Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Zniszczona mapa - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
18 maja 2026
3200 pkt
punktów Virtualo

Zniszczona mapa - ebook

To jedna z najgłośniejszych powieści Abe Kōbō, wydana w Japonii w 1967 roku, przetłumaczony na język angielski dwa lata później. Nigdy wcześniej nie ukazała się w Polsce. Opowiada o anonimowym detektywie, wynajętym przez piękną klientkę w celu znalezienia wskazówek związanych ze zniknięciem jej męża. W trakcie śledztwa główny bohater otrzymuje tytułową (zniszczoną) mapę, która rzekomo ma mu pomóc, ale ostatecznie okazuje się bardziej metaforą wskazówek, którymi należy się kierować w życiu.

Zniszczona mapa jest przykładem artystycznej powieści detektywistycznej, poruszającej takie tematy jak urbanizacja, alienacja, zamęt semiotyczny i zawodność narracji poprzez klasyczne elementy gatunku noir. Książkę tę uważa się za prekursorską względem Trylogii nowojorskiej Paula Austera czy Przygody z owcą Harukiego Murakamiego. Filmowa adaptacja tej historii została stworzona przez Hiroshiego Teshigaharę w 1968 roku.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8442-077-5
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

-----------------------------------------------------------------------------------------

Dyrektor Agencji Detektywistycznej T.

ZLECENIE USŁUG DETEKTYWISTYCZNYCH

Zwracam się z prośbą o ustalenie miejsca pobytu osoby zaginionej.

Imię i nazwisko: Hiroshi Nemuro

Płeć: mężczyzna

Wiek: 34 lata

Zawód: kierownik działu sprzedaży i rozwoju handlu w firmie Dainen

Zaginiony jest moim mężem. Sześć miesięcy temu zniknął bez śladu i od tego czasu nie mam z nim kontaktu. Powierzając agencji tę sprawę, zobowiązuję się dostarczyć wszystkie potrzebne materiały.

Proszę o oszacowanie przewidywanych kosztów. Zobowiązuję się traktować raport wyników śledztwa jako poufny, nie zdradzać jego treści innym i nie wykorzystywać go w niewłaściwych celach.

Osoba zlecająca usługę: Haru Nemuro

Podpis:

Data: 2 lutego 1967 roku

-----------------------------------------------------------------------------------------Wciskam sprzęgło i wrzucam niższy bieg. Ta stroma droga stanowi duże wyzwanie dla małego samochodu o mocy dwudziestu koni mechanicznych. Zamiast asfaltu pokrywa ją chropowata betonowa nawierzchnia mająca pewnie zapobiegać poślizgom, bo co dziesięć centymetrów wyżłobiono w niej wąskie rowki. Nie są one chyba zbyt przydatne dla pieszych. Początkowo nierówną powierzchnię betonu wypełniły teraz kurz, kawałki opon i inne śmieci, co powoduje, że stała się gładka i w deszczowe dni zapewne trudno byłoby po niej iść w starych butach na gumowej podeszwie. Chyba wybrano taką nawierzchnię z myślą o samochodach. Takie rowki mogą niezwykle ułatwiać jazdę, bo pewnie skutecznie odprowadzają wodę z topniejącego śniegu czy deszczu ze śniegiem do rynsztoków po obu stronach.

Mimo tej specjalnej nawierzchni jest tu jednak niewiele samochodów. Wzdłuż drogi nie ma chodnika, więc kilka kobiet z koszykami na zakupy idzie, zajmując całą szerokość jezdni. Gadają jedna przez drugą. Lekko naciskam klakson i przejeżdżam między nimi. Jednocześnie odruchowo naciskam hamulec. Zza zakrętu nagle wyłania się przykucnięty chłopiec na wrotkach i mnie mija, udając dźwięki syreny alarmowej.

Po lewej stronie wznosi się wysoki mur oporowy zbudowany na stromej skarpie z kamieni, po prawej prowizorycznie wyglądająca niska barierka, a za nią za rynsztokiem prawie pionowa skalna ściana. Widzę śmiertelnie bladą twarz chłopca, który przewrócił się na barierkę i teraz jakby ją obejmuje. Mnie też serce podeszło do gardła i wali jak młot. Zaczynam odkręcać okno, chcąc ochrzanić chłopca, ale kulę się pod krytycznymi spojrzeniami kobiet. Lepiej dać temu spokój. Jeśli je zirytuję, może się okazać, że będę ponosił odpowiedzialność za to, że dzieciak się lekko poobcierał, a to będzie poważna sprawa. W takiej sytuacji nie ma nic groźniejszego niż grupa fałszywych świadków. Tutaj przynajmniej przez pewien czas muszę pozostać bez zarzutu.

Dodaję gazu. Samochód z trudem rusza, czuć zapach spalonej gumy. Niebawem docieram do zakrętu. Kolorowy obraz kobiet z przesadną troską otaczających chłopca, który rzekomo o włos uniknął śmierci, choć nie spadł mu włos z głowy, nie mówiąc o ranach czy złamaniach – obraz ten znika ze wstecznego lusterka, a zastępuje go biel nieba, jak na ekranie telewizora, gdy zakończono nadawanie programu na dany dzień. Droga staje się płaska, w jednym miejscu ją poszerzono, wykuwając w skale miejsce na pętlę autobusową. Jest tam ławka pod daszkiem chroniącym od deszczu, budka telefoniczna, przestrzeń ogrodzona ceglanym murkiem, gdzie może latem rosną kwiatki, stoi nawet poidełko. Dalej droga znów zaczyna się stromo wznosić, choć skarpa nie jest długa. Nieco wcześniej stoi żółta tablica głosząca: „Zakaz wjazdu na osiedle bez pozwolenia”. Ignoruję tę zdającą się groźnie szczerzyć kły solidną tablicę z napisem wykonanym na pewno przez profesjonalnego malarza i zdecydowanie wjeżdżam po skarpie.

Widok zmienia się w jednej chwili. Pociągnięte bielą niebo, biała droga zdaje się wieść prosto do niego. Na oko ma jakieś dziesięć metrów szerokości. Po obu stronach ciągną się chodniki, lecz są oddzielone pasami wyschniętej trawy ogrodzonymi płotkami sięgającymi kolan. Trawa powysychała nierównomiernie, co zdaje się dziwnie zachwiewać perspektywę. Choć po obu stronach stoi po sześć trzypiętrowych bloków z sześcioma mieszkaniami na każdym piętrze, ma się złudzenie, że patrzy się jedynie na model osiedla i że budynki ciągną się w nieskończoność. Fronty domów pomalowano na biało, boczne ściany kryje zaś warstwa ciemnej zieleni. Taki dobór kolorów podkreśla być może geometryczny charakter całości. Zdaje się, że osiedle rozpostarło skrzydła po dwóch stronach tej stanowiącej oś drogi. Odnosi się wrażenie, że budynki są szerokie, ale pozbawione większej głębi. Może to efekt światła. Przez to, że co drugi jest nieco cofnięty, wyglądają po lewej i prawej jak białe ściany podtrzymujące mleczną kopułę nieba.

W czerwonym wózku, przy którym nie ma nikogo dorosłego, płacze przenikliwym głosem niemowlę z prześcieradłem na buzi. Chłopiec na rowerze z jakiegoś lekkiego stopu z błyszczącą przerzutką ma policzki zaróżowione od zimna. Przejeżdża obok ze sztucznie brzmiącym głośnym śmiechem. Na dobrą sprawę przechodzi tędy całkiem dużo osób, ale w tym nieostro wyglądającym krajobrazie to raczej ludzie wyglądają na wytwory wyobraźni, choć gdyby tu długo mieszkać, pewnie odniosłoby się dokładnie przeciwne wrażenie. Pejzaż staje się coraz dalszy, nieomal przezroczysty, jakby przestawał istnieć, i jak na odbitce robionej z negatywu wyłania się jedynie moja własna postać. To już coś, jeśli człowiek potrafi sam siebie rozpoznać. Osiedle przypomina rzędy takich samych przegródek, w których umieszczono dokładnie takie same życia – każde jak portret rodzinny w szklanej ramie okna.

Strona Wschodnia nr 3, mieszkanie 12. „Strona Wschodnia” oznacza budynki po prawej stronie drogi, „nr 3” to trzeci kolejny budynek, a do „mieszkania 12” wchodzi się na piętro schodami po lewej. Na trawnikach między chodnikami prowadzącymi do budynków stoją napisy: „Wstęp wzbroniony” i „Zakaz parkowania”, ale ignoruję je i zatrzymuję samochód przed blokiem. Mam przy sobie niewielki czarny neseser z zestawem przyrządów. Ma czterdzieści na pięćdziesiąt centymetrów i niecałe dwadzieścia centymetrów grubości. Jest twardy i gładki, więc może w razie potrzeby zastąpić biurko, a do tego w rączce ukryty jest mikrofon i przycisk umożliwiający włączenie nagrywania – poza tym nie ma w nim nic szczególnego. No może poza faktem, że zrobiono go ze skaju, który wygląda na stary i jest całkiem poharatany. Rogi osłonięto później przesadnie lśniącymi złotymi okuciami. Jego dobrą stroną jest to, że wygląda na walizeczkę komiwojażera. Bywa, że ten jego wygląd bardzo mi pomaga, ale zdarza się też, że staje się przeszkodą.

Nagle w twarz uderza mnie powiew jak garść okruchów lodu. Przekładam neseser do ręki po stronie zawietrznej, przecinam chodnik i wchodzę do ciemnego prostokątnego budynku przez wejście osłonięte jedynie niewielkim daszkiem. Dźwięk moich kroków brzmi jak odgłos rzuconej przez kogoś pustej puszki, która spadając, uderzała o schody. Osiem skrzynek pocztowych w dwóch rzędach. Na jednej białą farbą namalowano „12”, a pod spodem przylepiono taśmą klejącą kawałek papieru z nazwiskiem „Nemuro” napisanym odręcznie niewielkimi literami. Powoli wchodząc po schodach, próbuję się psychicznie przygotować na to, by, gdy tylko zrozumiem oczekiwania klientki, wypełnić wskazaną rolę zgodnie z jej żądaniami. Nasza praca polega na tym, żeby zachowywać się tak, jakby wszystko było z góry wiadome, choć nie istnieją ustalone zasady postępowania dla każdej sprawy.

Jasne metalowe drzwi otoczone pociemniałą zieloną ramą. Biały przycisk dzwonka z popękanego plastiku. Brzeg kawałka materiału zasłaniającego wizjer, znajdujący się mniej więcej na wysokości oczu, lekko się unosi, słychać dźwięk zdejmowanego łańcucha, obraca się gałka i drzwi otwierają się ciężko i powoli, jakby ważyły tonę. Czuć lekki zapach palonego oleju. Może na moje przyjście włączono niedawno piecyk. Drzwi otwierają się najpierw pod kątem jakichś dwudziestu, potem sześćdziesięciu stopni. Ktoś za nimi cofa się o krok i trzyma przed sobą zaciśnięte dłonie. Nie widzę wyraźnie, bo w pomieszczeniu panuje mrok, ale to kobieta, i to młodsza, niż się spodziewałem. Jest drobna, ma długą szyję i wydaje się wiotka. Gdyby było trochę ciemniej, mógłbym ją wziąć za dziecko.

Podaję jej wizytówkę i przedstawiam się skromnie, jak przedstawiciel jakiegoś banku. Oczywiście nigdy nie widziałem pracownika banku w takiej sytuacji, ale chodzi mi o taką przepełnioną pewnością siebie grzeczność osoby, która nie ma absolutnie nic na sumieniu. Nie jest to zachowanie na pokaz mające ją uspokoić. Przyszedłem tu na jej zlecenie, nie próbuję jej nic na siłę sprzedać. Jest to najlepszy sposób na zachowanie pewnego dystansu między sobą a klientem. W tym fachu zawsze jesteśmy traktowani podejrzliwie. Nie ma potrzeby skradać się jak wąż do kogoś, kto nie przepada za wężami.

Kobieta mówi zachrypniętym głosem, niemal szepcze. Nie robi tego ze zdenerwowania, chyba ma po prostu taki głos. Brzmi to też, jakby ssała cukierek, bo mówi dość niewyraźnie. Powoduje to, że się odprężam. W tym mrocznym przedpokoju unosi się kurtyna i rozpoczynają się moje mroczne działania.

Zaraz po lewej znajduje się niewielka kuchnia połączona z jadalnią. Dalszą część oddziela gruba zasłona – to salon, a zarazem pokój dzienny. Po prawej stronie od wejścia jest chyba sypialnia. Przy wejściu do salonu stoi cylindryczny piecyk olejowy, w którym drży krąg niebieskich płomieni. Pośrodku okrągły stół. Jest przykryty długą, sięgającą podłogi ceratą we wzór koronki. Połowę ściany po lewej zajmuje regał z książkami, a drugą połowę okno. Na ścianie naprzeciw wisi wycięta pewnie z jakiegoś czasopisma litografia Picassa. Przedstawia kobietę patrzącą jednocześnie w lewo i ku górze. Biorąc pod uwagę, że wsadzono ją w ramkę, być może jest ważna dla właścicieli. Zaraz obok zdjęcia litografii znajduje się trzykrotnie od niej większy rysunek silnika samochodu Formuły 1 oddany w perspektywie. Od jednej części silnika biegnie linia, na której czerwonym długopisem coś dopisano. Przy oknie po lewej zainstalowano trójkątną półkę na telefon. W przeciwnym kącie przy ścianie sąsiedniego pokoju stoi wzmacniacz stereofoniczny, od razu widać, że domowej roboty. Głośniki przymocowano na ścianach nad nim pod kątem prostym w stosunku do siebie w odległości trzech metrów. Chyba przez to nawzajem niwelują swoje dźwięki i psują efekt stereo. Kobieta wskazuje mi krzesło stojące tyłem do wzmacniacza. Tłumaczy, że mieszka sama, zamierza chyba iść zrobić herbatę. Odsuwa kotarę prowadzącą do kuchni i znika. Dzięki ruchowi powietrza przestaje śmierdzieć olejem, ale za to pozostaje po niej zapach kosmetyków.

Gdy znika za kotarą, nagle słabnie, zamazuje się wrażenie, które po sobie zostawiła. Nie daje mi to spokoju. Jeszcze raz powoli wdycham powietrze i upewniam się, że nie czuję papierosów ani zapachu charakterystycznego dla mężczyzny, potem sam zapalam. Podnoszę brzeg sięgającej podłogi ceraty na stole i sprawdzam, że nie ma tam nic budzącego niepokój. Dziwna sprawa, że nie pamiętam, jak ta kobieta wygląda. To fakt, że zimą dni są krótkie i niebawem niebo za oknem zacznie zmieniać kolor, ale jeszcze za wcześnie na zapalanie światła. Kiedy wytężam wzrok, dostrzegam jeszcze leżącą pod półką z telefonem czarną nasadkę od długopisu. Z tego wynika, że mogłem się tej kobiecie dokładnie przyjrzeć. A przynajmniej kiedy zaprosiła mnie, żebym usiadł na krześle po drugiej stronie stołu, patrzyłem wprost na nią z odległości dwóch metrów. Dlatego jakoś nie trafia mi do przekonania, że nagle wspomnienie jej twarzy tak się zatarło. Już od czterech i pół roku pracuję w tym zawodzie. Weszło mi w nawyk nieświadome, instynktowne zapamiętywanie charakterystycznych cech spotykanych osób, tworzenie w myślach pamięciowych portretów i w miarę potrzeby przywoływanie ich w pamięci. Na przykład ten chłopiec na wrotkach trochę wcześniej był ubrany w kurtkę z szerokim, odwracalnym kołnierzykiem z granatowego filcu, szary wełniany szalik i płócienne buty. Miał oczy o opuszczonych kącikach, włosy sztywne i niezbyt gęste rosnące w prawie prostej linii nad czołem, skóra pod nosem była czerwona i podrażniona. Na szczęście droga wznosiła się tam stromo w górę i hamulce zadziałały, ale gdyby mój samochód miał dwa razy tyle koni mechanicznych, choćbym nie wiem jak skręcał kierownicę, nie zdążyłbym i pod koła dostałaby się prawa noga chłopca, którą wysunął, wyginając ciało na lewo, bo próbował uniknąć nadjeżdżającego auta. Dobrze by było, gdybym tylko zgruchotał mu łydkę, ponieważ jednak jechał na wrotkach, zostałby uniesiony w powietrze i kiedy jego ciało dotknęłoby kół, odrzucone impetem poszybowałoby w górę, aż uderzyłby głową prosto w barierkę. Nawet gdyby nie pękła mu czaszka, pewnie przynajmniej pękłyby mu kręgi szyjne. Oczy stanęłyby w słup, a z ust i uszu popłynęłaby pienista, oślepiająco czerwona krew. I oczywiście ja teraz nie byłbym tutaj…

Dźwięki filiżanek za kotarą… To nie jest jednak brzęk porcelany, a szkła. No przecież chyba o tej porze roku nie poda mi zimnego napoju! Czy też może zamierza zaproponować mi jakiś alkohol? Nie, to niemożliwe… Za chwilę ma tu dojść do trudnej do zniesienia żałosnej sceny, choć nie da się ocenić, jak żałosnej… Tak długo przygotowuje pewnie zwykłą zieloną herbatę, choć na pewno się niecierpliwi. Bardzo cicho się zachowuje. Słyszę monotonny dźwięk wody ciągle płynącej z kranu. Wiem, że jest jak pacjentka, która pragnie pocieszenia i nie tracąc ani chwili, powinna już zacząć gadać jak najęta, nie zważając na tę kotarę, bo chce, żeby ktoś wysłuchał jej żalów. Wtedy ja nie mógłbym się powstrzymać i odegrałbym swoją niewdzięczną rolę. Od razu bym jej przerwał i ostudził jej zapał, mówiąc o kosztach i tak dalej.

Kobieta, której nie mogę sobie przypomnieć. Jej twarz zniknęła jak w wyniku sztuczki magicznej dzięki jednemu poruszeniu zasłony. Czyżby była aż tak mało charakterystyczna? Potrafię jednak wymienić wszystkie najdrobniejsze szczegóły jej stroju. Przecież mogę sobie nawet wyobrazić kontur ciała kryjącego się pod tym ubraniem. Jest proporcjonalnie zbudowana i giętka. Skórę ma pewnie gładką, lecz niezbyt białą, zdaje mi się, że na plecach może mieć lekki puszek. Plecy są proste i mocno wgięte w talii. Jest znacznie bardziej dojrzała i kobieca, niż myślałem na początku, widząc ją w półmroku w wejściu. Jak na swój wiek ma nadal chłopięce ciało, piersi ani za duże, ani za małe, współgrają z ciałem, które doskonale pasowałoby do wymagającego gwałtownych ruchów tańca nowoczesnego. Ponieważ udaje mi się aż tak dużo sobie wyobrazić, postanawiam posunąć się jeszcze o krok i zastanowić, jaka twarz najbardziej pasowałaby do tego ciała…

Wyobraźnia podsuwa mi oblicze o mocno nakreślonym owalu, bogatej mimice, przyciągające uwagę. Próbuję ją sobie naszkicować w myślach, ale nie udaje mi się. Mam tylko obraz czegoś mało widocznego, niejasnego jak plamy na ścianie – może to piegi… Zostawmy na razie twarz, pamiętam jej włosy… Były ciemne i długie, lecz cienkie, takie, że pewnie trudno jest je czesać, osłaniały lewą stronę jasnego czoła… Czy to, że w świetle padającym z okna jej twarz zdawał się otaczać metaliczny blask, znaczyło, że wciera we włosy pomadę? Jasna twarz… Tak, szerokie, błyszczące czoło… Dochodzę tak daleko, a nadal nic nie wiem. Może specjalnie nie pozwala nic wyczytać ze swojej twarzy? Albo może w tym krótkim czasie jednocześnie gościło na niej kilka różnych wyrazów? I krył się za tym jakiś zamiar? A jeśli tak, to to zlecenie jest bardziej skomplikowane, niż myślałem, i wymaga ciągłej uwagi. Mijają już ze trzy minuty, od kiedy zniknęła w kuchni. Nagle zirytowany zapalam drugiego papierosa. Wstaję, obchodzę stół i zbliżam się do okna.

Szyby nie są duże, ale dzięki wąskim aluminiowym ramom nic nie zasłania widoku. Po drugiej stronie dziesięciometrowego chodnika wyłożonego betonowymi płytami wznosi się północna ściana bloku pod adresem Strona Wschodnia nr 2. W ciemnej gładkiej powierzchni nie ma okien, jedynie schody awaryjne. Zaraz w dole po lewej widać długi fragment szerokiej drogi, którą tu przyjechałem. Kiedy zbliżam twarz do szyby, dostrzegam też własny zaparkowany samochód. Przysuwam się do regału po lewej i wyglądam. Widać było, że szosa dochodzi po drugiej stronie do wzniesienia, lecz widok zagradza pod kątem trzydziestu stopni ten sąsiedni budynek i jego krawędź ogranicza pole widzenia chodnika. Nagle zaczynają nerwowo migać latarnie rtęciowe widoczne ukośnie na wysokości mojego samochodu. Pewnie czujnik mający je włączać i wyłączać popsuł się i stał się zbyt wrażliwy. Albo może już przyszła taka pora. Nieoczekiwanie jest teraz na ulicy znacznie więcej ludzi niż przedtem. I są to nie tylko kobiety wracające z zakupów, dostrzegam też wielu mężczyzn w drodze do domu po pracy. Może właśnie wysiedli z autobusu. Patrząc tak na nich z góry, uświadamiam sobie dogłębnie, że ludzie to zwierzęta chodzące na dwóch nogach. A raczej czuję, że nie „chodzą”, tylko walcząc z grawitacją, pracowicie transportują ciężkie worki pełne wnętrzności. Wszyscy wracają. Wracają do miejsca, z którego wyszli. Wychodzą po to, żeby wrócić. Jakby sam ten powrót był ich celem. Wyruszają rano, by kupić materiały na dalsze pogrubienie ścian domostw, w których mieszkają.

Lecz zdarza się, że ktoś, kto wyszedł, nie wraca…

– Czy czegoś się pani domyśla? Proszę mi od początku powiedzieć wszystko, co pani przychodzi do głowy.

– Nie mogę. Zupełnie nic mi nie przychodzi…

– Mogą być tylko luźne skojarzenia. Bez dowodów czy śladów.

– No to w takim razie… może tylko zapałki…

– Słucham?

– Pudełko zapałek z nadrukiem jakiejś kawiarni, w połowie puste… było w kieszeni jego płaszcza przeciwdeszczowego razem z gazetą sportową…

– Aha…

Patrzę na jej twarz, z której zniknął wszelki wyraz. To mnie zaskakuje i nie podoba mi się. Ta twarz, do której pasowałby blady uśmiech, wygląda jakby zadowolona ze zniknięcia męża, malują się na niej skromna równowaga i nieprzyjemny spokój. A może po pół roku smutku i rozpaczy sprężyna wprawiająca w ruch jej wolę już całkowicie się odkręciła, kobieta przeszła nawet etap rezygnacji i znalazła się na dnie, gdzie panuje zupełna obojętność. Może dawniej była piękna? Jej rysy wyglądały na lekko przesunięte ze swoich właściwych miejsc, jakbym patrzył na nią przez soczewkę ze źle nastawioną ostrością.

– Jeśli sądzi pani, że te zapałki mogą stanowić jakiś ślad…

– Niekoniecznie… Po prostu miał je w kieszeni płaszcza…

– W takim razie jeżeli podpisze pani to zlecenie, mogę od razu rozpocząć zbieranie informacji. Tak jak wyjaśniłem, to honorarium, które mi będzie pani płaciła raz w tygodniu, pokryje koszty dochodzenia. Jeżeli nie odnajdę małżonka w ciągu tygodnia, oczywiście nie otrzymam honorarium za udane zakończenie dochodzenia, ale nie zwrócę pani tych trzydziestu tysięcy jenów. Jeżeli będę miał dalej prowadzić dochodzenie, otrzymam kolejne trzydzieści tysięcy za następny tydzień. Poza tym będzie pani musiała zapłacić dodatkowe koszty…

– Tu mam podpisać, tak?

– Tylko proszę pamiętać, że z takimi niejasnymi informacjami nie ma jak prowadzić dochodzenia. To moja praca, więc przyjmę pieniądze, ale to przecież będzie jak wyrzucanie ich w błoto.

– No to co ja mam zrobić?

– Musi pani coś wiedzieć, coś bardziej konkretnego. Na przykład kogo mam śledzić albo gdzie zacząć szukać.

– Chciałabym, żeby było coś takiego… – mówi, lekko kręcąc głową i powoli popijając piwo, za które ja podziękowałem, bo przyjechałem samochodem. – Jak mogło do tego dojść? On miał tyle różnych perspektyw. Nikt nie rozumie, co się mogło stać.

– Perspektyw?

– W pracy…

– Ale prowadziła pani chyba jakieś poszukiwania? Minęło już przecież pół roku.

– Tak, mój młodszy brat szukał…

– A, ten pan, z którym rozmawiałem przez telefon? Mówił, że dzwoni w pani imieniu. Może będzie szybciej, jeśli jego bezpośrednio o to zapytam.

– Nie wiem, gdzie on teraz jest…

– Żartuje pani. Ktoś, kto poszukiwał osoby zaginionej, sam zaginął? To błędne koło.

– Brat nie zaginął. Zawsze do mnie dzwoni co trzy dni… Tak długo, jak do mnie dzwoni, jeszcze jest nadzieja. Nie męczą mnie takie straszne myśli… Nie mogę znieść tego, że nie wiem, dlaczego mąż to zrobił.

– Nie wygląda pani na bardzo przestraszoną.

– To dziwne… Może przywykłam do udawania silnej…

– Czyli zdała się pani na brata, a sama nie szukała?

– Ja czekałam. Dzień po dniu…

– Tylko pani czekała?

– Brat był przeciwny, żebym sama coś robiła, i nie chciałam na długo wychodzić z domu…

– Dlaczego?

– No bo co by było, gdyby pod moją nieobecność mężowi przyszła akurat ochota wstąpić do domu? Minęlibyśmy się…

– Ja pytam o to, dlaczego pani brat był przeciwny.

– A, tak…

Jej wyraz twarzy staje się coraz bardziej nieobecny i niejasny. Piegi pod jej oczami zaczynają przypominać woalkę ukrywającą jej marzenia, co do niej pasuje.

– Brat miał pewnie na ten temat różne przemyślenia. Ale w końcu sobie nie poradził… Ja też nie mogłam już tak dłużej czekać. Aż brat się poddał i postanowiliśmy się zwrócić do pana agencji.

– Czy pani ma dość mocną głowę?

Zatrzymała w powietrzu butelkę piwa, którego sobie machinalnie dolewała, i kiwnęła głową, nie odwracając się do mnie.

– Czasami od czasu zniknięcia męża… kiedy sama tak tylko czekam, mam sny na jawie… Taki dziwny sen, że za nim biegnę. A wtedy on pojawia się gdzieś za mną i zaczyna mnie tak łaskotać… Wiem, że to sen, tylko tak mnie to łaskocze, że śmieję się i śmieję, omal nie zwariuję… Taki dziwny sen.

– Może jednak lepiej, żebym się spotkał z pani bratem?

– Przekażę mu, kiedy zadzwoni następnym razem… Ale sama nie wiem… Może on nie bardzo będzie chciał się z panem spotkać.

– Dlaczego nie?

– Jakby to powiedzieć? Jakoś tak mi się wydaje, nie potrafię tego wyjaśnić…

– Proszę posłuchać. Mnie są potrzebne informacje. Rozumie pani, prawda? Nie zamierzam się wtrącać w życie pani brata. Chcę od niego tylko informacji. Nie ma sensu, żebym szukał od nowa tego, czego brat mógł się już dowiedzieć. Oczywiście, jeśli właśnie tego pani sobie życzy, to nie ma problemu.

– Powiem panu wszystko, co wiem. Ale co mam właściwie powiedzieć?

– To, czego się pani domyśla.

– Ojej, co ja mam zrobić? Skoro nic takiego nie ma, to co mam na to poradzić?

– Jakoś to będzie. – Poddaję się w końcu. – W takim razie proszę mi po kolei wyjaśnić, jak doszło do tej sytuacji.

– To bardzo prosta sprawa. Tak prosta… że aż się człowiek dziwi. Tam – mówi, wstając lekko. Podchodzi szybkim krokiem do okna i przyzywa mnie gestem. – Tam, widzi pan, prawda? Jakieś dziesięć kroków za tą latarnią, między chodnikiem a trawą jest mała studzienka odpływowa. Tam nagle zniknął… Dlaczego? Dlaczego w takim miejscu… Przecież to było całkiem niepotrzebne…

Ciemna droga… zbyt ciemna… Do niedawna jeszcze była zbyt biała i zdawała się łączyć z mlecznym niebem, a teraz jest na dnie doliny, opadła na dno nieba zabarwionego ulicznymi światłami. Odchodzę dziesięć kroków od tej latarni i trącam butem pokrywę studzienki. Dokładnie tam, gdzie Zaginiony podobno zniknął.

Kobiety wracające z zakupów na kolację, czerwony wózek i chłopcy na rowerach zniknęli już zamieceni szczotką ciemności. Pracownicy, którzy wrócili prosto do domu, też już znaleźli się w swoich przegródkach. Natomiast było jeszcze za wcześnie na tych, którzy zboczyli gdzieś z drogi. Zatrzymuję się w dolinie porzuconego niejasnego czasu, w miejscu, gdzie podobno zniknął Zaginiony.

Wiatr przewiewa między budynkami. Lodowate podmuchy uderzają w ostre kąty domów i cicho, niedosłyszalnie wyją. Choć niedosłyszalne, jęki tych olbrzymich organów przenikają mnie na wskroś. Włosy stają mi dęba, krew krzepnie, ta zakrzepła krew dociera do serca i zmienia się w czerwony worek lodu w kształcie serca właśnie. Zniszczony niezliczonymi stopami asfaltowy chodnik, biały punkt pośrodku trawnika to stara zepsuta piłka z gumy, którą ktoś wyrzucił. Popękane zwłoki ulicy już nie oddychają, choć latarnie oświetlają moje zakurzone buty, jakby je pozłociły. Czy z takiego miejsca można dotrzeć do innego, sensownego?

Oczywiście to było już pól roku temu, czyli w sierpniu, kiedy panował jeszcze letni skwar. Asfalt był pewnie lepki jak guma, a wokół latarni buzowały tysiące owadów. Trawnik był zieloną rzeką falującą lekko na wietrze, a zniszczona gumowa piłka spadła na jej dno. Człowiek przytupywał nie z powodu zimna, a dlatego, że z otworów studzienki wylatywały chmary komarów. Jeżeli Zaginiony zatrzymał się w takim miejscu… Nie, ostatnim razem przechodził tędy rano. I w dodatku wcześnie rano, gdy latarnie miały zamknięte oczy, owady drzemały w trawie, a ciemna dolina zdejmowała pelerynę i stawała się białym osiedlem na wzgórzu położonym bardzo blisko nieba. Czy też może tamtego dnia wiał silny wiatr z południowego zachodu? Był to jeden z tych rzadkich ranków, gdy widać błękitne niebo, a na sygnał pierwszego uderzenia serca miasta, które brzmi jak strzał z bata, w ciągu kolejnych najwyżej pięciu minut nieomal jednocześnie otwierano kilkaset przegródek i choć niepodobni do siebie, lecz nierozróżnialni ludzie idący do pracy wylewali się wielką falą na chodnik, jakby przerwała się jakaś tama. Był to czas życia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij