Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 stycznia 2021
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Zakochane święta - ebook

Zakochane święta to zbiór jedenastu opowiadań, powstały w celu wsparcia fundacji Rak’n’Roll, która działa na rzecz poprawy jakości życia chorych na raka.

Każda z osadzonych w klimacie świąt opowieści – niezależnie od tego, czy tradycyjna, pachnąca świerkiem, pomarańczą i piernikiem, czy mroczna, która smakuje jak grzech i dobra zabawa – pokazuje, że Boże Narodzenie to magiczny czas, w którym wszystko może się zdarzyć. Wtedy spełniają się marzenia, niemożliwe staje się możliwe, a serca przepełnia nadzieja. Wrogowie stają się przyjaciółmi, niesnaski odchodzą w niepamięć, chęć niesienia pomocy staje się silniejsza niż kiedykolwiek.

Jedenaście niezwykłych autorek. Tyleż samo spojrzeń na najbardziej wyjątkowy okres w roku. Idealna lektura na długie zimowe wieczory.

 

Spis treści

Karolina Zielińska Cud 5
Aleksandra Możejko Asystentka na święta 35
Monika Sawicka Świąteczny cud 83
Agnieszka Kowalska-Bojar Najgorsze czeka nas w przeszłości 89
Ewa Maciejczuk Świąteczny galimatias 121
Aleksandra Mroczkowska Nie zapomniałem 147
Dakota Arizona Szkolna opowieść wigilijna 167
K. Hellishdeer Viscum 199
Justyna Nowak-Wysocka Merry Christmas Mr. Blood 221
P.K. Farion (Nie)zapomniane święta 249
A.M. Fluffy Święta z fanem 277

Kategoria: Antologia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67155-01-4
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

KAROLINA ZIELIŃSKA.
CUD

„Przypadków nie ma;

to, co jawi się nam jako ślepy traf,

pochodzi właśnie z najgłębszych źródeł”.

Friedrich von Schiller

_Czwartek, 20 lipca 2021_

_Godzina 10.45_

_Bieszczady_

Słońce paliło moją twarz, gdy tylko spoglądałam w bezchmurne niebo. Pot spływał z czoła i toczył się wolno wzdłuż szyi, aby na samym końcu oblepić ramiona. Skrzywiłam się. To uczucie nie należało do najprzyjemniejszych. Wyciągnęłam butelkę z ciepłą już wodą mineralną i pociągnęłam kilka solidnych łyków. Było upalnie, temperatura przekraczała trzydzieści stopni. Żałowałam, że na Połoninę Caryńską wybrałam szlak niebieski. Wszyscy ostrzegali mnie przed męczącym wejściem. Trzeba było ich posłuchać. Schowałam butelkę do plecaka i nabrałam powietrza głęboko w płuca. Nie mogłam się poddać. Nie, kiedy jestem tak blisko celu. Przekonując swoje mięśnie do podjęcia kolejnego wysiłku, ruszyłam naprzód. Widok, jaki miałam przed sobą, rekompensował na szczęście wszystkie niedogodności. Szłam przez urokliwy wąwóz i syciłam się tym, co Bieszczady miały do zaoferowania. Uśmiechałam się łagodnie, wspominając słowa dziadka Gerarda. Często mawiał, że to właśnie tutaj w drodze na Połoninę Caryńską odnalazł swoje serce. Musiałam przyznać, że dziadek był swojego rodzaju romantykiem i często jego wybory nie miały nic wspólnego z rozsądkiem, ale chyba właśnie dlatego tak bardzo mi imponował. Jego śmierć była dla wszystkich ogromnym ciosem, a dziś… dziś obchodziłby swoje osiemdziesiąte urodziny i z pewnością nie byłby zadowolony, że nie jestem w formie, kiepsko pokonuję trasę. Może powinnam zacząć częściej odwiedzać siłownię? Albo biegać na dłuższe dystanse? A może obie aktywności? Tak, z pewnością powinnam dawać z siebie więcej. Nagle z mojego gardła wyleciało ciche westchnienie ulgi. Schody miałam za sobą, a w oddali majaczyła niewielka wiata, co oznaczało, że w reszcie mogę ulżyć zmęczonym nogom i zjeść kanapkę, a najlepiej trzy. Nie miałam pojęcia, dlaczego wyszłam ze schroniska bez śniadania, ale cóż. Człowiek uczy się całe życie, prawda?

Zaspana doszłam do drewnianej wiaty, z błogą miną ściągnęłam z siebie trzykilowy plecach i wbiłam zęby w kanapkę z serem, który teraz zmienił swoją fakturę z twardego na topiony. Jadłam kanapkę i rozglądałam się wokół. Prócz mnie było kilka osób; żadna z nich nie wyglądała na zmęczoną. Ba! Nie dostrzegłam nawet potu na ich spalonych od słońca twarzach.

– Pierwszy raz w Bieszczadach, co?

Drgnęłam, słysząc niespodziewanie męski głos. Odwróciłam się jak na rozkaz i utkwiłam spojrzenie w roześmianych zielonych oczach. Facet stał kilka metrów ode mnie w sportowej koszulce i krótkich spodenkach. Na barkach dźwigał plecach znacznie większy od mojego.

– Aż tak to widać? – jęknęłam zażenowana.

– Nie. – Uśmiechnął się szeroko, prezentując garnitur równych białych zębów. – Mam nosa do początkujących. Jak ci się podoba?

– Pytasz o trasę czy o Bieszczady?

– O wszystko.

Zerknęłam na swoją kanapkę, którą bardzo chciałam dokończyć.

– Dobra. – Machnął ręką. – Zjedz, może jeszcze się spotkamy.

Kiwnęłam głową. Byłam zbyt zmęczona, żeby odpowiadać. Serio, muszę popracować nad swoją kondycją, a raczej jej brakiem. Usiadłam na ławeczce i przymknęłam powieki. Było pięknie. Czułam zapach traw i coś jeszcze, coś, czego nie potrafiłam opisać. Dzikość tego miejsca była niemalże namacalna. Z dziwną tkliwością patrzyłam na wyryte w starym drewnie inicjały. Było ich mnóstwo i byłam pewna, że za każdym kryła się niesamowita historia. Niewiele myśląc, wyjęłam z kieszeni klucze od samochodu i wyrzeźbiłam dwie literki Z i G. Symbolizowały mnie i mojego dziadka, bo choć nie był ze mną fizycznie, to czułam jego obecność na każdym kroku.

– Pani się ruszy! Bo wieczorem nie jest dobrze schodzić. – Jakiś starszy facet huknął głośno i kręcąc głową z dezaprobatą, przeszedł energicznie obok mnie.

Być może miał rację. Powinnam się ruszyć. Droga była… monotonna i strasznie męcząca. Chyba nawet bardziej niż wcześniejsza wspinaczka po schodach. Wchodziłam w las. Wysokie drzewa dawały ochronę przed wściekłym słońcem. Przystawałam co kilka metrów, łapałam powietrze i maszerowałam dalej. I tak przez dwie długie godziny. I gdy myślałam, że gorzej być nie może, los postanowił znów ze mnie zakpić, stawiając na mojej drodze strome podejście na szczyt. Miałam ochotę wystawić mu środkowy palec. Poważnie. Zaciskając zęby, stawiałam kolejne kroki i nagle przez moje ciało przeszła fala bólu, która ścięła mnie z nóg. Dosłownie. Straciłam równowagę i runęłam na ziemię. Z niepokojem dotknęłam obolałej kostki. Skóra była napięta i szybko zrozumiałam, że jest opuchnięta. Szlag! W pośpiechu zaczęłam ją masować, ale każdy dotyk powodował większy dyskomfort. Z trudem ściągnęłam z siebie plecak i oparłam na nim swoją głowę, która zaczynała być atakowana przez migrenę. Chaotycznie przeszukiwałam kieszonki, pamiętając, że gdzieś przecież wkładałam tabletki przeciwbólowe. Są! Z radością ścisnęłam w ręce opakowanie tabletek, wycisnęłam jedną z blistra i zamarłam. Nie miałam wody. Cholera jasna, wypiłam wszystko! Wyrzucałam sobie swoją głupotę. Nie byłam przygotowana na tak długi marsz, a tym bardziej na zwichnięcie kostki! Siedziałam na ziemi, czując się tak żałośnie, jak tylko było można.

– A niech mnie. – Znajomy głos zwrócił moją uwagę. – To na mnie tak koczujesz?

– Nie. – Irytowały mnie te rozbawione zielone czy. – Skręciłam kostkę i czekam na cud.

– Ponoć, żeby doświadczyć cudu, potrzeba natrzeć się czosnkiem niedźwiedzim. – Parsknął.

Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Zmęczenie i ból tworzyły chaos.

– Masz wodę? – spytałam cicho. – Moja się skończyła.

– Mam. – Najwidoczniej zrozumiał, że nie jestem skora do żartów.

Podszedł bliżej i usiadł obok mnie. Podał mi butelkę z wodą, ściągając brwi.

– Co teraz? – Skinął w stronę mojej kostki, która zaczęła przybierać fioletowy odcień. – Nie wygląda najlepiej.

– Nigdy nie lubiłam gór – sapnęłam. – Ale chciałam tutaj przyjechać. Chciałam uczcić urodziny dziadka, wspinając się na tę cholerną połoninę.

– Jeszcze nie wszystko stracone. – Uśmiechnął się słabo. – Wyłożyłaś się przed samym szczytem.

– Co?

– Tam… – Wskazał ręką przed siebie. – Tam jest szczyt. Jeśli masz w sobie wystarczającą ilość determinacji, to gwarantuję, że dasz radę tam dotrzeć. Wszystko zależy od ciebie.

– Jak? – Potrząsnęłam głową.

– Pomogę ci. – Poderwał się na nogi. – Idziemy, czy dalej zgrywamy ofiarę losu?

Coś w jego postawie dawało mi poczucie… bezpieczeństwa. Nie wiedziałam skąd ani tym bardziej, dlaczego tak czułam, ale chyba w tej chwili było mi to potrzebne. Ostrożnie podniosłam się z ziemi. Trzymając lewą nogę w powietrzu, założyłam plecak i oparłam się o silne ramię nieznajomego mężczyzny.

– Gdyby teraz dziadek mnie zobaczył – westchnęłam.

– To co?

– Pękłby ze śmiechu.

– Czy ja wiem? Zwichnęłaś kostkę w trasie… to może przytrafić się każdemu.

– Tobie się przytrafiło?

– Nie. – Roześmiał się cicho. – Ale nie bierz mnie pod uwagę. Znam Bieszczady. Przyjeżdżam tutaj tak często, jak mogę.

Uśmiechnęłam się słabo. Chciałam zapytać, skąd pochodzi i dlaczego akurat Bieszczady, ale dotarliśmy na szczyt, a ja zostałam zaatakowana pięknem Połoniny Caryńskiej. Wszystkie myśli, wszystkie słowa, jakie miałam w głowie, wyparowały. Zapatrzona w cudowny krajobraz zapominałam o otaczającym mnie świecie.

Nawet kostka jakby mniej bolała.

Może to właśnie był ten cud, na który czekałam?

_Czwartek, 20 grudnia 2021_

_Godzina 10.45_

_Wrocław_

_ _

Siedziałam w fotelu z kubkiem gorącej malinowej herbaty w dłoni i wpatrywałam się w okno. Za szybą wirowały płatki śniegu. Uśmiechałam się do siebie, zastanawiając się, czy przypadkiem on nie robi tego samego. Zagryzłam wargę. Od naszego spotkania minęło ponad pięć miesięcy, a ja wciąż nie potrafiłam zapomnieć.

– Zuzka! Halo! – Otworzyłam oczy i dostrzegłam stojącą przede mną kobietę w zaawansowanej ciąży.

Miała takie same jak ja niebieskie oczy i blond włosy. Wiktoria była moją o rok starszą siostrą, która teraz niecierpliwie machała gazetą.

– Hm? – Uśmiechnęłam się słabo. – Co się dzieje?

– To ja się pytam, co się dzieje. – Zaparła się pod boki. – Znów o nim myślisz?

– Nie. – Nigdy nie byłam dobra w kłamstwach.

– Powinnaś dać sobie spokój. To było dawno, a ty nawet nie znasz jego imienia! Facet mógł mieć żonę i gromadkę dzieci, a ty straciłaś dla niego głowę jak nastolatka.

– Mógł. – Przyznałam jej rację. – Ale to nie znaczy, że ma, prawda? Poza tym, kto powiedział, że straciłam głowę? Był dla mnie miły, pomógł mi… chciałabym się odwdzięczyć.

– Wiesz, że to, co mówisz, nie ma sensu? Lepiej zajmij się przygotowaniem ryby po grecku, ciotka ją uwielbia.

– Już się robi – odparłam, wstając z miejsca.

Nie chciałam się kłócić z Wiktorią ani z nikim innym. To, co czułam do nieznajomego, było nie tyle dziwne, ile niecodzienne i rozumiałam niechęć ze strony najbliższych. Martwili się o mnie, chcieli mnie chronić. Przeszłam do obszernej kuchni, w której mama grała jak zwykle pierwsze skrzypce. Kroiła warzywa, podśpiewując pod nosem _Cichą Noc_. Nie muszę dodawać, że to jej ulubiona kolęda, prawda?

– Nie mogę się doczekać – powiedziała tonem przepełnionym radością.

– Zawsze lubiłaś Boże Narodzenie – zauważyłam, wlewając olej na patelnię.

– Dziwisz się? – prychnęła. – Przecież to jedyny dzień w roku, kiedy jesteśmy wszyscy razem! Nikt nie musi nagle wychodzić ani zasłaniać się pracą. Szczególnie ty nie musisz uciekać się do takich zagrywek, moja panno.

Udałam, że całą uwagę skupiłam na podsmażaniu cebuli z porem.

– Nie lubię, kiedy rzucacie się na mnie jak wygłodniałe lwy z pytaniami, kiedy w końcu przyprowadzę do domu narzeczonego – mruknęłam. – Albo, kiedy zajdę w ciążę jak Wiktoria, albo dlaczego nie umawiam się z Krystianem.

– No właśnie. – Mama spojrzała na mnie z troską. – Dlaczego? Krystian to porządny gość.

– Nie jestem nim zainteresowana.

– Ale tym obcym chłopakiem z Bieszczad jesteś, prawda? – syknęła. – Zuzanno tyle razy ci powtarzałam. Wybij sobie go z głowy. To nie ma przyszłości, ba… to nie ma sensu.

Wrzuciłam do cebuli i pora ziele angielskie i liść laurowy, po czym wszystko dokładnie zamieszałam.

– Ja tobie też powtarzałam – odparłam cicho.

– Tak. …że chcesz się odwdzięczyć. – Roześmiała się ponuro. – Na litość boską, on pewnie nawet zapomniał, że istniejesz.

– A jeśli nie? – spytałam, zaciskając usta.

– Takie sytuacje się zdarzają, ale w filmach – podsumowała. – Przestań bujać w obłokach i dodaj koncentrat pomidorowy, bo już najwyższy czas to zrobić.

Poczułam pieczenie pod powiekami, ale udało mi się powstrzymać łzy. Nie miałam pretensji do mamy ani do nikogo innego po prostu to, co mówiła, sprawiało mi przykrość, ale nie była jedyna. Miała spore poparcie w rodzinie. Wiedziałam, że muszę omijać temat Bieszczad szerokim łukiem, żeby uniknąć sprzeczek, ale od jakiegoś czasu sami napędzali tę karuzelę, oczekując ode mnie, że wysiądę w połowie zabawy. Być może sądzili, że jeśli będą stanowczy i obcesowi, to w jakiś sposób wyrzucą obcego z mojej głowy. Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Od jakiegoś czasu właśnie tak go nazywałam. Obcym. Szukałam go wszędzie. Odwiedziłam każdy możliwy portal społecznościowy, wypatrywałam go w pracy, podczas zakupów i spacerów, ale bez skutku. Sprawa była o tyle trudna, że nie miałam pewności, czy mieszka w Polsce!

– Wsyp warzywa do środka. – Głos mamy przywrócił mnie do rzeczywistości.

Dodałam marchew, pietruszkę i seler, a następnie przykryłam naczynie pokrywką. Według przepisu babci miało się dusić dwadzieścia minut na wolnym ogniu. W tym samym czasie przygotowałam ryby. Trzeba było je obsmażyć z każdej strony aż do uzyskania złotego koloru.

– Miał jakiś znak szczególny?

– Co? – Nie zrozumiałam. – Kto?

– Ten twój wędrowiec. – Mama roześmiała się cicho. – Może, gdyby miał jakieś cechy charakterystyczne, łatwiej byłoby go namierzyć.

Zmarszczyłam brwi.

– Skąd ta zmiana? – Ostrożnie układałam filety na dnie półmiska. – Przecież byłaś negatywnie nastawiona, jeszcze parę minut temu mówiłaś, że mam go sobie wybić z głowy.

– To nie tak – westchnęła nerwowo. – Ja po prostu troszczę się o ciebie. Nie chcę, żebyś wpadła w jakieś kłopoty. Zależy mi na twoim szczęściu. Więc jak? Miał jakieś znaki szczególne? Może nosił okulary albo aparat na zęby?

– Nie. – Oparłam się o ścianę i skrzyżowałam ramiona na piersi. – Nic z tych rzeczy.

– No to moja droga możesz liczyć tylko na cud.

Skinęłam głową. Cóż, w Bieszczadach na szlaku również na niego liczyłam.

I udało się.

Nie mogłam się poddać.

Musiałam wierzyć.

Bo to, co było w nas najsilniejsze to wiara. Prowadziła nas przez życie i dodawała skrzydeł, kiedy myśleliśmy, że upadamy. Była z nami w każdym momencie, wystarczyło tylko w nią uwierzyć.

– Magia świąt sprzyja cudom, prawda? – Uśmiechnęłam się łagodnie.

– Prawda, choć nie każdy ich doświadcza.

I znów dobrnęliśmy do tej samej przystani. Wiedziałam, co będzie następne i ona także wiedziała, jak to może się skończyć, dlatego urwałyśmy naszą rozmowę. Nie było potrzeby wciąż powtarzać, że to, co robię, nie ma sensu, że nigdy go nie odnajdę. Owszem, mierzyłam się z tym scenariuszem, ale to, co czułam głęboko w sercu, nie pozwalało mi na zignorowanie i porzucenie tej sprawy. Jakaś nieznana siła pchała mnie do przodu i nie pozwalała patrzeć wstecz.

*

Aromat grzanego wina przeplatał się z pachnącymi lasem choinkami i korzenną wonią pierników. Uwielbiałem jarmarki bożonarodzeniowe. Szedłem nieśpiesznie, mijając stoiska z bombkami, szkłem witrażowym, ciepłymi, wełnianymi szalami, a także oscypkami z grilla. Uśmiechnąłem się szeroko i nie zwlekając, poprosiłem o trzy sztuki. Jedząc ciepłe serki, wspominałem swoją wrześniową wspinaczkę na Giewont. Było trudno, ale dzięki dobremu wsparciu i silnej woli udało mi się wejść na szczyt. Kochałem góry, ale to była skomplikowana relacja. Szanowałem je, a one za każdym razem pokazywały mi środkowy palec i zmuszały do pokory. Pochłonąłem wszystkie oscypki, żałując, że nie skusiłem się na parę sztuk więcej i skręciłem w stronę straganów ze swetrami, torbami filcowymi i rękawiczkami.

– Jachu! – usłyszałem i zmarszczyłem brwi, a niedługo po tym moim oczom ukazał się szatyn o piwnych oczach jak zwykle w swojej czarnej skórzanej motocyklowej kurtce.

– Cześć, Tomek! – Klepnąłem przyjaciela w ramię. – Co za spotkanie.

– Daj spokój – westchnął. – Wiesz, jak nie lubię takich… jarmarków.

– Wiem, dlatego się dziwię, że przyszedłeś.

– To nie była moja decyzja. Olka chciała.

Kiwnąłem głową, przypominając sobie, że Olka jest jego szóstą miłością życia, bez której nie byłby w stanie oddychać. Tomek był świetnym kumplem tylko zdecydowanie za bardzo kochliwym.

– A jak tam nasza sprawa? – mruknął konspiracyjnie. – Znalazłeś coś?

– Nie – westchnąłem, dobrze wiedząc, o co pyta. – Ani śladu.

– Jesteś pewny, że ona istnieje? – Zarechotał.

Niestety mnie ten żart nie rozbawił. Wręcz przeciwnie. Od pięciu miesięcy próbowałem odszukać dziewczynę, której pomogłem na szlaku w Bieszczadach. Dziewczynę, której imienia nie znałem. Nie mogłem uwierzyć, że byłem takim idiotą! Nie poprosiłem o numer telefonu, nie zapytałem, skąd przyjechała ani czy jeszcze kiedykolwiek nasze drogi się skrzyżują. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem nawet, co wówczas myślałem, chyba byłem zbyt oczarowany jej osobą, żeby skupiać się na tak przyziemnych (i ważnych) rzeczach.

– Może to ta? – Tomek szturchnął mnie w bark. – Zobacz, jest blondynką.

Zawiesiłem oko na atrakcyjnej kobiecie w czarnym płaszczu. Owszem miała blond włosy, ale była zbyt wysoka. Swoją nieznajomą zapamiętałem jako niższą.

– Nie jestem pewny.

– Zagadaj do niej.

– To nie ona.

– Przed chwilą nie byłeś pewny!

– Teraz wiem. – Pokręciłem głową. – To nie ona.

– Wiesz co? Wydaje mi się, że ty wcale nie pamiętasz, jak wyglądała. Może właśnie ją odrzuciłeś, a może położyłeś na niej krzyżyk w momencie, jak wyszedłeś z tej zorganizowanej randki w ciemno w pubie tydzień temu.

– Poczułbym, że to ona.

– Ta, poczułbyś. – Przewrócił oczami. – Stary, odkąd wróciłeś z tych Bieszczad, totalnie ci odbiło. Myślałem, że jak zdobędziesz kolejne szczyty, to coś się zmieni, ale ty nadal upierasz się na tę dziewczynę. Ktoś rzucił na ciebie jakąś klątwę czy co?

– Olka czeka – rzuciłem chłodno. – Chyba musisz już iść.

– Obraziłeś się? – Wytrzeszczył oczy. – Jachu, co z tobą?

– Nic.

– Słuchaj, nie chciałem być… wredny.

– Rozumiem, próbujesz tylko mi pomóc. – Roześmiałem się ponuro. – Wszyscy próbujecie mi tylko pomóc, a żadne z was nie wykaże nawet najmniejszego zainteresowania, co ja mam do powiedzenia na ten temat.

– Bo to jest chore. Było zabawne przez tydzień, może dwa…, ale teraz niepokoisz nas.

– Ona istnieje, a ja jestem w pełni normalny – zapewniłem, mrużąc oczy ze złości. – Jeszcze nie wiem, jak to zrobię i kiedy, ale udowodnię wam, że mam rację.

Tomek nie odpowiedział. I dobrze. Nie potrzebowałem słyszeć niczego, co odbierało mi radość. W milczeniu zaczęliśmy spacerować wzdłuż stoisk z regionalnymi miodami i wyrzeźbionymi z drewna bożonarodzeniowymi ozdobami. Przystanąłem przy jednej z nich, a moje serce zabiło gwałtownie na widok małego aniołka z rozłożonymi skrzydłami. Wspomnienia zalały umysł. W ciągu sekundy znów znalazłem się w Bieszczadach, tym razem już nie na szlaku, a w drodze do Ustrzyk Górnych. Prowadziłem wynajęty wóz, a moja nieznajoma siedziała w fotelu pasażera i jęczała z bólu. Miała oczywiście ku temu prawo, jej kostka była w fatalnym stanie. Szukaliśmy jakiegoś punktu medycznego bądź apteki, ale jedyne co znaleźliśmy, to niewielką chatkę i starszą kobietę sprzedającą drewniane aniołki. Mówiła, że te pomalowane na czerwono z rozwiniętymi białymi skrzydłami przynoszą szczęście w zdrowiu. Nie zastanawiałem się długo. Kupiłem.

– Może w czymś pomóc? – Stałem przy stoisku na tyle długo, że zwróciłem uwagę sprzedającej. – Doradzić? Szuka pan czegoś?

– Szukam. – Odparłem przyciszonym głosem.

– A co pana interesuje?

Uśmiechnąłem się słabo, przechwytując w pamięci niebieskie oczy i opaloną na brąz skórę. Dlaczego nie sprawdziłem, jaka jest w dotyku? Co mnie powstrzymywało?

– Halo? Proszę pana?

– Muszę iść. – Uśmiechnąłem się głupkowato. – Wesołych świąt.

Ruszyłem przed siebie, czując się coraz gorzej. Przeżywałem coś na kształt tęsknoty, naprawdę brakowało mi jej uśmiechu i poczucia humoru. Nie spędziliśmy ze sobą tygodnia, ale po tym, co nam los zaoferował, mogłem stwierdzić, że była wyjątkową kobietą.

– Prawie cię zgubiłem. – Tomek chwycił mnie za ramię. – Dokąd tak się śpieszysz?

– Idę do domu. Przejrzę jeszcze raz te portale społecznościowe, może zaloguję się na jakimś serwisie randkowym, co o tym sądzisz?

– Serio chcesz znać moją odpowiedź?

– Nie. – Uśmiechnąłem się szeroko. – Do zobaczenia, pozdrów ode mnie Olkę!

Brałem pod uwagę każdą, nawet najbardziej błahą z pozoru rzecz. Rozważałem tysiące możliwości. Brałem pod uwagę tysiące możliwości. Nie byłem naiwny. Moja nieznajoma mogła mieć rodzinę, mogła być szczęśliwą mężatką. Co prawda nie zauważyłem obrączki na jej palcu, ale w dzisiejszych czasach nic nie jest pewne. Mogła być w separacji, mogła być po rozwodzie, mogła mieć partnera. Niech to! Byłem przekonany, że zaraz oszaleję. Im dłużej o niej myślałem, tym bardziej pakowałem się w gorsze bagno. A co, jeśli nasze spotkanie nie było przypadkowe? Co jeśli było z góry ustalone przez Wszechmogącego? Co jeśli właśnie w tej chwili szansa na miłość przelatuje mi koło nosa? Wpadłem do wynajmowanego mieszkania w bloku na czwartym piętrze i w pośpiechu zagarnąłem laptop ze stolika. Usiadłem na miękkiej kanapie i oparłem głowę o zagłówek. Zalogowałem się na portal poświęcony Bieszczadom i stawiając wszystko na jedną kartę, zacząłem pisać post.

_Cześć. Szukam dziewczyny ze zwichniętą kostką. 20 lipca wspinaliśmy się na Połoninę Caryńską. Nie znam imienia ani numeru telefonu. Jeśli macie jakiekolwiek informacje, proszę odezwijcie się w komentarzu poniżej!_

_PS Wesołych świąt._

Czekałem na jakąkolwiek odpowiedź. Na udostępnienia, ale cisza przygniatała gorzej niż głaz. Włączyłem odtwarzacz z muzyką. Przymknąłem powieki, słysząc kojący głos Eleni. Uśmiechnąłem się blado. Za każdym razem, kiedy do moich uszu docierała _Maleńka Miłość_, czułem, jak oczy robią się mokre. Gdy byłem mały, mama często śpiewała ją na głos, krzątając się w kuchni. Uwielbiała święta. Jej bożonarodzeniowym hitem był piernik z czekoladą. Otarłem dwie samotne łzy i podszedłem do pachnącej lasem sosny. Musnąłem opuszką palca popękaną kolorową bombkę. Spadła mnóstwo razy! Kilka fragmentów było posklejanych klejem, ale nie wyobrażałem sobie świąt bez tej jednej małej bombki, która niczym machina czasu pozwalała zatopić się w przeszłość i jeszcze raz poczuć ciepło bijące z matczynego serca. Stałem sztywno i kompletnie straciłem poczucie czasu. Nie wiedziałem, kiedy piosenka ustąpiła miejsca kolędzie, ale to nie było ważne. Moje usta same ją nuciły:

_Lulajże Jezuniu, moja Perełko,_

_Lulaj ulubione me Pieścidełko._

_Lulajże Jezuniu, lulajże, lulaj_

_A ty go matulu w płaczu utulaj_…

Poprawiłem parę krzywo zwisających białych lampek i westchnąłem ociężale. Samotność była jedną z najgorszych towarzyszek życia. Zerknąłem kątem oka na laptop. Żadnej wiadomości. Nie miałem zamiaru udawać, że wszystko było okej. Nie było. Byłem przybity.

Moje nadzieje skuwał lód.

*

_Piątek 22 grudnia, 2021_

_Godzina 10:45_

_Wrocław_

_Centrum Handlowe_

_ _

Przeciskałam się przez tłum ludzi, którzy niczym wzburzona fala na morzu pokrywali każdą najmniejszą dostępną przestrzeń centrum handlowego. Nie byłam fanką zakupów _last minute_, ale już wiele razy doświadczyłam tego, że nie zawsze życie układa się po naszej myśli. Rozpięłam kremowy płaszcz. Było gorąco. Trzymałam w dłoniach świąteczną listę. Kupowanie prezentów dla rodziców jak zwykle przysparzało najwięcej trudności. Czapka? Skarpetki? Perfumy? Książki? To wszystko zostało przerobione lata wstecz. Kręciłam się obok butików z galanterią, lecz zaraz zmieniłam zdanie. Nie akceptowałam przemysłu zarabiającego krocie na zwierzęcej skórze. Sklep oferujący artykuły domowe był moją ostatnią deską ratunku. Pozdrowiłam uśmiechem i skinieniem głowy sprzedawczynię i ruszyłam w stronę alejki z porcelaną. Syciłam wzrok ręcznie malowanymi kubkami z motywami świąt i okrągłymi talerzami, a następnie poduszkami i pościelami w pięknym skandynawskim stylu. Ta z bawełny i czerwonymi reniferami szczególnie przypadła mi do gustu. Już miałam sięgać po opakowanie, gdy niespodziewanie ktoś zwinął je tuż sprzed mojego nosa. Zmarszczyłam gniewnie brwi. Tak się nie robi!

– Byłam pierwsza – rzuciłam tonem dziecka, któremu zabrano zabawkę. Mężczyzna w czarnej pikowanej kurtce roześmiał się pod nosem. – To ostatnia sztuka.

– Jestem tego świadom – zapewnił nadal rozbawionym tonem. – I co teraz? Mamy przeciąć pościel na pół?

– Nie, może pan ją zostawić dla mnie.

– Przykro mi, ale moja znajoma od tygodni suszy głowę, żebym znalazł pościel z reniferami.

– Na pewno coś pan wymyśli. Jest mnóstwo innych sklepów – mówiłam, patrząc na jego dłonie zaciśnięte na opakowaniu pościeli.

– Właśnie. – Uśmiechnął się szeroko. – Proszę się nie poddawać, przecież jest tysiące innych butików. Na pewno coś pani wymyśli.

– Nie – syknęłam zdenerwowana.

– W takim razie, jakie pani widzi wyjście z tej sytuacji?

– Nie wiem – westchnęłam. – Ale ja muszę mieć tę pościel. Nie kupię rodzicom kolejny raz z rzędu skarpetek z polarem.

– To może czajnik? – podsunął, chichocząc. – To całkiem praktyczne.

– Nie pozbędzie się mnie pan.

– Musiałem spróbować. – Wzruszył ramionami. – Pozostaje mi czekanie na cud.

– Ależ pan uparty!

– I _vice versa_. – Nagle jego spojrzenie stało się uważniejsze, jakby właśnie rozpoczął jakąś analizę. – Przepraszam, że zapytam, ale czy… – Urwał i podrapał się w tył głowy.

– Tak? – Zniecierpliwiona zerknęłam na zegarek.

– To bez sensu.

– Co jest bez sensu?

– Moje pytanie. – Nieoczekiwanie podał mi opakowanie z pościelą. – Wesołych świąt.

Zdziwiona wlepiłam wzrok w zielone oczy mężczyzny, a zaraz potem poczułam, jak elektryzująca fala ciepła obezwładnia całe moje ciało. Oddech stał się płytszy, a serce dudniło niczym młot pneumatyczny. Stałam jak słup i patrzyłam, jak oddala się w stronę wyjścia. Gdzieś w głębi czułam, że to jest właśnie on. Mój obcy. Stres zaczął spalać rozsądek na popiół. Miałam tylko dwie opcje. Albo pozwolę mu odejść (ponownie i tym razem z mojej winy), albo…

– Stój! – wrzasnęłam na całe gardło.

Wstyd oblepił moje policzki w chwili, kiedy połowa sklepu zwróciła na mnie swoją uwagę, ale to nie było ważne. Wybiegłam z butiku, zapominając, że wciąż trzymam pościel. System alarmowy zawył głośno i z pewnością wyglądałam, jak uciekająca przed sprawiedliwością złodziejka, lecz musiałam to zrobić. Musiałam go dogonić. W głośnikach zabrzmiała wesoła świąteczna piosenka o Rudolfie czerwononosym. Łapałam powietrze, jak ryba wyjęta z wody. Wbiegłam na ruchome schody i widząc przed sobą znajomą sylwetkę, szarpnęłam materiał czarnej kurtki.

– Co jest do chole… – Obcy urwał na mój widok. – Co się stało?

– Nie możesz, ot tak, po prostu odejść – bąknęłam.

– To ma związek z pościelą? Chce pani mi ją dać? – Zmarszczył brwi.

– Chrzanić pościel. – Odgarnęłam chaotycznym ruchem dłoni kilka blond kosmyków, które postanowiły przykleić się do mojej twarzy. – Lipiec tego roku, Bieszczady.

Patrzyłam, jak obcy to zamyka, to otwiera usta, wyglądał na oszołomionego choć szczęśliwego. Uśmiechał się.

– Wiedziałem, że to ty – odparł przyciszonym tonem. – Po prostu nie mogłem uwierzyć, że w końcu cię znalazłem.

– To ta kobieta! To właśnie ona! – Piskliwy damski głos wypełnił moją głowę.

Razem z obcym zeszliśmy ze schodów i stanęliśmy obok poręczy w momencie, gdy dwóch ochroniarzy zmierzało w naszą stronę.

– Przeskrobałaś coś? – Obcy zachichotał, a ja czułam, jak nogi uginają się pode mną.

– Pościel – wyjąkałam. – Wybiegłam z pościelą, nie płacąc za nią.

– Nie mówisz poważnie? – Uniósł lewą brew ku górze.

– Wyszedłeś! Co miałam zrobić? Nie mogłam przecież pozwolić ci zniknąć z mojego życia, jak to zrobiłeś pięć miesięcy temu – rzuciłam nerwowo.

– Ukradła pani towar ze sklepu – wtrącił się barczysty facet w białej koszuli i wetkniętą za pasek spodni krótkofalówką.

– Nie ukradłam – zaprotestowałam.

– Jak pani zatem wyjaśni, że posiada pani towar bez dowodu zakupu?

– Zapomniała, że ma go w rękach. – Obcy uśmiechnął się łagodnie. – Takie sytuacje się zdarzają.

– I niestety są karalne.

– Ile kosztowała? – spytał.

Nie mogłam wydusić z siebie słowa. Gapiłam się, jak obcy płaci ochroniarzowi za pościel, później żegna go uściskiem dłoni. Byłam wdzięczna, naprawdę wdzięczna losowi za to, że załatwił to w ten sposób. Bo mogło być gorzej. O wiele gorzej.

– Przepraszam – sapnęłam, nurkując dłonią w torebce. – Zaraz oddam panu pieniądze.

– Jan. – Przerwał moje poszukiwania, kładąc swoją dłoń na mojej. – Jan Roztecki.

– Zuzanna Dąbrowska. – Uśmiechnęłam się ciepło. – Dziękuję za pomoc. Może w ramach rekompensaty zaproszę cię na kawę?

– Dziś jest ostatni dzień jarmarku – wspomniał. – Miałabyś coś przeciwko, gdybyśmy poszli? Chciałbym ci coś pokazać.

– Nie. – Zauważyłam, że nadal trzymał moją rękę. – Absolutnie nie mam nic przeciwko.

*

Jarmark był wypełniony ludźmi, którzy rozgorączkowani biegali od stoiska do stoiska z kolorowym papierem i garścią wstążek w dłoniach. Rozumiałem przedświąteczny stres, ale to, co teraz się wyrabiało, bardziej przypominało szał. Miałem wrażenie, jakbym wszedł w rój os i to nie sam. Obok mnie była Zuza. Zuza, która jeszcze kilka godzin temu była nieznajomą. To niesamowite jak życie potrafi się ułożyć, prawda? Zupełnie jakby ktoś nad nami czuwał. Przepychaliśmy się w tłumie, a ja byłem coraz bardziej skory zaryzykować, że kawa w przyjemniej kawiarni byłaby zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Przynajmniej mielibyśmy szansę na rozmowę, choć z drugiej strony przecież chciałem jej coś pokazać, coś, co obudzi wspomnienia, a przynajmniej tak zakładałem. Nadal nie mogłem uwierzyć we własne szczęście. Dziewczyna ze skręconą kostką zerkała na mnie, odgarniając niesforne blond kosmyki włosów i rozciągała swoje zmysłowe usta w delikatnym, nieśmiałym uśmiechu. Była piękna. Była dokładnie taka, jak ją zapamiętałem.

– Co robiłeś przez pięć miesięcy? – zagadnęła, poprawiając szal. Wiatr stawał się coraz silniejszy, a nagłe zachmurzenie zwiastowało opady śniegu.

– Szukałem cię – odparłem szczerze. – Nie mogłem o tobie zapomnieć.

– Czy to nie jest dziwne? – Pokręciła głową. – Przeżywałam dokładnie to samo.

– Czyli to przeznaczenie. – Uznałem z zadowoleniem i objąłem ją ramieniem. – Niedaleko jest to specjalne miejsce, które chcę, żebyś zobaczyła.

– Świąteczny cud – szepnęła. – Wybacz, czasem staję się taka… mama mówi, że to wina dziadka Gerarda. Był nieuleczalnym romantykiem.

– Tego samego, dla którego postanowiłaś pojechać w Bieszczady?

– Zgadza się. – Zamyśliła się na chwilę. – Jeśli będziesz chciał tę pościel to…

– Nie ma sprawy. – Roześmiałem się. – Olka przeżyje. Możesz podarować rodzicom coś lepszego niż skarpety z polaru.

Rozbawiłem ją. Słuchałem jej śmiechu, zapominając o wszystkim. Dosłownie.

– A co z twoimi? – zagadnęła.

Poczułem znajomy ucisk w mostku.

– Moja mama umarła, a ojciec ułożył sobie życie z inną kobietą w Niemczech. Nasz kontakt ogranicza się do wysyłania kartek pocztowych na święta.

– Przepraszam. – Posmutniała. – Nie chciałam.

– Nie wiedziałaś – mruknąłem spokojnie. – O! To tutaj.

Zatrzymałem się przed wiatą, gdzie starsza kobieta sprzedawała drewniane aniołki. Planowałem coś powiedzieć, może przytoczyć kilka anegdotek i wpleść w nie naszą historię, ale nie potrafiłem. Zamiast słów z mojego wnętrza uleciało ciche westchnienie. Zuza także nie widziała potrzeby przerywania naszego milczenia.

– Wrócił pan. – Usłyszałem i drgnąłem niespokojnie.

Nie sądziłem, że zostanę rozpoznany.

– Miałem powód – wydusiłem, nie odrywając wzroku od niebieskich oczu Zuzy. – Najlepszy z możliwych.

Spuściła głowę i oblała się rumieńcem. Była naprawdę urocza. Nie zdążyłem zareagować, bowiem z przejęciem zaczęła przetrząsać zawartość swojej torebki. Nie rozumiałem, dlaczego to robi, ale zdecydowałem, że nie będę się wtrącał. Być może to coś ważnego. Może szuka telefonu albo leków? Szlag. Powinienem był zapytać o jej zdrowie, a zwłaszcza o zwichniętą kostkę.

– Noszę go zawsze przy sobie – powiedziała, przywracając mnie do rzeczywistości.

Zaintrygowany zerknąłem na to, co trzymała w dłoniach i w tej samej chwili w moim sercu rozlało się przyjemne ciepło. Zuza pokazała mi bieszczadzkiego aniołka.

– Pamiętasz? Kupiłeś mi go, gdy szukaliśmy lekarza, który zajmie się moją nogą.

Przełknąłem z trudem ślinę.

– Oczywiście, że pamiętam. Miał cię chronić przed chorobami. – Podszedłem do niej bliżej i ująłem jej twarz w swoje dłonie.

– Stop! – huknęła nagle sprzedawczyni. – Tak nie można! Co z tradycją!

– Słucham? – Zgłupiałem.

– Jemioła! – Niemalże krzyknęła. – Leć po jemiołę!

– Na co czekasz? – Zuza uśmiechnęła się szeroko.

To wystarczyło. Wystartowałem niczym torpeda albo taran. Albo oba. Z niecierpliwością pytałem o jemiołę przy każdym ze stoisk, a swoje zmieszanie spychałem gdzieś na boczny tor. Nie było potrzebne. Jedyne czego potrzebowałem to pocałunku z kobietą, która bez najmniejszego wysiłku zajęła najważniejsze miejsce w moim życiu. Nie posiadałem się z radości, gdy trafiłem na gościa, który sprzedał mi kilka gałązek. Zdyszany wróciłem do stosika z drewnianymi aniołkami. Satysfakcja uderzała do głowy niczym najdroższy szampan.

– Brawo! – Sprzedawczyni klasnęła w dłonie, jednak nie zwróciłem na nią żadnej uwagi.

– Trzymaj! – rzuciłem ochryple, wciskając Zuzie jemiołę.

– Czy nie powinniśmy jej gdzieś zawie… – Nie dokończyła.

Nie pozwoliłem. Wpiłem się w jej wargi gwałtownie, a dłoniom pozwoliłem opaść na jej biodra. Zamknąłem ją w szczelnym uścisku swoich ramion, jakby w obawie, że może znów uciec.

– Ten aniołek, którego ma pani, wcale nie ochrania zdrowia.

Obydwoje spojrzeliśmy zdumieni na sprzedawczynię, która z zainteresowaniem przyglądała się rękodziełu.

– Jak to? – Zuza ściągnęła brwi.

– To anioł zwiastujący miłość.

Zamrugałem powiekami. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy.

– Kobieta, która mi go sprzedawała, powiedziała wyraźnie, że odpędza choroby.

– Być może miała na myśli samotność? – Uśmiechnęła się blado. – To jedna z najgorszych plag stulecia. Człowiek popada w coraz większy konsumpcjonizm, nakłada na twarz maskę arogancji i pluje jadem, zapominając o uczuciach, a te, mój drogi, mają największą wartość. Są cenniejsze niż złoto i tak trwałe, jak najczystszy diament. To nie może być przypadek, że wasze drogi złączyły się właśnie dwa dni przed wigilią Bożego Narodzenia. Jesteście dowodem na to, że cuda się zdarzają. Potrzeba tylko niezachwianej wiary i chęci.

Z nieznanego powodu moje oczy stały się podejrzanie wilgotne.

– Ta kobieta wiedziała, co robi – dodała wesoło. – Obdarowała was najpiękniejszym prezentem, jaki tylko istnieje.

Zuza wytarła spływające łzy z policzka i chwyciła mnie za rękę.

– Spędź ze mną Gwiazdkę – szepnęła. – Bądź ze mną w ten szczególny czas.

Mój żołądek wywinął kilka fikołków, zanim zdołałem się uspokoić. Propozycja była wspaniała i chwytająca za serce, ale przecież nie mogłem wchodzić butami w jej życie. To nie było w porządku.

– Nie chcę sprawiać kłopotów – mruknąłem ostrożnie.

– Jesteś moim cudem, Janku, i proszę, nigdy więcej nie nazywaj się kłopotem.

Rozciągnąłem usta w szerokim, pełnym czułości uśmiechu. Nie potrzebowałem więcej zachęt.

*

– Aniu, mówiłem ci, że pierogi dopiero na samym końcu! – Usłyszałam zdenerwowany głos ojca.

Uśmiechnęłam się, widząc go w białej koszuli i czerwonej kamizelce. Siwe włosy zaczesał starannie na lewy bok i skropił się mocno perfumami. Miałam wrażenie, że jest spięty nie tylko przez nadchodzącą Wigilię, ale przede wszystkim przed poznaniem Jana. Nadal nie dowierzałam własnemu szczęściu, że po tylu miesiącach udało nam się ponownie spotkać i… upewnić się w przekonaniu, że to, co poczuliśmy w Bieszczadach, nie było zwykłym zauroczeniem.

– Spokojnie, tato. – Ania uśmiechnęła się w moją stronę. – Zuzka, wyglądasz fenomenalnie w tej sukience.

– Dzięki. – Podeszłam do niej i pomogłam ułożyć półmisek z jedzeniem na stole. W tle leciała cicho kolęda. Śpiewałam _Wśród nocnej ciszy_, rozkładając sztućce i porcelanową zastawę prababci Teodory. Kątem oka dostrzegłam mamę. Na dzisiejszą okazję włożyła elegancką sukienkę o prostym kroju. Wyglądała wspaniale.

– Wprost nie mogę się doczekać, kiedy poznam twojego tajemniczego księcia. – Zachichotała nerwowo.

– My wszyscy nie możemy się doczekać – dodał mąż Anki. – Wiele słyszałem o tym człowieku i szczerze powiedziawszy, jestem bardzo zaintrygowany.

No tak, mogłam się domyślić, że siostra podzieli się z Andrzejem wszystkim, co wiedziała na temat Janka. Z mojego gardła wyleciał zduszony chichot. Również byłam nieco spięta. Zastanawiałam się, czy rzeczywiście nasz plan wypali. Bo przecież opcje mogą być różne. Mógłby nagle zmienić zdanie albo…

– Dzwonek! – pisnęła Anka. – Zuzka! Rusz się!

Nerwowo potarłam dłonie, a potem otworzyłam drzwi. W progu stał Jan ubrany w czarny garnitur. W rękach trzymał torebeczki z prezentami, a uśmiech nie schodził z jego twarzy. Straciłam oddech, kiedy zielone oczy wtopiły się w moje.

– Wyglądasz cudownie – wymruczał, a po moim ciele przeszedł elektryzujący dreszcz.

– Ty również – wydusiłam.

Działo się coś niezwykłego. Nie byliśmy w stanie oderwać od siebie wzroku.

– Bardzo serdecznie witamy! – Głos mamy rozległ się gdzieś za moimi plecami.

Skryłam zmieszanie za uśmiechem. Jan także był ciut mniej pewny siebie niż zwykle. Patrzyłam, jak przedstawia się, starając zachować spokojny ton, a później, jak obydwoje toną w swoich objęciach. Wyglądało na to, że przypadli sobie do gustu.

– Dziękuję za zaproszenie – odparł.

– Ależ to dla nas czysta przyjemność! Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że udało się wam z Zuzką odnaleźć. To musiał być cud!

– Był – przytaknął. – Najprawdziwszy cud.

Niespodziewanie kolejny raz zabrzmiał dzwonek do drzwi. Jan uniósł brew w górę.

– Rodzina – wyjaśniłam szybko.

– Och.

Czyżby właśnie się zawstydził?

– Tylko jakieś osiem osób więcej, nie przejmuj się. – Zachichotałam, otwierając szeroko drzwi.

Trzydzieści minut później, gdy już wszyscy byliśmy w komplecie, a _Cicha Noc_ wypływała łagodnie z głośników, tata przyniósł koszyczek wypełniony siankiem i wyjął z niego opłatek. Zmówił krótką modlitwę, po czym podszedł do mamy i złożył jej życzenia. Patrzyłam z rozczuleniem na tę scenę. Rodzice zawsze byli bardzo blisko siebie. Stanowili dla mnie i Anki wzór małżeństwa i każda z nas skrycie marzyła, żeby w przyszłości zbudować tak trwały związek. Przyznam, że trochę zwlekałam z podejściem do Janka. Przyjmowałam życzenia z ust krewnych, jednocześnie próbując zapanować nad stresem, aż nagle poczułam jego dłoń na swoim ramieniu i zrozumiałam, że wcale nie powinnam się denerwować. Spojrzałam głęboko w zielone oczy, mając wrażenie, że serce zaraz wyskoczy z mojej piersi.

– Niech już zawsze będzie tak jak dziś – szepnął i podzielił się opłatkiem. – Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że jesteśmy tutaj razem.

– Chyba jednak mam. – Musnęłam opuszką palców jego dłoń.

– Może to zabrzmi głupio, ale naprawdę cieszę się, że skręciłaś wtedy kostkę.

– A ja, że podzieliłeś się wodą.

– Chciałbym podzielić się z tobą czymś więcej. – Nabrał powietrza w płuca. – Kocham cię.

Zaschło mi w ustach. Byłam tak przejęta jego wyznaniem, że nie potrafiłam wydobyć z siebie choćby najmniejszego dźwięku.

– Nic nie powiesz?

Wiedziałam, że czekał na moją odpowiedź. Na jakąkolwiek reakcję.

– Myślałam, że to jasne – odparłam cicho. – Kocham cię, Janku.

Chwycił mnie za rękę i przycisnął do swoich ust, składając tym samym drobny pocałunek. Zadrżałam, kiedy odsunął dla mnie krzesło przy stole i sam zajął miejsce obok.

– Jedzcie, póki ciepłe. – Mama obdarowała nas serdecznym uśmiechem.

– Musisz ich spróbować – odparłam, nakładając porcję pierogów na jego talerz.

– Zwykle zaczynam od ryby.

– Zrób wyjątek. Sama je lepiłam.

– W takim razie nałóż więcej. – Uśmiechnął się szeroko. – Z chęcią się przekonam, jaka z ciebie gospodyni.

– Mamo, kapusta z grzybami wyszła jak zwykle palce lizać. – Ania poprawiła się na krześle. – Och, nie patrzcie tak na mnie. Nie zjadłam. Mówię tylko to, co kazał przekazać Andrzej.

– I całe szczęście! – Pokręciła głową ciotka. – W twoim stanie nie możesz jeść takich potraw.

– Spokojnie, wszystko pod kontrolą. – Szwagier wypiął dumie pierś, a my wszyscy wybuchliśmy śmiechem.

Z radością obserwowałam, jak Janek włącza się do rozmów trwających przy stole. Nie był już tak wycofany, jak na początku. Otwierał się. Pozwalał sobie na żarty i opowiadał, jak ciężko było zdobyć Giewont bez porządnego sprzętu. Dzielił się z nami swoją pasją, jaką niewątpliwie była wspinacza górska i wytknął mój brak kondycji w Bieszczadach, na co wszyscy zareagowaliśmy śmiechem. Nigdy nie byłam typem wyczynowca.

– Mam nadzieję, że uda mi się zaszczepić w Zuzi miłość do gór – powiedział, obejmując mnie ramieniem. – W końcu to one nas połączyły.

– Wasza historia jest taka romantyczna. – Ania rozanielona zerknęła na męża.

– Poszukiwania za to nie były – mruknęłam pod nosem.

– Janku, jak ci smakują dania? – Zainteresowała się ciotka.

– Wszystkie są wyśmienite. Bardzo dziękuję.

– Dobrze. – Mama uśmiechnęła się szeroko. – To teraz czas na prezenty, prawda? Kto w tym roku jest świętym mikołajem? Może ty, Andrzejku?

– To będzie zaszczyt. – Zarechotał. – Brodę już mam, potrzebuje tylko nadprogramowych kilogramów i czerwonego kubraczka.

– Wedle życzenia! – Kuzynka sięgnęła do torebki i wyjęła z niej czerwony szalik. – Pamiętaj, że dla mnie jest ta największa paczka.

Wręczenie i rozpakowywanie prezentów było tą zabawniejszą częścią Wigilii. Śmialiśmy się do rozpuku, pokazując z dumą, co dostaliśmy, lecz tylko ja i Janek znaliśmy historię kryjącą się za pościelą w czerwone renifery. To było niesamowite. Jeszcze tydzień temu załamana traciłam nadzieję na odszukanie mężczyzny o zielonych oczach, a dziś… właśnie w tej chwili przytula mnie do siebie i szepce, jak bardzo jest szczęśliwy. Ze mną.

– Mam coś dla ciebie – odparł, wyjmując z kieszeni małe czerwone pudełeczko.

– Ja również. – Wyszczerzyłam zęby. – I to coś jest zapakowane w niebieski papier z gwiazdkami.

– Ja już dostałem swój prezent – stwierdził łagodnie. – Dostałem go w chwili, gdy kupowałem aniołka od starszej kobiety w Bieszczadach. Co prawda nie od razu o tym wiedziałem, ale z każdym kolejnym dniem uświadamiałem sobie, jak bardzo jestem w tobie zakochany i jak bardzo muszę cię odnaleźć.

– Powinniśmy tam pojechać i jej podziękować – mruknęłam zamyślona.

– Świetny pomysł. Co powiesz na Nowy Rok?

Nie tracił czasu. Choć w sumie, dlaczego mieliśmy zwlekać? Już wystarczająco długo czekaliśmy.

– Otwórz.

Zmarszczyłam brwi. Janek wpatrywał się we mnie niecierpliwie. Och. Prawie zapomniałam o czerwonym pudełeczku, które trzymał w dłoni.

– Czy to…

– Spokojnie, to nie jest pierścionek. – Zachichotał. – Jeszcze.

Nie wiedziałam, czy powinnam się roześmiać, czy może ocierać łzy ze wzruszenia. Lawina emocji kruszyła moje serce. Drżącymi rękoma uniosłam wieczko i zamarłam, widząc złotą bransoletkę z kilkoma błyszczącymi zawieszkami.

– Ta symbolizuje twoją heroiczną wyprawę na Caryńską – rzucił lekkim tonem, wskazując ruchem głowy na połyskującą niewielką zawieszkę z motywem gór.

– Jesteś niemożliwy!

– A to… – Ujął w palce złotego aniołka. – …ma przynieść szczęście w miłości.

– A to? – spytałam, pokazując kluczyk. – Co kryje się za tym motywem?

– Przyszłość. – Uśmiechnął się ciepło. – Chciałbym, żebyś ze mną zamieszkała.

– A ja tobie sweter z bałwanem kupiłam – westchnęłam żałośnie, powstrzymując płacz.

Janek huknął śmiechem, omal nie przewracając się z krzesła.

– Mam nadzieję, że ten bałwan nie był jakąś sugestią co do mojej osoby?

Teraz już obydwoje rechotaliśmy ze śmiechu.

– Kto ma ochotę na sernik? – Głos mamy przedarł się z trudem do mojego umysłu.

Oczywiście jak co roku chętnych nie brakowało. Sama byłam wielką fanką tego ciasta. Ścisnęłam dłoń Janka, po czym wstałam od stołu i ruszyłam w stronę kuchni. Wyjęłam z lodówki blachę i zaczęłam kroić wypiek na równej wielkości kwadraty, a kiedy wszystko było gotowe, chwyciłam biały ozdobny talerz i skierowałam się do pokoju. Znajdowałam się kilka metrów od progu, gdy przystanęłam i przymknęłam powieki. Radosny gwar roznosił się echem po całym domu. Słyszałam Janka, mamę, Anię, Andrzeja… dyskutowali ze sobą, jak gdyby znali się od lat, jakbyśmy co roku właśnie w ten sposób obchodzili Gwiazdkę. Nagle poczułam, jak gorąco oblewa moje ciało. I wtedy zrozumiałam.

Zrozumiałam, że tak będzie.

Bo przecież nasza miłość była cudem, a te, choć rzadko się zdarzają, nie mają terminu ważności.

Będą z nami tak długo, jak długo będziemy w nie wierzyć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij