-
nowość
-
promocja
Znaki serca - ebook
Znaki serca - ebook
Poruszająca opowieść o niesłyszącej parze, ich słyszącym dziecku i niezwykłej więzi, którą zbudowali dzięki Znakom.
Abel i Janice poznają się w szkole dla głuchych. Język migowy (Znaki) zbliża ich do siebie, pomaga im przetrwać i budować miłość tak silną, że nie jest w stanie złamać jej świat, w którym przyszło im żyć.
Obejmująca cztery dekady – od końca lat 20. do początku lat 60. XX wieku – historia opowiada losy Abla, Janice i ich słyszącej córki Margaret, którzy mierzą się z rzeczywistością – często nieprzyjazną, a nawet wykluczającą wobec osób takich jak oni.
Pierwotnie wydana w 1970 roku powieść pozostaje wyjątkowym i pełnym empatii portretem społeczności osób głuchych.
Joanne Greenberg jest nagradzaną autorką szesnastu powieści i czterech zbiorów opowiadań. Jej najbardziej znana powieść Nigdy nie obiecywałam ci ogrodu pełnego róż sprzedała się w milionach egzemplarzy, została zekranizowana w 1977 roku i wystawiona w teatrze w 2004 roku. Greenberg studiowała antropologię i filologię angielską na American University. Zainteresowała się kulturą osób głuchych dzięki mężowi, Albertowi, doradcy ds. rehabilitacji zawodowej. Znaki serca doczekały się ekranizacji telewizyjnej pod tytułem Love Is Never Silent uhonorowanej nagrodą Emmy.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8457-024-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Uważam, że kulturę głuchych należy chronić. Amerykańska społeczność głuchych to różnorodna, dynamiczna subkultura o własnej bogatej historii, języku i wspólnych wartościach. Jesteśmy niewielkim, zżytym środowiskiem, całkowicie zmarginalizowanym przez otaczające nas społeczeństwo ludzi słyszących, co sprawia, że wolimy trzymać się w cieniu. Sercem kultury głuchych jest amerykański język migowy (American Sign Language, ASL), różny od angielskiego nie tylko pod względem form wyrazu emocji, lecz również słownictwa, gramatyki, składni i pojęć wyższego rzędu. Z powodu tej bariery językowej większość ludzi słyszących nie jest w stanie przekroczyć granicy między naszymi światami. W rezultacie głusi bohaterowie są rzadkością w literaturze, a gdy się pojawiają, są często kiepsko opisani. W powieściach i filmach to zwykle żałosne postacie, osamotnione, prostoduszne, czasem wręcz infantylne. Te wady wyobraźni słyszących – niezdolność zrozumienia, że głusi przeżywają pełną gamę ludzkich uczuć, mają bogate życie wewnętrzne, mogą odnosić sukcesy – są nieustannie widoczne.
Z tego powodu można kwestionować dzieła sztuki o kulturze głuchych stworzone przez słyszących. Nie jest to najlepsza strategia, ale w tym zakresie rzadko popełnia się pomyłki. Amerykańscy pisarze od stuleci mylą głuchotę jako zjawisko fizjologiczne z poziomem inteligencji albo zdolnością odczuwania. Jednak osoba niesłysząca lub mówiąca niewyraźnie nie powinna być traktowana stereotypowo. Mamy dużo do powiedzenia ludziom, którzy poświęcą czas na słuchanie.
W tym momencie pojawia się Joanne Greenberg. Urodzona w 1932 roku w Brooklynie w Nowym Jorku, jest najbardziej znana jako autorka swojej drugiej powieści, _Nigdy nie obiecywałam ci ogrodu pełnego róż_. Książka, opublikowana w 1964 roku, ma częściowo autobiograficzny charakter i opowiada o pobycie kobiety w szpitalu psychiatrycznym, gdzie leczono ją na schizofrenię. Opis choroby psychicznej stworzony przez Greenberg jest pozbawiony romantyzmu i odbiega od innych relacji, zwłaszcza powieści _Szklany klosz_ Sylvii Plath, opublikowanej rok wcześniej. Greenberg powiedziała w wywiadzie dla National Association for Rights Protection and Advocacy (NARPA), że był to jeden z jej celów:
Stworzyłam , by opisać chorobę psychiczną bez nadawania jej cech romantycznych, jak to robiono w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych . W tamtych czasach ludzie często mylili kreatywność z szaleństwem. Nie ma kreatywności w szaleństwie; jest ono przeciwieństwem kreatywności, choć ludzie mogą być kreatywni mimo choroby psychicznej.
Greenberg nie obawiała się analizowania skomplikowanych problemów z własnej perspektywy i nie ulegała trendom. Wyobrażam sobie, że własne doświadczenia choroby psychicznej sprawiły, że znała poczucie obcości w społeczeństwie tak bardzo ceniącym „normalność”. Wydaje się zrozumiałe, że zainteresowała się społecznością głuchych, z którą pracował w latach sześćdziesiątych jej mąż, zajmujący się rehabilitacją zawodową. Greenberg poznała jego klientów i stojące przed nimi bariery systemowe, studiowała amerykański język migowy i starała się tworzyć programy ochrony zdrowia psychicznego dostępne dla głuchych.
Wiedziałam o tym wszystkim, ale kiedy sięgnęłam po _Znaki serca_, niepokoiłam się, jak stosunkowo stara książka przedstawi głuchotę. Jednak mój niepokój szybko minął – od pierwszych stronic jest jasne, że Greenberg wnikliwie przedstawia niuanse kultury głuchych.
Powieść, opublikowana w 1970 roku, opisuje życie głuchego małżeństwa, Abla i Janice Ryderów, od czasów szkolnych do chwili, gdy ich najstarszy wnuk studiuje w college’u. Fabuła zaczyna się w latach dwudziestych i kończy w sześćdziesiątych. Abel wychował się na wsi i chodził do szkoły, co sprawiło, że jego kompetencje językowe uległy ograniczeniu – znalazł się w izolacji, która utrudniła mu kontakt z ludźmi, a ostatecznie doprowadziła do osłabienia funkcji poznawczych. Większość dziecięcych lęków Abla krystalizuje się wokół niepokojących scen, gdy matka wielokrotnie woła do niego „oooooo!”, po czym wysyła go samego do miasta, gdzie chłopiec spędza cały dzień w nieznanej sali. Dopiero wiele lat później, kiedy Abel poznaje język migowy i ma własne dzieci, rozumie, że matka musiała wymawiać słowo „szkoła”.
W chwili publikacji książki amerykański migowy uznawano za język dopiero od dekady. Wcześniej przyjmowano, że to „gesty” albo zniekształcona wersja języka angielskiego przekazywana rękami. W owym czasie amerykańska edukacja głuchych dopiero zaczęła się wyzwalać spod dominującego wpływu ideologii oralizmu, która panowała w niej niepodzielnie od dziewiętnastego wieku. Zwolennicy oralizmu w czystej postaci uważali, że głuchych należy nauczyć mówić i czytać z ruchu warg, a język migowy powinien zostać zlikwidowany. Dzieci przyłapane na „machaniu rękami” były karane – przywiązywano ich dłonie do ławek, przytrzaskiwano je szufladami, bito linijkami.
W końcu Abel uwalnia się z izolacji, gdy jako nastolatek trafia do szkoły dla głuchych i zaczyna się uczyć języka migowego. Jednak sama szkoła opiera się na mowie, co było typowe dla lat dwudziestych, i większość edukacji uczniów nie odbywa się w klasie.
Codziennie przez dwie godziny udawali, że zdmuchują świece, by nauczyć się wymawiania głoski P, poruszali ustami, patrząc na litery i obrazki na tablicy, na języki, zęby i usta – sok, rok, bok, lok – lecz prawdziwe słowa chowały się za wychodkiem, w szybkich rozmowach nad ogrodzeniem: zakazane Znaki, które wzbogacały tych, którzy ich używali.
Choć podejście oralistyczne uniemożliwiało wielu głuchym dzieciom realizację potencjału akademickiego, gromadzenie głuchych na kampusach pozwalało młodym ludziom do pewnego stopnia wyzwolić się z ograniczeń językowych:
zaczął, bardzo powoli, zastanawiać się nad słowami i myślami. Może oznaczały rzeczy niewidzialne, niemożliwe do dotknięcia . Im więcej słów poznawał Abel, tym więcej rzeczy nabierało sensu, tym więcej zapamiętywał.
Nowa miłość Abla do języka jednocześnie zmienia się w podziw dla koleżanki, Janice. Wychowała się w szkole dla głuchych z internatem, więc znała znaki, co go w niej pociągało:
Była żywa i mądra, miała plany i ideały, przyjaciół. Złościła się i toczyła niewielkie wojny z wrogami. Dla Abla, który nie znał Znaków i żył w wiecznej ciszy na farmie i szkole dla Słyszących, te plany i spory wydawały się magiczne, niewiarygodne, wyjątkowe.
Tymczasem Janice, która jest lepiej wykształcona od Abla, ale rzadko opuszczała szkołę, jest zafascynowana perspektywą poznania Szerokiego Świata, który symbolizuje Abel:
Marzyła o podróżach, kochała ruch, zmiany, a Abel, wychowany w Szerokim Świecie, który bez trudu podróżował z farmy do miasta, wydawał się jej i innym dzieciom ze szkoły księciem z bajki.
Jak wielu młodych ludzi Janice i Abel zakochują się w sobie, czując, że druga osoba może wypełnić lukę w ich życiu. Szybko rodzi się między nimi więź i planują wspólną przyszłość. Abel cieszy się nową umiejętnością rozumienia świata dzięki językowi, ale szkoła nie przygotowała ani jego, ani Janice do poruszania się po świecie ludzi słyszących, który pragnie zepchnąć ich na margines i w końcu zniszczyć.
U podstaw czystej ideologii oralistycznej – podkreślam, że chodzi o jej formę czystą – nie leżało dążenie do skutecznego nauczania, tylko ksenofobia. Pojawienie się oralizmu na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku zbiegło się z rosnącą popularnością ruchów natywistycznych i eugenicznych, które dążyły do przymusowej asymilacji imigrantów przybywających do Ameryki, a także do likwidacji języka i kultury głuchych, z pozoru równie obcych jak cudzoziemcy. Głusi i niepełnosprawni przebywający w więzieniach federalnych często poddawani byli przymusowej sterylizacji. Wobec społeczności imigrantów i głuchych wysuwano jedno żądanie: „Po prostu mówcie po angielsku”.
W owym czasie szkocki imigrant Alexander Graham Bell wykorzystał swoją rosnącą sławę jako wynalazca, by stać się wpływowym rzecznikiem natywizmu i eugeniki. W 1913 roku napisał w liście do przyjaciela: „Uważam, że w anglojęzycznym kraju takim jak Stany Zjednoczone środkiem komunikacji i językiem nauczania powinien być wyłącznie angielski”.
Bell, syn specjalisty w zakresie fonetyki, szybko stał się autorytetem w kwestiach nauczania za pomocą mowy. Jedna z jego najbardziej niesławnych opinii na temat głuchych pochodzi z przemówienia wygłoszonego w 1883 roku w National Academy of Sciences, zatytułowanego _Uwagi na temat powstania głuchej odmiany rasy ludzkiej_:
Ci, którzy uważają, podobnie jak ja, że powstanie upośledzonej odmiany rasy ludzkiej byłoby wielkim nieszczęściem dla świata, muszą starannie badać przyczyny małżeństw zawieranych przez głuchych – w celu zastosowania środków zaradczych.
Bell nigdy wprost nie zalecał sterylizacji głuchych. „Środki zaradcze” miały przybrać postać ingerencji w kulturę: zniszczenia języka migowego. Bez niego głusi nie będą w stanie łatwo się ze sobą porozumiewać i zostaną zmuszeni do asymilacji. Idea polegała na tym, że im mniej głuchych małżeństw, tym mniej głuchych dzieci, choć jest to teza fałszywa, ponieważ głuchota nie musi być wywołana przez czynniki genetyczne, a gen głuchoty wrodzonej ma charakter recesywny, więc rodzice głuchego dziecka nie muszą być głusi. W efekcie nadeszła mroczna epoka dla głuchych dzieci. Głusi nauczyciele, niezdolni do nauki mówionego angielskiego, zostali usunięci z zawodu, co sprawiło, że głuche dzieci nie mogły się komunikować i zdobyć wykształcenia.
Powieść Greenberg, wydana po blisko stu latach dominacji czystego oralizmu, przedstawia osoby głuche w sposób dużo bardziej zniuansowany niż typowe opisy z tamtego okresu. To godne podziwu, że Greenberg znacznie wyprzedziła jej współczesnych; głośniejsze postacie literackie zarówno przed publikacją _Znaków serca_, jak i później są wręcz groteskowo dwuwymiarowe w porównaniu z Ablem i Janice. Nawet utalentowani pisarze nie wydawali się zainteresowani dekonstrukcją stereotypowych wyobrażeń na temat głuchych bądź traktowali ich protekcjonalnie i opisywali w sposób problematyczny. John Singer w powieści Carson McCullers _Serce to samotny myśliwy_ to rodzaj świętego, który gromadzi sekrety i uczucia słyszących; kiedy wypełnia się po brzegi, autorka się go pozbywa. Spiros, głuchy przyjaciel Singera, również ginie przed końcem książki. Osiem lat po _Znakach serca_ w powieści Stephena Kinga _Bastion_ występuje „głuchoniemy włóczęga” Nick Andros, budzący liczne wątpliwości. Autor niedokładnie rozumie fizjologiczne elementy głuchoty i mowy, a później Andros składa w ofierze swoje życie za słyszących towarzyszy, po czym pojawia się w ich snach, gdzie zawsze może słyszeć i mówić (właściwie w czyich snach?).
Janice i Abel postępują inaczej – wykorzystują stereotypy na temat głuchych, by wpływać na otoczenie i osiągać swoje cele. Greenberg pisze o ich sposobach utrzymywania kontaktu w szkole:
Przede wszystkim wykorzystywali swoją głuchotę. Byli niemi, niczego nie rozumieli i zawsze mówili „tak”. Kiwali głowami, uśmiechali się i na wszystko się zgadzali. Obiecywali nauczycielom i nauczycielkom, że się poprawią, a potem robili, co chcieli.
W późniejszej części powieści Abel wykorzystuje przekonanie gospodyni, że jest niepełnosprawny intelektualnie, by uzyskać zgodę na tygodniowy pobyt w mieszkaniu, gdy szuka z Janice nowego lokum. Małżonkowie znajdują siłę w milczeniu.
Greenberg również to wykorzystuje: w ciszy obecnej w powieści tkwi siła. _Znaki serca_, częściowo studium psychologiczne, częściowo saga rodzinna, skupiają się na codziennym życiu, biorą pod lupę związek Abla i Janice, ich relacje z dziećmi, wnukami, pracodawcami, parafianami z kościoła dla głuchych i teściami. Nie oznacza to, że w książce nie ma napięcia. W trakcie lektury moją uwagę przykuwały banalne interakcje międzyludzkie – tarcia między Janice a jej koleżankami z fabryki wynikające ze znakomitej jakości jej pracy, spotkanie Janice i Abla z przyszłym zięciem – i miałam wrażenie, że czytam thriller.
Spędziłam trochę czasu, próbując zrozumieć, jak Greenberg osiągnęła ten efekt. W jaki sposób potrafiła nadać szczegółom codziennego życia tak dramatyczną formę? W końcu zrozumiałam, że dzięki odważnej, w pełni autentycznej obserwacji wykreowała intensywną empatię wobec Abla i Janice, co oznacza, że nie była to jedynie sztuczka pisarska.
Myślę, że jednym z największych atutów tej książki jest jej wyciszenie, bo zmusza ono czytelników do zrozumienia złożoności głuchych jako ludzi, nie tylko w chwilach ważnych wydarzeń, lecz także na co dzień. Ciężkie doświadczenia życiowe Abla i Janice nie wynikają z tego, że są głusi; są po prostu ludźmi i muszą zmagać się z przeciwnościami, gdy dorastają i wychowują dzieci w szybko zmieniającym się społeczeństwie.
Te ciężkie doświadczenia stają się czasami trudniejsze wskutek niedostępności świata słyszących: nieporozumienie w trakcie rozmowy Abla ze sprzedawcą samochodów na początku powieści doprowadza do zajęcia części poborów, co obciąża rodzinę finansowo w okresie gwałtownych perturbacji ekonomicznych Wielkiego Kryzysu. Ból po utracie dziecka jest ostrzejszy i bardziej upokarzający wskutek trudności w porozumieniu ze sprzedawcą trumien. Z tego powodu niektórzy czytelnicy krytykowali „ignorancję” Abla i wybuchy gniewu Janice; uważali, że te sceny stawiają głuchych w negatywnym świetle. Była to prawda – zwłaszcza w chwili pierwszej publikacji, gdy istniało niewiele literackich portretów głuchych. Niektóre osoby mogły uznać zmagania i klęski bohaterów za immanentne cechy głuchoty, jednak w moim przekonaniu Greenberg chodziło o coś innego.
Głuchota może mieć wiele postaci, więc trudno oczekiwać, by jakikolwiek autor opisał wszystkie jej formy. Greenberg dokładnie przedstawiła trudności językowe Janice i Abla i niepowodzenia edukacji opartej na nauce mowy; jest oczywiste, że nieufność bohaterów do świata ludzi słyszących oraz ich dezorientacja nie były skutkiem osobistych niedostatków, lecz błędnego systemu próbującego ich zniszczyć. Dzisiejsi czytelnicy, spotykający Abla i Janice wśród bogatej literatury poświęconej głuchym, niekiedy tworzonej przez samych głuchych, mają lepszą możliwość zrozumienia złożonych problemów psychologicznych, wartości ludzkich i brzydoty opisanych w _Znakach serca_.
Patrzymy na Abla i Janice oczami ich słyszącej córki Margaret i widzimy, że niekiedy sami narzucają sobie ograniczenia. Abel kupuje aparat słuchowy (którego nie lubi), uważając, że sprawi tym przyjemność córce, choć tak naprawdę marzy ona o radiu. Janice czuje się zakłopotana zarówno w świecie słyszących, jak i głuchych. Martwi się, że ktoś zauważy, że posługuje się Znakami w fabryce, i uważa, że rodzina nie powinna chodzić do kościoła dla głuchych w „niewłaściwych strojach”. Te cechy bohaterów są ważne, ponieważ wynikają z ich osobowości, a nie z głuchoty. W świecie literatury jest wielu pisarzy tworzących lukrowane opisy, więc doceniam to, że Abel i Janice niekiedy wydają się niezbyt atrakcyjni. Greenberg szanuje swoich bohaterów dostatecznie głęboko, by nie ukrywać ich wad.
Trudno zaprzeczyć, że życie Abla i Janice nie zawsze jest piękne. Często zmagają się z przeciwnościami, czują strach i niepokój. Cierpienia i afronty doznawane przez nich ze strony słyszących mogą wytrącać z równowagi w trakcie lektury, ale proszę czytelników, by uznawali te niesprawiedliwości za wezwanie do działania – by niestrudzenie promowali model szkolnictwa, który zamiast dawać głuchym dzieciom pozory inkluzywnej edukacji, przekaże im autentyczne kompetencje językowe i akademickie pozwalające odnieść sukces i czuć się bezpiecznie. To wezwanie do solidarności ze społecznością głuchych, której prawo do samostanowienia pozostaje zagrożone. Czysty oralizm, przemianowany na „podejście oparte na słuchaniu języka mówionego” (ang. Listening Spoken Language Approach, LSL), w dalszym ciągu wywiera potężny wpływ na edukację głuchych, pogłębiając ich osamotnienie i trudności poznawcze wskutek deprywacji językowej, która nie wydaje się bardzo różna od tego, czego doświadczał Abel prawie sto lat wcześniej. To przykre, że powieść Greenberg przetrwała pod tym względem próbę czasu.
Autorka opisała cierpienia niepełnosprawnych w opresyjnym społeczeństwie, jednak pokazała również, jak je przezwyciężyć. Na ostatnich stronach powieści Abel, Janice i ich dorosła córka śmieją się i gawędzą. Staje się jasne, że nie jest to tylko powieść o relacjach głuchych, lecz także o odwadze i szczęściu. Marshall, syn Margaret, opuścił dom, by przyłączyć się do ruchu na rzecz praw obywatelskich, i we troje dyskutują, co może osiągnąć.
„Chce, żeby nikt nie był ubogi i nieszczęśliwy” – mówi Margaret. Abel, którego Znaki były wcześniej „sztywne”, teraz posługuje się nimi w sposób „elegancki”. „Zlikwidowaliśmy nędzę” – odpowiada. Kiedy Margaret tłumaczy, że Marshall myśli o bardziej fundamentalnej zmianie, Abel i Janice sugerują, że rozwiązanie musi być „jak Znak” – zamaszyste, pełne energii, przekazywane z pokolenia na pokolenie z troską i poczuciem odpowiedzialności jak coś, co zmieniło ich życie, a ich samych wzbogaciło.
Sara Nović1
Siedzieli na ławce i czekali. Od czasu do czasu mijali ich ludzie zajmujący się tajemniczymi kwestiami związanymi z Prawem. Ludzie zerkali na nich, a potem szybko, ukradkiem się uśmiechali. Abel i Janice tkwili na ławce prawie od godziny, a Abel powoli zaczynał rozumieć, dlaczego tak dziwnie na nich patrzą. Siedzieli sztywno wyprostowani, bo się bali. Czuli się niezręcznie. Przyczyną dziwnych spojrzeń było to, że ich ubrania nie pasowały do pory roku. Wcześniej, gdy garnitur Abla był nowy, czuł się w nim wolny i mądry. Pamiętał, jak z dumą wyszedł w nim ze sklepu w łagodnym świetle wrześniowego słońca, świadomy, że wydali resztkę wielkich pieniędzy. Teraz był styczeń, a Janice, siedząca obok niego, miała na sobie letnią złoto-zieloną sukienkę i kapelusz ozdobiony kwiatami.
Może nie powinna wkładać cienkiej szyfonowej sukienki ani kapelusza z kwiatami, lecz było to jej najlepsze ubranie. Przypominała Ablowi lato, Tamto Lato. Pamiętał, jak biegła ulicą w jego stronę, pełna radości. Pamiętał piękny samochód, mnóstwo jedzenia i namiot cyrkowy, który odwiedzili w sierpniu. Ich oczy lśniły ze szczęścia, poruszali się i gestykulowali z gracją, mieli nadzieję, że czeka ich wspaniała przyszłość.
Wszystkie poprzednie lata Abla zlały się w jego pamięci w jedno: wspomnienie kurzu, zmęczenia i potu. Wychował się na farmie. Miejskie lato okazało się inne. Nigdy wcześniej nie patrzył na drzewo pokryte liśćmi ani nie spacerował wieczorem w lekkim wietrze. Nie widział zielonych cieni na czyjejś twarzy ani nie czuł ich na własnej. Jasne włosy Janice były ciepłe, pachniały jej skórą i słońcem. Podarował jej pierścionek z zielonym kamieniem, w którym mieszkało słońce, a sobie kupił wspaniały zegarek z dużymi cyframi, łańcuszkiem i zawieszką w kształcie głowy lwa z czerwonymi klejnotami zamiast oczu. Lato…
Janice zrobiła krok do przodu. Drzwi sali sądowej się otworzyły i pochyliła się, próbując zajrzeć do środka. Zobaczyli rzędy ławek, ale drzwi znowu się zamknęły i na tym się skończyło.
Zza rogu wyszedł mężczyzna w grubym płaszczu i ruszył w ich kierunku. Abel zaczął unosić rękę, by powiedzieć Janice, że to jego szef, pan Webendorf. Towarzyszył mu inny mężczyzna, chudy, bardzo czysty i schludnie ubrany, nieznajomy, lecz zanim Abel zdążył wstać i wypowiedzieć słowa powitania, pan Webendorf skinął głową i wszedł do sali sądowej, a mężczyzna stanął przed nimi.
– Comstock. – Ku ich zaskoczeniu przedstawił się Znakami. – Będę waszym tłumaczem.
– Jest pan Głuchy? – spytał Abel, poruszając niezgrabnie dłońmi, ciągle zdziwiony.
– Moi rodzice byli Głusi – odparł Comstock. – Czasami pracuję dla sądu. Chodźmy, czekają na nas. – Jego Znaki były szybkie i niecierpliwe, zdradzały, że jest wykształcony. Abel i Janice popatrzyli na siebie z konsternacją.
– Chodźmy, chodźmy! – powtórzył Comstock. Przeszedł przez drzwi i ruszyli za nim.
Zaprowadził ich do przedniej części sali, przed Sędziego; stanął między nimi a Sędzią. Wszyscy przysięgli, że będą mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, a potem zaczęła się Rozprawa.
Sędzia powiedział, że wysłucha argumentów stron. Wysłucha argumentów stron? Tak, jest Słyszący. Pozwany cierpi na upośledzenie słuchu i mowy, więc będzie korzystał z tłumacza. Comstock z trudem odtwarzał za pomocą Znaków piękne, niezrozumiałe słowa wypowiadane przez Sędziego. Do wielkiej sali, z drewnianymi ławkami i kamienną podłogą, stopniowo wpadało coraz więcej słońca. Posuwało się wolno do przodu między ławkami, a kiedy pan Dengel, sprzedawca samochodów, przestał mówić, dotarło do pierwszego rzędu, do stołów, krzeseł i ludzi rozmawiających z Sędzią. Abel z przyjemnością obserwował światło. Była to jedyna rzecz w sali, która nie wydawała mu się obca.
Kupił samochód od pana Dengla. Więc kłopoty muszą dotyczyć samochodu.
Pan Dengel długo opowiadał o samochodzie, jego kolorze, marce i papierach, które należało podpisać. Ale kiedy zaczął mówić o pieniądzach – o cenie auta – Abel zerwał się z miejsca i sprostował, bo samochód tyle nie kosztował. Pan Dengel skłamał. Sędzia się rozgniewał, a ręce Comstocka przekazały to Ablowi. Jeśli nie usiądzie i nie zaczeka na swoją kolej, zostanie ukarany Grzywną za Obrazę Sądu. Co to jest Grzywna? Co to jest Obraza Sądu? Zrozumiał, że nie może doprowadzać Sędziego do gniewu. Pan Dengel dalej mówił, Sędzia o coś go zapytał, a potem kazał Ablowi opowiedzieć o samochodzie. Zaczął mówić, usiłując wszystko sobie przypomnieć. Miasto, lśniące auto i Lato…
Przyjechał z Janice późną wiosną z farmy ojca Abla. Znaleźli pracę. Wynajęli pokój na Perrer Street i mieli pieniądze na start – oszczędności ojca, które wręczył im w dużej, staromodnej portmonetce na zatrzask. Co wieczór, wracając z drukarni, Abel przechodził obok salonu samochodowego. Zawsze zatrzymywał się na chwilę i patrzył. W pogodne wieczory wielkie drzwi były otwarte i w środku paliło się światło. Ludzie zatrzymywali się i oglądali piękne maszyny, błyszczące i gładkie. Czasami na ulicę wychodził sprzedawca, brał kogoś pod rękę, uśmiechał się i zapraszał, by przechodzień usiadł za kierownicą, obejrzał wnętrze, wypróbował klakson, światła. Pewnego dnia tą osobą był Abel. Mężczyzna skinął do niego, a Abel się zbliżył i wsiadł do auta. Sprzedawca odzywał się do niego uprzejmie, traktował go jak kogoś ważnego, szanowanego. Abel nie musiał słyszeć słów, by czuć się zaszczyconym, więc uśmiechał się i kiwał głową, by okazać, że jest zadowolony. Później sprzedawca zaczął pisać cyfry na kartce. Pokazał je Ablowi, który skinął głową. Mężczyzna bez przerwy mówił, jego usta nie przestawały się poruszać. Uśmiechał się, zapewniał Abla, że za niewielkie oszczędności w portmonetce na zatrzask otrzymane od ojca może kupić ten wspaniały samochód – będzie należał do Abla i Janice. Abel skinął głową, że się zgadza, podpisał papiery, a mężczyzna obszedł samochód, otworzył drzwiczki i uścisnął mu rękę.
Abel bardzo wyraźnie pamiętał drżące liście oświetlone słońcem w letni wieczór tego dnia. Było ciepło, wieczorne światło wydawało się ciepłe, na ulicach lśniły plamy słońca. Właśnie w takim świetle Abel wszedł do mieszkania i powiedział Janice o samochodzie. Była tak podekscytowana, że nie zjedli kolacji i poszli go obejrzeć. Ulice i sklepy pogrążyły się w ciemności; prawie nic nie widzieli, lecz cieszyli się, że opuścili dom. Wracali powoli, nie rozmawiając z powodu ciemności. Gwiazdy nie pokrywały całego nieba jak na farmie, świeciły między budynkami. Wszystko, co widzieli, myśleli i wiedzieli, miało w sobie splendor, szczęście, bogactwo i siłę. Świat wydawał się jaśniejszy. Czy w tak radosnym świecie może być coś złego?
Niech pozwany opowie o samochodzie. Był niebieski, bardzo, bardzo gładki w dotyku. Wyglądał idealnie. Abel usiłował opisać lśniące srebrne okucia, delikatne linie karoserii, czerwone koła. Nowy samochód, Pierce-Arrow model 1919. Sędzia wiercił się na fotelu. Comstock kazał Ablowi się pośpieszyć, więc Abel próbował wytłumaczyć, że radość z auta trwała krótko i że nikt nie ponosił za to winy. Był przyzwyczajony do koni i patrzenia na drogę z góry; każdy ruch maszyny wydawał mu się dziwny. W czasie pierwszej jazdy uderzył w płot, później przestraszył kilka koni, które kopnęły samochód; ze strachu za ostro skręcił i auto przewróciło się na bok. Wiele razy nagle kończyła mu się benzyna. Janice bała się jeździć samochodem i zaczęła namawiać Abla, by go sprzedał. Przestał na chwilę mówić, jego ręce znieruchomiały pośrodku Znaku. Przypomniał sobie gniew, jaki czuł, gdy Janice to powiedziała. Nie odzywał się do niej przez tydzień, nie witał się z nią rano ani nie żegnał wieczorem. Bała się z nim jeździć. Ciągle prosiła, by sprzedał auto. Płakała i powtarzała, że się boi. Po wielu kłótniach, wybuchach płaczu i dniach spędzonych w milczeniu, po kolejnych dwóch wypadkach zgodził się sprzedać samochód.
Powiesił na nim tabliczkę i dobił targu z przechodzącym mężczyzną. Pisali proponowane ceny, aż doszli do porozumienia. Na początku Abel był dumny, bo sprzedał auto za wyższą cenę, niż zapłacił. Tydzień później był smutny jak po czyjejś śmierci. W niedzielę poszedł z Janice na spacer…
– Pośpiesz się – przerwał Comstock. – Sędziego nie interesują twoje uczucia!
– Opowiem wszystko. Skąd Sędzia ma wiedzieć, jak było, jeśli nie powiem wszystkiego?
Kiedy wracali do domu, zaczęli patrzeć na ceny pięknych rzeczy w sklepach i potraw w restauracjach. Zrozumieli, że mogą kupić to wszystko za pieniądze ze sprzedaży samochodu. W ten sposób wpadli na pomysł zakupu klejnotów i ubrań. Abel się uśmiechnął. Duma z bogactwa sprawiła, że w nocy dobrze spali i budzili się głodni. Byli zadowoleni i przez cały dzień pracowali, a wieczorem chodzili do restauracji i jedli dziwne, niezwykłe potrawy, których nie było na farmie ani w zimnej szkole, gdzie się poznali. W niedziele po południu sklepy były otwarte. Janice zaczęła uważnie się przyglądać, jak ubierają się kobiety z Miasta. Kupił jej kapelusz, który zaczęła nosić. Kupił pierścionek z pięknym kamieniem, zegarek, łańcuszek i zawieszkę w kształcie głowy lwa z klejnotami zamiast oczu. W sierpniu poszli na jarmark i przedstawienie objazdowego cyrku. Kupili mechaniczną małpkę na sznurku, bąki, którymi można było kręcić na podłodze, wiatraczki, poduszki z wyhaftowanymi gałązkami sosen i cedrów oraz papierowe kwiaty, różne rodzaje. Tamto Lato… Znowu się uśmiechnął.
– I co potem? – spytał Sędzia.
– Potem Lato się skończyło.
Pewnego dnia po pracy Abel i Janice policzyli pieniądze. Ciepłe dni minęły, podobnie jak radość z bogactwa. Wieczory były za zimne, by nosić letnie ubrania. Próbowali zachować pogodę ducha, lecz wkrótce zapanował chłód i dziewczyny wracały w półmroku z fabryki, dygocąc. Później Janice i Abel zauważyli, że nie stać ich na jedzenie na mieście do dnia wypłaty. Pieniądze na start i pieniądze ze sprzedaży samochodu się rozeszły.
Jeszcze nie czuli gniewu. Abel nie powiedział Sędziemu o wystawach sklepowych. Sędzia roześmiałby się, gdyby usłyszał, że traktowali je jak lustra i że ciągle trwało w nich Lato. Kiedy Abel je mijał, widział dobrze ubranego mężczyznę, człowieka wychowanego w mieście, a nie lękliwego chłopca z kamienistej farmy. Obok szła pewna siebie, piękna kobieta, jego żona. Mijali wystawy i ludzie kiwali do nich głowami, a czasami się uśmiechali, nie wiedząc, kim naprawdę są, biorąc ich za mieszkańców miasta, ludzi sukcesu, bogatych, pozbawionych trosk.
Abel powiedział, że później nadeszła zima i pieniądze się skończyły. Musieli żyć za to, co zarabiali. Dostawał sześć dolarów tygodniowo, a Janice czternaście. Pracowała w fabryce, szyjąc czapki i marynarki od siódmej rano do siódmej wieczór. Gdy wracała do domu, była zła, że nie mogą jeść kolacji na mieście, a po opłaceniu czynszu i kupieniu żywności nie zostawało nic na dodatkowy węgiel, by podgrzać wodę. Bali się kupić kuchenkę gazową i obawiali się gniewu gospodyni, a Janice nie potrafiła gotować, więc musieli jeść zimne kolacje.
Sędzia zaczął mówić. Comstock wyjaśnił, że ma pytania.
– Czy w chwili zakupu samochodu pozwany przeczytał to, co podpisał?
– Chodziło o samochód. Podpisałem, bo chodziło o samochód.
– Dlaczego pozwany nie odpowiadał na listy, które otrzymywał?
– Były o samochodzie, ale sprzedałem samochód, więc już go nie miałem. Czy czytanie o nim mogło w czymś pomóc?
– Czy pozwany nie był świadomy, że zapłacił tylko część ceny?
– Nie rozumiem.
– Czy pozwany nie zdawał sobie sprawy, że pokrył tylko część ceny samochodu? Że będzie musiał zapłacić resztę?
– Nie.
Abel patrzył to na Sędziego, to na Comstocka, obserwując, jak jego słowa są oceniane przez Prawo. Sędzia milczał, ale ręce Comstocka się poruszały.
– Założę się, że próbowałeś ukryć, że jesteś głuchy. Założę się, że nie powiedziałeś, że jesteś głuchy! – Abel spojrzał na Sędziego, który dalej milczał.
Abel czuł strach. Comstock wiedział to, czego nie wiedzą Słyszący, i potrafił zadawać właściwe pytania. Znał sekrety, które powinni znać tylko Głusi, i chciał go skrzywdzić.
– Powiedziałeś mu, że jesteś głuchy?
– Sędzia o to nie pytał. Nie widziałem, żeby jego wargi się poruszały.
– Powiedziałeś?
– Nie. – Znak Abla był prawie niedostrzegalny, szybki, pełen wahania, ledwo widoczny trójkąt, po czym dodał: – Nie powiedziałem… Nazywał mnie „sir”.
Comstock poruszył wargami, patrząc na Sędziego. Abel patrzył, domyślał się, co zostało powiedziane, i potrafił zrozumieć kilka słów: „…sprzedawca… nie przyznał się, że jest głuchy… ludzie… wstydził się…”.
– Ale dlaczego? – Abel odczytał te dwa słowa z warg Sędziego. Odwrócił oczy. Słońce wędrowało po podłodze i dotknęło nóg kilku krzeseł. Jeden z promieni dotarł do Janice i wspiął się po jej sukience, gdy obserwowała rozprawę z trzeciego rzędu. Wyglądała jak obca kobieta. Słońce odeszło, zmęczone. Comstock umilkł. Sędzia spoglądał przez chwilę na Janice. Abel zauważył, że miała ochotę się uśmiechnąć, lecz była zbyt przestraszona. Później Sędzia się odezwał i Comstock zadał pytanie:
– Próbowałeś czytać z warg pana Dengela?
– Tak. Nie mogłem nic zrozumieć. Trzymał w nich cygaro.
– Dostałeś trzy listy. Nie uważałeś, że mogą być ważne?
– Próbowałem je czytać, ale niczego nie rozumiałem. Tylko że są o samochodzie. Sprzedałem samochód.
Sędzia pokręcił głową i powiedział coś do Comstocka, który poruszył dłońmi ze zdegustowaną miną.
– Wróć na miejsce i usiądź.
Abel zaczął siadać, po czym znieruchomiał i spytał:
– Dlaczego się pan na mnie gniewa? – Comstock wytrzeszczył oczy. – Dlaczego się pan gniewa? Sędzia się nie gniewa.
Comstock zaczął szybko poruszać rękami.
– Ty cholerny głupcze… Przed końcem zimy będziesz żebrał na ulicach z tabliczką na piersi! – Ruchy jego dłoni były prawie zbyt szybkie, by je zrozumieć. – Słyszący będą się nad tobą litować, jak nad wszystkimi Głuchymi. Będziesz żebrał i wszyscy będą się litować nad Głuchymi. Po co przyjechałeś do miasta?! Niszczyć cudze życie?! Ludzie, którzy ciężko pracują i nie mają ani centa długu, będą nazywani głupimi Głuchymi, wyśmiewani i oszukiwani. Staniesz się przeklętym żebrakiem…
Sędzia poruszył ustami. Comstock się odwrócił, skinął dłonią i powiedział, że tylko coś wyjaśniał. Później wezwano pana Webendorfa.
Opowiadał o Ablu. Dziwnie było patrzeć na ręce Comstocka opisujące życie Abla. Tak, został zatrudniony w drukarni, uczestniczył w szkoleniu zawodowym w szkole dla głuchoniemych. Tak, dobrze pracował w dużym warsztacie, teraz odbywa drugi rok praktyk. To prawda, że większość praktykantów to zaledwie chłopcy, ale ponieważ jest głuchy…
Sędzia spytał o wynagrodzenie i pan Webendorf zaczął wyjaśniać.
– W drugim roku otrzymuje wynagrodzenie uzgodnione ze Związkami Zawodowymi: na początku sześć dolarów tygodniowo, w zeszłym miesiącu podniesiono je do siedmiu. – Sędzia wydawał się zdziwiony, a pan Webendorf ciągnął: – Za trzy lata będzie zarabiał czternaście dolarów, a kiedy skończy sześcioletnią praktykę, dostanie przyzwoitą pensję: dwadzieścia osiem dolarów. – Urwał, pokręcił głową i dodał: – Nie wiedziałem o samochodzie. – Abel czuł wstyd jak wtedy, gdy dostał lanie od ojca, lecz nie mógł oderwać oczu od rąk Comstocka. – Nie wiedziałem też o jego ubraniach ani, cóż, żonie. Codziennie przychodził do pracy w starym ubraniu. Wiedziałem, że mieszka w wynajętym pokoju, lecz nie miałem pojęcia, że jest żonaty. Gdyby do mnie przyszedł, wyjaśniłbym mu, że jest w trudnej sytuacji… wszystkie jego oszczędności…
Sędzia poruszył się z godnością i zaczął mówić. Co dziwne, ręce Comstocka oddawały jego słowa inaczej niż relację Webendorfa. Słowa Sędziego wydawały się ciężkie, doniosłe i pełne; dłonie Comstocka zataczały zdecydowane kręgi i długo wisiały w powietrzu. Jego ruchy były tak piękne, że Abel odchylił się do tyłu, patrząc na nie z fascynacją. Zdania sprawiały wrażenie skomplikowanych, w ogóle ich nie rozumiał. Sąd wiedział o trudnej sytuacji pozwanego, jednak Prawo jest jasne. Samochód został zakupiony, a pozwany ukrył swoją niepełnosprawność przed powodem, więc dopuścił się wyłudzenia. (Jakie piękne słowa! Abel śledził długie, rytmiczne ruchy rąk Comstocka. Kojarzyły się z koszeniem trawy, układaniem siana w stogi). Jednak niepełnosprawność stanowi również okoliczność łagodzącą. Zajęcie do dziesięciu procent wynagrodzenia na poczet długu jest obligatoryjne na mocy Prawa, lecz Sąd jest skłonny potraktować oskarżenie o wyłudzenie w sposób łagodniejszy niż zazwyczaj.
Comstock przerwał. Abel spoglądał na niego cierpliwie, czekając na wyjaśnienie.
– Zarządzę zajęcie dziesięciu procent wynagrodzenia pozwanego na poczet długu, a ponadto grzywnę w wysokości stu dolarów i zwrot kosztów sądowych – ciągnął Sędzia. – W ciągu następnych pięciu miesięcy potrącenia będą wynosić dwa dolary tygodniowo, a później wzrosną do trzech dolarów. Będą wzrastać proporcjonalnie do kolejnych podwyżek, po czym osiągną poziom pięciu dolarów tygodniowo, aż pozwany w całości spłaci dług. Sąd ma nadzieję, że odsetki nie przekroczą sześciu procent rocznie. – Sędzia spojrzał na sprzedawcę samochodów. – Nie istnieją uregulowania prawne zabraniające praktyk lichwiarskich, jednak Sąd ma nadzieję, że w tym przypadku powód zmieni obecne praktyki.
Abel niespokojnie dał znak tłumaczowi.
– Nie rozumiem. Co powiedział Sędzia? Wygrałem czy przegrałem?
Comstock z niesmakiem skinął dłonią i znowu zwrócił się w stronę Sędziego.
Abel zobaczył, że Sędzia lekko się uśmiecha.
– Sędzia mówi, że przegraliście sprawę. – Ręce Comstocka wykonały ładny gest. Potem dodał: – Sąd nie miał wyboru; prawo jest jasne. Sędzia chce, bym ci powiedział, że to mogło się skończyć znacznie, znacznie gorzej.
Comstock zaczął tłumaczyć Ablowi, gdzie ma wpłacać pieniądze, gdzie je przynosić co miesiąc. To, czy Abel rozumiał słowa albo skomplikowane, tajemne zasady Prawa, nie wydawało się ważne. Przypominał udręczone zwierzę, zbyt chore, by wstać, i zbyt wytrzymałe, by upaść. Comstock wreszcie przestał tłumaczyć.
– Mówiłem, że zostaniesz żebrakiem, że Głusi przestaną z tobą rozmawiać – powiedział. – Ty… – dodał i urwał. Powstrzymał go jasny snop zimowego światła słonecznego, który wpadł na salę sądową i sprawił, że zmrużył oczy, by widzieć Abla. Sędzia wstał i ludzie zaczęli wychodzić. Rozprawa się skończyła.
– Nigdy nie będę żebrał – odezwał się Abel, lecz wyobraził sobie samego siebie siedzącego pod ścianą z kapeluszem leżącym na ziemi, zbyt słabego, by wstać.
– Niszczysz społeczność Głuchych – rzekł Comstock, nie wiedząc, czy Abel widzi jego ręce. – Wolałbym, żebyś został na farmie, ukryty gdzieś na odludziu! – Ruszył w kierunku drzwi. Abel, po drugiej stronie snopu światła, położył głowę na stole i zaczął powoli uderzać pięściami w blat.3
Tamtej zimy Janice i Abel kilka razy zastanawiali się w sekrecie, czy umrą. Głodowali, marzli, mieli złamane serca – Janice czytała w szkole o złamanych sercach. Czekali, obserwując się kątem oka. Jednak nie umarli, choć tylko udawali, że żyją. Miesiące i dni przypominały arkusze papieru przygotowywane przez Abla w drukarni, a potem odkładane na bok.
Po rozprawie sądowej Abel wyczuł zmianę w panu Webendorfie. Stał się bardziej niecierpliwy; nie uśmiechał się i nie kiwał przyjaźnie ręką. Abel był przez kilka tygodni smutny i niezadowolony, lecz wkrótce się przyzwyczaił i ból złagodniał; z upływem czasu stało się to nowym zwyczajem. „Webendorf jest Słyszący – powiedział Janice – a Słuch zmienia człowieka”. Skinęła głową, lecz myślała o czymś innym. O fabryce. Nie powiedziała Ablowi, że w szwalni pracują dwie inne Głuche dziewczyny. Po drugiej stronie sali. W czasie przerw na lunch szybko porozumiewały się Znakami, ukradkiem, żeby nikt nie zauważył. Zaczęła się do nich przysuwać. Ostrożnie, nie zwracając na siebie uwagi, bo trzy Głuche dziewczyny siedzące razem mogą oznaczać początek kłopotów. Czekała na właściwy moment, a potem pokazała Znak, jedno słowo, szybkie jak myśl, słowo bez tchu, bez dźwięku, bez ruchu, zauważalny tylko dla ludzi, którzy żyją ruchem. Zasygnalizowały mrugnięciem, że rozumieją, i w czasie lunchu przesunęły się, robiąc Janice miejsce przy tylnej ścianie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki