-
nowość
Zapach chmury - ebook
Zapach chmury - ebook
Co zrobić z wolnością, o którą się nie prosiło? Co, jeśli trzeba wyruszyć w podróż, której się nie planowało? Przed takimi dylematami staje kot, który właśnie utracił swoją panią. Ma tylko jeden cel – znaleźć dla siebie nowego człowieka i idealny dom. Ale czy coś takiego w ogóle istnieje? Bohater jest pewien, że bez tego nie będzie szczęśliwy. Podróż weryfikuje wszystko, czego nauczyła go jego opiekunka.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 543 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nigdy wcześniej nie odchodziłem od domu dalej niż do końca wioski, a w drugą stronę dalej niż do granicy lasu. Samo minięcie przystanku autobusowego sprawia, że zaczynam trząść się jak galareta i ze strachu chce mi się rzygać. Już mam się wrócić, nawet zawracam, ale między lipami dostrzegam komitet pożegnalny złożony z Rudego i innych frajerów. Obserwują mnie z daleka. Czekają na moją porażkę i na moją akceptację faktu, że jestem bezdomnym kotem. Do tej pory miałem nad nimi władzę, obsikiwałem bowiem okazjonalnie ich poranne miejsca, a potem zapraszałem wybranych na poranną kałużę. Teraz role się odwróciły. Teoretycznie mógłbym zostać i mieszkać tam, gdzie do tej pory, moje wejście do domu prowadziło przecież przez szopę, nikt mi nie musiał otwierać drzwi. Mógłbym chodzić od domu do domu i dostawać jakieś ochłapy. Ale to nie wchodziło w grę. Istniało też ryzyko, że miejscowi w końcu zaczną mnie przeganiać, a ja skończę jako myszożerca. Udaję więc przed moimi braćmi, że coś ugryzło mnie w tyłek i stąd moje wygibasy na szosie. Zaczynam się idiotycznie czochrać po grzbiecie, byleby tylko nie dać po sobie poznać, że przez chwilę miałem ochotę się poddać. Zerkam na nich ukradkiem, część szyderczo porusza wibrysami, część patrzy, o dziwo, ze smutkiem. Jakby już tęsknili za swoim nieformalnym szefuńciem. Odwracam się i tym razem dziarskim krokiem idę przed siebie. Po chwili jednak wrzasnąwszy, nurkuję w przydrożne zarośla, bowiem prawie przejechało mnie jakieś pierdolone auto. W krzaczorach widzę ją, wędrowną uwodzicielkę, kiedy to z nabożnym wyrazem ślepiów wylizuje sobie tyłek. Spogląda na mnie przelotnie, jakby upewniała się, że nie stanowię zagrożenia, po czym podnosi drugą nogę. Jeszcze się telepię, kiedy ulicą przejeżdża kolejny samochód, a potem kolejny.
– Znasz jakąś drogę, która byłaby bezpieczna? – pytam.
Nie przestaje jeździć językiem po swoim udzie, a potem od niechcenia mówi:
– To zależy, gdzie chcesz iść.
Krzaki poruszają się pod wpływem kolejnego powiewu, spowodowanego pędem pojazdu. Przyglądam się kotce: ma rude uszy, a na przedniej lewej nodze dwa rude prążki, poza tym jest cała biała. I właśnie myje sobie pysk.
– Pytam o drogę do… – zaczynam i nie kończę, ponieważ właściwie to nie wiem, dokąd idę.
Biała zatrzymuje łapę w pół ruchu, a potem wznawia mycie. Rozglądam się, żeby wypatrzyć jakąś ścieżkę. Na lewo, wzdłuż ulicy, prowadzi jakaś, widocznie wydeptana przez wędrownych. Już mam nią ruszyć, Biała bowiem mnie ignoruje, kiedy jednak łaskawie się odzywa:
– Słyszałam o tobie.
– Mylisz mnie z kimś.
– Ależ nie. Mówili mi, że będziesz tędy szedł. I żebym dała ci eskortę.
– Eskortę?
– Podobno jesteś zupełnie zielony. Dorosły nowicjusz to najgorszy rodzaj. Tacy zwykle giną w ciągu tygodnia.
– Nie rozumiem. Ktoś ci o mnie mówił?
– Oczywiście. Rudy prosił, żebym się tobą zaopiekowała.
– Odejdź – rzucam i kieruję się w stronę ścieżki. – Nie potrzebuję niczyjej opieki. A Rudy może się naigrywać do woli, gówno mnie to obchodzi.
– Jak chcesz.
Biała siedzi teraz niczym marmurowy posąg, ogon podwinęła do przodu i położyła na łapach. Patrzy na mnie fluorescencyjnymi oczami jakby nie z tego świata, może to faktycznie kosmitka? Odwracam się i idę ścieżką. Jest dość mocno wydeptana, musi tędy prowadzić szlak. Z naprzeciwka zbliża się samiec, kroczy dość agresywnie. Chcę minąć go zwyczajnie, tak jak zwykle mijałem inne koty we wiosce. On jednak wygina się w łuk i stroszy sierść, a ja nie wiem, o co temu idiocie chodzi. Rozumiem jednak, że ma ze mną problem, więc schodzę ze ścieżki w krzaki i pozwalam mu przejść. Syczy jeszcze na mnie, kiedy jest blisko, ale potem już znika za zakrętem ścieżki i jest spokój. Maszeruję więc dalej na tyle długo, że w końcu się uspokajam. Co jakiś czas spotykam kolejnych braci, niektórzy z nich natychmiast się stroszą, wtedy schodzę ze ścieżki, nie mam ochoty z żadnym walczyć, nie na tym etapie. Z innymi mijam się zupełnie normalnie, wystarczy po prostu iść. Nie wiem, o czym myślą ci narwańcy, którzy reagują tak agresywnie, nie rozumiem ich, jeszcze nie teraz. Od czasu do czasu ulicą przejeżdża auto, ale zdążyłem się już przyzwyczaić i nie reaguję paniką. W końcu trawy się rozstępują i w dolinie przed sobą widzę kolejną wioskę. Chce mi się pić, więc postanawiam odnaleźć jakieś źródło wody. Zbliżam się do zabudowań, patrząc na dachy, stamtąd może mnie przecież obserwować właściciel rewiru. Nie żebym planował mieć tutaj swoje poranne miejsce, nie zamierzam się tu zatrzymywać. Justyna opowiadała mi o ludziach z tej wsi, pamiętam te historie. Nie są skorzy do miłości wobec kotów, mają ich u siebie zbyt wiele. Justyna twierdziła, że topią młode albo porzucają je gdzieś w polu i przeganiają. Ludzie z tej okolicy nie mają miękkich serc, o nie. Justyna mówiła, że ciężko pracują w ziemi i nie mają siły na miłość. Że jedyne, o czym myślą, to żeby przetrwać. Wiem, że nie zagrzeję tu miejsca, chcę tylko się napić i iść dalej. Zresztą na pierwszy rzut oka nie wygląda to dobrze – szare chałupy, przycupnięte jedna przy drugiej, zupełnie jakby chciały się wzajemnie ogrzać w tej nieprzyjaznej, zacienionej dolinie. Strumień płynie wzdłuż nich, ale trzeba przejść pomiędzy domami, żeby do niego dotrzeć. Słońce tu jeszcze nie dociera, wzgórza od wschodu są zbyt wysokie. Według Justyny ludzie doliny mają serca zimne jak miejsce, w którym mieszkają. Ich ziemia jest trudna do uprawy, ich ciała są zmęczone, a ich umysły nie mają w sobie światła słonecznego. Wchodząc pomiędzy dwa domy, myślę sobie jeszcze, że to przecież w tym strumieniu muszą topić młode. To jest ostatnia moja myśl, zanim uderzenie od boku nie rzuci mnie trzy metry w stronę zagajnika.
Przez chwilę nie wiem, co się dzieje, widzę tylko liście drzew nade mną. Po kilku długich sekundach przysłania je pysk psa. Potem ta morda zaczyna mnie trącać, jakbym był martwy. Prawie obsrywam się ze strachu, ale postanawiam nawet nie drgnąć. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji, ale intuicyjnie wyczuwam, że powinienem udawać martwego, i tak też robię. Skupiam się, najmocniej jak mogę, na zaciśnięciu zwieraczy i płytkim oddechu. Nie może się domyślić, że żyję. Widocznie jednak strach ma zapach, ponieważ słyszę warczenie, skurwiel nie daje się wywieść w pole. Stwierdzam, że to koniec. I wtedy go słyszę.
– Zostaw!
Głos jest męski i donośny. Ostrożnie podnoszę powiekę i widzę rosłego, pochylającego się nade mną faceta. Zdejmuje mnie jeszcze większy strach niż na widok tego, pożal się Boże, kundla, który okazuje się jakimś karłowatym wypierdkiem. Skacze teraz wokół właściciela jak jakiś oszołom i naprawdę gdyby nie to, że robię w portki ze strachu, dałbym sobie z nim radę. Ale teraz nie on jest problemem, tylko jego pan. Facet ma szczękę jak niektórzy w tych filmach, które Justyna raz na jakiś czas oglądała na kwadratowym ekranie. Czoło ma całe w poziomych bruzdach, a oczy wąskie tak, że nie mogę widzieć ich koloru. „Jeżeli nie załatwił mnie ten pieprzony kundel, to na pewno zrobi to ten typ” – myślę sobie. Oddycha ciężko, jakby czymś się zmęczył albo jakby był wkurwiony. Stawiam na to drugie. Zastanawiam się tylko, czy przyrżnie we mnie łopatą, którą trzyma w ręce, czy po prostu wrzuci do strumienia.
– Co zrobiłeś, idioto? – odzywa się, a ja zaczynam szukać sposobu, jak by mu odpowiedzieć. – Ile razy mam ci powtarzać, że masz je zostawić w spokoju?
Teraz mam mętlik w głowie, ale nie zdążam go rozwikłać, bo mężczyzna bierze mnie na ręce. Niesie gdzieś, a ja zastanawiam się, co niby miałbym zostawić w spokoju. Wodę w strumieniu? Myszy w polu? Przychodzi mi na myśl, że może umarłem i że to sam Bóg mnie odnalazł, a teraz wydaje wyroki. Może właśnie mnie sądzi za wszystkie moje leniwe poranki i te zeżarte ostatnio myszy, a także dawne złośliwostki wobec moich braci. Justyna opowiadała mi czasem o nim i teraz te jej bajania wracają do mnie jak bumerang.
Bóg zanosi mnie do domu, gdzie pachnie skoszoną trawą. Kładzie mnie na podłodze w sieni, a potem znika za jakimiś drzwiami. Kundel zostaje na zewnątrz i tylko jego debilne poszczekiwania przypominają o tym, że istnieje. Po chwili Bóg wraca i stawia przede mną miskę z wodą i miskę z żarciem. Jestem w szoku, bo jeśli do tej pory tylko podejrzewałem, że umarłem, to teraz nabieram pewności. Ludzie doliny są przecież niezdolni do takich gestów, to nie może być żaden z nich. Z kolei po co jeść w niebie? A może jestem w piekle? Może jeśli spróbuję tego czegoś, skręci mnie z bólu? Albo umrę po raz drugi, otruty?
– No i na co się tak gapisz, głupolu? Jedz! – rozkazuje tymczasem Bóg.
Jego ton nie znosi sprzeciwu, więc najpierw piję, a potem zaczynam jeść. W głowie mam chaos. Jedzenie okazuje się pyszne, nie mam pojęcia, co to jest. Do tej pory żarłem albo mielonkę z puszek, albo myszy z pól. Obie te rzeczy były gównem w porównaniu z tym, co właśnie wpada mi do żołądka. „Widocznie w piekle żarcie jest doskonałe” – myślę sobie. Kończę jeść i zerkam na niego – zastanawiam się, czy jest aniołem, czy diabłem. Czymś musi być, skoro wylądowałem po drugiej stronie. On tymczasem otwiera drzwi i wpuszcza Kundla.
– Uspokój się!
Pies grzecznie obchodzi mnie dookoła, niuchając powietrze, jakby chciał z niego wyczytać historię mojego życia. Bóg wchodzi do drugiego pomieszczenia.
– Chodź! – woła i pies od razu biegnie za nim.
Stoję w sieni i nie wiem, co ze sobą zrobić. Mam pełen żołądek, nie chce mi się nigdzie iść. Najchętniej porządnie bym się teraz umył i poszedł spać, ale nie wiem, czy mogę tu zostać. Rozglądam się po pomieszczeniu, a potem obchodzę dookoła wszystkie kąty i obwąchuję. Wyczuwam co najmniej kilku osobników, więc zostanie tutaj nie wchodzi w grę. Ale jestem tak cholernie zmęczony i śpiący, nie ma więc szans, żebym szedł teraz dalej. Natychmiast muszę się zdrzemnąć.
Budzi mnie szuranie łap. Ze swojego miejsca pod kawałkiem starej papy widzę kilka par kocich nóg. Nie mam pojęcia, jak się znalazłem w tym miejscu. Jak przez mgłę pamiętam Kundla i Boga czy też diabła, sam nie wiem. Jestem teraz w czymś w rodzaju szopy i widocznie są tu lokale hotelowe dla całej pierdolonej społeczności moich braci, których zresztą nie znam. Pachną myszami i sianem – oraz czymś jeszcze, czego nie potrafię zidentyfikować, jeszcze nie teraz. Potem dowiem się, że to jeden z zapachów wolności.
– Idź – słyszę za sobą i podskakuję wystraszony.
Po lewej ode mnie siedzi szaro prążkowany samiec i gapi się prosto na mnie. Nie jest agresywny, powiedziałbym nawet, że dość niemrawy. Ale to tylko pozory.
– Po prostu idź – powtarza. – To moje miejsce. Głuchy jesteś?
– Słyszę – odpowiadam prawie szeptem, gramoląc się tak dyskretnie, jak tylko umiem.
Niepotrzebnie się jednak wysilam, inne osobniki już zaczynają nas otaczać. Jedne jeżą sierść na grzbiecie, inne stoją zupełnie spokojnie, jeszcze inne po prostu zerkają na mnie, wylizując sobie te i owe części ciała. Próbuję je policzyć, ale nie chcę, żeby zauważyły, że to robię. Mogłyby pomyśleć, że się boję, co zresztą jest prawdą, ale nie muszą o tym wiedzieć.
– Gdzie ja jestem? – pytam dla rozładowania napięcia.
– U Mariusza w garażu – odpowiada Szaro Prążkowany.
Rozglądam się po pomieszczeniu już bez strachu. Widzę wlepione we mnie piętnaście par oczu, tyle samo, ile jest domów w naszej wsi.
– Czyli nie umarłem? – upewniam się. – A to nie jest ani niebo, ani piekło?
Jeden z nastroszonych kotów prycha i jakby uchodzi z niego powietrze, jego grzbiet opada, a on sam ostentacyjnie zaczyna wylizywać sobie tyłek. Wygląda jak bliski krewny Białej.
– Naćpał się – odzywa się stojąca obok niego szara kotka. – Stary, a głupi. Mówiłam, żeby pozbyć się tych sfermentowanych myszy spod śmietnika. Bywa, że i dzieciaki się na nie połaszą.
– Przecież już ich tam nie ma, od tygodnia – rzuca Szaro Prążkowany.
Nie wiem, o czym mówią, a moja mina musi mnie zdradzać. Czarna kotka, stojąca po prawej, podchodzi do mnie i zaczyna bezczelnie niuchać mój oddech.
– Co do diabła?
– Coś taki oburzony? – odpowiada ze śmiechem. – Ćpać sfermentowane myszy jak ostatni szczeniak, to ci nie jest wstyd, a teraz udajesz księcia? Jak to z tobą jest?
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – stwierdzam. Jej bliskość mnie drażni.
– Nie cuchnie – oznajmia wszem i wobec. – Wygląda na to, że po prostu sobie z nas żartuje.
Szaro Prążkowany usadawia się pod starą papą, dokładnie tam, gdzie leżałem dwie minuty temu.
– Dla mnie najważniejsze jest, że zwolnił moje wyro. Poza tym może iść w cholerę. Dobrej drzemki wszystkim. I stulcie mordy, bardzo was proszę.
Reszta towarzystwa zaczyna rozchodzić się po kątach, wygląda na to, że o mnie zapomnieli. Najwyraźniej są świeżo po jedzeniu i jest to pora ich porannego spania. Czuję pacnięcie.
– Chodź, pokażę ci, gdzie możesz legnąć – mówi Czarna. – Tacy jak my powinni się trzymać razem.
Nie zdążam zapytać, co ma na myśli, ponieważ już znika w przyległym pomieszczeniu, a kilku braci rzuca nam uciszające syknięcia. Idę więc za Czarną i zajmuję miejsce w wiklinowym koszu, wyściełanym starym kocem.
– Możesz spać na moim miejscu, ja prześpię się na miejscu mojej siostry – informuje. – Poszła w teren, wróci pewnie za kilka dni. Przez te kilka dni, póki ona nie wróci, możesz sobie tutaj urzędować. Nie ma za co.
– Opowiesz mi o tym miejscu? – zatrzymuję ją pytaniem.
Kleją jej się powieki, ale odwraca się uprzejmie i przysiada w miejscu.
– Cóż mogę ci powiedzieć? – zaczyna. – To dom Mariusza, jeden z trzydziestu we wsi. Wieś leży w kotlinie, nad strumieniem. Mariusz ma dom, a w nim pełno pomieszczeń, to tutaj to po prostu rupieciarnia. Tamto, nazywane garażem, to też rupieciarnia.
– Czy Mariusz ma psa?
– Tak. Zna nas wszystkich, więc dał nam spokój. Ale nowych lubi zaczepiać i Mariusz go za to gani.
– Obronił mnie i dał mi jeść – mówię do samego siebie.
– Taki właśnie jest. Daje jeść każdemu żywemu stworzeniu, które wydaje się głodne.
W uszach brzmią mi słowa Justyna, która przestrzegała przed tutejszymi ludźmi.
– Jak to możliwe? – pytam Czarnej, choć widzę, że coraz trudniej jej utrzymać się w pionie. – Przecież ludzie z tej wioski nas nienawidzą, przecież topią młode w strumieniu, mają twarde serca, bo ich ziemia jest twarda…
– W życiu nie słyszałam większych głupot – przerywa mi. – Jesteś pewien, że nie zjadłeś przypadkiem sfermentowanej myszy?
– Tak mi powiedziano – bronię się. – To znaczy, że żyją tu dobrzy ludzie?
Wstaje, czym daje mi do zrozumienia, że na nią czas.
– To znaczy, że żyją różni. Ale w większości są dobrzy. Po południu porozmawiamy, przedstawię cię reszcie. Opowiem ci, jakie obowiązują tu zasady.
– Zasady?
Idzie już w stronę starego materaca, leżącego wprost na kamiennej podłodze. Nie odwraca się, kiedy rzuca:
– Zasady. – Układa się i zaczyna myć. – Chyba nie myślisz, że możesz żyć w jakieś społeczności i robić to na własnych warunkach?
Jak obiecuje, tak robi. Późnym popołudniem stoję naprzeciwko ogłupionej snem hordy moich braci, którym wydaje się obojętne, kim jestem. Mam się przedstawić i już tylko to dostatecznie mnie wkurwia. Mówię więc, że całe życie mieszkałem w jednym domu z jedną kobietą, że ona prawdopodobnie umarła i że nie mam już domu. Któryś pyta, czy żaden z sąsiadów nie przyszedł się o mnie zatroszczyć. Odpowiadam, że moja kobieta z nikim we wsi nie żyła dobrze. Była samotniczką, lubiła sobie pochlać, nie miała czasu na pierdolenie o żniwach. Nikogo nie obchodziłem.
– Mogłeś przecież żebrać po domach – zauważa Szaro Prążkowany.
Odpowiadam, że nie interesuje mnie taki model życia.
– Co masz na myśli? – pyta wrogo samiec, który mógłby być bliskim krewnym Białej. Ma rude tylko jedno ucho.
– No… taki. Chodzenie i proszenie się o jedzenie. Wolałbym mieć dom.
– A ja wolałbym być dzikim rumakiem.
Śmieją się, a potem patrzą na mnie z dystansem. Oni proszą się po domach, wszystkich domach tej wsi, nie mają z tym problemu. Koty tej wioski w zasadzie kumulują się w zabudowaniach Mariusza, ale żrą po innych domach, no i po polach, rzecz jasna.
– Nie możemy jeść u niego, przez nas zagłodziłby się na śmierć – poucza Czarna – więc chodzimy po innych i coś tam dostajemy. Poza tym polujemy.
Nie mieści mi się w głowie, jak ludzie tej doliny mogą je dokarmiać i jak to możliwe, że ich nie topią. Przecież nas nienawidzą, mają twarde serca, bo uprawiają trudną ziemię… Zastanawiam się nad tym jednak tylko chwilę, bo teraz przychodzi kolej na to, by każdy z braci pokrótce coś o sobie powiedział. W sumie nie bardzo mnie to interesuje, ale wypada przynajmniej udawać. Na przykład taki Krewny Białej uciekł ze swojego domu, kiedy jego rodzina przygarnęła nowego kota, z którym darł koty. Uciekł z domu w mieście i wskoczył na naczepę jakiejś ciężarówki, żeby wylądować niedaleko stąd, przy markecie, skąd dotarł już pieszo. Ponieważ z pojęciem naczepy i marketu spotykam się po raz pierwszy, dłuższą chwilę objaśnia mi, co oba wyrażenia oznaczają. Moja uwaga zaczyna się rozpraszać. Zaczynam się rozglądać za kałużami. Nie widzę ich tu. Na samą myśl, że jutrzejszy poranek zacznę bez kałuży, swędzi mnie w środku. Ja muszę, po prostu muszę mieć swoją poranną kałużę, i już! Jak miałbym zacząć dzień bez niej?
– Przepraszam, macie tu jakąś wodę? – przerywam mu, na szczęście nie wydaje się urażony. Wygląda wręcz, jakby mu ulżyło. Mnie też ulżyło, że jemu ulżyło.
– Nie wiem, chyba nie. Na dole masz przecież strumień, możesz pić z niego.
Resztkami siły woli powstrzymuję się od natychmiastowego pobiegnięcia, żeby obejrzeć strumień. W sumie wszedłem do tej wioski dla niego, a w końcu jeszcze do niego nie dotarłem. A minął prawie cały dzień. Krewny Białej szybko kończy swoją opowieść i patrzy na Czarną, jakby czekał na potwierdzenie, że wywiązał się z obowiązku. Kotka kiwa łbem. Widząc, że ani ja nie słucham, ani pozostali nie rwą się do mówienia o sobie, macha lekceważąco łapą.
– Teraz opowiem ci o zasadach – oznajmia.
Słychać zbiorowe westchnienie ulgi, a potem wataha moich braci przez chwilę patrzy znudzona czternaściorgiem oczu, po czym te oczy zaczynają znikać mi z oczu. Jedni oddalają się bez ceregieli, inni z ociąganiem, jeszcze inni przycupnęli nieopodal, jakby sami chcieli się czegoś dowiedzieć. Robię się głodny.