Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Żelazny ogień - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 czerwca 2026
89,90
8990 pkt
punktów Virtualo

Żelazny ogień - ebook

Oblężenie Malty w 1565 roku to jedno z najważniejszych, przełomowych wydarzeń w historii – obrona wyspy powstrzymała dalszą ekspansje turecką, a kto wie, jak dzisiaj wyglądałaby Europa, gdyby to się nie udało. Trudno się zatem dziwić, że inspiracji w nim szukali także pisarze. David Ball, wychodząc od losów rozdzielonego rodzeństwa, zaprezentował w swojej powieści niezwykle szeroką panoramę akcji, która przenosi nas nie tylko na Maltę, ale także do Algieru, Paryża czy Konstantynopola. Czegóż tu nie ma! Porwanie, niewolnictwo, morskie potyczki, romans i wreszcie decydujące starcie o przyszłość nie tylko świata śródziemnomorskiego, lecz także całego kontynentu. To powieść historyczno-przygodowa, czerpiąca mocno z klasycznych wzorców, ale podana w nowoczesnym wydaniu, do tego przyprawiona nierzadko dosadnym językiem i pikantną obyczajowością. Książka dzięki dobremu tempu, sprawnie opowiedzianej historii i wyrazistym postaciom z pewnością będzie lekturą dającą przede wszystkim rozrywkę – to solidna literatura środka, idealna na letnie wieczory lub w podróży. Choćby na Maltę.

David Ball – amerykański pisarz i podróżnik, autor cenionych powieści przygodowych i sag historycznych, w których z rozmachem odtwarza obyczajowe i polityczne realia dawnych epok. Z wykształcenia dziennikarz, doświadczenia z podróży po ponad 65 krajach i sześciu kontynentach przekłada na dbałość o szczegół. Do jego najbardziej znanych książek należą Empires of Sand, China Run oraz Żelazny ogień.

Mieszka w Kolorado w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracuje nad kolejnymi projektami literackimi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8231-865-4
Rozmiar pliku: 3,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ŻELAZNY OGIEŃ,
CZYLI W OBRONIE LITERATURY POPULARNEJ

„Nasz stosunek do literatury popularnej, zwanej pospolicie wulgarną, świadczy najwymowniej, jak dalece nie doceniamy życia codziennego. Powieść historyczna rządzi się własnymi prawami i służy innym celom niż literatura naukowa; narzucanie jej tych zasad byłoby zresztą równie dziwaczne, jak wymaganie od współczesnej powieści przekazywania wiedzy z chemii, astronomii czy ekonomii; poza tym książka tego typu zazwyczaj nie ma w sobie nic wulgarnego; wręcz przeciwnie, jest ona punktem skupienia dla niezliczonych i płomiennych wyobrażeń” – pisał Gilbert Keith Chesterton w swojej książeczce Obrona niedorzeczności, pokory, romansu brukowego i innych rzeczy wzgardzonych, która ukazała się w Polsce w 1927 roku.

I ja – za radą słynnego angielskiego pisarza – też chciałbym również zachęcić nas do docenienia prawdziwej satysfakcji i czytelniczej pasji, jakie daje powieść historyczna. Powieść Davida Balla jest właśnie taką lekturą: pełną życia, wciągającą i napisana z rozmachem.

Oblężenie Malty w 1565 roku to jedno z najważniejszych, przełomowych wydarzeń w historii – obrona wyspy powstrzymała dalszą ekspansję turecką, a kto wie, jak dzisiaj wyglądałaby Europa, gdyby to się nie udało. Trudno zatem się dziwić, że inspiracji w nim szukali także pisarze. David Ball, wychodząc od losów rozdzielonego rodzeństwa, zaprezentował w swojej powieści niezwykle szeroką panoramę akcji, która przenosi nas nie tylko na Maltę, ale także do Algieru, Paryża czy Konstantynopola. Czegóż tu nie ma! Porwanie, niewolnictwo, morskie potyczki, romans i wreszcie decydujące starcie o przyszłość świata śródziemnomorskiego, a nawet całego kontynentu. To powieść historyczno-przygodowa, czerpiąca mocno z klasycznych wzorców, ale podana w nowoczesnym wydaniu i przyprawiona do tego nierzadko dosadnym językiem oraz pikantną obyczajowością. Książka dzięki dobremu tempu, sprawnie opowiedzianej historii i wyrazistym postaciom z pewnością będzie lekturą dającą przede wszystkim rozrywkę – to solidna literatura środka, idealna na letnie wieczory lub w podróży. Choćby na Maltę.

Bo o swego rodzaju podróż w tym przypadku chodzi – seria „Przełomy” została tak bowiem pomyślana, aby zabrać czytelników literackim wehikułem na wyprawę w czasie i przestrzeni, w możliwie jak najbardziej ciekawy i różnorodny sposób, także jeśli chodzi o formę oraz stylistykę. Zatem obok dzieł wybitnych i ważnych chcielibyśmy przyglądać się przełomowym wydarzeniom z przeszłości także nieco mniej wytrawnym okiem. Mamy jednak przekonanie, że i taka perspektywa może być intrygująca, a opowieści wciągające.

Żelazny ogień taki właśnie jest – dostajemy tu wszystko, co potrzebne, aby zbudować w wyobraźni świat pełen interesujących postaci i ich losów.

W powieści amerykańskiego autora cieszy chyba przede wszystkim szerokość założenia tej historii – zarówno czasowa, jak i geograficzna. Ball ma spory talent, by łatwo i bezproblemowo przechodzić z jednej lokalizacji w drugą oraz zmieniać perspektywę, dzięki której obserwujemy perypetie całkiem sporej grupy postaci i wielu punktów widzenia. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się rozdzielone w dzieciństwie maltańskie rodzeństwo, ale przecież galeria typów i charakterów jest tu całkiem pokaźna i bogata. Nie są to może portrety odmalowane z jakąś wyjątkowo pieczołowitą wiarygodnością, są one troszkę papierowe, ale dzięki temu ogień emocji lepiej się przecież pali.

Trzeba też docenić dobrą konstrukcję historii, której kulminacyjnym momentem jest oblężenie wyspy, gdzie historie wszystkich bohaterów powieści zbiegają się oczywiście w decydującym starciu. Dla wielu będzie to z pewnością najbardziej atrakcyjna część książki i nie ma się, co dziwić – to bite kilkadziesiąt stron gęstego i mocnego opisu bitwy, która być może uratowała sporą część chrześcijańskiego świata przed islamską nawałnicą.

Co ciekawe dla Balla ważniejsi zdają się właśnie jego bohaterowie, a nie cała ta wielka, geopolityczna potyczka, która jest w zasadzie tylko pretekstem – to los jednostki jest istotny, to wokół pojedynczego człowieka skupia się uwaga autora. Choć Marią i Nico Borgami wielkie sprawy tego świata miotają po całym Morzu Śródziemnym, to chcą oni w tym wszystkim zachować siebie – to na nich skupia się uwaga czytelnika i to im kibicujemy od początku do końca, mimo zderzenia postaw i motywacji.

Wymieniając zalety książki, nie można też pominąć tego całego historycznego sztafażu, który buduje świat miniony, a dzięki wyobraźni autora całkiem sprawnie wskrzeszony. Bitwy morskie i lądowe, codzienne życie na galerach, oblężenie fortec, intrygi na dworze sułtana – wszystko to jest dość plastycznie oddane, z odpowiednim dynamizmem, a czasem nawet brutalnie realistyczne. Autor nie unika bowiem ciemnych stron epoki i miejsc, które odwiedza: niewolnictwa, gwałtów, pedofilii, fanatyzmu religijnego, tortur i politycznego cynizmu po obu stronach konfliktu. Można zatem powiedzieć, że ta szczera bezpośredniość mocniejszych kwestii dobitnie i dość często przełamuje ramy niewinnej powieści przygodowej.

Innym wyjściem z nieco już przecież anachronicznego myślenia o takim typie literatury jest niekiedy bardzo surowe traktowanie swoich bohaterów przez autora – to nie są postacie jednowymiarowe, ale pełne odcieni, wątpliwości i czasem ich nieoczywiste działania mogą wzbudzać mieszane odczucia. Ball bardzo stara się być obiektywny, choć być może czasem ta sprawiedliwość zarówno w pokazaniu postaci, jak i dwóch wielkich religijnych obozów, jest nieco wymuszona. Można nawet pomyśleć, że ta symetria w ostatecznym rozrachunku musi być w tej opowieści pełna, aby ludzie i zdarzenia stały się dzięki temu bardziej wiarygodne i po prostu „prawdziwsze”. I trzeba przyznać, że generalnie to się udaje.

Żelazny ogień nie jest w żaden sposób powieścią przełomową, ale dotyka spraw i wydarzeń, które na pewno takie były – już choćby z tego powodu warto po nią sięgnąć i oddać się na wiele godzin bezpretensjonalnej rozrywce czytelniczej, czyli czemuś, co literaturze tak bardzo odbiera kino, telewizja i przede wszystkim internet.

Myślę zatem, że takie właśnie powieści młodzi ludzie czytali kiedyś w nocy z latarką pod kołdrą…

Grzegorz Jarosiński

redaktor prowadzący serii „Przełomy”*

Morze Śródziemne, wiek XVI. Malta, wyspa leżąca w samym centrum najważniejszych morskich szlaków pomiędzy chrześcijańskim Zachodem a Imperium Otomańskim na Wschodzie, rządzona przez starodawny Zakon Szpitalników Św. Jana Jerozolimskiego, staje się sceną, na której ważyć się będą losy świata. Ręka opatrzności zmienia nagle los jednego z jej synów, gdy młody Nicolo Borg zostaje pojmany przez handlarzy niewolników z Barbarii i trafia na dwór najwspanialszego władcy muzułmańskiego świata. Przemianowany na Aszę, myślący o ucieczce nawet wtedy, gdy ślubuje posłuszeństwo bogu swoich panów i uczy się ich kultury oraz sztuki wojennej, ten niewinny chłopiec staje się jednym z najgroźniejszych dowódców sułtana. W ukochanej siostrze Nica, Marii, jego utrata rozpala nienawiść do joannitów, którzy nie zrobili nic, by go ratować, i ożywia marzenie o ucieczce z dusznego kraju. Kiedy uparta dziewczyna wyrasta na piękną kobietę, podbija serce Christiena de Vries, rycerza i lekarza, rozdwojonego pomiędzy obowiązkiem a namiętnością, uwikłanego w gorączkowe przygotowania Malty do obrony przed nadciągającą nawałnicą otomańską.

Wokół Nica i Marii są też inni, którzy będą dzielić ich losy: Dragut Reis, znamienity korsarz i arcywróg kawalerów maltańskich, Giulio Salvago, ksiądz uciekający przed pokusami.

*Główne postacie:

MALTA

Maria Borg, wieśniaczka maltańska

Nico Borg, młodszy brat Marii

Luca Borg, ich ojciec

Isolda Borg, żona Luki

Elena, kurtyzana

Fencu, przywódca jaskini M’kor Hakhayyim

Elli, żona Fencu

ksiądz Giulio Savago, kappillan, czyli proboszcz ze Świętej Agaty

Jakub Pavino, ptasznik z Gozo

Angela Buqa, baronowa

Antonio Buqa, jej mąż, baron

PARYŻ

Christien de Vries, kawaler Zakonu św. Jana z Jerozolimy

Arnaud, hrabia de Vries

Simona, żona Arnauda

Bertrand Cuvier, kawaler Zakonu św. Jana z Jerozolimy

Philippe Guignard, lekarz

Marcel Foucault, felczer

ALGIER

El Hadżi Faruk, bogaty kupiec i budowniczy statków

Jusuf, jego syn

Amira, żona Faruka

Mehmet, sługa i domownik Faruka

Leonardus, mistrz szkutnik

Ibi, ogrodnik

ISTAMBUŁ

Asza, paź w służbie sułtana w seraju Topkapi

Alisa, młoda niewolnica

Iskander, wychowawca w szkole paziów

Szabu, paź

Nasrid, paź

POSTACIE HISTORYCZNE

Dragut Reis, korsarz

Sulejman, sułtan z dynastii Osmanów

Jean Parisot de la Valette, wielki mistrz Zakonu św. Jana

Romegas, dowódca galer Zakonu św. Jana

Oliver Starkey, angielski sekretarz wielkiego mistrza

Dżehanir, książę, najmłodszy syn Sulejmana

Józef Callus, lekarz z Mdiny

Domenico Cubelles, biskup i inkwizytor Malty

Don Garcia, wicekról Sycylii, książę Medina Coeli

Ambroise Paré, chirurg

Mustafa Pasza, wódz osmański

Piali Pasza, admirał osmański

ksiądz Jesuald, heretyk

Od autora

Większość przywołanych w książce dat pochodzi z pracy Dzieje Morza Środkowego otomańskiego historyka Dariusza i w oryginale podana została w kalendarzu muzułmańskim; dla przejrzystości zostały one przetransponowane na kalendarz gregoriański.KSIĘGA PIERWSZA NICO

Z „Dziejów Morza Środkowego” rozpoczętych w Istambule w roku 1011 hidżry Proroka (A.D. 1604) przez Dariusza, nadwornego dziejopisa Lwa Wschodu i Zachodu, sułtana Ahmeda

Malta!

Nigdy jeszcze losy imperiów nie ważyły się w bardziej nieprawdopodobnym miejscu. Zaledwie pięć wysepek tworzy Archipelag Maltański. Z nich tylko dwie, zwane Maltą i Gozo, zasługują na odnotowanie. Obie są w większości jałowe, ubogie w wodę i pokryte cienką warstwą marnej ziemi, na której wyrastają jedynie najbardziej uparte figi i melony i gdzie potrafią żyć jedynie najwytrwalsi ludzie. W czasach przedhistorycznych, na długo przed epoką brązu, wyspy zamieszkiwali starożytni, którzy pozostawili rozpadające się świątynie i koleiny wyżłobione w skałach, aby upamiętnić swoją obecność. W ich ślady poszli Fenicjanie, a po nich Kartagińczycy i Rzymianie. W zatoce na północy wyspy chrześcijański apostoł Paweł przeżył katastrofę statku, którym płynął ku swej męczeńskiej śmierci. Podczas pobytu na Malcie zasiał głęboko ziarna swojej wiary, która przyjęła się tam znacznie lepiej niż figi i melony.

Najazdy Wandalów spustoszyły wyspę, kiedy imperium rzymskie zostało podzielone na część wschodnią i zachodnią. Malta przypadła cesarstwu wschodniemu, Bizancjum, w którego rękach pozostawała do roku pańskiego 870, kiedy to została zajęta przez Arabów, pustynnych koczowników, podbijających większą część świata, sięgając na zachód aż po Półwysep Iberyjski.

Dla Malty nastał wtedy krótki i jasny okres, gdy muzułmanie żyli w pokoju wespół z chrześcijanami i żydami. Nie trwało to długo. Hrabia normandzki Roger podbił wyspy w roku pańskim 1090. Po wygaśnięciu sycylijskiej dynastii Maltę odziedziczył Niemiec, Fryderyk II, cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Wykorzystywał ją jako kolonię karną i wygnał z niej na zawsze muzułmanów. Niemców zastąpili z kolei Francuzi pod Karolem Andegaweńskim, a Francuzów – Aragończycy. Po zawarciu przez Ferdynanda Aragońskiego związku małżeńskiego z Izabelą Kastylijską Hiszpanie wypędzili ze swojego królestwa wszystkich wyznawców religii innych niż rzymskokatolicka. Maurowie, zajmujący Półwysep Iberyjski przez prawie siedem wieków, byli z niego stale spychani przez chrześcijańskie królestwa. Ostatni skrawek terytorium, Grenada, padł roku pańskiego 1492. Ten sam rok oglądał wielki exodus Maurów i Żydów ze wszystkich ziem hiszpańskich – włącznie z Maltą, gdzie siew świętego Pawła zbierał w końcu owoce.

Kto na Malcie przetrwał taki przewrót? Ludzie jednej religii, ale niejednorodnego pochodzenia i poddani różnych władców. Ich język był mieszaniną arabsko-semicko-italską, w ich strojach i kulturze przeplatały się wpływy Wschodu i Zachodu. Rządziła nimi ustanowiona przez Aragończyków oligarchia, w której lennach pracowali chłopi, jedyny stały element na Malcie.

W ciągu swej historii Malta cierpiała zarazy, plagi i grabieżczych władców, susze i korsarzy, i upalne lata. Pogardzana z powodu ubóstwa swej kultury, ziemi uprawnej i ludzi, Malta była jednak ceniona za doskonałe porty i strategiczne położenie, umożliwiające panowanie nad morskimi szlakami pomiędzy Afryką i Sycylią. To położenie w połączeniu ze wzrostem potęgi osmańskiej na wschodzie nadało wyspie znaczenie nieproporcjonalne do jej rozmiarów.

Malta znalazła swe historyczne przeznaczenie w początkach XVI wieku, po samowładnym akcie kolejnego cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Karola V, który ulokował na wyspie jej najnowszych władców, rycerzy zakonu joannitów.

Malta.

Mała i surowa wyspa, zaledwie sześć mil długości na trzy szerokości, nie większa na tym wielkim morzu niż ziarno piasku na plaży, a jednak – cóż to za ziarno!

Jakież losy się z nią splotły!

Z księgi VII: Wielkie kampanie: MaltaRozdział 1

Malta 1552

Tego ranka, gdy przybyli łowcy niewolników, dzieci szukały skarbu. Skupione na swoim celu nie dostrzegły masztu korsarskiej galery ukrytej za wysokimi skałami otaczającymi zatoczkę, w której statek zakotwiczył na noc. Nie widziały martwego wartownika zwisającego głową w dół z wieży obserwacyjnej. Był to Bartolomeo, starszy chłopiec, który mieszkał na ich ulicy. Przecięto mu gardło podczas snu, od ucha do ucha. Jego krew już zaschła na platformie, z której miał ogłaszać alarm, platformie, z której jego zabójcy ukradli kilka desek. Dzieci nie widziały Bartolomea, bo kryły się przed nim, trzymając się głębokich rowów albo kucając za niskimi kamiennymi murkami, oddzielającymi pola tak suche i jałowe, że nawet wrony nie trudziły się ich przeszukiwaniem. Dopóki pozostawały za tymi murkami, wiedziały, że Bartolomeo nie może ich dostrzec i popsuć im planów. Zrobiłby to po prostu na złość. Bartolomeo był zwyczajnie podły.

Nie mogły widzieć ani słyszeć niewolników z galery w wąwozie o sto kroków na wschód, uformowanych w długi milczący łańcuch i podających sobie z rąk do rąk naczynia z wodą pod czujnym okiem strażników. I nie mogły poczuć galery, bo wiatr wiał im w plecy, dmuchając z północnego zachodu. Przy sprzyjającym wietrze woń galery wyprzedzała jej widok, smród był nieomylnym zwiastunem niebezpieczeństwa. Gdyby go poczuły, poznałyby zapach zguby. Miałyby czas na przestrach, czas na ucieczkę. Dziś jednak nie czuły niczego, tak bardzo pochłonęły ich marzenia Marii.

– Ojciec złoi nam skórę – powiedział z powagą Nico. Oddychał ciężko, starając się dotrzymać kroku siostrze, kiedy prowadziła go ku południowemu brzegowi Malty. Wapienne skały, po których biegli, nagrzane słońcem już parzyły mimo wczesnej godziny.

– Mieliśmy czyścić dół kloaczny.

– On się nie dowie – odparła Maria. Pomykała po skałach niczym żywe srebro, wybierając bosymi stopami drogę między ciernistymi krzewami.

Miała trzynaście lat, ale była drobna jak na swój wiek, muskularna i szczupła, a jej figura niczym jeszcze nie zdradzała, że jest dziewczyną. Ubranie miała poprzecierane, a za pas zatknęła nóż. Włosy nosiła krótko przycięte i rozwichrzone jak chłopiec. Umorusaną twarz, o skórze brunatnej od słońca, ozdabiały zielone oczy, w których paliło się zdecydowanie i umiłowanie ryzyka.

– Dziś jest zajęty, bo rozmawia z capumastru o robocie przy budowie jednego z nowych fortów dla rycerzy. Poza tym ja nie odejdę, póki go nie znajdziemy. Jeśli ty wolisz szuflować łajno, niż szukać skarbu, proszę bardzo. Wszystko mi jedno.

Spędzili dwa długie dni w dole kloacznym pod swoim domem, wyciągając kubeł za kubłem zwierzęcych i ludzkich ekskrementów, żeby je potem rozrzucać po kamienistym polu pod miasteczkiem, gdzie ich rodzina usiłowała uprawiać warzywa. Opróżniali ten dół dwa razy do roku, kiedy w kuchni robiło się gęsto od much. Z wyjątkiem tych much Maria nie widziała w tym żadnego sensu. Na ich polu nic nie wyrosło od dwóch lat.

Tak samo było na całej Malcie. Deszcze nie padały i nie było zboża z Sycylii. Jej braciszek i siostrzyczka, bliźnięta, zmarli z głodu, jak połowa niemowląt w miasteczku Birgu w tym roku.

– Na Malcie nie rośnie nic oprócz kamieni i ubóstwa – mawiała jej matka. – To znaczy nic oprócz gnoju. Gdyby był nań zbyt, bylibyśmy bogaci nad wszelkie wyobrażenie.

Była to przypuszczalnie jedyna sprawa, w której Maria zgadzała się z matką. Rozrzucanie gnoju uważała za zupełnie bezcelową czarną robotę wymyśloną przez ojca. Wolała być tu i robić coś, co miało dla niej znaczenie.

– Będziemy szukać wiecznie i nic nie znajdziemy – gderał Nico.

– Znajdziemy jeszcze dziś. Ale ty możesz wracać, jeśli chcesz.

Oczywiście nigdy by nie wrócił. Ubóstwiał swoją siostrę, która była słońcem jego życia. Chroniła go przed gniewem ojca i rozpaczą matki, a przede wszystkim przed przykrościami wrogiego świata. Nie była wcale podobna do innych dziewcząt w jej wieku, z których większość zasłaniała twarze barnużą i siedziała w domu.

– Kobieta powinna tylko dwa razy pokazać się publicznie – mawiała matka Marii – w dniu swego ślubu i w dniu swego pogrzebu.

Maria nie zwracała na to uwagi. Był z niej narwaniec o ognistym usposobieniu i przyrzekła sobie nigdy nie ukrywać się za barnużą. Inne dziewczęta unikały jej. Ona unikała ich. To odpowiadało Nicowi, bo dzięki temu on był kimś, z kim biegała, rozmawiała o wszystkim, z kim wspinała się na skały i szukała skarbu. Gdyby zażądała, poszedłby za nią poza skraj urwiska, chociaż takie poświęcenie często oznaczało dla niego przykrości ze strony ojca.

– Po prostu nie chcę dostać batów.

– Są gorsze rzeczy.

– Na przykład co? – Nico poczuł już skórę ojcowskiego pasa na grzbiecie. Niewiele było rzeczy gorszych niż to.

– Na przykład spędzić resztę życia, szuflując łajno. Albo pozwolić, żeby ktoś inny znalazł skarb. Jesteśmy na miejscu – powiedziała.

Dotarli do swego sekretnego miejsca, skupiska ruin na płaskowyżu górującym nad morzem. Nigdy nie widzieli tam żywej duszy. Pył naniesiony przez wiatry w ciągu stuleci zasypał większą część ruin, ale pozostały jeszcze wielkie kamienne megality, wyznaczające świątynię zbudowaną przez jakąś starożytną zapomnianą rasę. Kilka kamiennych kolumn nadal wznosiło się ku niebu, podczas gdy inne leżały zwalone w nieładzie. Przetrwały podziemne komnaty i niezliczone kryjówki. Zbadali już większość z nich, wpełzając przez otwory i wciskając się pod kamienne bloki, a czasami odkrywając nowe przejścia i pomieszczenia po prostu poprzez usunięcie gruzu i niewielkie podkopy.

Maria była pewna, że gdzieś w tym labiryncie, starannie zamknięty w jakiejś skrzynce albo w garnku, albo za kamienną płytą kryje się skarb.

Przed półwiekiem Żydzi zostali wygnani z Hiszpanii i jej posiadłości, z Maltą włącznie. Wielu ludzi wierzyło, że podczas ucieczki przed prześladowaniem zakopywali oni swoje niezliczone bogactwa, zamierzając wrócić po nie później. Maria znalazła dotąd tylko muszle i kilka starych kości, ale i tak by tu przychodziła, nawet bez nadziei na znalezienie skarbu. Kochała te ruiny. Była w nich jakaś czystość, od zapachu zaczynając, poprzez wspaniały widok na morze, dużo napomknień o minionej chwale. Czuła obecność i ducha ludzi, którzy je budowali, ludzi, którzy mieli pieniądze, dość jedzenia i nosili szaty jeszcze wspanialsze niż joannici, kroczący niczym pawie po ulicach Birgu. Tamtym ludziom dobrze się kiedyś żyło, tańczyli, śmiali się i wydawali wielkie uczty. Opowiadała to wszystko o nich Nicowi, kiedy kopali u podstaw kolumn i odwracali kamienie.

– Jeżeli byli tacy wielcy – spytał Nico, przegrzebując gruz – czemu tylko tyle po nich zostało?

– Udali się do Francy. Tam jest zielono. Wszyscy są bogaci.

– A kto powiada, że zostawili tu skarb?

– Ja tak powiadam. Mówił mi doktor Callus. On poświęca cały swój czas na szukanie. Jacyś Żydzi zostawili go chyba z tysiąc lat temu, kiedy król kazał im się wynosić.

– Żydzi nie zostawiliby pieniędzy. Mama mówi, że Żydzi prędzej zostawiliby własne dzieci niż pieniądze.

– No cóż, ci zostawili – zirytowała się Maria. – To było złoto i srebro. Nie mogli unieść wszystkiego. A ja zamierzam to znaleźć. Schowam to do czasu, aż dorosnę, a wtedy kupię sobie jakiś zamek we Francy.

Na nabrzeżu słyszała rozmowę o Francji, o jej górach i bujnych polach łubinu.

To brzmiało wspaniale: kupi sobie zamek i pośle niewolników na pola, by uprawiali łubin.

– Co to jest łubin? – spytał Nico.

– Nie wiem dokładnie, ale będę miała go mnóstwo. I służbę, i wszystkie moje stroje będą z jedwabiu, a łyżki ze srebra. Możesz mieszkać ze mną, jeśli chcesz.

– Dziewczyny nie mogą mieć zamków.

Parsknęła na to.

– Królowe mogą. Ja będę miała. Zobaczysz.

Kopali jeszcze przez chwilę, nie znajdując niczego oprócz kamieni. Miała zamiar zaproponować, żeby zajrzeli do jaskiń, którymi upstrzone były urwiska od strony morza. Niektóre były zamieszkane, ale nie wszystkie. Wiedziała, że Żydzi mieli wiele sprytnych kryjówek, a jaskinie nadawały się na kryjówki. Kopała ostrzem noża, kiedy usłyszała brzdęk. Odgarnęła ziemię palcami i wygrzebała coś małego. Miało owalny kształt i było skorodowane.

– Spójrz! – Podniosła to coś.

– Co to jest?

– Munita! Moneta!

– Wygląda jak kamień.

– Sam jesteś kamień! Jest stara, głuptasie, ale to i tak skarb. – Oskrobała ją nożem. W blasku słońca widać było słaby połysk skorodowanego metalu. – Popatrz tu, widzisz? Głowa mężczyzny. Nosi hełm!

Nico nie widział, ale i tak miał oczy okrągłe z podziwu.

– Możesz ją zatrzymać – powiedziała, dając mu ją. – Jest ich tu więcej. Czy ci nie mówiłam? Włóż ją do kieszeni. Zrób z nią, co chcesz, ale nie pokazuj dorosłym. Zaraz ci ją zabiorą.

– Grazzi – wydyszał Nico, ledwie wierząc w swoje szczęście. Wsunął monetę do kieszeni i pracował dalej obok siostry z nowym entuzjazmem. Kopali ponad godzinę, a pot mieszał się z kurzem na ich czołach, gdy tak uganiali się za jej marzeniem. Wykopała jakiś garnek, dobrze zachowany, ale pęknięty na pół. Zagrzebana była pod nim biała kość udowa.

– Widzisz? To kość Żyda – stwierdziła z pewnością siebie Maria. – To znak. Oni zawsze zostawiali je w pobliżu skarbu. Jesteśmy tuż-tuż.

Nico gwizdnął cicho. Kopali jeszcze zajadlej. Maria przerwała nagle. Szarpnęła go za rękaw.

– Co to było? – wyszeptała.

– Co takiego?

Przechyliła głowę, nasłuchując uważnie. Jakiś drozd skakał wśród kamieni, polując na owady. Mała jaszczurka przywarła do skały. Wiatr dmuchał niezmiennie, suchy i gorący.

– Zdawało mi się, że słyszę głosy. – Chwilę potem pokręciła głową. – Mniejsza z tym. Nic nie było.

Wręgi algierskiej galeoty poskrzypywały cicho, gdy stojący na kotwicy okręt kołysał się na fali. Morze chlupało o burty. Żołnierze przyczaili się na rufie z arkebuzami gotowymi do strzału, czekając nerwowo na powrót niewolników wysłanych po wodę do źródła na lądzie. Statek wprowadzono do zatoczki, ale dziobem ku otwartemu morzu, by w razie nagłej konieczności był gotowy do szybkiej ucieczki. Galeota była morskim myśliwym, szybkim i smukłym, tego samego typu, jakim pływały legiony Rzymu i kupcy Kartaginy. Długa i wąska, była statkiem na dobrą pogodę, o płytkim zanurzeniu, by mogła czaić się w rzekach i na lagunach, skąd napadała na statki handlowe. Chociaż jej maszt dźwigał pojedynczy trójkątny żagiel łaciński, to nie wiatr popychał ją głównie po morzu, ale siła mięśni niewolników. Była przede wszystkim statkiem wiosłowym. Po trzech ludzi przykuto do każdej z dwudziestu czterech ław ustawionych rzędem wzdłuż obydwu burt. Podczas długich miesięcy sezonu żeglugowego nigdy nie opuszczali swoich stanowisk. Jedli, spali i załatwiali się tam, gdzie siedzieli, przy dobrej czy złej pogodzie. Ali Aga Reis, dowódca algierskiego statku, nie przybiłby do Malty w pojedynkę, gdyby nie nagła konieczność. Wyspa była siedzibą joannitów, zwanych kawalerami maltańskimi, niewiernych, których baza w Birgu była odległa zaledwie o dwie mile. Zawinął tu, żeby dokonać szybkich napraw i uzupełnić zapas wody. Omal nie stał się ofiarą własnych sukcesów. Dzięki śmiałemu najazdowi na wybrzeże Sycylii zdobył prawie stu trzydziestu niewolników. Kiedy zawrócił do Algieru, natknął się na francuskiego kupca płynącego bez eskorty. Zajął ten statek bez jednego wystrzału, wiążąc załogę pod pokładem i przeładowując bale jedwabiu oraz skrzynie pełne korzeni na swoją galeotę, póki nie zanurzyła się niebezpiecznie głęboko. Kiedy już nie miał odwagi ładować więcej, zostawił dryfującego kupca i pośpieszył do kraju. Dotarłby tam bez trudu, gdyby nie niezwykła wiosenna burza. Jego płytko zanurzony kil nie był przeznaczony do walki z rozgniewanym morzem. Fale rzucały statkiem jak korkiem. Małe działo portugalskiej roboty, zabrane z francuskiego statku, wyrwało się z ciężkich belek, do których było przymocowane. Działo potoczyło się po pokładzie, roztrzaskując beczki na wodę jak próchno, a potem łamiąc drewno i nogi sternika, gdy posunęło się w drugą stronę. W końcu przebiło się przez drewnianą balustradę i runęło do ładowni.

Chyba tylko łaskawa ręka Allaha skierowała działo w grupę niewolników, a nie wprost w kadłub. Nieszczęśni tulili się do siebie w strachu przed burzą. Ich ciała przejęły uderzenie działa, osłaniając kadłub, ale wylot lufy przebił burtę na linii wodnej, która z winy ciężkiego ładunku była wyżej niż zwykle. Morze wlewało się do środka przy każdej fali. Statek był w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Tylko szybkie decyzje Alego Agi ocaliły ich przed pójściem na dno. Siedemdziesięciu jeńców wyrzucono za burtę, aby odciążyć statek. Ważyli więcej niż jedwab i byli mniej warci niż korzenie. Większość stanowiły dzieci trzymane w tylnej ładowni i oddzielone przegrodą od rodziców. Ali Aga zawsze rozdzielał w ten sposób swoich jeńców, bo to trzymało ich w uległości. Wolałby wyrzucić dorosłych, dzieci bowiem były więcej warte, ale to rufa statku musiała być odciążona, a nie było czasu na przemieszczanie ciał albo balastu. Wiatr stłumił krzyki dzieci. Gwizdek bosmana świstał, a bicz nadzorcy trzaskał nieustannie, gdy wszyscy na pokładzie walczyli o utrzymanie statku na wodzie. Żołnierz i niewolnik pracowali razem jak szaleni, wyczerpując wodę z dna ładowni. Połowa ludzi chorowała przy tej pracy, a ich wymiociny mieszały się z morską wodą wirującą wokół ich kolan.

Potem, równie nagle jak się zaczęła, burza ucichła i morze się uspokoiło. Ali Aga zbadał uszkodzenia. Maszt wytrzymał, ale źle zamocowana pokrywa luku zawiodła. Przepadł cały zapas żywności i wiele wody. Tych trzysta dusz pozostałych na statku mogło przetrwać kilka dni bez jedzenia, in-szallah, lecz nie bez wody, a poza tym trzeba było naprawić kadłub.

Najbliższym lądem była Malta. Ali Aga niechętnie wziął kurs na wyspę. Mimo bliskości bazy kawalerów spodziewał się, że będą oni zajęci pościgiem za jego stryjem, legendarnym korsarzem Dragutem. Przed kilkoma dniami Dragut zdobył galerę kawalerów „Caterinetta”, płynącą z Marsylii z fortuną w skudach przeznaczoną na nowe fortyfikacje Birgu. Burza czy nie, upokorzeni kawalerowie będą gonić za korsarzami jak rój szerszeni.

Ali Aga jednak nie ryzykował. Jego cieśle uporali się szybko z naprawą, używając drewna z wieży obserwacyjnej, stojącej nad południowym brzegiem. Uszczelnili styki łaty, a następnie posmołowali część kadłuba, żeby przywrócić mu morską sprawność. Pozostawało tylko czekanie na słodką wodę. Wioślarze siedzieli bezczynnie przy wiosłach, piekąc się w jasnym słońcu, które wzniosło się ponad osłonę skał otaczających zatoczkę.

Strażnicy stali na pomoście nad ładownią, żeby dopilnować zachowania ciszy. Nie wolno było wydać żadnego dźwięku, póki statek nie opuści bezpiecznie domeny kawalerów. O świcie dwóch Sycylijczyków zaczęło bić się o kawałek suchara. Szybko podcięto im gardła i wyrzucono ciała za burtę. Żona jednego z nich zapłakała, więc jej martwe ciało poszło za ciałem męża. Po tym zdarzeniu inni jeńcy siedzieli tak cicho, jakby to im podcięto gardła. Ali Aga Reis lubił mieć posłuszną załogę i pasażerów.

Kapitan spoglądał niecierpliwie na otwarte morze i ku wąwozowi. Niewolnicy zbyt długo zabawiali się z wodą. Jeśli ktoś dostrzeże galerę na kotwicy, ucieczka będzie niemożliwa. Niebezpieczeństwo wzrastało z każdą chwilą. Skały górujące nad zatoczką chroniły jego statek przed oczami nieprzyjaciół, ale też ukrywały przed nim ich obecność. Dobrze znał tę przeklętą przez Boga Maltę, równie niegościnną co niebezpieczną. Najeżdżał ten archipelag z dziesięć razy. Najczęściej lądował na północnej wyspie Gozo, zawsze słabo bronionej. Znał też jednak i ten południowy brzeg, wybierając go z powodu odosobnienia i mało znanego źródła, trudno dostępnego, w mało zaludnionej okolicy. Strażnik na wieży zginął pierwszy, przed świtem, a rozesłani ludzie mieli zabić napotkanych mieszkańców jaskiń. Dwaj czatownicy stali na górze, obserwując podejście, lecz Ali Aga postanowił posłać na urwisko więcej ludzi. Mieściły się tam ruiny, z których można było dostrzec zbliżanie się patroli albo wrogich galer.

Na jego rozkaz dwaj ludzie wspięli się na urwisko zbrojni w pistolety i noże. Wspinaczka była niebezpieczna i powolna. W końcu dotarli do szczytu, potem obrócili się i zbadali morze. Jeden dał znak, że wszystko w porządku. Następnie ruszył z towarzyszem ku ruinom. Nico zobaczył ich pierwszy. Nie szukał już skarbu. Uderzał kamieniem o kamień, starając się ukształtować kulę armatnią. Kiedy otarł pył z oczu, spojrzał na urwiska. Krew uciekła mu z twarzy. Żołądek skurczył się ze strachu. Maria wciąż była pochylona nad swoją pracą. Pociągnął ją za koszulę. Dojrzała w jego oczach lęk i popatrzyła tam gdzie on. Jakiś człowiek wspinał się na szczyt urwiska. Był krępy i brodaty. Nosił szarawary z obniżonym krokiem i nie miał koszuli. Wstał, a później odwrócił się, żeby pomóc towarzyszowi. Ten drugi był ciemnoskórym Maurem w skórzanym kaftanie, o wiele za dużym na jego szczupłą figurę. Obaj nosili sandały i turbany północnoafrykańskich korsarzy. Ci łowcy niewolników nawiedzali Maltańczyków w złych snach, pochłaniając więcej ofiar niż głód i zaraza razem wzięte. Od czasów Kartagińczyków handlarze niewolników siali popłoch na wyspach, ale nigdy nie byli tak niszczycielsko skuteczni jak korsarze z wybrzeża Barbarii. W ubiegłym roku najstraszliwszy z nich wszystkich, Dragut Reis, uprowadził prawie całą ludność Gozo. Jego ludzie przeszli przez wyspy niczym powiew śmierci. Drzewa zostały ścięte, studnie zatrute, domy spalone, kościoły zburzone, inwentarz wyrżnięty. Kiedy rozwiały się dymy, ponad pięć tysięcy dusz zniknęło w ładowniach statków Draguta. „Nawet dzieci”, słyszeli tysiące razy Nico i Maria. Zwłaszcza dzieci! Nigdy jednak korsarze nie pojawiali się w tej części wyspy, gdzie żyło niewielu ludzi, a urwiska były bardzo wysokie. Aż do teraz. Dziś przybyli właśnie tutaj. Jeden z nich pomachał ręką ku statkowi i obaj ruszyli w stronę ruin.

– W porządku – powiedziała Maria do młodszego brata, udając spokój, którego nie czuła. Nico nie był tak silny jak ona, więc choć skręcała się w sobie z przerażenia, musiała być dzielna za nich oboje. Znajdowali się na wielkim dziedzińcu zarośniętym chwastami i otoczonym kamiennym murem. Od strony morza w murze były trzy otwory: dwa okienne i jeden drzwiowy. Gdyby zdołali przedostać się przez otwartą przestrzeń ku lądowi, mogliby ukryć się za rumowiskiem, a potem zniknąć za wewnętrznym murem w ruinach, w których były niezliczone kryjówki. Mogliby nawet zerwać się i pobiec ku wieży strażniczej, gdzie pełnił wartę Bartolomeo. Maria zastanawiała się, czemu nie podniósł alarmu. Bo przecież już chyba dostrzegł tamtych.

„Głupiec, pewnie śpi”, pomyślała ze złością.

– Skradaj się do tamtego muru – powiedziała. – Szybko, ale bez hałasu. Jeśli będziemy cicho, nie odkryją naszej obecności.

Czołgali się z powrotem, kalecząc dłonie i kolana o ostre kamienie. Nico przecisnął się przez kępę ostów, w strachu nie czując bólu. Modlił się przy tym, żałując, że nie został w domu przy dole kloacznym, jak kazał ojciec.

– Ahfirli, Boże – szeptał.

– Bóg nie chce, żebyś żałował – syknęła Maria. – On chce, żebyś się śpieszył!

Dotarli prawie do obiecującego schronienie rumowiska, kiedy w otworze drzwiowym od morza ukazała się głowa w turbanie. Maria chwyciła Nica za koszulę i przycisnęła do ziemi. Zastygli jak martwi, starając się wrosnąć w podłoże. Ze zgrozą ujrzała, że ich przejście podniosło pył, który wirował w powietrzu oświetlony ukośnymi promieniami słońca. Nie mogli zostawić lepszego tropu. Korsarz badał wielki plac. Wiedział, że coś tam jest. Dał znak towarzyszowi, żeby był cicho. Mury rzucały czarny cień na chwasty i kamienie, utrudniając mu dostrzeżenie czegokolwiek. Turban poruszał się, kiedy mężczyzna lustrował wzrokiem podejrzany teren. Pochylił głowę na bok, nasłuchując, ale słyszał tylko szum przyboju bijącego o skały w dole. Wyciągnął nóż i trzymał go w pogotowiu, machinalnie przesuwając go w dłoniach. Czekał, a ostrze połyskiwało w słońcu. Ścisnął rękojeść, potem ją puścił i znów ścisnął, cierpliwy i czujny. Przez długą chwilę łowcy i zwierzyna łowna pozostawali w bezruchu po przeciwnych stronach dziedzińca, a jedynym dźwiękiem był odległy szum morza. Maria była pewna, że łomot jej serca musi ich zdradzić. Trzymała dłonią łokieć Nica. Drżał jak wystraszony królik. Nie śmiała na niego spojrzeć, nawet by mu dodać otuchy. Nie śmiała poruszyć głową. Nie śmiała oddychać. Ruch turbanu ustał. Czarne oczy wpatrywały się prosto w ich kryjówkę. Oczy korsarza zwęziły się, jakby nie był pewien, co widzi. Maria czuła jego spojrzenie, które zdawało się przewiercać ją na wylot. Odebrało jej całą odwagę.

– Szuf, walāhi! – ryknął korsarz do towarzysza, a potem wypadł z drzwi.

– Biegiem! – wrzasnęła Maria.

Dzieci poderwały się na nogi i rzuciły w drzwi, które prowadziły do wąskiego przejścia pomiędzy starożytnymi murami z wapienia. Maria mocno ściskała rękę Nica, ciągnąc go za sobą i podtrzymując, kiedy się potykał. Skręcili w lewo, później w prawo, później znów w lewo, zagłębiając się coraz bardziej w labirynt. Za sobą słyszeli tupot kroków korsarzy. Maria dobiegła do wąskiego otworu wykutego w kamieniu. Wepchnęła tam Nica i wskoczyła za nim. Spadli ciężko na nogi, a potem na rękach i kolanach popełzli do kolejnych drzwi. W ciągu wieków posadzki pokryły się gruzem i pyłem i to, co kiedyś było otworami drzwiowymi, zmieniło się w niskie przesmyki. Musieli przykucnąć, żeby się przedostać. Maria uderzyła głową w kamienne nadproże. Krzyknęła z bólu i upadła na kolana. Nico przystanął, by jej pomóc. Obejrzał się i zobaczył błysk turbanu, gdy pierwszy korsarz przeciskał się przez otwór. Na ten widok wybuchnął płaczem. Usiadł, łapiąc powietrze wśród łkań. Nie mógł się ruszyć. Korsarz przecisnął ramiona przez otwór, pochrząkując, i starał się przeciągnąć dolną połowę ciała. Maria ocknęła się pierwsza.

– Dalej!

Jeszcze raz poderwała Nica do ucieczki. Wiedziała, że ich jedyną nadzieją jest dotarcie do któregoś z podziemnych pomieszczeń, gdzie mogliby się ukryć. Czołgali się na brzuchach, przeciskając się przez otwory, drzwi i wyłomy w ścianach, przepychając się przez zakurzone pajęczyny. Czasami widzieli nad sobą skrawki nieba, a kiedy indziej okrywał ich czarny mrok pod kamiennymi płytami. W jednym z takich miejsc przyczaili się, gdyż wydawało im się, że są bezpieczni. Przez chwilę słyszeli tylko własne urywane oddechy i poczuli przypływ nadziei. Potem jednak w ciemnościach rozbrzmiało stłumione chrząkanie i sapanie. Ich prześladowcy najwyraźniej nie zamierzali się wycofać. Uciekali, pogrążając się coraz głębiej w labiryncie, kalecząc sobie dłonie i kolana w tej ucieczce na oślep i nie dbając już o zachowanie ciszy. Trafili na jakiś rów i biegli dalej wzdłuż niego. Przetoczyli się pod jakimś wielkim kamiennym blokiem i wpadli na zasypaną do połowy klatkę schodową, z której wydostali się kolejnym przejściem. Ruiny nie miały końca. Wreszcie dotarli do miejsca, w którym nigdy dotąd nie byli, i wślizgnęli się przez jakiś otwór do kolejnego pomieszczenia. Część stropu nad nimi była zapadnięta i wąski snop światła słonecznego oświetlał tę przestrzeń. Była to krypta grobowa. Wzdłuż ścian wykute były rzędy nisz, a w nich widać było szkielety. Czaszki łypały czarnymi pustymi oczodołami znad ust, które zdawały się śmiać szyderczo z ich kłopotów.

Maria spojrzała na źródło światła, zastanawiając się, czy może to być droga ucieczki. Wstała i próbowała się wspiąć, ale ściana pod otworem okazała się gładka. Nie było oparcia dla stóp. Nie było wyjścia. Znaleźli się w pułapce. Rzuciła się na posadzkę i skryła w jednej z nisz, spychając na bok kości jej poprzedniego użytkownika. Przytuliła się do ściany, wciągając za sobą Nica. Jego ciałem wciąż wstrząsało łkanie, które dzielnie starał się stłumić. Ukrył twarz w jej ramieniu. Słyszeli, jak korsarze rozmawiają gdzieś w pobliżu, najwyraźniej niepewni, gdzie się podziali ścigani. Zapadła cisza, a potem w otworze, którym weszli, ukazała się głowa. Jej właściciel dyszał ciężko ze zmęczenia. Nico otworzył jedno oko, lecz na widok tamtego wybałuszył oczu. Mimo wysiłków Marii jego łkanie wypełniło kryptę. Maria objęła go ciasno, gdy usłyszeli syk prześladowcy:

– Ta-eh-la!

Maria przycisnęła się do ściany. Nico zaszlochał głośniej.

– Ta-eh-la! – powiedział znowu tamten.

Wślizgnął się do środka. Był to ten drobniejszy, Maur. Patrzyli z drżeniem, jak się zbliża. Widzieli białka jego oczu pod fałdami turbanu, połyskujące, szydercze, nieuchronne. Przytulili się do siebie jeszcze mocniej. Maur sięgnął ku nim, a Maria kopnęła go. Odtrącił ją i chwycił Nica za kostkę. Wrzeszczący chłopiec został wydarty z jej uścisku.
Potem tamten i ją złapał za kostkę, aż zlękła się, że połamie jej kości. Postękując z wysiłku, korsarz ciągnął swoich jeńców w pyle posadzki ku wejściu, z którego drugiej strony czekał jego towarzysz. Nico osłabł ze strachu, ale Maria kopała i machała rękami. Złapała kawał starej kości i zaczęła bić nią Maura. Nie mogąc się zamachnąć w ciasnej przestrzeni, nie wyrządziła mu wiele szkody. Maur przycisnął Nica własnym ciałem i próbował ją uderzyć. Pierwszy cios chybił. Wymierzył następny, tym razem trafiając ją w usta. Poczuła, że złamał jej ząb. Po chwilowym szoku wpadła w furię i odparła atak. Porzuciła kość. Przeorała mu policzek paznokciami, próbując wydrapać oczy. Kiedy znów machnął ręką, chwyciła zębami jego ramię i przegryzła mięśnie, czując w ustach jego krew. Ryknął z wściekłości i chwycił ją za mięśnie szyi i karku. Natrafił palcami na jakiś nerw, co sprawiło, że osłabła z bólu. Jęknęła i przestała walczyć. Szarpiąc ją za szyję, przeciągnął ją do wejścia. Kilka chwil później wszyscy stali w świetle słońca w jakiejś alkowie, dysząc ciężko, ociekając brudem, potem i krwią. Maur oglądał pogryzione przedramię: poszarpany półksiężyc śladów zębów i obnażonych mięśni. Ze złością uderzył winowajczynię w ucho. Wtedy Nico próbował się wyrwać, ale drugi korsarz, ten duży, chwycił go za kołnierz. Obaj pociągnęli swoich jeńców ku krańcowi ruin, zadowoleni ze zdobyczy, choćby i sprawiała kłopot. Taka dzielna młodzież osiąga piękne ceny na targu niewolników. Kiedy zbliżyli się do urwisk, Nico zawył i zaczął się wywijać, ale porywacz trzymał go zbyt mocno. Podniósł chłopca bez wysiłku i przewiesił sobie przez ramię niczym worek. Ruszył ostrożnie w dół wąskiej skarpy u szczytu urwiska. Maria widziała, jak zaczynają schodzić. Rozumiała, że z każdą sekundą maleją jej szanse na uratowanie siebie albo Nica. Starała się dosięgnąć noża, który miała za pasem, ale Maur zacieśnił chwyt. Zarzucił ją sobie na ramiona, z głową po lewej, a nogami po prawej stronie. Śmiał się teraz z szarpaniny tego dzikiego kota na swym grzbiecie. Myśląc, że niesie chłopca, sięgnął między jego nogi, żeby ścisnąć go za jaja i uciszyć protesty. Zaskoczenie, które poczuł, odkrywszy, że niesie dziewczynę, kazało mu nieco osłabić chwyt. Maria wyczuła to i wtedy chwyciła swój nóż. Ostrze błysnęło, gdy zadała potężny cios w dół. Chciała wypatroszyć tamtego niczym handlarz ryb tuńczyka. Nie miała na to dość siły, ale zdołała rozciąć mu skórę na piersi. Krew trysnęła na koszulę. Wrzasnął z bólu i instynktownie sięgnął lewą ręką do rany. Zaciskając zęby, uderzyła znowu, tym razem mierząc w szyję. W samą porę zasłonił się przedramieniem. Ostrze noża trafiło w kość. Wypuściła broń z ręki, ale to wystarczyło. Wrzasnął znowu i zwolnił chwyt. Stoczyła się z jego grzbietu, lądując na rękach i kolanach. Stanęła na nogach i rzuciła się do ucieczki. Korsarz wyrwał nóż z rany i cisnął na bok. Skoczył ku niej, ale była szybsza. Zaczął się wspinać po skalnej skarpie. Zanim dotarł do szczytu, była już na otwartej przestrzeni, w połowie drogi do ruin. Wiedział, że zdoła ją dopaść. Długimi, pewnymi krokami zmniejszał dzielącą ich odległość. Już ją prawie miał, gdy rzuciła się w drzwi, z powrotem w ruiny. W tej właśnie chwili usłyszał gwizdek bosmana, znak, że woda jest już na pokładzie i galeota szykuje się do odpłynięcia. Zaklął, bo Ali Aga nie zwykł na nikogo czekać. Jeśli nie wróci natychmiast na okręt, zostanie porzucony na tej zapowietrzonej wyspie. Ten chłopiec – ta dziewczyna! – nie jest warta ryzyka. Przyciskając dwie rany od noża i tę boleśniejszą od ugryzienia, zawrócił i pognał z powrotem. Na drugim brzegu zatoczki, gdzie wąwóz przecinał urwisko, widział koniec kolumny niewolników niosących wodę. Zaraz będą na pokładzie. Ruszył w dół. Kiedy zniknął za skrajem urwiska, Maria wypadła z ukrycia i popędziła do skalnej półki. Maur był tuż pod nią, schodząc ostrożnie po stromych skałach. Niżej, prawie w połowie drogi do dołu, ujrzała Nica, nadal na grzbiecie porywacza.

– Nico! – krzyknęła z rozpaczą.

– Mariooo! – odkrzyknął płaczliwie Nico.

Korsarze spojrzeli na nią, a potem znów zajęli się schodzeniem. Nico zajęczał:

– Mario, pomóż mi!

Rozejrzała się zdesperowana. Dźwignęła kamień, zaniosła na skraj urwiska i rzuciła. Wiedziała, że może trafić Nica, ale nigdy nie była niezdecydowana, a lepiej było zabić Nica, próbując go uratować, niż zabić go, nie robiąc nic. Rzut był za krótki. Kamień uderzył tuż obok głowy Maura, tego, który niósł ją wcześniej. Popatrzył gniewnie, ale schodził dalej. Odskoczyła i znalazła kolejny kamień. Był tak ciężki, że podniosła go tylko na wysokość kolan. Wróciła na krawędź urwiska i rzuciła go, stękając z wysiłku. Maur coś usłyszał i spojrzał w górę, a kamień trafił go prosto w twarz. Zwalił się w milczeniu w tył, wirując w powietrzu, a potem lądując jak bezwładna masa na skałach na skraju wody. Maria krzyknęła z wściekłości. Nie zamierzała marnować kamienia na tamtego. Musiała pomóc Nicowi. Nico wrzasnął znowu, a jego rozpaczliwy płacz odbił się echem od urwisk po drugiej stronie zatoczki. Wymachiwał bezradnie ramionami, na próżno starając się stoczyć z grzbietu korsarza. Sam korsarz walczył o utrzymanie się na nogach na stromych skałach. Maria rzuciła kolejny, lżejszy kamień. Rozbił się obok głowy korsarza, obsypując go odłamkami. Ten poślizgnął się i prawie zwalił z nóg. Wypuścił Nica, który zsunął się, czepiając się tamtego oburącz za pas, z nogami w powietrzu. Przez jedną okropną chwilę wyglądało na to, że obaj runą w przepaść i zginą. Powoli, rozważnymi ruchami, korsarz poprawił chwyt. Podniósł Nica wyżej na swym grzbiecie i znowu ruszył w dół. Kiedy Maria ujrzała, że chybiła, cisnęła następny kamień i jeszcze jeden. Któryś z żołnierzy na rufie galeoty podniósł wzrok i zrozumiał, co się dzieje. Wymierzył z arkebuza i wypalił do drobnej postaci. Kula uderzyła w urwisko tuż pod nogami Marii. Niebezpieczeństwo jej nie powstrzymało. Nie czuła strachu, ślepa na wszystko oprócz swego celu. W końcu któryś z kamieni trafił porywacza w głowę. Ten rozluźnił chwyt, a Nico zsunął mu się po grzbiecie, trzymając się go jedną ręką, a drugą szukając jakiegoś oparcia. Zjechał po nodze korsarza i upadł na skalną półkę. Maria słyszała, jak jęknął, ale wstał i się rozejrzał. Szybko wybrał szlak i zaczął się wspinać w bok od korsarza, który prawie o nim zapomniał, myśląc o ratowaniu własnej skóry. Maria poganiała Nica. Umiał się wspinać, mając dom na skałach, i z pewnością był zwinniejszy niż Algierczyk.

– Ha, Nico! – krzyknęła nagląco. – Haffef! Haffef!

Podnosiła i rzucała kamienie. Uwolniony od ciężaru korsarz pokonał ostatni krótki odcinek do spodu urwiska. Spojrzał w górę na Nica, a potem na swój statek, upewniając się, że ma jeszcze czas. Wspiął się z powrotem na skały i zajął pozycję pod Nikiem. Wyciągnął pistolet i wymierzył w chłopca, który czepiał się skał niczym mucha. Korsarz powiedział coś do Nica. Z bliska nie mógł chybić. Nico z płaczem przywarł do ściany. Nie mógł się ruszyć, bo palce mu zdrętwiały i ledwie się utrzymywał.

– Mario! Co mam robić? – krzyknął.

Maria osunęła się na kolana. Była wyczerpana. Z trudem podnosiła kamienie. Miała zakrwawioną twarz i odrętwiałe ramię. Rzuciła kamień, a później drugi. Nie doleciały. Korsarz nie zwracał na nią uwagi.

– Mario! – zawołał znów Nico, szlochając. – Mario! Pomóż mi!

– Uciekaj, Nico!

– Ale dokąd?

Wstała i pobiegła wzdłuż urwiska na wschód, żeby znaleźć lepsze miejsce do rzucania. Tylko tyle mogła zrobić. Usłyszała huk wystrzału. Wrzasnęła, padła na ziemię i wyjrzała zza krawędzi. Nico żył. Z broni korsarza unosił się dym. Strzelił obok chłopca, żeby go przestraszyć, i to mu się udało. Nico już schodził w dół.

– Nico, nie poddawaj się! – krzyknęła, ale chłopiec nie zareagował.

Korsarz chwycił go i poniósł pod ramieniem. Nico nie walczył. Nie płakał i zdawał się zwisać bezwładnie. Korsarz szedł do galeoty, przystając na chwilę nad ciałem martwego towarzysza. Wciąż trzymając Nica, przeszukał kieszenie tamtego. Potem poszedł po skałach ku galeocie. Niebawem wnosił zdobycz na pokład. Maria zaczęła płakać, rozzłoszczona własną bezsilnością. Gardziła swymi łzami. Rzucała wciąż kamieniami, które nic już nie mogły zdziałać. Obijały się o urwisko i wpadały w morze. Rozległ się gwizdek. Czterdzieści osiem wioseł podniosło się i zabłysło w słońcu, ustawiając się niczym skrzydła z boków okrętu. Bum! Bęben bosmana wybił swe donośne wezwanie. Wszystkie wiosła jak jedno zanurzyły się w wodzie zatoki. Ujrzała Nica wrzucanego jak bela sukna do ładowni i straciła go z oczu. Bum! Galera zaczęła się poruszać napędzana wiosłami, najpierw powoli. Marynarze weszli na maszt i rozwinęli żagiel. Zwisł bezwładnie, po czym, gdy galeota wypłynęła z zatoczki, załopotał w tył i w przód, jakby nie mógł się zdecydować. W końcu wydął się na wietrze, który porwał okręt jak proca kamień. Bum! Bosman przyśpieszał. Jego dwa drewniane młoty biły na zmianę w skórę bębna, gdy jednostka nabierała szybkości. Na zew bębna wiosła zanurzały się i wynurzały, a później mknęły w przód, by znów się zanurzyć i wynurzyć. Isum! Głos kapitana niósł się po wodzie, gdy wykrzykiwał rozkazy. Sternik naparł na rumpel. Zgrabny statek skręcił ostro w lewo, na zachód. Bum! Głos bębna był coraz słabszy. Galeota wyglądała z urwiska jak nartnik, owad ślizgający się po wodzie na długich pajęczych nogach. Maria strząsnęła gorzkie łzy i czekała, aż ten znienawidzony owad stał się plamką na horyzoncie, uwożąc jej brata w dal.

– Nicolo – szeptała. – Nico, Nico.

Bum. A potem okręt zniknął.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij