-
nowość
-
promocja
Żart - ebook
Żart - ebook
Żarty bawią. Są stworzone, aby cieszyły i dostarczały rozrywki. Ale w kraju rządzonym przez partię komunistyczną zwykły żart może zniszczyć życie. To właśnie przydarza się Ludvikowi, głównemu bohaterowi opowieści, lekarzowi w komunistycznej Czechosłowacji, gdzie system nie pozwala na śmiech i rozrywkę. Zwłaszcza jeśli ma znaczenie polityczne i może obrażać Karola Marksa, ojca socjalizmu. Z powodu niewinnego żartu Ludvik zostanie wyrzucony z pracy. W dyktaturze taka degradacja niesie ze sobą również degradację społeczną i polityczną, która sprawia, że człowiek staje się nikim.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-079-2 |
| Rozmiar pliku: | 4,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tak więc po wielu latach nagle znowu się tutaj znalazłem. Stałem na głównym placu (który niezliczoną ilość razy przemierzałem jako dziecko, jako chłopiec i jako młodzieniec) i nie odczuwałem najmniejszego nawet wzruszenia; wprost przeciwnie – pomyślałem sobie, że ten płaski plac, gdzie nad dachami domów sterczy wieża ratusza (przypominająca żołnierza w staroświeckim hełmie), wygląda jak wielki koszarowy plac ćwiczeń i że wojenna przeszłość tego południowomorawskiego miasta, stanowiącego niegdyś bastion ochronny przeciw napadom Węgrów i Turków, wycisnęła na jego obliczu piętno nieodwracalnej brzydoty.
Przez długie lata nic nie ciągnęło mnie do mego rodzinnego miasta; mówiłem sobie, że zobojętniało mi ono, i wydawało mi się to całkiem naturalne: przecież nie mieszkam tu już od lat piętnastu, pozostało mi tutaj zaledwie kilku znajomych czy kolegów (a i tych będę raczej unikał), matka moja jest tu pochowana w obcym grobowcu, o który zupełnie się nie troszczę. Ale myliłem się; to, co nazywałem obojętnością, było w istocie nienawiścią, której przyczyn nie mogłem uchwycić, ponieważ w moim mieście rodzinnym przydarzyły mi się rzeczy dobre i złe, tak jak we wszystkich innych miastach, ale nienawiść tkwiła tutaj; zdałem sobie z tego sprawę właśnie w związku z tą podróżą: to, co mnie tu sprowadziło, mogło się dokonać równie dobrze i w Pradze, ale naraz zaczęła mnie nieodparcie pociągać nadarzająca się szansa zrobienia tego właśnie w rodzinnym mieście, chodziło bowiem o rzecz cyniczną i przyziemną, która drwiła z mego przypuszczenia, że mógłbym tu wrócić po to, by sentymentalnie roztkliwiać się nad minionym czasem.
Raz jeszcze powiodłem złośliwym spojrzeniem po brzydkim placu, po czym odwróciłem się i ruszyłem ulicą do hotelu, gdzie miałem zamówiony nocleg. Portier wręczył mi klucz z drewnianą gruszką i powiedział: „Drugie piętro”. Pokój nie grzeszył komfortem. Pod ścianą łóżko, pośrodku mały stół z jednym krzesłem, obok łóżka pretensjonalna mahoniowa toaletka z lustrem, a koło drzwi niewielka obtłuczona umywalka. Położyłem teczkę na stole i otworzyłem okno: wychodziło na podwórze i na tyły domów odwróconych do hotelu nagimi, brudnymi ścianami. Zamknąłem okno, zaciągnąłem firanki i podszedłem do umywalki, która miała dwa kurki – jeden oznaczony kolorem czerwonym, drugi niebieskim; odkręciłem je – z obydwu leciała zimna woda. Spojrzałem na stół; jako tako mógł ujść, butelka i dwa kieliszki zmieściłyby się na nim całkiem dobrze, gorzej jednak, że mogła przy nim siedzieć tylko jedna osoba, ponieważ w pokoju nie było drugiego krzesła. Przysunąłem stół do łóżka i spróbowałem usiąść na łóżku przy stole, ale łóżko było za niskie, a stół za wysoki; ponadto łóżko ugięło się pode mną tak, że natychmiast zrozumiałem, iż nie tylko nie może służyć do siedzenia, ale że i funkcję łoża pełnić będzie raczej z wątpliwym efektem. Oparłem się pięściami o materac, potem położyłem się, ostrożnie unosząc w górę nogi, żeby nie pobrudzić butami (całkiem czystej) kołdry i prześcieradła. Łóżko ugięło się pode mną i leżałem w nim jak w hamaku albo jak w bardzo ciasnym grobie; nie sposób było wyobrazić sobie, że jeszcze ktoś mógłby ze mną tu leżeć.
Usiadłem na krześle, utkwiłem wzrok w prześwietlonych firankach i zamyśliłem się. W tej chwili z korytarza dobiegły czyjeś kroki i głosy; były to dwie osoby, kobieta i mężczyzna, rozmawiali ze sobą i można było zrozumieć każde ich słowo. Mówili o jakimś Piotrze, który uciekł z domu, i o jakiejś ciotce Klarze, która jest głupia i chłopca rozpieszcza; potem dał się słyszeć zgrzyt klucza w zamku, skrzypnięcie otwieranych drzwi i głosy rozbrzmiewały dalej w sąsiednim pokoju; słychać było westchnienia kobiety (tak, nawet westchnienia!) i energiczne oświadczenie mężczyzny, że nareszcie rozmówi się z Klarą jak należy.
Wstałem, byłem zdecydowany; umyłem ręce nad umywalką, wytarłem ręcznikiem i wyszedłem z hotelu, chociaż w pierwszej chwili nie wiedziałem, dokąd pójdę. Wiedziałem tylko jedno, że jeżeli nie mam powodzenia całej swojej wyprawy (długiej i męczącej) uzależniać od wątpliwej raczej wygody hotelowego pokoju, muszę – chociaż wcale mi się nie chciało – zwrócić się do któregoś ze swoich tutejszych znajomych z dyskretną prośbą. Szybko przebiegłem myślą galerię twarzy z czasów młodości, ale natychmiast odrzuciłem wszystkie, choćby dlatego, że intymność żądanej przysługi zobowiązywała do pracochłonnego przerzucenia pomostu ponad długim szeregiem lat, które dzieliły nas od ostatniego spotkania – a na to nie miałem najmniejszej ochoty. Ale po chwili przypomniałem sobie, że mieszka tu prawdopodobnie człowiek, który przeniósł się do tego miasta, a któremu przed laty sam załatwiłem tutaj posadę, i że (o ile go znam) bardzo będzie rad, jeśli nadarzy mu się okazja zrewanżowania mi się przysługą za przysługę. Był to oryginał, przesadny moralista, a zarazem człowiek dziwnie niespokojny i niestały; o ile wiem, żona rozwiodła się z nim przed laty, po prostu dlatego, że przebywał wszędzie indziej, tylko nie z nią i z ich synem. Teraz truchlałem już tylko na myśl, czy się znowu nie ożenił, ponieważ utrudniłoby to spełnienie mojej prośby, i szybkim krokiem skierowałem się do szpitala.
Tutejszy szpital to kompleks budynków i pawilonów rozrzuconych na rozległym terenie ogrodu; wszedłem do małej, niepozornej budki przy bramie i poprosiłem siedzącego za stołem portiera, żeby mnie połączył z oddziałem zakaźnym; podsunął mi telefon na brzeg stołu i powiedział: „Zero dwa”. Wykręciłem zatem zero dwa i dowiedziałem się, że doktor Kostka właśnie przed chwilą skończył dyżur i jest w drodze do wyjścia. Usiadłem na ławce w pobliżu bramy, żeby go nie przeoczyć, gapiłem się na mężczyzn, którzy snuli się tu w szpitalnych szlafrokach w białe i niebieskie pasy, i wreszcie go zobaczyłem: szedł zamyślony, wysoki, chudy, sympatycznie niepozorny; tak, to był on. Wstałem z ławki i ruszyłem energicznie naprzeciw, jakbym chciał się z nim zderzyć; spojrzał na mnie z urazą, ale natychmiast mnie poznał i szeroko otworzył ramiona. W swoim zaskoczeniu wydał mi się niemal uszczęśliwiony, a bezpośredniość, z jaką mnie przywitał, ucieszyła mnie.
Wyjaśniłem mu, że przyjechałem przed niecałą godziną w jakiejś błahej sprawie, która zatrzyma tu mnie pewnie ze dwa dni, a on zdziwił się z radością, że pierwsze kroki skierowałem do niego. Zrobiło mi się przykro, że nie przyszedłem bezinteresownie, wyłącznie dla niego samego, i że również pytanie, które mu właśnie zadaję (spytałem go jowialnie, czy się już powtórnie ożenił), to tylko udawanie zainteresowania, w gruncie rzeczy podyktowanego praktycznym wyrachowaniem. Odparł (ku memu zadowoleniu), że ciągle jest sam. Oświadczyłem, że musimy pogadać. Zgodził się ze mną, żałował tylko, że ma niestety jedynie godzinę, ponieważ musi jeszcze wrócić do szpitala, a wieczorem wyjeżdża.
– Pan nie mieszka tutaj? – przestraszyłem się.
Zapewnił mnie, że owszem, mieszka, że ma kawalerkę w nowym budownictwie, ale że „źle jest człowiekowi samemu”. Okazało się, że w innym mieście, dwadzieścia kilometrów stąd, Kostka ma narzeczoną, nauczycielkę, i to z dwupokojowym mieszkaniem.
– Przeniesie pan się z czasem do niej? – spytałem.
Odparł, że trudno by mu było w innym mieście o tak ciekawą pracę, jaką pomogłem mu tutaj znaleźć, a z kolei jego narzeczona miałaby trudności ze znalezieniem posady właśnie tutaj. Zacząłem wymyślać (zupełnie szczerze) na niedołęstwo naszej biurokracji, która nie jest w stanie iść na rękę mężczyźnie i kobiecie, aby mogli wspólnie zamieszkać.
– Niech się pan uspokoi, panie Ludwiku – rzekł z miłą wyrozumiałością – nie takie to znowu straszne. Tracę wprawdzie na przejazdy trochę pieniędzy i czasu, ale w ten sposób nic nie zagraża mojej samotności i czuję się wolny.
– Po co panu tyle wolności? – zapytałem.
– A panu? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
– Ja jestem babiarz – odrzekłem.
– Wolność nie jest mi potrzebna z powodu kobiet, ale dla mnie samego – rzekł i dodał: – Wie pan co, niech pan do mnie wpadnie na chwilę, zanim wyjadę.
– O niczym innym nie marzyłem.
Wyszliśmy więc ze szpitala i wkrótce znaleźliśmy się na nowym osiedlu mieszkaniowym, gdzie domy sterczały jeden obok drugiego na niewyrównanym piaszczystym terenie (bez trawników, bez chodników, bez jezdni), tworząc smutną scenerię na krańcach miasta graniczącego z pustą równiną rozległych pól.
Weszliśmy w jedną z bram, zaczęliśmy się wspinać po wąskich schodach (winda nie działała), wreszcie zatrzymaliśmy się na trzecim piętrze, gdzie zobaczyłem wizytówkę z nazwiskiem Kostki. Gdy przeszliśmy z przedsionka do pokoju, poczułem się usatysfakcjonowany w najwyższym stopniu: w rogu stał szeroki wygodny tapczan, przykryty wzorzystą narzutą; oprócz tapczana znajdował się w pokoju stół, fotel, duża biblioteka, adapter i radio.
Pochwaliłem pokój i spytałem, jak wygląda łazienka.
– Żaden komfort – rzekł uradowany moim zainteresowaniem i pociągnął mnie do przedpokoju, skąd prowadziły drzwi do łazienki, małej, ale całkiem przyjemnej, z wanną, prysznicem i umywalką.
– Wie pan, kiedy tak patrzę na to pańskie urocze mieszkanko, przyszedł mi do głowy pewien pomysł – powiedziałem. – Co pan robi jutro po południu i wieczorem?
– Niestety – tłumaczył się skruszony – mam jutro do późna dyżur. Wracam dopiero koło siódmej. Nie będzie pan wolny wieczorem?
– Wieczorem chyba tak, ale czy nie mógłby mi pan przedtem, na popołudnie, pożyczyć swego mieszkania?
Moje pytanie go zdziwiło, ale natychmiast (jakby się bał, że posądzę go o brak dobrej woli) odrzekł:
– Bardzo chętnie się nim z panem podzielę. – I mówił dalej, jakby specjalnie nie chciał dociekać powodu mojej prośby: – Jeśli ma pan trudności z mieszkaniem, to może pan tu przenocować już dzisiaj, wracam dopiero rano, a właściwie nawet i rano nie wrócę, bo pójdę prosto do szpitala.
– Nie, dziękuję. Ulokowałem się już w hotelu. Tylko że pokój hotelowy jest trochę nieprzyjemny, a jutro po południu potrzebne mi jest jakieś miłe lokum. Oczywiście nie po to, żebym był w nim sam.
– Tak – rzekł Kostka i łagodnie pochylił głowę – tak się właśnie domyślałem. – A po chwili dodał: – Cieszę się, że mogę dla pana zrobić coś dobrego. – Po czym jeszcze dorzucił: – O ile to rzeczywiście będzie dla pana dobre.
Siedliśmy następnie przy stole (Kostka zaparzył kawę) i przez chwilę rozmawialiśmy (siedziałem na tapczanie i konstatowałem z zadowoleniem, że jest mocny, nie kiwa się ani nie skrzypi). Potem Kostka oświadczył, że musi już wracać do szpitala, toteż naprędce zaczął mnie wtajemniczać w niektóre arkana domowe: kurek nad wanną należy mocno dokręcać, ciepła woda wbrew normalnym zwyczajom leci z kranu oznaczonego literą „Z”; wtyczka sznura do radioadaptera ukryta jest za tapczanem, a w szafce znajduje się ledwo napoczęta butelka wódki. Potem wręczył mi kółko z dwoma kluczami i pokazał, który jest od głównego wejścia na dole, a który od drzwi mieszkania. Wyrobiłem w sobie z biegiem lat, w czasie których sypiałem na wielu różnych łóżkach i siadywałem przy wielu różnych stołach, szczególny kult dla kluczy, toteż klucze Kostki schowałem z cichą radością do kieszeni.
Na odchodnym Kostka życzył mi, aby jego garsoniera przyniosła mi „coś naprawdę pięknego”.
– Tak – powiedziałem – umożliwi mi przeprowadzenie pewnego pięknego dzieła zniszczenia.
– Sądzi pan, że niszczenie może być piękne? – spytał Kostka, a ja uśmiechnąłem się w duszy. Po tym pytaniu (zadanym spokojnie, ale pomyślanym agresywnie) poznałem go bowiem takiego, jaki był, kiedy przed piętnastu laty zawarłem z nim znajomość. Lubiłem go, a jednocześnie śmieszył mnie, dlatego właśnie odparłem:
– Ja wiem, że z pana cichy boży pracownik na wiecznej bożej budowie i że niechętnie słucha pan o niszczeniu, ale co robić: ja pracownikiem bożym nie jestem. Zresztą, jeżeli murarze boży wznoszą gmachy z prawdziwych murów – nasze niszczycielskie zapędy nie mogą im zaszkodzić. Ale mnie się zdaje, że zamiast murów widzę wszędzie tylko same makiety. A niszczenie makiet to rzecz całkiem usprawiedliwiona.
Znaleźliśmy się znowu w tym samym punkcie, w którym ostatnim razem (chyba jakieś dziewięć lat temu) się rozeszliśmy: nasz spór miał w tej chwili charakter o wiele bardziej abstrakcyjny, ponieważ obaj dobrześmy znali jego konkretne źródło i nie musieliśmy sobie tego powtarzać; powtarzać musieliśmy sobie jedynie to, że się nie zmieniliśmy, że w dalszym ciągu jesteśmy tak samo do siebie niepodobni (muszę przy tym zaznaczyć, że tę odmienność w Kostce bardzo lubiłem i właśnie dlatego tak chętnie rozpoczynałem z nim dyskusję, ponieważ w ten sposób zawsze miałem możność, przynajmniej pobieżnie, uzmysłowić sobie, kim właściwie jestem i co myślę). Żeby mi więc nie pozostawiać wątpliwości co do swojej osoby, odparł:
– To, co pan mówi, brzmi bardzo ładnie. Ale proszę mi powiedzieć: skoro z pana taki sceptyk, to skąd bierze pan tę pewność, iż potrafi pan odróżnić makietę od prawdziwego muru? Czy nigdy nie miał pan wątpliwości, że złudzenie, które pan wykpiwa, to rzeczywiście tylko złudzenie? A jeżeli się pan myli? Jeśli to są prawdziwe wartości, a pan jest ich niszczycielem? – Po czym dodał: – Zlekceważona wartość i zdemaskowane złudzenie mają bowiem równie rachityczne ciała, są do siebie podobne i nic łatwiejszego, jak wziąć jedno za drugie.
Odprowadziłem Kostkę z powrotem do szpitala, bawiąc się kluczami w kieszeni, i dobrze mi było w towarzystwie starego znajomego, który potrafił przekonywać mnie o swojej prawdzie w każdym miejscu i w każdym czasie, choćby właśnie teraz w drodze przez wyboisty teren nowego osiedla.
Kostka wiedział jednak, że mamy przed sobą cały jutrzejszy wieczór, po chwili więc przeszedł od filozofowania do zwykłych kłopotów, znowu upewnił się, czy zaczekam na niego jutro do siódmej, aż wróci ze szpitala (sam nie ma drugich kluczy od mieszkania), i zapytał, czy rzeczywiście niczego mi już więcej nie potrzeba. Dotknąłem ręką twarzy i oświadczyłem, że powinienem jedynie wstąpić do fryzjera, bo jestem obrzydliwie zarośnięty.
– To świetnie – rzekł Kostka. – Załatwię panu protekcyjne golenie.
Nie broniłem się przed opiekuńczością Kostki i dałem się zaprowadzić do małego zakładu fryzjerskiego, gdzie przed trzema lustrami tkwiły trzy wielkie fotele obrotowe, a na dwóch z nich siedzieli mężczyźni z odchylonymi do tyłu głowami i z pianą mydlaną na twarzy. Dwie kobiety w białych fartuchach pochylały się nad nimi. Kostka podszedł do jednej z nich i coś jej szepnął; kobieta wytarła brzytwę w serwetkę i zawołała w stronę zaplecza; wyszła stamtąd dziewczyna w białym fartuchu i zajęła się opuszczonym klientem na fotelu, podczas gdy ta, z którą rozmawiał Kostka, skinęła mi głową i wskazała wolny fotel. Podaliśmy sobie z Kostką ręce na pożegnanie, usiadłem, położyłem głowę na nastawionym odpowiednio oparciu, a że po tylu latach życia niechętnie oglądam swoją twarz, ominąłem wzrokiem lustro umieszczone naprzeciw mnie, podniosłem oczy w górę i zacząłem błądzić spojrzeniem po białym, pokrytym plamami suficie.
Nie oderwałem wzroku od sufitu nawet i później, kiedy poczułem na szyi palce dziewczyny, wsuwające mi za kołnierz koszuli białą serwetkę. Potem panienka odsunęła się, słyszałem odgłos ostrzenia brzytwy o skórzany pasek i pogrążyłem się w jakimś słodkim odrętwieniu, pełnym przyjemnej obojętności. Po chwili poczułem na twarzy palce wilgotne i śliskie, rozcierające mi na policzkach mydło w kremie, i uświadomiłem sobie ten dziwny i komiczny fakt, że jakaś obca kobieta, która nic mnie nie obchodzi i której ja nic nie obchodzę, czule mnie gładzi. Dziewczyna zaczęła teraz mydlić mi twarz pędzlem, a ja miałem wrażenie, że nie siedzę, ale jestem zawieszony w tej białej poplamionej przestrzeni, w której utkwiłem wzrok. I wyobraziłem sobie (ponieważ w chwilach odpoczynku myśli nie ustają w swoich igraszkach), że jestem bezbronną ofiarą i że zostałem wydany całkowicie na pastwę dziewczynie, która ostrzy brzytwę. A ponieważ moje ciało rozpływało się w przestrzeni i czułem tylko swoją twarz oraz dotyk palców na niej, bez trudu wyobraziłem sobie, że delikatne palce trzymają (obracają, gładzą) moją głowę tak, jakby w ogóle nie liczyły się z ciałem, jakby ta głowa była czymś samoistnym, i że ostra brzytwa, która leży przygotowana na podręcznym stoliku, tę wspaniałą jej samoistność doprowadzi do punktu szczytowego.
Potem palce przestały mnie dotykać, słyszałem, jak dziewczyna odchodzi, jak teraz rzeczywiście bierze już brzytwę do ręki, i powiedziałem sobie (ponieważ igraszki myśli trwały dalej), że muszę zobaczyć, jak właściwie wygląda kobieta, która trzyma (unosi) moją głowę – ten mój czuły morderca. Odkleiłem wzrok od sufitu i spojrzałem w lustro. Wpadłem w osłupienie i zabawa, którą sobie urządziłem, nabrała nagle rysów autentyczności; wydało mi się bowiem, że tę dziewczynę, która pochyla się nade mną w lustrze, znam.
Jedną ręką przytrzymywała płatek mego ucha, drugą uważnie zeskrobywała mi mydło z twarzy; patrzyłem na nią i tożsamość, którą stwierdziłem przed chwilą z taką pewnością, zaczęła się powoli rozpływać i zanikać. Potem dziewczyna nachyliła się nad umywalką, dwoma palcami zgarnęła z brzytwy kłąb piany, wyprostowała się i łagodnie przekręciła fotel: w tej chwili na ułamek sekundy spotkały się nasze spojrzenia i znowu wydało mi się, że to ona. Rzeczywiście, jej twarz była trochę inna, jakby należała do jej starszej siostry, była ściągnięta, przywiędła, nieco zapadnięta, ale to przecież piętnaście lat, kiedy widziałem ją po raz ostatni! Przez te lata czas nałożył na jej prawdziwą twarz fałszywą maskę, na szczęście jednak ta maska ma dwa otwory, przez które mogą znowu spojrzeć na mnie jej prawdziwe, rzeczywiste oczy, takie, jakie znałem.
A potem ślady znowu zaczęły się gmatwać: do zakładu wszedł nowy klient, usiadł na krześle za moimi plecami i czekał na swoją kolejkę; po chwili odezwał się do mojej panienki; mówił coś o pięknym lecie i o basenie, który budują za miastem; panienka odpowiadała mu (chwytałem raczej głos niż słowa, zupełnie zresztą nieważne) i stwierdziłem, że tego głosu nie poznaję; był energiczny, nonszalancki, śmiały, niemal wulgarny, był to całkiem obcy głos.
Myła mi teraz twarz, przyciskała ręce do moich policzków, a ja (na przekór głosowi) znowu zaczynałem wierzyć, że to ona, że po piętnastu latach znów czuję jej dłonie na swojej twarzy, że znów mnie gładzi, gładzi długo i czule (zupełnie nie pamiętałem, że to nie jest pieszczota, tylko mycie); jej obcy głos przez cały czas odpowiadał coś na pytania faceta, który się rozgadał; ale ja nie chciałem wierzyć głosowi, wolałem wierzyć rękom, chciałem ją poznać po rękach; usiłowałem według stopnia tkliwości jej dotyku zorientować się, czy to jest ona i czy mnie poznała.
Wzięła ręcznik i osuszyła mi twarz. Gadatliwy facet śmiał się głośno z dowcipu, który sam opowiedział, zauważyłem jednak, że moja panienka się nie śmieje, to znaczy, że niezbyt uważnie słucha, co ten gość mówi. Wzburzyło mnie to, ponieważ widziałem w tym dowód, że mnie poznała i że sama jest wzburzona, choć to ukrywa. Postanowiłem zagadnąć ją, jak tylko wstanę z fotela. Zdjęła mi serwetkę spod szyi. Wstałem. Z kieszeni marynarki wyciągnąłem pięć koron. Czekałem, aż znowu spotkają się nasze oczy, żebym mógł wymówić jej imię (facet wciąż coś ględził), ale ona miała głowę obojętnie odwróconą, pięć koron wzięła szybko i rzeczowo, poczułem się więc jak dureń, który uwierzył złudnym przywidzeniom, i nie zdobyłem się na odwagę, by się do niej odezwać.
Dziwnie niezadowolony, wyszedłem z zakładu, wiedziałem tylko, że nic nie wiem i że to straszliwe chamstwo stracić pewność co do tożsamości twarzy tak bardzo niegdyś kochanej.
Nie było oczywiście trudno dowiedzieć się prawdy. Pospieszyłem do hotelu (po drodze na przeciwległym chodniku dostrzegłem starego przyjaciela mojej młodości, dyrygenta kapeli ludowej, Jarosława, ale zupełnie jakbym uciekał przed natrętną i hałaśliwą muzyką, szybko odwróciłem wzrok), a z hotelu zadzwoniłem do Kostki; był jeszcze w szpitalu.
– Niech mi pan łaskawie powie, czy ta dziewczyna, której mnie pan przekazał u fryzjera, nazywa się Łucja Szebetkówna?
– Teraz nazywa się inaczej, ale to ona. Skąd pan ją zna? – spytał.
– Ze strasznie dawnych czasów – odparłem; nie poszedłem nawet na kolację, wyszedłem z hotelu (ściemniało się już), chciałem się jeszcze trochę powałęsać po mieście.