrzegaliśmy skrupulatnie reguł gry. Richard odbywał krótkie i aż nazbyt serdeczne rozmowy z synem, a Wolfgang uczestniczył w nich z wzorową uprzejmością. Annette siadywała mi czasem na kolanach. Oczywiście kładłam ją też spać, a ona mnie całowała i obejmowała. To jednak też nie do końca prawda. Sądzę, że Wolfgang zawsze kochał swojego ojca, chociaż potrafił go przejrzeć. Jeśli w życiu Richarda istnieje jakaś ukryta rana, nosi ona imię: Wolfgang. Z całą pewnością Richard cierpi z powodu odmienności syna, o ile w ogóle pozwala sobie na cierpienie, w rzeczywistości bowiem szuka przyjaciela, a Wolfgang nigdy nim nie będzie. Jeśli chodzi o małą Annette, to pewnie kochałabym ją instynktownie, gdyby nie przypominała tak bardzo swojego ojca. Nie jest temu winna, że nieraz na jej widok wpadam w przerażenie. Patrzę na tę kwitnącą twarzyczkę, czuję dziecięce ciepło, słyszę śmiech i wiem, że – podobnie jak ciepło i śmiech Richarda – nic nie znaczą. Oboje, Annette i jej ojciec, są jak przynęty, pułapki, które Bóg czy ktokolwiek zastawił na innych: poważnych, wiernych, pełnych fantazji i uczuć. Może też Annette jest zbyt zdrowa i szczęśliwa, żeby naprawdę ją kochać. To dziecko zawsze zdobędzie wszystko, czego tylko sobie zażyczy, i nigdy nie będzie życzyć sobie czegoś nieosiągalnego. Dokładnie tak słabe i bezbronne jak młode tygrysiątko czy mięsożerna roślina. Richard jest dumny z takiej córki, chociaż w gruncie rzeczy dobrze wie, z kim ma do czynienia: Annette pozostaje wesołą kompanką tak długo, jak on spełnia jej kaprysy.

Lecz ponieważ niczego nie kocha tak mocno jak siebie, musi też kochać swoją małą kopię.

Czasami wymierza Annette mocnego klapsa, a ona znosi to z cichym kwileniem. Wolfganga nigdy nie uderzył, chłopiec należy do tych dzieci, których się nie bije. Richard jest o wiele za sprytny, żeby się skompromitować i samemu dopuścić się niegodziwości.

W pierwszych tygodniach każdy z nas odbierał obecność Stelli jako sporą uciążliwość. Wieczorami Richard uwielbia popijać czerwone wino, palić i czytać, a wtedy czuł się zmuszony prowadzić konwersację, i to z dziewczyną taką jak Stella – potwornie nużące i zupełnie bezcelowe zajęcie. Annette była po prostu zazdrosna, jak o każdą osobę skupiającą na sobie uwagę otoczenia. Wolfgang czuł się zaniepokojony zmianą atmosfery, ja zaś miałam wrażenie, że za dużo milczę i nie wiem, jak postępować z młodymi dziewczętami. Zupełnie nie potrafiłam odgadnąć myśli Stelli ani wyjść im naprzeciw. To duże, ładne, nieco zbyt postawne dziewczę było w naszym domu ciałem obcym i z pewnością samo też to czuło. Wydawała się bardziej spłoszona niż nieśmiała, skrępowana przez długoletni pobyt w internacie. Sądzę, że również tam mogła uchodzić za nieco dziwną. Inaczej niż dziewczęta w jej wieku, nie była słodka, głupia ani dziecinna. Właściwie wyglądała jak kobieta, która przypadkiem pozostała dzieckiem. I chociaż zachowywała się niezwykle cicho, nie dało się jej przeoczyć. W okropnych burych sukienkach zakupionych przez Luise prezentowała się nad wyraz niekorzystnie, lecz po prostu nie sposób było jej nie zauważyć.

Pokój gościnny, w którym Stella miała zamieszkać, starałam się urządzić z myślą o jego nowej lokatorce. Poustawiałam kilka bibelotów, tak jak lubią młode dziewczyny, a ciemne meble przykryłam koronkowymi serwetkami. Kiedy potem zobaczyłam Stellę, miałam ochotę od razu sprzątnąć ten cały kram, okazało się to jednak niemożliwe, bo widziała już swoje lokum. Tak więc konie, psy i baleriny zostały na komodzie – i przedstawiały doprawdy dziwaczny widok obok wysokiej, poważnej dziewczyny. Przypuszczam, że Stella w rzeczywistości nigdy się nie uczyła. Siedziała nad zeszytami i książkami, lecz najwyraźniej nudziło ją to. Nie potrafiła dobrze liczyć, ze stenografii była pewnie najwolniejsza w klasie. Właściwie nie umiałabym powiedzieć, do czego by się nadawała. Wiedziała, jak się obchodzić ze zwierzętami i roślinami, chętnie wykonywała ciężkie prace, z grubej szarej wełny dziergała swetry i skarpetki dla jakichś biednych ludzi. Te dość bezkształtne wyroby wysyłała później do swojego dawnego klasztoru. Richard miał w zwyczaju dokuczać jej z powodu tej dobroczynności. W takich chwilach Stella podnosiła jasne, szerokie powieki i śmiała się cicho, nieporadnie, jak człowiek, który dopiero musi się tego nauczyć. Robiła na drutach tylko po to, żeby nie narażając się na zarzut lenistwa, móc całymi godzinami siedzieć pogrążona we własnych myślach.

Nie miałam najmniejszego pojęcia, o czym rozmyślała. Czasem powątpiewałam, czy w ogóle się nad czymś zastanawiała, tak nieporuszona była jej twarz. Lubiła zajmować się Annette, dziecko więc w końcu zaczęło odwzajemniać jej sympatię. Na początku Wolfgang wciąż obserwował ją z mieszaniną ciekawości, wstydu i uprzedzeń. W tym także okazał się moim nieodrodnym synem, nie przyszłoby mu do głowy, żeby spoufalać się z obcą osobą. Kiedy uświadomiłam sobie, że nigdy nie nawiążę ze Stellą prawdziwej relacji, zaprzestałam swoich wysiłków i powróciłam do dawnego życia, jakby w naszym pokoju gościnnym nie mieszkała młoda dziewczyna. Wprawdzie nadal mi przeszkadzała, wiedziałam jednak, że ta niedogodność nie potrwa zbyt długo. Zawsze byłam wobec Stelli uprzejma, w taki sam sposób, w jaki byłam uprzejma wobec swojej pomocy domowej, listonosza czy kolegów z klasy Wolfganga.

_Dalsza część dostępna w wersji pełnej_KONTAKT:

[email protected]

Cymelia – seria przybliżająca kultowe dzieła literatury światowej: te niesłusznie zapomniane, które chcielibyśmy przywrócić do czytelniczego obiegu, i te, które nigdy nie doczekały się przekładu na język polski.

W serii ukazały się dotychczas:

- Henry Roth, _Nazwij to snem_, tłum. Wacław Niepokólczycki
- Kay Dick, _Oni_, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa
- Juan Emar, _Wczoraj_, tłum. Katarzyna Okrasko
- Pierre Boulle, _Planeta małp_, tłum. Agata Kozak
- Marlen Haushofer, _Ściana_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Dashiell Hammett, _Sokół maltański_, tłum. Tomasz S. Gałązka
- Walter Kempowski, _Wszystko na darmo_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Dola de Jong, _Strażniczka domu_, tłum. Jerzy Koch
- Torgny Lindgren, _Legendy_, tłum. Tomasz Feliks
- Jacqueline Harpman, _Ja, która nie poznałam mężczyzn_, tłum. Katarzyna Marczewska
- Kjell Askildsen, _Ostatnie zapiski Thomasa F. dla ogółu. Nowele_, tłum. Maria Gołębiewska-Bijak
- Jens Bjørneboe, _Chwila wolności_, tłum. Karolina Drozdowska
- Thomas Pynchon, _49 idzie pod młotek_, tłum. Piotr Siemion
- Italo Svevo, _Zeno Cosini_, tłum. Zofia Ernstowa
- Juan José Saer, _Pasierb_, tłum. Barbara Jaroszuk
- Kingsley Amis, _Alteracja_, tłum. Przemysław Znaniecki
- Torgny Lindgren, _Przepis doskonały_, tłum. Dawid Jabłoński
- Robert W. Chambers, _Król w Żółci_, tłum. Tomasz S. Gałązka
- Pierre Boulle, _Most na rzece Kwai_, tłum. Jacek Giszczak
- Leonard Gardner, _Fat City_, tłum. Tomasz Antosiewicz
- Halldór Laxness, _Dzwon Islandii_, tłum. Jacek Godek
- Anna Kavan, _Lód_, tłum. Agata Ostrowska
- Etienne Leroux, _Siedem dni u Silbersteinów_, tłum. Jerzy Koch
- María Luisa Bombal, _Spowita całunem_, tłum. Mateusz Lamch
- Aleksandar Tišma, _Kapo_, tłum. Magdalena Petryńska
- Sven Holm, _Termush_, tłum. Iwona Zimnicka
- Walter Kempowski, _Prima sort_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Thomas Pynchon, _Tęcza grawitacji_, tłum. Robert SudółW chłodny wiosenny wieczór kobieta w średnim wieku przygotowuje risotto w skromnej kuchni domku myśliwskiego, zjada je samotnie i nakłada porcję dla psa. Nazajutrz rano z zaskoczeniem odkrywa, że przez noc pojawiła się niewidzialna bariera, która oddziela ją od reszty świata. Nazywa ją po prostu „ścianą”. Bohaterka, której imienia nie poznamy, zostaje w towarzystwie samych zwierząt. U boku psa Luchsa, krowy Belli i kotów rozpoczyna przerażającą walkę o przetrwanie, stając na czele „niezwykłej rodziny”.

_Ściana_, wydana dwa lata po wzniesieniu muru berlińskiego, należy do najbardziej zagadkowych, a jednocześnie wielowymiarowych i przejmujących austriackich powieści XX wieku. Można ją czytać jako nową wersję _Robinsona Crusoe_, można w niej widzieć postapokaliptyczny klasyk doby wyścigu nuklearnego, lecz można w niej także dostrzec alegoryczną przypowieść o XX-wiecznych kataklizmach. Nie dziwi więc, że w ostatnich latach twórczość Haushofer przeżywa prawdziwy renesans.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij