Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Znaki serca - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 sierpnia 2026
3199 pkt
punktów Virtualo

Znaki serca - ebook

Poruszająca opowieść o niesłyszącej parze, ich słyszącym dziecku i niezwykłej więzi, którą zbudowali dzięki Znakom.

Abel i Janice poznają się w szkole dla głuchych. Język migowy (Znaki) zbliża ich do siebie, pomaga im przetrwać i budować miłość tak silną, że nie jest w stanie złamać jej świat, w którym przyszło im żyć.

Obejmująca cztery dekady – od końca lat 20. do początku lat 60. XX wieku – historia opowiada losy Abla, Janice i ich słyszącej córki Margaret, którzy mierzą się z rzeczywistością – często nieprzyjazną, a nawet wykluczającą wobec osób takich jak oni.

Pierwotnie wydana w 1970 roku powieść pozostaje wyjątkowym i pełnym empatii portretem społeczności osób głuchych.

Joanne Greenberg jest nagradzaną autorką szesnastu powieści i czterech zbiorów opowiadań. Jej najbardziej znana powieść Nigdy nie obiecywałam ci ogrodu pełnego róż sprzedała się w milionach egzemplarzy, została zekranizowana w 1977 roku i wystawiona w teatrze w 2004 roku. Greenberg studiowała antropologię i filologię angielską na American University. Zainteresowała się kulturą osób głuchych dzięki mężowi, Albertowi, doradcy ds. rehabilitacji zawodowej. Znaki serca doczekały się ekranizacji telewizyjnej pod tytułem Love Is Never Silent uhonorowanej nagrodą Emmy.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8457-024-1
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Uwa­żam, że kul­turę głu­chych należy chro­nić. Ame­ry­kań­ska spo­łecz­ność głu­chych to róż­no­rodna, dyna­miczna sub­kul­tura o wła­snej boga­tej histo­rii, języku i wspól­nych war­to­ściach. Jeste­śmy nie­wiel­kim, zży­tym śro­do­wi­skiem, cał­ko­wi­cie zmar­gi­na­li­zo­wa­nym przez ota­cza­jące nas spo­łe­czeń­stwo ludzi sły­szą­cych, co spra­wia, że wolimy trzy­mać się w cie­niu. Ser­cem kul­tury głu­chych jest ame­ry­kań­ski język migowy (Ame­ri­can Sign Lan­gu­age, ASL), różny od angiel­skiego nie tylko pod wzglę­dem form wyrazu emo­cji, lecz rów­nież słow­nic­twa, gra­ma­tyki, składni i pojęć wyż­szego rzędu. Z powodu tej bariery języ­ko­wej więk­szość ludzi sły­szą­cych nie jest w sta­nie prze­kro­czyć gra­nicy mię­dzy naszymi świa­tami. W rezul­ta­cie głusi boha­te­ro­wie są rzad­ko­ścią w lite­ra­tu­rze, a gdy się poja­wiają, są czę­sto kiep­sko opi­sani. W powie­ściach i fil­mach to zwy­kle żało­sne posta­cie, osa­mot­nione, pro­sto­duszne, cza­sem wręcz infan­tylne. Te wady wyobraźni sły­szą­cych – nie­zdol­ność zro­zu­mie­nia, że głusi prze­ży­wają pełną gamę ludz­kich uczuć, mają bogate życie wewnętrzne, mogą odno­sić suk­cesy – są nie­ustan­nie widoczne.

Z tego powodu można kwe­stio­no­wać dzieła sztuki o kul­tu­rze głu­chych stwo­rzone przez sły­szą­cych. Nie jest to naj­lep­sza stra­te­gia, ale w tym zakre­sie rzadko popeł­nia się pomyłki. Ame­ry­kań­scy pisa­rze od stu­leci mylą głu­chotę jako zja­wi­sko fizjo­lo­giczne z pozio­mem inte­li­gen­cji albo zdol­no­ścią odczu­wa­nia. Jed­nak osoba nie­sły­sząca lub mówiąca nie­wy­raź­nie nie powinna być trak­to­wana ste­reo­ty­powo. Mamy dużo do powie­dze­nia ludziom, któ­rzy poświęcą czas na słu­cha­nie.

W tym momen­cie poja­wia się Joanne Gre­en­berg. Uro­dzona w 1932 roku w Bro­okly­nie w Nowym Jorku, jest naj­bar­dziej znana jako autorka swo­jej dru­giej powie­ści, _Ni­gdy nie obie­cy­wa­łam ci ogrodu peł­nego róż_. Książka, opu­bli­ko­wana w 1964 roku, ma czę­ściowo auto­bio­gra­ficzny cha­rak­ter i opo­wiada o poby­cie kobiety w szpi­talu psy­chia­trycz­nym, gdzie leczono ją na schi­zo­fre­nię. Opis cho­roby psy­chicz­nej stwo­rzony przez Gre­en­berg jest pozba­wiony roman­ty­zmu i odbiega od innych rela­cji, zwłasz­cza powie­ści _Szklany klosz_ Sylvii Plath, opu­bli­ko­wa­nej rok wcze­śniej. Gre­en­berg powie­działa w wywia­dzie dla Natio­nal Asso­cia­tion for Rights Pro­tec­tion and Advo­cacy (NARPA), że był to jeden z jej celów:

Stwo­rzy­łam , by opi­sać cho­robę psy­chiczną bez nada­wa­nia jej cech roman­tycz­nych, jak to robiono w latach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych . W tam­tych cza­sach ludzie czę­sto mylili kre­atyw­ność z sza­leń­stwem. Nie ma kre­atyw­no­ści w sza­leń­stwie; jest ono prze­ci­wień­stwem kre­atyw­no­ści, choć ludzie mogą być kre­atywni mimo cho­roby psy­chicz­nej.

Gre­en­berg nie oba­wiała się ana­li­zo­wa­nia skom­pli­ko­wa­nych pro­ble­mów z wła­snej per­spek­tywy i nie ule­gała tren­dom. Wyobra­żam sobie, że wła­sne doświad­cze­nia cho­roby psy­chicz­nej spra­wiły, że znała poczu­cie obco­ści w spo­łe­czeń­stwie tak bar­dzo cenią­cym „nor­mal­ność”. Wydaje się zro­zu­miałe, że zain­te­re­so­wała się spo­łecz­no­ścią głu­chych, z którą pra­co­wał w latach sześć­dzie­sią­tych jej mąż, zaj­mu­jący się reha­bi­li­ta­cją zawo­dową. Gre­en­berg poznała jego klien­tów i sto­jące przed nimi bariery sys­te­mowe, stu­dio­wała ame­ry­kań­ski język migowy i sta­rała się two­rzyć pro­gramy ochrony zdro­wia psy­chicz­nego dostępne dla głu­chych.

Wie­dzia­łam o tym wszyst­kim, ale kiedy się­gnę­łam po _Znaki serca_, nie­po­ko­iłam się, jak sto­sun­kowo stara książka przed­stawi głu­chotę. Jed­nak mój nie­po­kój szybko minął – od pierw­szych stro­nic jest jasne, że Gre­en­berg wni­kli­wie przed­stawia niu­anse kul­tury głu­chych.

Powieść, opu­bli­ko­wana w 1970 roku, opi­suje życie głu­chego mał­żeń­stwa, Abla i Janice Ryde­rów, od cza­sów szkol­nych do chwili, gdy ich naj­star­szy wnuk stu­diuje w col­lege’u. Fabuła zaczyna się w latach dwu­dzie­stych i koń­czy w sześć­dzie­sią­tych. Abel wycho­wał się na wsi i cho­dził do szkoły, co spra­wiło, że jego kom­pe­ten­cje języ­kowe ule­gły ogra­ni­cze­niu – zna­lazł się w izo­la­cji, która utrud­niła mu kon­takt z ludźmi, a osta­tecz­nie dopro­wa­dziła do osła­bie­nia funk­cji poznaw­czych. Więk­szość dzie­cię­cych lęków Abla kry­sta­li­zuje się wokół nie­po­ko­ją­cych scen, gdy matka wie­lo­krot­nie woła do niego „oooooo!”, po czym wysyła go samego do mia­sta, gdzie chło­piec spę­dza cały dzień w nie­zna­nej sali. Dopiero wiele lat póź­niej, kiedy Abel poznaje język migowy i ma wła­sne dzieci, rozu­mie, że matka musiała wyma­wiać słowo „szkoła”.

W chwili publi­ka­cji książki ame­ry­kań­ski migowy uzna­wano za język dopiero od dekady. Wcze­śniej przyj­mo­wano, że to „gesty” albo znie­kształ­cona wer­sja języka angiel­skiego prze­ka­zy­wana rękami. W owym cza­sie ame­ry­kań­ska edu­ka­cja głu­chych dopiero zaczęła się wyzwa­lać spod domi­nu­ją­cego wpływu ide­olo­gii ora­li­zmu, która pano­wała w niej nie­po­dziel­nie od dzie­więt­na­stego wieku. Zwo­len­nicy ora­li­zmu w czy­stej postaci uwa­żali, że głu­chych należy nauczyć mówić i czy­tać z ruchu warg, a język migowy powi­nien zostać zli­kwi­do­wany. Dzieci przy­ła­pane na „macha­niu rękami” były karane – przy­wią­zy­wano ich dło­nie do ławek, przy­trza­ski­wano je szu­fla­dami, bito linij­kami.

W końcu Abel uwal­nia się z izo­la­cji, gdy jako nasto­la­tek tra­fia do szkoły dla głu­chych i zaczyna się uczyć języka migo­wego. Jed­nak sama szkoła opiera się na mowie, co było typowe dla lat dwu­dzie­stych, i więk­szość edu­ka­cji uczniów nie odbywa się w kla­sie.

Codzien­nie przez dwie godziny uda­wali, że zdmu­chują świece, by nauczyć się wyma­wia­nia gło­ski P, poru­szali ustami, patrząc na litery i obrazki na tablicy, na języki, zęby i usta – sok, rok, bok, lok – lecz praw­dziwe słowa cho­wały się za wychod­kiem, w szyb­kich roz­mo­wach nad ogro­dze­niem: zaka­zane Znaki, które wzbo­ga­cały tych, któ­rzy ich uży­wali.

Choć podej­ście ora­li­styczne unie­moż­li­wiało wielu głu­chym dzie­ciom reali­za­cję poten­cjału aka­de­mic­kiego, gro­ma­dze­nie głu­chych na kam­pu­sach pozwa­lało mło­dym ludziom do pew­nego stop­nia wyzwo­lić się z ogra­ni­czeń języ­ko­wych:

zaczął, bar­dzo powoli, zasta­na­wiać się nad sło­wami i myślami. Może ozna­czały rze­czy nie­wi­dzialne, nie­moż­liwe do dotknię­cia . Im wię­cej słów pozna­wał Abel, tym wię­cej rze­czy nabie­rało sensu, tym wię­cej zapa­mię­ty­wał.

Nowa miłość Abla do języka jed­no­cze­śnie zmie­nia się w podziw dla kole­żanki, Janice. Wycho­wała się w szkole dla głu­chych z inter­na­tem, więc znała znaki, co go w niej pocią­gało:

Była żywa i mądra, miała plany i ide­ały, przy­ja­ciół. Zło­ściła się i toczyła nie­wiel­kie wojny z wro­gami. Dla Abla, który nie znał Zna­ków i żył w wiecz­nej ciszy na far­mie i szkole dla Sły­szą­cych, te plany i spory wyda­wały się magiczne, nie­wia­ry­godne, wyjąt­kowe.

Tym­cza­sem Janice, która jest lepiej wykształ­cona od Abla, ale rzadko opusz­czała szkołę, jest zafa­scy­no­wana per­spek­tywą pozna­nia Sze­ro­kiego Świata, który sym­bo­li­zuje Abel:

Marzyła o podró­żach, kochała ruch, zmiany, a Abel, wycho­wany w Sze­ro­kim Świe­cie, który bez trudu podró­żo­wał z farmy do mia­sta, wyda­wał się jej i innym dzie­ciom ze szkoły księ­ciem z bajki.

Jak wielu mło­dych ludzi Janice i Abel zako­chują się w sobie, czu­jąc, że druga osoba może wypeł­nić lukę w ich życiu. Szybko rodzi się mię­dzy nimi więź i pla­nują wspólną przy­szłość. Abel cie­szy się nową umie­jęt­no­ścią rozu­mie­nia świata dzięki języ­kowi, ale szkoła nie przy­go­to­wała ani jego, ani Janice do poru­sza­nia się po świe­cie ludzi sły­szą­cych, który pra­gnie zepchnąć ich na mar­gi­nes i w końcu znisz­czyć.

U pod­staw czy­stej ide­olo­gii ora­li­stycz­nej – pod­kre­ślam, że cho­dzi o jej formę czy­stą – nie leżało dąże­nie do sku­tecz­nego naucza­nia, tylko kse­no­fo­bia. Poja­wie­nie się ora­li­zmu na prze­ło­mie dzie­więt­na­stego i dwu­dzie­stego wieku zbie­gło się z rosnącą popu­lar­no­ścią ruchów naty­wi­stycz­nych i euge­nicz­nych, które dążyły do przy­mu­so­wej asy­mi­la­cji imi­gran­tów przy­by­wa­ją­cych do Ame­ryki, a także do likwi­da­cji języka i kul­tury głu­chych, z pozoru rów­nie obcych jak cudzo­ziemcy. Głusi i nie­peł­no­sprawni prze­by­wa­jący w wię­zie­niach fede­ral­nych czę­sto pod­da­wani byli przy­mu­so­wej ste­ry­li­za­cji. Wobec spo­łecz­no­ści imi­gran­tów i głu­chych wysu­wano jedno żąda­nie: „Po pro­stu mów­cie po angiel­sku”.

W owym cza­sie szkocki imi­grant Ale­xan­der Gra­ham Bell wyko­rzy­stał swoją rosnącą sławę jako wyna­lazca, by stać się wpły­wo­wym rzecz­ni­kiem naty­wi­zmu i euge­niki. W 1913 roku napi­sał w liście do przy­ja­ciela: „Uwa­żam, że w anglo­ję­zycz­nym kraju takim jak Stany Zjed­no­czone środ­kiem komu­ni­ka­cji i języ­kiem naucza­nia powi­nien być wyłącz­nie angiel­ski”.

Bell, syn spe­cja­li­sty w zakre­sie fone­tyki, szybko stał się auto­ry­te­tem w kwe­stiach naucza­nia za pomocą mowy. Jedna z jego naj­bar­dziej nie­sław­nych opi­nii na temat głu­chych pocho­dzi z prze­mó­wie­nia wygło­szo­nego w 1883 roku w Natio­nal Aca­demy of Scien­ces, zaty­tu­ło­wa­nego _Uwagi na temat powsta­nia głu­chej odmiany rasy ludz­kiej_:

Ci, któ­rzy uwa­żają, podob­nie jak ja, że powsta­nie upo­śle­dzo­nej odmiany rasy ludz­kiej byłoby wiel­kim nie­szczę­ściem dla świata, muszą sta­ran­nie badać przy­czyny mał­żeństw zawie­ra­nych przez głu­chych – w celu zasto­so­wa­nia środ­ków zarad­czych.

Bell ni­gdy wprost nie zale­cał ste­ry­li­za­cji głu­chych. „Środki zarad­cze” miały przy­brać postać inge­ren­cji w kul­turę: znisz­cze­nia języka migo­wego. Bez niego głusi nie będą w sta­nie łatwo się ze sobą poro­zu­mie­wać i zostaną zmu­szeni do asy­mi­la­cji. Idea pole­gała na tym, że im mniej głu­chych mał­żeństw, tym mniej głu­chych dzieci, choć jest to teza fał­szywa, ponie­waż głu­chota nie musi być wywo­łana przez czyn­niki gene­tyczne, a gen głu­choty wro­dzo­nej ma cha­rak­ter rece­sywny, więc rodzice głu­chego dziecka nie muszą być głusi. W efek­cie nade­szła mroczna epoka dla głu­chych dzieci. Głusi nauczy­ciele, nie­zdolni do nauki mówio­nego angiel­skiego, zostali usu­nięci z zawodu, co spra­wiło, że głu­che dzieci nie mogły się komu­ni­ko­wać i zdo­być wykształ­ce­nia.

Powieść Gre­en­berg, wydana po bli­sko stu latach domi­na­cji czy­stego ora­li­zmu, przed­sta­wia osoby głu­che w spo­sób dużo bar­dziej zniu­an­so­wany niż typowe opisy z tam­tego okresu. To godne podziwu, że Gre­en­berg znacz­nie wyprze­dziła jej współ­cze­snych; gło­śniej­sze posta­cie lite­rac­kie zarówno przed publi­ka­cją _Zna­ków serca_, jak i póź­niej są wręcz gro­te­skowo dwu­wy­mia­rowe w porów­na­niu z Ablem i Janice. Nawet uta­len­to­wani pisa­rze nie wyda­wali się zain­te­re­so­wani dekon­struk­cją ste­reo­ty­po­wych wyobra­żeń na temat głu­chych bądź trak­to­wali ich pro­tek­cjo­nal­nie i opi­sy­wali w spo­sób pro­ble­ma­tyczny. John Sin­ger w powie­ści Car­son McCul­lers _Serce to samotny myśliwy_ to rodzaj świę­tego, który gro­ma­dzi sekrety i uczu­cia sły­szą­cych; kiedy wypeł­nia się po brzegi, autorka się go pozbywa. Spi­ros, głu­chy przy­ja­ciel Sin­gera, rów­nież ginie przed koń­cem książki. Osiem lat po _Zna­kach serca_ w powie­ści Ste­phena Kinga _Bastion_ wystę­puje „głu­cho­niemy włó­częga” Nick Andros, budzący liczne wąt­pli­wo­ści. Autor nie­do­kład­nie rozu­mie fizjo­lo­giczne ele­menty głu­choty i mowy, a póź­niej Andros składa w ofie­rze swoje życie za sły­szą­cych towa­rzy­szy, po czym poja­wia się w ich snach, gdzie zawsze może sły­szeć i mówić (wła­ści­wie w czy­ich snach?).

Janice i Abel postę­pują ina­czej – wyko­rzy­stują ste­reo­typy na temat głu­chych, by wpły­wać na oto­cze­nie i osią­gać swoje cele. Gre­en­berg pisze o ich spo­so­bach utrzy­my­wa­nia kon­taktu w szkole:

Przede wszyst­kim wyko­rzy­sty­wali swoją głu­chotę. Byli niemi, niczego nie rozu­mieli i zawsze mówili „tak”. Kiwali gło­wami, uśmie­chali się i na wszystko się zga­dzali. Obie­cy­wali nauczy­cie­lom i nauczy­ciel­kom, że się popra­wią, a potem robili, co chcieli.

W póź­niej­szej czę­ści powie­ści Abel wyko­rzy­stuje prze­ko­na­nie gospo­dyni, że jest nie­peł­no­sprawny inte­lek­tu­al­nie, by uzy­skać zgodę na tygo­dniowy pobyt w miesz­ka­niu, gdy szuka z Janice nowego lokum. Mał­żon­ko­wie znaj­dują siłę w mil­cze­niu.

Gre­en­berg rów­nież to wyko­rzy­stuje: w ciszy obec­nej w powie­ści tkwi siła. _Znaki serca_, czę­ściowo stu­dium psy­cho­lo­giczne, czę­ściowo saga rodzinna, sku­piają się na codzien­nym życiu, biorą pod lupę zwią­zek Abla i Janice, ich rela­cje z dziećmi, wnu­kami, pra­co­daw­cami, para­fia­nami z kościoła dla głu­chych i teściami. Nie ozna­cza to, że w książce nie ma napię­cia. W trak­cie lek­tury moją uwagę przy­ku­wały banalne inte­rak­cje mię­dzy­ludz­kie – tar­cia mię­dzy Janice a jej kole­żan­kami z fabryki wyni­ka­jące ze zna­ko­mi­tej jako­ści jej pracy, spo­tka­nie Janice i Abla z przy­szłym zię­ciem – i mia­łam wra­że­nie, że czy­tam thril­ler.

Spę­dzi­łam tro­chę czasu, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, jak Gre­en­berg osią­gnęła ten efekt. W jaki spo­sób potra­fiła nadać szcze­gó­łom codzien­nego życia tak dra­ma­tyczną formę? W końcu zro­zu­mia­łam, że dzięki odważ­nej, w pełni auten­tycz­nej obser­wa­cji wykre­owała inten­sywną empa­tię wobec Abla i Janice, co ozna­cza, że nie była to jedy­nie sztuczka pisar­ska.

Myślę, że jed­nym z naj­więk­szych atu­tów tej książki jest jej wyci­sze­nie, bo zmu­sza ono czy­tel­ni­ków do zro­zu­mie­nia zło­żo­no­ści głu­chych jako ludzi, nie tylko w chwi­lach waż­nych wyda­rzeń, lecz także na co dzień. Cięż­kie doświad­cze­nia życiowe Abla i Janice nie wyni­kają z tego, że są głusi; są po pro­stu ludźmi i muszą zma­gać się z prze­ciw­no­ściami, gdy dora­stają i wycho­wują dzieci w szybko zmie­nia­ją­cym się spo­łe­czeń­stwie.

Te cięż­kie doświad­cze­nia stają się cza­sami trud­niej­sze wsku­tek nie­do­stęp­no­ści świata sły­szą­cych: nie­po­ro­zu­mie­nie w trak­cie roz­mowy Abla ze sprze­dawcą samo­cho­dów na początku powie­ści dopro­wa­dza do zaję­cia czę­ści pobo­rów, co obciąża rodzinę finan­sowo w okre­sie gwał­tow­nych per­tur­ba­cji eko­no­micz­nych Wiel­kiego Kry­zysu. Ból po utra­cie dziecka jest ostrzej­szy i bar­dziej upo­ka­rza­jący wsku­tek trud­no­ści w poro­zu­mie­niu ze sprze­dawcą tru­mien. Z tego powodu nie­któ­rzy czy­tel­nicy kry­ty­ko­wali „igno­ran­cję” Abla i wybu­chy gniewu Janice; uwa­żali, że te sceny sta­wiają głu­chych w nega­tyw­nym świe­tle. Była to prawda – zwłasz­cza w chwili pierw­szej publi­ka­cji, gdy ist­niało nie­wiele lite­rac­kich por­tre­tów głu­chych. Nie­które osoby mogły uznać zma­ga­nia i klę­ski boha­te­rów za imma­nentne cechy głu­choty, jed­nak w moim prze­ko­na­niu Gre­en­berg cho­dziło o coś innego.

Głu­chota może mieć wiele postaci, więc trudno ocze­ki­wać, by jaki­kol­wiek autor opi­sał wszyst­kie jej formy. Gre­en­berg dokład­nie przed­sta­wiła trud­no­ści języ­kowe Janice i Abla i nie­po­wo­dze­nia edu­ka­cji opar­tej na nauce mowy; jest oczy­wi­ste, że nie­uf­ność boha­te­rów do świata ludzi sły­szą­cych oraz ich dez­orien­ta­cja nie były skut­kiem oso­bi­stych nie­do­stat­ków, lecz błęd­nego sys­temu pró­bu­ją­cego ich znisz­czyć. Dzi­siejsi czy­tel­nicy, spo­ty­ka­jący Abla i Janice wśród boga­tej lite­ra­tury poświę­co­nej głu­chym, nie­kiedy two­rzo­nej przez samych głu­chych, mają lep­szą moż­li­wość zro­zu­mie­nia zło­żo­nych pro­ble­mów psy­cho­lo­gicz­nych, war­to­ści ludz­kich i brzy­doty opi­sa­nych w _Zna­kach serca_.

Patrzymy na Abla i Janice oczami ich sły­szą­cej córki Mar­ga­ret i widzimy, że nie­kiedy sami narzu­cają sobie ogra­ni­cze­nia. Abel kupuje apa­rat słu­chowy (któ­rego nie lubi), uwa­ża­jąc, że sprawi tym przy­jem­ność córce, choć tak naprawdę marzy ona o radiu. Janice czuje się zakło­po­tana zarówno w świe­cie sły­szą­cych, jak i głu­chych. Mar­twi się, że ktoś zauważy, że posłu­guje się Zna­kami w fabryce, i uważa, że rodzina nie powinna cho­dzić do kościoła dla głu­chych w „nie­wła­ści­wych stro­jach”. Te cechy boha­te­rów są ważne, ponie­waż wyni­kają z ich oso­bo­wo­ści, a nie z głu­choty. W świe­cie lite­ra­tury jest wielu pisa­rzy two­rzą­cych lukro­wane opisy, więc doce­niam to, że Abel i Janice nie­kiedy wydają się nie­zbyt atrak­cyjni. Gre­en­berg sza­nuje swo­ich boha­te­rów dosta­tecz­nie głę­boko, by nie ukry­wać ich wad.

Trudno zaprze­czyć, że życie Abla i Janice nie zawsze jest piękne. Czę­sto zma­gają się z prze­ciw­no­ściami, czują strach i nie­po­kój. Cier­pie­nia i afronty dozna­wane przez nich ze strony sły­szą­cych mogą wytrą­cać z rów­no­wagi w trak­cie lek­tury, ale pro­szę czy­tel­ni­ków, by uzna­wali te nie­spra­wie­dli­wo­ści za wezwa­nie do dzia­ła­nia – by nie­stru­dze­nie pro­mo­wali model szkol­nic­twa, który zamiast dawać głu­chym dzie­ciom pozory inklu­zyw­nej edu­ka­cji, prze­każe im auten­tyczne kom­pe­ten­cje języ­kowe i aka­de­mic­kie pozwa­la­jące odnieść suk­ces i czuć się bez­piecz­nie. To wezwa­nie do soli­dar­no­ści ze spo­łecz­no­ścią głu­chych, któ­rej prawo do samo­sta­no­wie­nia pozo­staje zagro­żone. Czy­sty ora­lizm, prze­mia­no­wany na „podej­ście oparte na słu­cha­niu języka mówio­nego” (ang. Liste­ning Spo­ken Lan­gu­age Appro­ach, LSL), w dal­szym ciągu wywiera potężny wpływ na edu­ka­cję głu­chych, pogłę­bia­jąc ich osa­mot­nie­nie i trud­no­ści poznaw­cze wsku­tek depry­wa­cji języ­kowej, która nie wydaje się bar­dzo różna od tego, czego doświad­czał Abel pra­wie sto lat wcze­śniej. To przy­kre, że powieść Gre­en­berg prze­trwała pod tym wzglę­dem próbę czasu.

Autorka opi­sała cier­pie­nia nie­peł­no­spraw­nych w opre­syj­nym spo­łe­czeń­stwie, jed­nak poka­zała rów­nież, jak je prze­zwy­cię­żyć. Na ostat­nich stro­nach powie­ści Abel, Janice i ich doro­sła córka śmieją się i gawę­dzą. Staje się jasne, że nie jest to tylko powieść o rela­cjach głu­chych, lecz także o odwa­dze i szczę­ściu. Mar­shall, syn Mar­ga­ret, opu­ścił dom, by przy­łą­czyć się do ruchu na rzecz praw oby­wa­tel­skich, i we troje dys­ku­tują, co może osią­gnąć.

„Chce, żeby nikt nie był ubogi i nie­szczę­śliwy” – mówi Mar­ga­ret. Abel, któ­rego Znaki były wcze­śniej „sztywne”, teraz posłu­guje się nimi w spo­sób „ele­gancki”. „Zli­kwi­do­wa­li­śmy nędzę” – odpo­wiada. Kiedy Mar­ga­ret tłu­ma­czy, że Mar­shall myśli o bar­dziej fun­da­men­tal­nej zmia­nie, Abel i Janice suge­rują, że roz­wią­za­nie musi być „jak Znak” – zama­szy­ste, pełne ener­gii, prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie z tro­ską i poczu­ciem odpo­wie­dzial­no­ści jak coś, co zmie­niło ich życie, a ich samych wzbo­ga­ciło.

Sara Nović1

Sie­dzieli na ławce i cze­kali. Od czasu do czasu mijali ich ludzie zaj­mu­jący się tajem­ni­czymi kwe­stiami zwią­za­nymi z Pra­wem. Ludzie zer­kali na nich, a potem szybko, ukrad­kiem się uśmie­chali. Abel i Janice tkwili na ławce pra­wie od godziny, a Abel powoli zaczy­nał rozu­mieć, dla­czego tak dziw­nie na nich patrzą. Sie­dzieli sztywno wypro­sto­wani, bo się bali. Czuli się nie­zręcz­nie. Przy­czyną dziw­nych spoj­rzeń było to, że ich ubra­nia nie paso­wały do pory roku. Wcze­śniej, gdy gar­ni­tur Abla był nowy, czuł się w nim wolny i mądry. Pamię­tał, jak z dumą wyszedł w nim ze sklepu w łagod­nym świe­tle wrze­śnio­wego słońca, świa­domy, że wydali resztkę wiel­kich pie­nię­dzy. Teraz był sty­czeń, a Janice, sie­dząca obok niego, miała na sobie let­nią złoto-zie­loną sukienkę i kape­lusz ozdo­biony kwia­tami.

Może nie powinna wkła­dać cien­kiej szy­fo­no­wej sukienki ani kape­lu­sza z kwia­tami, lecz było to jej naj­lep­sze ubra­nie. Przy­po­mi­nała Ablowi lato, Tamto Lato. Pamię­tał, jak bie­gła ulicą w jego stronę, pełna rado­ści. Pamię­tał piękny samo­chód, mnó­stwo jedze­nia i namiot cyr­kowy, który odwie­dzili w sierp­niu. Ich oczy lśniły ze szczę­ścia, poru­szali się i gesty­ku­lo­wali z gra­cją, mieli nadzieję, że czeka ich wspa­niała przy­szłość.

Wszyst­kie poprzed­nie lata Abla zlały się w jego pamięci w jedno: wspo­mnie­nie kurzu, zmę­cze­nia i potu. Wycho­wał się na far­mie. Miej­skie lato oka­zało się inne. Ni­gdy wcze­śniej nie patrzył na drzewo pokryte liśćmi ani nie spa­ce­ro­wał wie­czo­rem w lek­kim wie­trze. Nie widział zie­lo­nych cieni na czy­jejś twa­rzy ani nie czuł ich na wła­snej. Jasne włosy Janice były cie­płe, pach­niały jej skórą i słoń­cem. Poda­ro­wał jej pier­ścio­nek z zie­lo­nym kamie­niem, w któ­rym miesz­kało słońce, a sobie kupił wspa­niały zega­rek z dużymi cyframi, łań­cusz­kiem i zawieszką w kształ­cie głowy lwa z czer­wo­nymi klej­no­tami zamiast oczu. Lato…

Janice zro­biła krok do przodu. Drzwi sali sądo­wej się otwo­rzyły i pochy­liła się, pró­bu­jąc zaj­rzeć do środka. Zoba­czyli rzędy ławek, ale drzwi znowu się zamknęły i na tym się skoń­czyło.

Zza rogu wyszedł męż­czy­zna w gru­bym płasz­czu i ruszył w ich kie­runku. Abel zaczął uno­sić rękę, by powie­dzieć Janice, że to jego szef, pan Weben­dorf. Towa­rzy­szył mu inny męż­czy­zna, chudy, bar­dzo czy­sty i schlud­nie ubrany, nie­zna­jomy, lecz zanim Abel zdą­żył wstać i wypowie­dzieć słowa powi­ta­nia, pan Weben­dorf ski­nął głową i wszedł do sali sądo­wej, a męż­czy­zna sta­nął przed nimi.

– Com­stock. – Ku ich zasko­cze­niu przed­sta­wił się Zna­kami. – Będę waszym tłu­ma­czem.

– Jest pan Głu­chy? – spy­tał Abel, poru­sza­jąc nie­zgrab­nie dłońmi, cią­gle zdzi­wiony.

– Moi rodzice byli Głusi – odparł Com­stock. – Cza­sami pra­cuję dla sądu. Chodźmy, cze­kają na nas. – Jego Znaki były szyb­kie i nie­cier­pliwe, zdra­dzały, że jest wykształ­cony. Abel i Janice popa­trzyli na sie­bie z kon­ster­na­cją.

– Chodźmy, chodźmy! – powtó­rzył Com­stock. Prze­szedł przez drzwi i ruszyli za nim.

Zapro­wa­dził ich do przed­niej czę­ści sali, przed Sędziego; sta­nął mię­dzy nimi a Sędzią. Wszy­scy przy­się­gli, że będą mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, a potem zaczęła się Roz­prawa.

Sędzia powie­dział, że wysłu­cha argu­men­tów stron. Wysłu­cha argu­men­tów stron? Tak, jest Sły­szący. Pozwany cierpi na upo­śle­dze­nie słu­chu i mowy, więc będzie korzy­stał z tłu­ma­cza. Com­stock z tru­dem odtwa­rzał za pomocą Zna­ków piękne, nie­zro­zu­miałe słowa wypo­wia­dane przez Sędziego. Do wiel­kiej sali, z drew­nia­nymi ław­kami i kamienną pod­łogą, stop­niowo wpa­dało coraz wię­cej słońca. Posu­wało się wolno do przodu mię­dzy ław­kami, a kiedy pan Den­gel, sprze­dawca samo­cho­dów, prze­stał mówić, dotarło do pierw­szego rzędu, do sto­łów, krze­seł i ludzi roz­ma­wia­ją­cych z Sędzią. Abel z przy­jem­no­ścią obser­wo­wał świa­tło. Była to jedyna rzecz w sali, która nie wyda­wała mu się obca.

Kupił samo­chód od pana Den­gla. Więc kło­poty muszą doty­czyć samo­chodu.

Pan Den­gel długo opo­wia­dał o samo­cho­dzie, jego kolo­rze, marce i papie­rach, które nale­żało pod­pi­sać. Ale kiedy zaczął mówić o pie­nią­dzach – o cenie auta – Abel zerwał się z miej­sca i spro­sto­wał, bo samo­chód tyle nie kosz­to­wał. Pan Den­gel skła­mał. Sędzia się roz­gnie­wał, a ręce Com­stocka prze­ka­zały to Ablowi. Jeśli nie usią­dzie i nie zaczeka na swoją kolej, zosta­nie uka­rany Grzywną za Obrazę Sądu. Co to jest Grzywna? Co to jest Obraza Sądu? Zro­zu­miał, że nie może dopro­wa­dzać Sędziego do gniewu. Pan Den­gel dalej mówił, Sędzia o coś go zapy­tał, a potem kazał Ablowi opo­wie­dzieć o samo­cho­dzie. Zaczął mówić, usi­łu­jąc wszystko sobie przy­po­mnieć. Mia­sto, lśniące auto i Lato…

Przy­je­chał z Janice późną wio­sną z farmy ojca Abla. Zna­leźli pracę. Wyna­jęli pokój na Per­rer Street i mieli pie­nią­dze na start – oszczęd­no­ści ojca, które wrę­czył im w dużej, sta­ro­mod­nej port­mo­netce na zatrzask. Co wie­czór, wra­ca­jąc z dru­karni, Abel prze­cho­dził obok salonu samo­cho­do­wego. Zawsze zatrzy­my­wał się na chwilę i patrzył. W pogodne wie­czory wiel­kie drzwi były otwarte i w środku paliło się świa­tło. Ludzie zatrzy­my­wali się i oglą­dali piękne maszyny, błysz­czące i gład­kie. Cza­sami na ulicę wycho­dził sprze­dawca, brał kogoś pod rękę, uśmie­chał się i zapra­szał, by prze­cho­dzień usiadł za kie­row­nicą, obej­rzał wnę­trze, wypró­bo­wał klak­son, świa­tła. Pew­nego dnia tą osobą był Abel. Męż­czy­zna ski­nął do niego, a Abel się zbli­żył i wsiadł do auta. Sprze­dawca odzy­wał się do niego uprzej­mie, trak­to­wał go jak kogoś waż­nego, sza­no­wa­nego. Abel nie musiał sły­szeć słów, by czuć się zaszczy­co­nym, więc uśmie­chał się i kiwał głową, by oka­zać, że jest zado­wo­lony. Póź­niej sprze­dawca zaczął pisać cyfry na kartce. Poka­zał je Ablowi, który ski­nął głową. Męż­czy­zna bez prze­rwy mówił, jego usta nie prze­sta­wały się poru­szać. Uśmie­chał się, zapew­niał Abla, że za niewiel­kie oszczęd­no­ści w port­mo­netce na zatrzask otrzy­mane od ojca może kupić ten wspa­niały samo­chód – będzie nale­żał do Abla i Janice. Abel ski­nął głową, że się zga­dza, pod­pi­sał papiery, a męż­czy­zna obszedł samo­chód, otwo­rzył drzwiczki i uści­snął mu rękę.

Abel bar­dzo wyraź­nie pamię­tał drżące liście oświe­tlone słoń­cem w letni wie­czór tego dnia. Było cie­pło, wie­czorne świa­tło wyda­wało się cie­płe, na uli­cach lśniły plamy słońca. Wła­śnie w takim świe­tle Abel wszedł do miesz­ka­nia i powie­dział Janice o samo­cho­dzie. Była tak pod­eks­cy­to­wana, że nie zje­dli kola­cji i poszli go obej­rzeć. Ulice i sklepy pogrą­żyły się w ciem­no­ści; pra­wie nic nie widzieli, lecz cie­szyli się, że opu­ścili dom. Wra­cali powoli, nie roz­ma­wia­jąc z powodu ciem­no­ści. Gwiazdy nie pokry­wały całego nieba jak na far­mie, świe­ciły mię­dzy budyn­kami. Wszystko, co widzieli, myśleli i wie­dzieli, miało w sobie splen­dor, szczę­ście, bogac­two i siłę. Świat wyda­wał się jaśniej­szy. Czy w tak rado­snym świe­cie może być coś złego?

Niech pozwany opo­wie o samo­cho­dzie. Był nie­bie­ski, bar­dzo, bar­dzo gładki w dotyku. Wyglą­dał ide­al­nie. Abel usi­ło­wał opi­sać lśniące srebrne oku­cia, deli­katne linie karo­se­rii, czer­wone koła. Nowy samo­chód, Pierce-Arrow model 1919. Sędzia wier­cił się na fotelu. Com­stock kazał Ablowi się pośpie­szyć, więc Abel pró­bo­wał wytłu­ma­czyć, że radość z auta trwała krótko i że nikt nie pono­sił za to winy. Był przy­zwy­cza­jony do koni i patrze­nia na drogę z góry; każdy ruch maszyny wyda­wał mu się dziwny. W cza­sie pierw­szej jazdy ude­rzył w płot, póź­niej prze­stra­szył kilka koni, które kop­nęły samo­chód; ze stra­chu za ostro skrę­cił i auto prze­wró­ciło się na bok. Wiele razy nagle koń­czyła mu się ben­zyna. Janice bała się jeź­dzić samo­cho­dem i zaczęła nama­wiać Abla, by go sprze­dał. Prze­stał na chwilę mówić, jego ręce znie­ru­cho­miały pośrodku Znaku. Przy­po­mniał sobie gniew, jaki czuł, gdy Janice to powie­działa. Nie odzy­wał się do niej przez tydzień, nie witał się z nią rano ani nie żegnał wie­czo­rem. Bała się z nim jeź­dzić. Cią­gle pro­siła, by sprze­dał auto. Pła­kała i powta­rzała, że się boi. Po wielu kłót­niach, wybu­chach pła­czu i dniach spę­dzo­nych w mil­cze­niu, po kolej­nych dwóch wypad­kach zgo­dził się sprze­dać samo­chód.

Powie­sił na nim tabliczkę i dobił targu z prze­cho­dzą­cym męż­czy­zną. Pisali pro­po­no­wane ceny, aż doszli do poro­zu­mie­nia. Na początku Abel był dumny, bo sprze­dał auto za wyż­szą cenę, niż zapła­cił. Tydzień póź­niej był smutny jak po czy­jejś śmierci. W nie­dzielę poszedł z Janice na spa­cer…

– Pośpiesz się – prze­rwał Com­stock. – Sędziego nie inte­re­sują twoje uczu­cia!

– Opo­wiem wszystko. Skąd Sędzia ma wie­dzieć, jak było, jeśli nie powiem wszyst­kiego?

Kiedy wra­cali do domu, zaczęli patrzeć na ceny pięk­nych rze­czy w skle­pach i potraw w restau­ra­cjach. Zro­zu­mieli, że mogą kupić to wszystko za pie­nią­dze ze sprze­daży samo­chodu. W ten spo­sób wpa­dli na pomysł zakupu klej­no­tów i ubrań. Abel się uśmiech­nął. Duma z bogac­twa spra­wiła, że w nocy dobrze spali i budzili się głodni. Byli zado­wo­leni i przez cały dzień pra­co­wali, a wie­czo­rem cho­dzili do restau­ra­cji i jedli dziwne, nie­zwy­kłe potrawy, któ­rych nie było na far­mie ani w zim­nej szkole, gdzie się poznali. W nie­dziele po połu­dniu sklepy były otwarte. Janice zaczęła uważ­nie się przy­glą­dać, jak ubie­rają się kobiety z Mia­sta. Kupił jej kape­lusz, który zaczęła nosić. Kupił pier­ścio­nek z pięk­nym kamie­niem, zega­rek, łań­cu­szek i zawieszkę w kształ­cie głowy lwa z klej­no­tami zamiast oczu. W sierp­niu poszli na jar­mark i przed­sta­wie­nie objaz­do­wego cyrku. Kupili mecha­niczną małpkę na sznurku, bąki, któ­rymi można było krę­cić na pod­ło­dze, wia­traczki, poduszki z wyha­fto­wa­nymi gałąz­kami sosen i cedrów oraz papie­rowe kwiaty, różne rodzaje. Tamto Lato… Znowu się uśmiech­nął.

– I co potem? – spy­tał Sędzia.

– Potem Lato się skoń­czyło.

Pew­nego dnia po pracy Abel i Janice poli­czyli pie­nią­dze. Cie­płe dni minęły, podob­nie jak radość z bogac­twa. Wie­czory były za zimne, by nosić let­nie ubra­nia. Pró­bo­wali zacho­wać pogodę ducha, lecz wkrótce zapa­no­wał chłód i dziew­czyny wra­cały w pół­mroku z fabryki, dygo­cąc. Póź­niej Janice i Abel zauwa­żyli, że nie stać ich na jedze­nie na mie­ście do dnia wypłaty. Pie­nią­dze na start i pie­nią­dze ze sprze­daży samo­chodu się roze­szły.

Jesz­cze nie czuli gniewu. Abel nie powie­dział Sędziemu o wysta­wach skle­po­wych. Sędzia roze­śmiałby się, gdyby usły­szał, że trak­to­wali je jak lustra i że cią­gle trwało w nich Lato. Kiedy Abel je mijał, widział dobrze ubra­nego męż­czy­znę, czło­wieka wycho­wa­nego w mie­ście, a nie lękli­wego chłopca z kamie­ni­stej farmy. Obok szła pewna sie­bie, piękna kobieta, jego żona. Mijali wystawy i ludzie kiwali do nich gło­wami, a cza­sami się uśmie­chali, nie wie­dząc, kim naprawdę są, bio­rąc ich za miesz­kań­ców mia­sta, ludzi suk­cesu, boga­tych, pozba­wio­nych trosk.

Abel powie­dział, że póź­niej nade­szła zima i pie­nią­dze się skoń­czyły. Musieli żyć za to, co zara­biali. Dosta­wał sześć dola­rów tygo­dniowo, a Janice czter­na­ście. Pra­co­wała w fabryce, szy­jąc czapki i mary­narki od siód­mej rano do siód­mej wie­czór. Gdy wra­cała do domu, była zła, że nie mogą jeść kola­cji na mie­ście, a po opła­ce­niu czyn­szu i kupie­niu żyw­no­ści nie zosta­wało nic na dodat­kowy węgiel, by pod­grzać wodę. Bali się kupić kuchenkę gazową i oba­wiali się gniewu gospo­dyni, a Janice nie potra­fiła goto­wać, więc musieli jeść zimne kola­cje.

Sędzia zaczął mówić. Com­stock wyja­śnił, że ma pyta­nia.

– Czy w chwili zakupu samo­chodu pozwany prze­czy­tał to, co pod­pi­sał?

– Cho­dziło o samo­chód. Pod­pi­sa­łem, bo cho­dziło o samo­chód.

– Dla­czego pozwany nie odpo­wia­dał na listy, które otrzy­my­wał?

– Były o samo­cho­dzie, ale sprze­da­łem samo­chód, więc już go nie mia­łem. Czy czy­ta­nie o nim mogło w czymś pomóc?

– Czy pozwany nie był świa­domy, że zapła­cił tylko część ceny?

– Nie rozu­miem.

– Czy pozwany nie zda­wał sobie sprawy, że pokrył tylko część ceny samo­chodu? Że będzie musiał zapła­cić resztę?

– Nie.

Abel patrzył to na Sędziego, to na Com­stocka, obser­wu­jąc, jak jego słowa są oce­niane przez Prawo. Sędzia mil­czał, ale ręce Com­stocka się poru­szały.

– Założę się, że pró­bo­wa­łeś ukryć, że jesteś głu­chy. Założę się, że nie powie­dzia­łeś, że jesteś głu­chy! – Abel spoj­rzał na Sędziego, który dalej mil­czał.

Abel czuł strach. Com­stock wie­dział to, czego nie wie­dzą Sły­szący, i potra­fił zada­wać wła­ściwe pyta­nia. Znał sekrety, które powinni znać tylko Głusi, i chciał go skrzyw­dzić.

– Powie­dzia­łeś mu, że jesteś głu­chy?

– Sędzia o to nie pytał. Nie widzia­łem, żeby jego wargi się poru­szały.

– Powie­dzia­łeś?

– Nie. – Znak Abla był pra­wie nie­do­strze­galny, szybki, pełen waha­nia, ledwo widoczny trój­kąt, po czym dodał: – Nie powie­dzia­łem… Nazy­wał mnie „sir”.

Com­stock poru­szył war­gami, patrząc na Sędziego. Abel patrzył, domy­ślał się, co zostało powie­dziane, i potra­fił zro­zu­mieć kilka słów: „…sprze­dawca… nie przy­znał się, że jest głu­chy… ludzie… wsty­dził się…”.

– Ale dla­czego? – Abel odczy­tał te dwa słowa z warg Sędziego. Odwró­cił oczy. Słońce wędro­wało po pod­ło­dze i dotknęło nóg kilku krze­seł. Jeden z pro­mieni dotarł do Janice i wspiął się po jej sukience, gdy obser­wo­wała roz­prawę z trze­ciego rzędu. Wyglą­dała jak obca kobieta. Słońce ode­szło, zmę­czone. Com­stock umilkł. Sędzia spo­glą­dał przez chwilę na Janice. Abel zauwa­żył, że miała ochotę się uśmiech­nąć, lecz była zbyt prze­stra­szona. Póź­niej Sędzia się ode­zwał i Com­stock zadał pyta­nie:

– Pró­bo­wa­łeś czy­tać z warg pana Den­gela?

– Tak. Nie mogłem nic zro­zu­mieć. Trzy­mał w nich cygaro.

– Dosta­łeś trzy listy. Nie uwa­ża­łeś, że mogą być ważne?

– Pró­bo­wa­łem je czy­tać, ale niczego nie rozu­mia­łem. Tylko że są o samo­cho­dzie. Sprze­da­łem samo­chód.

Sędzia pokrę­cił głową i powie­dział coś do Com­stocka, który poru­szył dłońmi ze zde­gu­sto­waną miną.

– Wróć na miej­sce i usiądź.

Abel zaczął sia­dać, po czym znie­ru­cho­miał i spy­tał:

– Dla­czego się pan na mnie gniewa? – Com­stock wytrzesz­czył oczy. – Dla­czego się pan gniewa? Sędzia się nie gniewa.

Com­stock zaczął szybko poru­szać rękami.

– Ty cho­lerny głup­cze… Przed koń­cem zimy będziesz żebrał na uli­cach z tabliczką na piersi! – Ruchy jego dłoni były pra­wie zbyt szyb­kie, by je zro­zu­mieć. – Sły­szący będą się nad tobą lito­wać, jak nad wszyst­kimi Głu­chymi. Będziesz żebrał i wszy­scy będą się lito­wać nad Głu­chymi. Po co przy­je­cha­łeś do mia­sta?! Nisz­czyć cudze życie?! Ludzie, któ­rzy ciężko pra­cują i nie mają ani centa długu, będą nazy­wani głu­pimi Głu­chymi, wyśmie­wani i oszu­ki­wani. Sta­niesz się prze­klę­tym żebra­kiem…

Sędzia poru­szył ustami. Com­stock się odwró­cił, ski­nął dło­nią i powie­dział, że tylko coś wyja­śniał. Póź­niej wezwano pana Weben­dorfa.

Opo­wia­dał o Ablu. Dziw­nie było patrzeć na ręce Com­stocka opi­su­jące życie Abla. Tak, został zatrud­niony w dru­karni, uczest­ni­czył w szko­le­niu zawo­do­wym w szkole dla głu­cho­nie­mych. Tak, dobrze pra­co­wał w dużym warsz­ta­cie, teraz odbywa drugi rok prak­tyk. To prawda, że więk­szość prak­tykantów to zale­d­wie chłopcy, ale ponie­waż jest głu­chy…

Sędzia spy­tał o wyna­gro­dze­nie i pan Weben­dorf zaczął wyja­śniać.

– W dru­gim roku otrzy­muje wyna­gro­dze­nie uzgod­nione ze Związ­kami Zawo­do­wymi: na początku sześć dola­rów tygo­dniowo, w zeszłym mie­siącu pod­nie­siono je do sied­miu. – Sędzia wyda­wał się zdzi­wiony, a pan Weben­dorf cią­gnął: – Za trzy lata będzie zara­biał czter­na­ście dola­rów, a kiedy skoń­czy sze­ścio­let­nią prak­tykę, dosta­nie przy­zwo­itą pen­sję: dwa­dzie­ścia osiem dola­rów. – Urwał, pokrę­cił głową i dodał: – Nie wie­dzia­łem o samo­cho­dzie. – Abel czuł wstyd jak wtedy, gdy dostał lanie od ojca, lecz nie mógł ode­rwać oczu od rąk Com­stocka. – Nie wie­dzia­łem też o jego ubra­niach ani, cóż, żonie. Codzien­nie przy­cho­dził do pracy w sta­rym ubra­niu. Wie­dzia­łem, że mieszka w wyna­ję­tym pokoju, lecz nie mia­łem poję­cia, że jest żonaty. Gdyby do mnie przy­szedł, wyja­śnił­bym mu, że jest w trud­nej sytu­acji… wszyst­kie jego oszczęd­no­ści…

Sędzia poru­szył się z god­no­ścią i zaczął mówić. Co dziwne, ręce Com­stocka odda­wały jego słowa ina­czej niż rela­cję Weben­dorfa. Słowa Sędziego wyda­wały się cięż­kie, donio­słe i pełne; dło­nie Com­stocka zata­czały zde­cy­do­wane kręgi i długo wisiały w powie­trzu. Jego ruchy były tak piękne, że Abel odchy­lił się do tyłu, patrząc na nie z fascy­na­cją. Zda­nia spra­wiały wra­że­nie skom­pli­ko­wa­nych, w ogóle ich nie rozu­miał. Sąd wie­dział o trud­nej sytu­acji pozwa­nego, jed­nak Prawo jest jasne. Samo­chód został zaku­piony, a pozwany ukrył swoją nie­peł­no­spraw­ność przed powo­dem, więc dopu­ścił się wyłu­dze­nia. (Jakie piękne słowa! Abel śle­dził dłu­gie, ryt­miczne ruchy rąk Com­stocka. Koja­rzyły się z kosze­niem trawy, ukła­da­niem siana w stogi). Jed­nak nie­peł­no­spraw­ność sta­nowi rów­nież oko­licz­ność łago­dzącą. Zaję­cie do dzie­się­ciu pro­cent wyna­gro­dze­nia na poczet długu jest obli­ga­to­ryjne na mocy Prawa, lecz Sąd jest skłonny potrak­to­wać oskar­że­nie o wyłu­dze­nie w spo­sób łagod­niej­szy niż zazwy­czaj.

Com­stock prze­rwał. Abel spo­glą­dał na niego cier­pli­wie, cze­ka­jąc na wyja­śnie­nie.

– Zarzą­dzę zaję­cie dzie­się­ciu pro­cent wyna­gro­dze­nia pozwa­nego na poczet długu, a ponadto grzywnę w wyso­ko­ści stu dola­rów i zwrot kosz­tów sądo­wych – cią­gnął Sędzia. – W ciągu następ­nych pię­ciu mie­sięcy potrą­ce­nia będą wyno­sić dwa dolary tygo­dniowo, a póź­niej wzro­sną do trzech dola­rów. Będą wzra­stać pro­por­cjo­nal­nie do kolej­nych pod­wy­żek, po czym osią­gną poziom pię­ciu dola­rów tygo­dniowo, aż pozwany w cało­ści spłaci dług. Sąd ma nadzieję, że odsetki nie prze­kro­czą sze­ściu pro­cent rocz­nie. – Sędzia spoj­rzał na sprze­dawcę samo­cho­dów. – Nie ist­nieją ure­gu­lo­wa­nia prawne zabra­nia­jące prak­tyk lichwiar­skich, jed­nak Sąd ma nadzieję, że w tym przy­padku powód zmieni obecne prak­tyki.

Abel nie­spo­koj­nie dał znak tłu­ma­czowi.

– Nie rozu­miem. Co powie­dział Sędzia? Wygra­łem czy prze­gra­łem?

Com­stock z nie­sma­kiem ski­nął dło­nią i znowu zwró­cił się w stronę Sędziego.

Abel zoba­czył, że Sędzia lekko się uśmie­cha.

– Sędzia mówi, że prze­gra­li­ście sprawę. – Ręce Com­stocka wyko­nały ładny gest. Potem dodał: – Sąd nie miał wyboru; prawo jest jasne. Sędzia chce, bym ci powie­dział, że to mogło się skoń­czyć znacz­nie, znacz­nie gorzej.

Com­stock zaczął tłu­ma­czyć Ablowi, gdzie ma wpła­cać pie­nią­dze, gdzie je przy­no­sić co mie­siąc. To, czy Abel rozu­miał słowa albo skom­pli­ko­wane, tajemne zasady Prawa, nie wyda­wało się ważne. Przy­po­mi­nał udrę­czone zwie­rzę, zbyt chore, by wstać, i zbyt wytrzy­małe, by upaść. Com­stock wresz­cie prze­stał tłu­ma­czyć.

– Mówi­łem, że zosta­niesz żebra­kiem, że Głusi prze­staną z tobą roz­ma­wiać – powie­dział. – Ty… – dodał i urwał. Powstrzy­mał go jasny snop zimo­wego świa­tła sło­necz­nego, który wpadł na salę sądową i spra­wił, że zmru­żył oczy, by widzieć Abla. Sędzia wstał i ludzie zaczęli wycho­dzić. Roz­prawa się skoń­czyła.

– Ni­gdy nie będę żebrał – ode­zwał się Abel, lecz wyobra­ził sobie samego sie­bie sie­dzą­cego pod ścianą z kape­lu­szem leżą­cym na ziemi, zbyt sła­bego, by wstać.

– Nisz­czysz spo­łecz­ność Głu­chych – rzekł Com­stock, nie wie­dząc, czy Abel widzi jego ręce. – Wolał­bym, żebyś został na far­mie, ukryty gdzieś na odlu­dziu! – Ruszył w kie­runku drzwi. Abel, po dru­giej stro­nie snopu świa­tła, poło­żył głowę na stole i zaczął powoli ude­rzać pię­ściami w blat.3

Tam­tej zimy Janice i Abel kilka razy zasta­na­wiali się w sekre­cie, czy umrą. Gło­do­wali, mar­zli, mieli zła­mane serca – Janice czy­tała w szkole o zła­ma­nych ser­cach. Cze­kali, obser­wu­jąc się kątem oka. Jed­nak nie umarli, choć tylko uda­wali, że żyją. Mie­siące i dni przy­po­mi­nały arku­sze papieru przy­go­to­wy­wane przez Abla w dru­karni, a potem odkła­dane na bok.

Po roz­pra­wie sądo­wej Abel wyczuł zmianę w panu Weben­dor­fie. Stał się bar­dziej nie­cier­pliwy; nie uśmie­chał się i nie kiwał przy­jaź­nie ręką. Abel był przez kilka tygo­dni smutny i nie­za­do­wo­lony, lecz wkrótce się przy­zwy­czaił i ból zła­god­niał; z upły­wem czasu stało się to nowym zwy­cza­jem. „Weben­dorf jest Sły­szący – powie­dział Janice – a Słuch zmie­nia czło­wieka”. Ski­nęła głową, lecz myślała o czymś innym. O fabryce. Nie powie­działa Ablowi, że w szwalni pra­cują dwie inne Głu­che dziew­czyny. Po dru­giej stro­nie sali. W cza­sie przerw na lunch szybko poro­zu­mie­wały się Zna­kami, ukrad­kiem, żeby nikt nie zauwa­żył. Zaczęła się do nich przy­su­wać. Ostroż­nie, nie zwra­ca­jąc na sie­bie uwagi, bo trzy Głu­che dziew­czyny sie­dzące razem mogą ozna­czać począ­tek kło­po­tów. Cze­kała na wła­ściwy moment, a potem poka­zała Znak, jedno słowo, szyb­kie jak myśl, słowo bez tchu, bez dźwięku, bez ruchu, zauwa­żalny tylko dla ludzi, któ­rzy żyją ruchem. Zasy­gna­li­zo­wały mru­gnię­ciem, że rozu­mieją, i w cza­sie lun­chu prze­su­nęły się, robiąc Janice miej­sce przy tyl­nej ścia­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij