-
nowość
Ząbkowice Śląskie. Opowieść. Tom 3 - ebook
Ząbkowice Śląskie. Opowieść. Tom 3 - ebook
Zbliżają się do wejścia na podwórko, słychać na nim trzepanie dywanu przez kogoś. Jasia ma zamiar opowiedzieć o Florku wchodząc na podwórko. Mężczyzna trzepiący dywan odwraca się do wchodzących koleżanek, Wandę zamurowało. Zanim Jasia się zorientowała w stanie Wandy, odchodzi jeszcze kilka kroków. Jasia nieco zaskoczona chce powiedzieć Wandzie, że ten pan jest jej tatą.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-134-9 |
| Rozmiar pliku: | 1 013 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1963. Furmanka ciągnięta przez jednego, dobrze prezentującego się ogiera, spokojnie zjeżdża z górki za Janowcem pośród dwu rzędów czereśniowych drzew rosnących po obu stronach drogi, dających końcem wiosny i początkiem lata stół zastawiony cudnymi przysmakami. To pozostałość po Niemcach, którzy zostawili tu nie tylko domy i rodzinne groby, ale i wspomnienia. Po krótkiej chwili wjeżdżają na most, a z mostu droga prowadzi ku Przyłękowi.
Wóz na gumowych kołach chrzęści lecz nie trzaska na kamykach, nie kolebie się ni telepie podróżnymi. Na ławeczce położonej na burtach siedzą dwie osoby, z tyłu leży waliza, plecak i siatka niewidka.
Powozi starszy mężczyzna w furmańskiej czapce, marynarce i spodniach bez łat, na nogach jakieś znoszone sportowe buty. Jest ogolony. Jedzie do Ząbkowic odwieźć córkę do szkoły, jest w końcu pierwszy września. Córka zamieszka u znajomej taty. By dojechać spokojnie, wczoraj wszystko zostało przygotowane, dziś tylko wczesna pobudka dla tej dwójki, jak zwykle po czwartej rano.
Furmanka zjeżdża drogą lekko w dół. Rytm jazdy wybijają końskie podkute kopyta. Z lewej pierwsze zabudowania. Mały domek z dużym ogrodem i kilkoma drzewami owocowymi. Całość ograniczona wałem drogi i brzegiem rzeki z drugiej strony. Przyłęk jak rzadko jaką wieś zdobią trzy punkty przykuwające wzrok podróżnych. Najwyższa jest wieża kościelna i tuż obok furmanki po lewej, dwa smukłe kominy małej fabryczki wypalania magnezytu. Kilka niskich budyneczków z czerwonej cegły. Dziś z kominów nie ulatuje dym. Chodzą słuchy, że będzie tu produkowany brykiet. Są nawet wiaty nie mające ścian, jest dach i słupy go podtrzymujące. Okolica przy zmianie pór roku jest wietrzna bardzo. Przed tym zakładem na całej jego długości zdobią go ogródki ludzi co wojnę przeżyli i tu ich sprowadzono. Cieszą się kwiatami, uprawami. Przez zakład przepływa rzeczułka, odnoga młynówki zasilającej młyn. To rozgałęzienie zasila turbinę i prąd dla zakładu jest w większości produkowany przez wodę z tej odnogi. Młynówka napędza turbinę młyna. Ogromnej, największej budowli w okolicy. Mieszkańcy najbliższych domów mają prąd z młyna, pracownicy świnie pasione zbożem.
Teraz właśnie wyjeżdżają z prawego ostrego zakrętu. Po lewej wypalone ruiny niegdyś ogromnej stodoły. Podpalili ją Przyłęccy rolnicy, nie chcący tu kołchozu. Z podwórka obok ruiny dochodzi strzelanie Papaja, którego ktoś rozbudził do pracy. I ten młyn po lewej. Woźnica kłania się ludziom pracującym we młynie i zwykłym przechodniom. Na wysokości przedszkola przy, którym stoi pomnik świętego, skręcają w prawo w polną drogę. Przy wjeździe na nią po lewej rośnie wielka lipa. Przy murze ciągnącym się wzdłuż ulicy, kawałek dalej w murze spora wyrwa.
Dalej przy polnej dróżce jaką jadą, po lewej stronie dwie duże stodoły, dalej kilka działek wzdłuż dróżki. Później już pola robiące wrażenie nieskończonych.
Dziewczynie na myśl przychodzą lata szkoły podstawowej w Przyłęku. Chodziła tam od trzeciej klasy. Najbardziej utkwiły jej w głowie lekcje fizyki i jej piorący po tyłkach wskaźnikiem chłopaków nauczyciel, czasem prał listewką. Robił to bardzo solidnie. Kazał łobuzowi wyjść przed rząd ławek, stanąć tak, by z wyprostowanymi nogami dotknął palcami dłoni czubków butów. Jak uczeń był już w prawidłowej postawie, strzał w pośladki powodował wygięcie się ucznia niemal w tył do mostka. Niejeden popuszczał parę kropel sików lub łez. Takie ćwiczenie było pożywne, najadało się wstydu przy klasie. Wstyd była to często niechciana i wstydliwa potrawa.
Jeden z kolegów, Marek odpowiadał na lekcji geografii. Pani postanowiła postawić mu dwóję, on nie chciał się z tym zgodzić. Odpowiadał na pytania nie najlepiej, ale żeby za to dostać dwóję? Podszedł do otwartego okna, usiadł na parapecie. Klasa jest na pierwszym piętrze. Nogi przełożył na drugą stronę i powiedział do pani, że jeśli wstawi mu dwóję, to on skoczy. Pani dwóję postawiła, Marek skoczył. Słowny z niego gość. Nic mu się nie stało. Miał tylko przyjść na drugi dzień do szkoły z rodzicami.
Na feriach czy wakacjach wspominała z kolegami szkolne tortury. Bardzo śmiano się z tych upokorzeń. Najbardziej Andrzej, który przypominał innym z klasy jak nauczyciel kazał mu stanąć przy stole i oprzeć się na nim łokciami. Trzasnął raz kijem po tyłku i Andrzej zaczął zanosić się płaczem, uśmiechając się w stronę klasy. Kilku uczniów w śmiech. Zaraz agresor do nich podbiegł i zaczął im wymierzać razy. Nie dał się nabrać na szczere łzy niektórych. Inni rechotali słuchając opowiadania. Chociaż po latach niektórzy zapomnieli całą szkolną naukę, tylko pamiętali te razy i wstyd jaki zadomowił się w nich jak kornik w drzewie.
Na zydlu wraca do niej też wspomnienie z czwartej klasy. Wodospad w wakacje, poszła tam z dwoma kolegami. Spotkali innego łowiącego na wędkę ryby, miał już trzy. Rozpalili ognisko, w międzyczasie dołączyli inni koledzy. Zaczęli na rzece i w dziurach wodospadu łapać na rękę ryby. Któryś pobiegł do domu po sól i tak do wieczora zebrała się zgraja zajadająca się rybami złapanymi przez trzecioklasistę na wędkę i innych na rękę. Prócz tego łowiący kolega złapał jeszcze dwa spore szczupaki i pstrąga, miał je zanieść do domu. Machnął ręką i obfity posiłek trafił do brzuchów dziesięciorga wygłodzonych kolegów, nieobecnych na obiedzie w domu. Tego dnia aleja czereśniowa musiała ustąpić miejsca smakowitym płotkom, leszczom, szczupakom, pstrągom i wielu innym smakowitym stworzeniom, których dzieci nie potrafiły nazwać. Paru do domów schwytało jeszcze raki.
Jej myśli przeskakują na przeddzień wyjazdu. Wieczorem wymyła okna, pozamiatał pokoik. Wytarła listki fiołkom afrykańskim. Wychodząc z rana rzuciła okien na pokój. Wkrótce tu wróci.Cygan
Zenon Stachów z Janowca był bardzo zadowolony, kiedy z początkiem 1946 roku dowiedział się od żony Zdzisławy, że lada dzień powinna rodzić. Nie wiedzieli wtedy czy będzie chłopiec, czy dziewczynka. Dla Zenona ważne było dziecko rodzące się w normalnych warunkach. W kraju wolnym. Można swobodnie rodzić w domu, bez obaw nagabywania czy ucieczki przed kimś.
W gospodarstwie czwarte dziecko się przyda, swoją pracą zarobi na siebie. Rodzinie będzie lepiej żyć, dobrze jakby był to chłopak, a dziewczynka też się przyda. Dzieci dorodne i przydatne, te dotąd żyjące. Dwójka nie przetrwała wojny. Nawet grobów nie mają. Najsmutniejsza była pierwsza powojenna wigilia. Wszystkim polały się łzy, przy dodatkowych dwóch pustych nakryciach nikt nie usiadł. Dlatego rodzice pogodzą się z tym, że nawet jakby dziewczynka im się przydarzyła, to nic złego w wolnym kraju jej nie spotka. Ani banderowiec ani gestapowiec, wstępu do kraju już nie ma dla ludzkich bestii.
W Janowcu gospodarstwo Stachów na końcu wsi za strumykiem niemal w lesie, nawet asfalt tu nie sięga. Choć droga wąska mogliby na taką ścieżkę resztki tej smoły wylać. Rodzina mieszka na południowo-wschodnim zboczu jaru, czy wąwozu. Letnimi popołudniami słońce stara się sięgnąć domku małego, połączonego ze stajenką ścianą i drzwiami. Dlatego życie domu mieszało się z życiem mieszkańców stajenki, konia, dwóch świń i krowy. Stodółka stoi osobno. Jest też pies luźno biegający, dwa koty. Poniemiecki kocur i kotka już Polskiej produkcji. Choć nie wiadomo ile w niej jeszcze krwi niemieckiej. Przecież rodzice mogli być autochtonami. Zwierząt nikt nie wyganiał. Tylko koty i pies miały swoje imiona. Kocur to grubas, kotka chuda. Pies cygan. Czarny i kochający wolność. Jak tylko szedł ktoś z rodziny na zakupy do Przyłęku, to cygan z nim. Czasem zostawał tam dłużej w swoich sprawach. Nikt nie pytał po co zostaje, odpowiedzią jest tylko machanie ogonem i uśmiech w spojrzeniu. Było ono rozkoszne i naiwne, pełne niewysłowionej radości.Czarnula
Przyszedł wreszcie dzień narodzin dziecka. Dwie kobiety odbierały poród. Krzyk i płacz dzieciątka był oznaką zdrowia. Rodzeństwo i tato cieszyli się słysząc kwilenie. Poród był prosty, zwykły. Pozbawiony jakichkolwiek problemów. Ból rodzącej tak, żadnych innych nieprawidłowości. Problem zaczął się dla Zenka. Ucieszony, a jakże. Słysząc dziecko i radosne komentarze kobiet odbierających poród. Rodzeństwo nie mogło doczekać się ujrzenia braciszka albo siostrzyczki. Najbardziej jej widok przeżył Zenon.
Dziewczynka! Tylko w domu wszyscy latem mają cerę skórki od chleba lekko przypalonej, włosy barwy pszenicznej słomy. A tu początek stycznia, dziewczątko śniade z czarnymi jak węgiel włoskami.
Dla Zenona pojawiła się zagadka, ale dopiero po kilku dniach od narodzin. Dziecko postanowiono nazwać Wanda. Zenonowi zaczęło się roić w głowie, że to wina Zdzisławy. Ona zadać się musiała z jakimś brunetem, może nawet Cyganem jakimś. Tylko skąd? Niee, to raczej inne dziecko w Janowcu powinno być ciemniejsze. Dopiero człowiek z Laskówki przychodzący po miód do Janowca wytłumaczył w czym rzecz. To nie zdrada małżonki ani jej wpatrzenie w kogoś. Zna to z własnej przeszłości. U brata urodził się czarny chłopiec, taki prawie murzynek. Żona brata pokazywała zdjęcia swojej mamy z Afryki jeszcze. Jej babcia pokochała murzyna, z tego związku urodziła trójkę dzieci. Blondyni z niebieskimi oczami, jedynie wargi nieco bardziej mięsiste. Dopiero żona brata urodziła jako drugie dziecko małego mulacika. Żadnych czarów, zabobonów czy zdrad nikt nie podejrzewał, bo ich nie było. Pokochano dziecko i tyle.
To tłumaczenie, chociaż rozmowa nie trwała długo, przekonała Zenona. Szybko przekonał się do córeczki i pokochał ją bez oporów. Patrząc na dziewczątko sam w myślach pukał się w głowę myśląc o swoim podejściu do Wandeczki. Ludzie z Janowca po latach mówili, że charakterem i upodobaniami jest najbardziej podobna Zenonowi.
Obok krzaków kawałek za Przyłękiem, jakiś harmider w krzakach wybija dwójkę podróżnych z zamyślenia. Kuropatwy się rozbiegły, jedynie koń nie dał się wytrącić z równowagi. Szedł przed siebie, pewnie też sobie coś myśląc. Na skrzyżowaniach furman go poinformuje jak pójść dalej. Dzisiejszy dzień jest inny i to jest odmiana dla konia.
Ludzie znowu zamyśleni, spokojni. Nic ich nie wyprzedzi, z naprzeciw dróżka pusta. Można zdać się na konia. Kiedy nie będzie poganiany, kiedy nie poczuje napiętych lejc, to w pewnej chwili obierze kierunek domu albo się zatrzyma.
Pod koniec wakacji po siódmej klasie, Wandę złapała ospa wietrzna. Przeszła ją wyjątkowo ciężko, odchorowała ją za siebie i rodzinę. Przebieg wiatrówki był tak uciążliwy iż ciągnął się jeszcze po rozpoczęciu roku szkolnego. Doszły jakieś komplikacje, kiedy problemy się skończyły jak się zdawało. Nastąpiło zapalenie opon mózgowych. Wylądowała w szpitalu we Wrocławiu, po ponad półtora miesiącu jeszcze w Kłodzku przez dwa tygodnie była obserwowana, na koniec w domu była kurowana.
O powrocie do szkoły w tym roku musiała zapomnieć. Kiedy wróciła do domu, przyszła wczesna zima. Ostre i zaskakująco długo trzymające mrozy. Gdy gorączka zniknęła wraz z chorobą, natychmiast przyszła jej ochota do wyjścia na dwór.
Wincentego, najstarszego z rodzeństwa prosić długo nie musiała. Jest uśmiechnięta, rumiana z błyszczącymi zdrowiem oczami. Zdrowie wróciło. Co z tego, że Monika, nieco starsza siostra protestowała. Brat z siostrą wymknęli się z domu i natychmiast znaleźli się we mgle kładącej szadź i szron na wszystkim. Świat stał się bajkowy, dla brata normalny i zwykły. Wandzie otoczenie kazało iść powoli i patrzeć z podziwem. Przez małe okienko w pokoiku zwróciła rano uwagę na zmiany, teraz na zewnątrz widzi inny znany świat. Janowiec stał się udekorowany, zmieniony w baśń. Dopiero przy ostatnich domkach przy strumieniu, kroki szybko prowadzą ku zamarzniętej rzece. Wanda uwielbia, kiedy lód bywa czysty i wolny od śniegu. Lubi się ślizgać, chodzić po nim i przyglądać się dużym rybom pływającym pod taflą. Teraz patrząc z brzegu na spękania w lodzie, wie jak jest grubi i twardy.
Natychmiast bierze rozpęd z brzegu i śmiejąc się dojeżdża do środka rzeki. Jak cudownie jest znowu być zdrową. Bierze rozpęd i kilkunastometrowym ślizgiem sunie w stronę wodospadu, ponownie bierze rozpęd i jeszcze jeden. Lód jest porysowany śladami łyżew. Z dwadzieścia metrów przed progiem widzi kij wystający z lodu, pewnie ktoś zaznaczył granicę cienkiego lodu. Robi obrót na lodzie i teraz dopiero coś sobie przypomina.
Wpada w duży dołek oznaczony kijem uprzedzającym o przerębli już zamarzniętej. Cienki lód pęka i wyciągnięte ręce Wandy próbujące złapać krawędź lodu na nic się zdają. Natychmiast jest pod lodem, twarzą do świata. Szczęściem jest na solidnym wdechu. Otwartymi oczami widzi kogoś, później brata. Ci po drugiej stronie coś krzyczą. Wanda tylko patrzy, oni widzą pod lodem jej spojrzenie. Na twarzy nie ma przerażenia ni lęku, tylko spojrzenie.
Teraz Wandę otacza jasny półmrok, to śnieg na lodzie. Widzi też ślady butów chłopców nad sobą. Teraz jest już ciemno. Słyszy szczebiot sikorki, furgot skrzydeł wróbla. Teraz wśród czegoś, jakichś ruin widzi wnękę i wychodzącego z niej człowieka w łachmanach, dziwnie wygląda. Poczuła objęcie zimna. Jakiś chłopczyk z dziewczynką idą w ciemności przez miasto i jakiś człowiek za szafą czający się z pistoletem. Widzi tego samego człowieka na łące gdzie śpią inni ludzie. Człowiek bawi się lalką zmieniającą się w dziecko. Teraz znowu ciepło, ciepła woda. Jakaś krzątanina, woda jest brązowa, ale czy brudna? Natychmiast zmienia się jej kolor, nigdy nie widziany przez Wandę turkus. Ogarnia ją ciepło. Unosi się w tej wodzie, w jej toni. Teraz widzi się w wodzie ze sporej wysokości, okazuje się nie jest w niej sama. Tylko jedyna się w niej unosi, inni płyną w jedną stronę. Wszyscy mają na sobie idealnie białe koszule płócienne, podobne siermięgom. Jeszcze sekundę zatrzymuje się nad tym widokiem.
Teraz ogarnia ją ciemność, czarna ciasna przestrzeń. Przeciskana jest jest przez coś ciasnego niepomierne, ta czerń jest gorąca. Słyszy uderzenia podobne do walenia młotem. Jakieś dłonie skądś ją wyciągają. Światło ją razi, jest zimne i takie obce. Wanda chce wrócić do wcześniejszych doznań, dłonie jej na to nie pozwalają. Czuje uderzenie w siebie, nie potrafi określić miejsca. Słyszy swój wdech i płacz. Brat z kolegą wywlekają ją z wody. Przed samym progiem podnieśli kamienie, którymi ktoś sprawdzał z brzegu grubość lodu, ich uderzeniami skruszyli lód. Szczęśliwie Wanda tu się pojawiła. Ostatnie metry lód przykryty jest śniegiem. Chłopcy są niemal w takim stanie jak ta wyciągnięta z lodowatych objęć dziewczyna.
Próbują prowadzić Wandę rzeką, ślizgają się i wywracają, ale tak iść muszą. Szkoda czasu na wdrapywanie się na wyższy brzeg. Udaje się przy strumyku wyjść na brzeg. Wanda jest przytomna, milcząca i może samodzielnie jako tako iść. Szybko zauważa jak mróz ściął wodę w jej ubraniu. Teraz jest sztywne niemal jak zbroja. Zrobiło się jej ciepło. Chłopcy coś do niej mówią, Wanda milczy. Ma siłę iść i to dość szybko. Tak idą przez wieś pustą i cichą. Mgła gęstnieje. Jej ubranie pokrywa się szronem, podobnie jak ubrania chłopców niemal do pasa dokąd zmoczone. Twarze rumiane. Wanda jest aż czerwona. Jej włosy są zlodowacone, podobnie jak myśli. Nie ma w niej rozpaczy ani żadnego lęku, przestrachu czy wstydu.
Kolega skręcił do domu. Rodzeństwo spokojnie idzie dalej. Robi się szaro na dworze. Ich gospodarstwo wygląda jakby było wewnątrz baśni usadowione. Wanda na sekundę zatrzymuje się. Cygan podchodzi do nich lekko merdając ogonem. Kot wychodzi ze stodółki, kury odzywają się w kurniku. Teraz nawet brat przystanął czekając co zrobi siostra. Ona rusza dalej.
Po wejściu do kuchni, mama będąc wcześniej gdzieś w gościnie podnosi raban. Ręce i głos się jej załamują. Lamentując rozbiera Wandę widząc co się stało. Każe starszej siostrze przygotować balię i nalać tam gorącej wody. Bratu się dostaje ochrzan. Z niepokojem oczekuje na reakcję taty, który gdzieś u kogoś jest. Do brata powoli zaczyna docierać jak wielkie szczęście mieli w ratowaniu siostry i jak bezmyślnie postąpił wyciągają siostrę na rzekę. Od taty mu się oberwie.
Kolejnego dnia mama poszła do Przyłęku zamówić mszę za Wandę. Jest problem, najlepiej da się to zrobić w Laskówce, terminy i wielość innych intencji. W Laskówce jeszcze można jedną intencję spokojnie dołożyć. Kiedy przyszła niedziela Wanda pokręciła nosem, położyła się do łóżka i mama z tatą sami piechotą poszli do Laskówki, rodzeństwo wybrało Przyłęk. Kiedy tylko wyszli, Wanda wstała i poszła do zwierząt, weszła na drogę przyglądając się śladom butów rodziców, którzy poszli do Laskówki.
Wincenty nim poszedł do pracy w celulozowni dostał porządną burę od taty. Mniej niż się spodziewał. Najgorszy był długotrwały sen Wandy po topieniu, spała całą dobę, kolejnego dnia i następnego. Później Wanda była już na nogach, ale żadne słowo z niej nie wyszło. Jest pogodna, ale nie uśmiechnięta. Wzięła się za porządki, po dwóch dniach już na dłużej wyszła na zewnątrz. Robiła co trzeba w gospodarstwie i milczała. Kolejnego dnia jest uśmiechnięta, następnego zamyślona, wciąż milcząca.
Mama zarejestrowała ją do przychodni. Poszła do sąsiada i poprosiła o podwózkę. Pojechały do Bardo. Lekarka zbadała, pokiwała głową, pomyślała. Według niej z dziewczynką jest w porządku, sporo przeszła w tym roku. Kiedy dowiedziała się o wypadku na lodzie stwierdziła szok, który minie. Czas potrzebny tylko, dbanie o zdrowie, obserwacja. Jak coś się pogorszy, to przyjeżdżać. Jak będzie lepiej, to się cieszyć. I mówić do dziecka, jak najwięcej. Dawać książki do czytania. Jak da się przekonać, to nawet niech mówi będąc sama do lustra, niech ćwiczy.
Wanda robiła i żyła w domu jak zwykle, ale nic nie mówiąc. Nie słuchała radia. Kiedyś chodziła na telewizję do jednego z mieszkańców, teraz nie dała się wyciągnąć z domu na telewizję. Coraz częściej była zamyślona. Rodzeństwo i koledzy Wincentego stwierdzili, że kiedy Wanda jest tak zamyślona, staje się atrakcyjniejsza. W tym zamyśleniu na nikogo nie zwraca uwagi.
Wincenty zaczął bardziej obserwować siostrę, również dwie starsze siostry często przyglądały się Wandzie. Wincenty obserwował w każdej możliwej chwili, aż nastała wiosna. Już nie dało rady przechodzić rzeki lodem, a łodzie jeszcze nieużyteczne. Mama jakiegoś dnia informuje zdecydowanie Wandę, że dała na mszę za jej zdrowie. Tym razem mszę będzie na pewno w Przyłęku z tylko jedną intencją, Wanda nie protestowała. Wincenty został w domu, tak było co drugą niedzielę. Raz tato, raz syn. Co trzecią niedzielę, któraś z sióstr. Zostawały szykować obiad.
Wanda zna przyłęcki kościół i ludzi przyglądających się jej ukradkiem i jawnie. Tym razem nie uczestniczy aktywnie we mszy Znaczy przyglądając się jej milcząc. Wstaje, klęka, składa dłonie do modlitwy. Jednak widać też jej usta, są zamknięte i twarz bez emocji. Podczas kazania patrzący z boku, może się wydawać jakby Wanda przysypiała, odpływała. Dopiero podczas podniesienia ożywia się. Patrzy wielkimi oczami na księdza trzymającego w dłoniach nad sobą… Nad podniesionymi rękami, kiedy kapłan wypowiada słowa o ciele Chrystusa, Wanda zauważa jakieś poruszenie, drgnięcie powietrza. Trwa to dwie trzy sekundy. Nad modlącym się człowiekiem pojawiają się postacie całe w złocie. Żadna nie ma oblicza. Obraz znika, Wanda nadal jest milcząca, ale coś się z nią wewnątrz dzieje. Kiedy wydaje się, że pójdzie do komunii, wychodzi z kościoła.
Przed kościołem czeka do końca. Rodzina wychodząc zadaje pytania. Nie jest to grad pytań, są spokojne i w każdym jest zdziwienie. Rodzina szczerze nie potrafiąca pojąć nic z tego co się stało, ani dlaczego Wanda jest taka jaka jest.
Odgłos podków na asfalcie każe wrócić podróżnym do chwili obecnej. Wjeżdżają do Sadlna. Wanda skupia się na zabudowaniach, nigdy nie była w tej miejscowości. Po drodze mijają się z dwoma furmankami i jakimś autem. Dojeżdżają do Ząbkowic, tu ruch jest większy. Tylu ludzi Wanda nie widziała dawno. No, nie licząc procesji na Boże Ciało w Przyłęku. Przygląda się ulicom miasta, jest tak egzotyczne. Nie potrafi określić na jakiej są ulicy. Po jakimś czasie przejeżdżają pod motem kolejowym. Akuratnie gdy są pod nim, przejeżdża nad nimi pociąg. Poruszenie Wandy jest większe niż konia na ten odgłos cywilizacji. Chodząc do szkoły w Przyłęku wiele razy słyszała przejeżdżający pociąg, słyszała gwizd parowozu. Kilka razy widziała pociąg na przejeździe w Przyłęku, ale nigdy pociągiem nie jechała.
Gwar miasta przenika Wandę na wskroś. Po czasie, chyba nie za długim wyłania się przed nimi z lewej bardzo duży budynek. Przed nim stoi kilka osób. Furmanka zawraca i zatrzymuje się w malutkim zakolu przed szkołą. Uczniowie stający na placyku przyglądają się nowej uczennicy. Jej strój mocno kontrastuje z pojazdem jakim przyjechała i z furmanem. Kiedy koń się zatrzymał, pasażerowie spojrzeli sobie prosto w oczy.
— Córeczko, adres znasz. Jakbyś pobłądziła spytaj się ludzi.
— Dziękuję tato. Nie martw się.
Kiedy zeszła, furmanka rusza spokojnie. Zenek nie ogląda się za córką, poradzi sobie sama.Szkoła
Kiedy Zenon odjechał kilkaset metrów od szkoły zakręciło mu się coś w nosie, podgonił nieco konia. Budziły się w nim odczucia wobec Wandy. Zanim się urodziła, wspólnie ze Zdzisławą czekali. Po rozwiązaniu był zawiedziony urodą wyczekiwanej córeczki. Szybko przy pomocy znajomego podniósł się. Rozkwitł na nowo. Całe serce włożył w dzieciątko. Cieszył się jej dorastaniem, choć nigdy nie był wylewny. Dzieci rosły, rodzice z nimi dorastali do kolejnych problemów.
Czasem ostrą zimą podwoził dzieci swoje i sąsiadów do szkoły, często inni rodzice nawzajem się wspierali. Było to czasem kilkanaście dni zimy. Piętnaście stopni mrozu, coś zwykłego, wtedy dzieci szły piechotą. Zostawiały małe ślady bucików w śniegu, jakie w polach zostawiały kuropatwy. Dzieci szły najczęściej w kilkoro. Nie umawiały się na godzinę. Przyszła pora, wychodziły i często spotykają kolejne dzieciaki i tak mijały lata, aż do tej ospy cholernej. Ona tak bardzo zmieniła Wandeczkę. Później ten lód. Nie miał ochoty wygarbować skóry synowi za to co zrobił. Cieszył się tylko z życia dziecka. Wtedy dopiero zauważył jak bardzo z nią się zżył.
Topienie i spanie tak długie po nim, dużo w Wandzie zmieniło. Pójście do kościoła w Przyłęku i wyjście z mszy. Od tej pory Zdzisława potraktowała jej zachowanie jako świętokradztwo. Rodzeństwo traktowało najmłodszą z coraz większą rezerwą. Tylko Zenon nie zmienił podejścia do Wandy.
Kiedy Furmanka wjechała na ulicę Długą, wtedy Zenon pozwolił wypłynąć dwóm łzom z oczu. Nikogo na drodze, nikt nie zobaczy wzruszenia. Na podwórko wjechał już spokojniejszy. Akuratnie Felicja była pod domem. Ostatnio widzieli się przed wakacjami, kiedy Zenon załatwił mieszkanie u Felicji. To znajoma jeszcze sprzed wojny. Była w Dachau, przeżyła.
Zenon zszedł z furmanki, przywitali się. Felicja ucieszyła się na poznanie najmłodszej córki dawnego przyjaciele. Do Ząbkowic przeprowadziła się przed pięciu laty, korzystając z dawnych znajomości. Budynek ma być wyburzony, wtedy otrzyma w zamian nowe mieszkanie w nowym budownictwie. W nowo planowanym osiedlu.
Po powitaniu Zenon zanosi bagaże Wandy do jej nowego lokum. Do szkoły spokojnie mogła dojeżdżać z Przyłęku. Tyle lat chodziła tam pieszo, pod wieczór by wracała. Jednak Zenon widział coraz większe wyobcowanie dziecka, powoli rodzące się podziały, niechęci. Dochodziło do kłótni, nie były jakieś ostre i nie zawsze prowokowane przez kogoś z rodziny. Jakby same z siebie powstawały z nie wiadomo jakiego powodu. Czasem już nawet Wanda wybuchała. Zdarzyło się to kilka razy, Zenon nie wtrącając się, obserwował Wandy zwroty czy słowa, jakich nie słyszał w rodzinie, od sąsiadów, ani w kościele. Wreszcie kiedyś będąc w szpitalu u znajomego, zobaczył kobietę, jakby podobną do dawnej znajomej. Zaczepił ją, nie krępował się ludzi. Okazała się dawną koleżanką, powiedziała gdzie mieszka. Raz odwiedził ją, kiedy nie było robót polowych. Przyjechał okazyjnie z sąsiadem, wrócił autobusem po dwudziestej.
— Oo, w tym pokoju. Będzie jej. Połóż bagaże tam. Napijesz się herbaty?
— Muszę lecieć.
— To trzymaj się Zeniu. Zajrzyj jeszcze. Szkoda, tak szybko znikasz. Można porozmawiać o dawnych czasach.
Kiedy wychodzili na podwórko Zenon chce odpowiedzieć, zobaczył końską kupę.
— Daj spokój Zeniu. Przed wieczorem uprzątnę.
***
Wanda po wejściu do budynku szkolnego jest zaskoczona jego innością od wszystkiego co dotąd widziała. Będąc na korytarzu, nieopisanie przestrzennym, niemal wielkim jak wnętrze kościoła w Przyłęku. Zaskoczona obserwuje ogrom klatki schodowej. Wszędzie mrowie ludzi, to znaczy młodzieży. Część z tej młodzieży wygląda jeszcze jak siódmoklasiści, część jak niemal dorośli ludzie. Od dorosłości dzieli ich powaga, raczej jej nieobecność. Brak takiej dorosłej ważności. Po chwili zauważa kilku niemal dorosłych mężczyzn. Szybko orientuje się, jak wyglądają uczniowie najstarszych klas, pewnie są najstarsi rocznikowo. Jest nauczyciel. Nie myli się na pewno. Nie wygląda na starca. Jest poważniejszy od,,mężczyzn uczniowskich,,. Widać w nim jakąś rezerwę wobec wszystkiego na co patrzy. Przechodzi przez tłum, przenika właściwie przez niego, nie manewruje, nie kombinuje jak przejść. Przechodzi, wszyscy przed nim rozpływają się nie dotykając go. Jest jak kaczka w kałuży. Brodzi w wodzie, a mimo to jest nadal sucha.
Ktoś idzie nawołując rodzaj klasy. Zastanawia się czy stojąc tutaj, ktoś przejdzie obok nawołujący na zbiórkę do klasy krawcowej. Ten co nawoływał mówił coś o mechanikach czy elektromechanikach. Raczej o elektromechanikach, takiego słowa jeszcze nie słyszała, a naprędce nie umiałaby sobie tego wymyślić. Ten ktoś wymówił numer, klasę i piętro.
Kiedy pierwszy szok opuścił Wandę, nieco nieśmiało ostrożnie schodek po schodku, bardzo powoli wchodzi coraz wyżej. Wszystko jest tu nowe. Wielkie i nieznane. Każdy jest obcy. Przecież koledzy z ósmej klasy opuścili już kiedyś szkołę, ona zdaje sobie sprawę jak bardzo jest tutaj sama. Gdyby przyjechała autobusem z ósmoklasistami młodszymi o rok, nawet gdyby tylko jeden z dworca szedł do tej szkoły, to przyszłaby z nim. Nie byłaby w tym tłumie tak samotna. Przecież już na wiosnę zaczęła mówić. Można było się zapytać, ktoś by podpowiedział.
Usłyszała przez ciżbę wołanie pierwszoklasistów na kierunek krawcowa. Natychmiast postanowiła odszukać właściciela głosu. Zobaczyła kilka dziewcząt snujących się chyba w tym kierunku gdzie i ona szła.
Stroje wszystkich uczniów tego dnia są podobne. Patrząc na być może przyszłe koleżanki zauważa dwie w innych ubiorach, natychmiast skądś wie, że one same zrobiły dla siebie te ubrania. Odróżniają się. Według Wandy nie znają się, ale wybrały naukę zgodnie z zainteresowaniami. Zainteresowania Wandy są inne, w żaden sposób nie potrafiła ich sprecyzować, nazwać. Zdecydowała mama. Stwierdziła jej umiejętności kulinarne jako wystarczająco wysokie, to pora by umiała choć skarpety cerować przyszłemu mężowi. W domu raczej nie zostanie. Każdemu chłopu coś może się nie spodobać, rozkładać nogi potrafi każda. Jak jeszcze oporządzi męża jak należy, to nawet jak głupi będzie, to doceni w końcu pełny talerz z czymś smakowitym. I ubranie, w którym nie będzie się musiał wstydzić pośród kolegów.
Przed wyjściem z klasy, dowiedziała się od jakiejś koleżanki o ulicę gdzie ma zamieszkać. Już tylko nad tym co w szkole potrzebne skupiła się do końca pobytu pierwszego dnia.
Wychodząc z budynku, wypływa na zewnątrz strumieniem młodości, wesołych rozmów, różnych temperamentów. Z początku tłum po kilku krokach spowalnia rytm zmieniając się w grupy i grupki, część z nich przepływa na drugą stronę drogi. Im bliżej wiaduktu, tym bardziej zawirowania między osobami rozdzielają się w niewielkie stadka. Przed wiaduktem prąd młodzieży dzieli się na kolejne odpływy. Za wiaduktem większa, ale węższa odnoga płynie w kierunku dworca, młodzież grupuje się tworząc chwilową tamę. Zerka w stronę schodków, którymi też kiedyś się przejdzie. Teraz tylko się przygląda, trzymać się wskazówek.
W towarzystwie grupki dziewcząt idzie spokojnie. Dziewczęta rozmawiają sobie, nieznane jej koleżanki, o żyjących jeszcze w ich pamięci wakacjach. Pamięć niektórych ma imię, budzi podziw lub śmiech.
Jej starsze siostry chodzą do szkół w Kłodzku i jakoś nie przejmowały się Wandą. Szczęściem było zaczęcie mówienia przez nią. Milczała bez powodu. To znaczy rodzina, znajomi, lekarz ani ksiądz, powodu nie znali. Ksiądz zalecał modlitwę, lekarz ćwiczenia. Może ktoś się modlił o łaskę odzyskania mowy dla niej, podejrzewała o podobne intencje tatę, może też był ktoś obcy. O jakichkolwiek ćwiczeniach nikt, łącznie z Wandą, się nie zająknął. Wanda nie modliła się, skądś jakość mgliście docierała do niej przyczyna zaniemówienia, kiedy tylko zebrała się w niej chęć powiedzenia o tym czy owym, chęć natychmiast znikała. Coś w niej mówiło wewnętrznym głosem, nie pora jeszcze. Najczęściej głos ten słyszała we śnie. Często mówił coś niegramatycznie, zawile lub też prosto i niespodziewanie, trudno jej było to spamiętać. Zaufała głosowi i nie było w niej potrzeby mówienia czy tłumaczenia powodu.
Jest już obok poczty. Małe grupki rozproszyły się, uczniowie wmieszani w gwar codzienności. Młodość jak transfuzja zasila miasto życiem, radością i optymizmem. Wanda poczuła lekkość, taką jak kiedyś czuła ostatniego dnia szkoły w Przyłęku.
Zdaje sobie sprawę jak niewielu uczniów jest przy niej. Ze wskazówek jakiejś koleżanki wie o potrzebie skrętu w prawo przy poczcie, później w lewo. Ale, które lewo. Podchodzi do przejścia dla pieszych zastanawiając się czy teraz w lewo, czy w lewo w kolejną ulicę. Zatrzymuje się na krótko. Przechodzi przez pasy i ponownie zatrzymuje się po drugiej stronie.
Pierwszy raz w życiu jest sama w mieście. Zaledwie parę razy była w Ząbkowicach z rodzicami, raz w życiu w Kłodzku. We Wrocławiu już częściej bywała. Dwa razy w zoo, czuła się wyróżniona widząc zwierzęta. Były to ważne wizyty. Oglądała z bliska zwierzęta o jakich mówili koledzy z klasy, wspominając serial o Elzie, lwicy żyjącej w buszu. I ten jeden jedyny raz, kiedy do Ząbkowic pojechała z tatą na występ cyrku. Najdziwniejsze było zareagowanie tłumu, kiedy umożliwiono wejście do namiotu. Chyba żadne dzikie zwierze występujące na arenie nie było tak dzikie jak publiczność szturmująca namiot. Pamięta panią opodal wejścia rozdającą program, była mijana jak nieistniejący duch chcący powiedzieć co czeka ich w namiocie.
— Koleżanka czegoś szuka? Chce gdzieś trafić? — pytanie dociera do jej świadomości.
Wanda niemal jak obudzona rozgląda się.
— Tak, to znaczy nie. Wiem dokąd iść, tylko nie wiem gdzie to. Dziewczyna w szkole wytłumaczyła wszystko. Pamiętam pocztę i drogę w lewo, tylko tam widzę kolejną ulicę i nie wiem, która to.
— To może nazwę pamiętasz?
— No tak, jaka nierozsądna jestem. Długa. — Wandzie ulżyło.
— Numer. Numer domu, pamiętasz.
Wandzie trochę zakręciło się w głowie z wrażenia.
— Felicja. Pani Felicja Sztosik.
Pytająca dziewczyna wpada w niepohamowany śmiech. Szybko się opanowuje mówiąc.
— To sąsiadka. Mieszka pod nami. Pójdziemy najprostszą drogą. Inne warianty poznasz sama chodząc. — dziewczyna zamilkła na sekundę — Albo nie. Zaczniesz poznawać dzisiaj. O szesnastej trzydzieści mam zanieść rysunek kowalowi. Tato do pieca czegoś metalowego potrzebuje i mam zanieść kowalowi rysunek. Mieszkam piętro wyżej, wpadnę po ciebie. Chyba jakbyś nie chciała.
Wanda radośnie kiwnęła głową.
— Mam na imię Janina, ale mówią mi Jasia. Lubię to zdrobnienie. — zaczynają iść, prowadzi Jasia.
— Czyli druga w lewo. — reaguje Wanda widząc, ku której ulicy kieruje się koleżanka.
— Tak. Tu pani widzi resztki murów obronnych dawnego Frankensztajnu. — obie zaczynają się śmiać — Widzi pani. Nazwa ta stara, wiąże się z historią niesamowitości. Tak straszną, że dziewczątka jak my, nie mogą tego słuchać w żadnym wypadku.
Tu na sekundę jakby spoważniała, raczej na jej ułamek. Zaraz też znowu staje się przewodniczką.
— Tam na wprost widzi pani. A jak panna ma na imię.
Wanda weszła w rolę.
— Nie wiem czy tak szybko będziemy wchodzić w komitywę. Wolę poznać kto zacz, ten przewodnik i dokąd mnie doprowadzi.
— Najpewniej do zadowolenia. — obie śmieją się radośnie, idąc chichrają się — Nazwy ulic panna pozna po zwiedzaniu ich dziennym. Przed nami wielka atrakcja miasta. Wieża, która już pierwszego dnia wizyty mojej rodziny w mieście tak ją zainteresowała.
— A cóż takiego zaciekawiło pani rodzinę?
— To, że przyjdzie dzień, kiedy tak się ta wieża przychyli, aż się wykopyrtnie. I tak długo rodzina Kurcebów czekała na to, no.
— Wykopyrtnięcie się.
— Tak. Na wykopyrtnięcie się tej starożytnej budowli. Aż na świat przyszła mała Janinka.
Tu przerwała skręcając na podwórko. Po sekundzie patrzenia na końską kupę, Jasia kontynuuje.
— A to co tutaj robi!? Bezpański koń nas odwiedził?
— To na pewno mój tato tu był. Przywiózł mnie pod samą szkołę, aż z Janowca.
Jasię jakby zatkało i z ogromnym odkrywczym zdumieniem mówi.
— To o tobie dziewczyny mówiły. O jakiejś młodej, przywiezionej furmanką pod samą szkołę.
Wanda teraz już poważnie.
— Tato mógł to sprzątnąć. Masz tu jakąś łopatę i grabie. Zaraz porządek z tym będzie. Nie będą luźne kupy paskudziły nam podwórka.
Nagle obcy głos się odzywa.
— Ja już to sprzątnę. Wandeczko wyjdź do mieszkania. Zaraz zrobię z nią porządek.
— Dzień dobry pani Felko. — odpowiada Jasia.
— Poznałaś się z Wandzią? — ciepło odzywa się pani Felka.
— Tak. Później zabieram ją do kowala. Niech pozna miasto.Nowe życie
Wanda zapoznała się z mieszkaniem Felicji, jej kuchnią i pokojem, który mogła dostosować dla swoich potrzeb. Poznała kuchnię gospodyni, jej kulinarne upodobania oraz jej kocurka, słodko mruczącego i leniwego. Jak się z czasem przekonała, kocur całymi dniami gdzieś się błąkał i tylko raz na jakiś czas zaglądał do Felicji. Gościł wtedy u niej kilka dni. Wysypiał się do syta, pomruczał głaskany, czasem pomiauczał. Kiedy potrzebował się załatwić stawał przy drzwiach wejściowych i czkał aż mu będzie otworzone.
Zanim nadeszła Jasia, porozmawiały sobie z Felką. Zenka zna jeszcze sprzed wojny. Od wybuchu wojny nie wiedziała co z nim. Dopiero przypadkowe spotkanie przywróciło wspomnienia. Chętnie zgodziła się gościć córkę przedwojennej sympatii. Wanda zastąpi jego obecność, tak tęskniła przez lata.
Felka stwierdza spore podobieństwo Wandy do Zenka. Zewnętrzne nie istnieje, ale już po kilku zdaniach, uśmiechu i ruchach głowy zauważa podobieństwo budzące ciepło i wspomnienia.
Tuż po szesnastej jest już przebrana. Felka zwróciła wcześniej uwagę na temat Jasi.
— Czasem to dziewczę jest nieużyte i ciąga się za chłopakami. Ale uczciwa i lubi śmiech. O ile ją znam, będzie pięć minut wcześniej. Raczej się na niej nie zawiedziesz.
Faktycznie, pukanie rozległo się wcześniej. Wanda wychodząc z domu jest nastawiona na poznanie nowego miejsca. Jasia zaproponowała na początek podejście pod wieżę. Wanda będąc tam nieco się rozgląda, zapamiętuje szczegóły. Jutro wróci ze szkoły inną drogą i każdego dnia nową.
Wieża robi spore wrażenie na Wandzie. Podchodzi do niej, dotyka kamieni. Patrzy w górę sprawdzając zakrzywienie. Patrzy z uśmiechem na Jasię, ta odpowiada z uśmiechem dodając.
— Trzeba ruszać. Sama tu przyjdziesz porozmawiać z kamieniami. Mama pamięta jak pierwszy raz poszła z tatą na spacer. Zadziwiła ją budowla. Później, kawałek dalej mieli dziwne spotkanie. Marynka mi kiedyś tylko napomknęła coś o tym. Teraz nawet nie pamiętam, dawno temu. Marynka to moja starsza siostra. Nikt nic więcej na ten temat się nie zająknął. Ani Florek ani Gienek. Czasem Marynka mówiła, to o czym milczą rodzice. Wiesz, przeżyli wojnę. Nie o wszystkim chcą mówić. Czasem jacyś skryci się wydają. Wiesz co? — dodaje z radosnym uśmiechem — Powiedziałam mamie jakie sąsiedztwo będziemy mieli.
— Jakie? — pyta uśmiechnięta Wanda.
— Mama jest krawcową. Mówi, że możesz zajrzeć jakby co. No wiesz.
Wanda cieszy się w duchu z układania się spraw jakby tak, poza nią. Ruszają, jak się okazuje w kierunku rynku. Jasia zauważa spokojny chód Wandy. Widzi jak zerka na wystawy, markizy jeszcze miejscami wiszące nad niektórymi sklepowymi wejściami. Przygląda się ratuszowi i jakimś pracom z nawierzchnią rynku.
Na rynku stanęła tyłem do budynków mając ratusz po prawej stronie. Nie interesuje się tym, że może Jasia spieszy się do kowala, poczeka. Teraz, ten widok całego rynku jest istotny. Szyldy sklepów, popołudniowy ruch. Co z tego, że wakacje skończone. Jeszcze młodzież kręci się delektując się tym wyrwanym rokowi szkolnemu skrawkiem popołudnia. Może te chwile podkreślają wartość całych wakacji. Jeszcze nie ma pośpiechu. Nie trzeba gonić.
Powoli rusza za przyglądającą się jej Jasią. Będą szły w dół. Idą ulicą, Wanda z opuszczoną głową. Kiedy ją podnosi, patrzy zdumiona na tabliczkę nazwy ulicy, zadaje pytanie.
— A któż to taki Patrice Lumumba?
— Pojęcia zielonego nie mam. Podobno afrykański politykier. Albo murzyński polityk.
— A jest jakaś różnica.
— Afrykański, to na pewno nie czarny. Więc nie polityk, tylko politykier. No taki wypijający krew narodu dla kolonialistów. Murzyn, więc patriota. Robi coś dla swojego plemienia, czy narodu. Widzisz różnicę?
— Na tabliczce tylko imię z nazwiskiem.
— To może czerwony. — Jasia uśmiecha się.
— Jak indianin? Widziałaś indianina w afryce?
— Nawet o takim nie słyszałam. Ale czerwoni na pewno są.
Powoli idą myśląc o swoich sprawach.
— Wanda. Ja wejdę, tu jest kuźnia. Ty sobie pospaceruj. Tylko nie idź daleko.
Wanda zostawiona sama rozgląda się. Widzi potężny budynek, to młyn. Ogólnie ładne miast, ale sporo budynków odrapanych. Remont albo przynajmniej pomalowanie by się przydało. Po kilkunastu krokach widzi Jasię na chodniku, wyszła z kuźni. Spokojnie zawraca w jej stronę.
Wracają inną drogą. Przez niewielki park i spory cmentarz. Jasia wyjaśnia, że już raczej tu nie będzie pogrzebów. Częściej jakieś ekshumacje. Opowiada o przygodzie jej starszego rodzeństwa, Florka i Marynki, kiedy to znaleźli się przypadkiem w centrum rozgrywki jakichś chuligańskich porachunków.
Wychodząc na ulicę, Wanda widzi jak cmentarz usytuowany jest wewnątrz miasta.
.-Może przejdziemy przez Piętnastego Grudnia? — zapytuje.
— Rynek. Nawet jak ktoś zamiejscowy pyta o drogę, odpowiada mu się rynek. Chyba jakby pytał konkretnie o Piętnastego Grudnia. Podejdziesz jutro na targ?
— Jutro mam siedem lekcji. A gdzie jest? Tato był parę razy.
— Na Ciasnej. Niedaleko nas.
— Innym razem. Po lekcjach poszukam pasmanterii. Jakiś sklep dziewiarski jest blisko?
— WDT, Komis, Wełna, Bawełna, Jedwabie. Zrobisz obchód, wpadnij do mamy. Zapytasz co byś chciała wiedzieć.
Odpowiada Wanda przyglądając się wymianie ławki w rynku.
— Zastanowię się.