-
nowość
-
promocja
Zuchwaliada - ebook
Zuchwaliada - ebook
Twórcze przetworzenie wikińskich sag i wielki popis wyobraźni islandzkiego noblisty, który można czytać jako krytykę zimnowojennego militaryzmu.
Przełom X i XI wieku. Dwaj wierzący w honor, poezję i męstwo wikińscy zuchwalcy ruszają po sławę. A czasy są zaiste fascynujące: chrystianizacja Europy, walka o władzę świecką i duchową, wojny większe i mniejsze. Akcja tej pełnej ironii i humoru powieści przygodowej, będącej pastiszem średniowiecznych sag i romansów rycerskich, przenosi nas od Kijowa po Grenlandię, od Rzymu po Fiordy Zachodnie w Islandii, zahaczamy też o Francję Roberta Kapota, a jej bohaterami są postaci opisywane w sagach islandzkich oraz prawdziwi uczestnicy ówczesnych wydarzeń.
Gerpla ukazała się w oryginale w 1952 roku jako głos autora w sporze między klasycznym, bogobojnym czy wręcz czołobitnym podejściem do dziedzictwa kulturowego a podejściem współczesnym, krytycznym i reformatorskim.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368295771 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dwóch jest zuchwalców z Fiordów Zachodnich, których imiona zyskały największy rozgłos: to bracia zaprzysiężeni Thorgeir Hávarsson i Thormóður Bessason; o nich – jak się należy spodziewać – w rejonie Ísafjarðardjúp, gdzie się wychowali, i w Jökulfjörður, i na Hornstrandir cyrkulują głośne opowieści, bo to w tych okolicach dokonali swych sławetnych czynów. Jeszcze nie tak dawno tamtejsi uczeni mężowie oraz niewiasty o dobrej pamięci potrafili wyliczyć perypetie obu kompanów, te, których nie spisano na żadnych kartach, choć wiele solidnych tomiszczy o onych dwóch Zachodniofiordzianach powstało. Większość opowieści o tych zuchwalcach uznajemy za tak godną uwagi, że warto oddać się niejakiej bezsenności, by raz jeszcze je przypomnieć. Pomieściliśmy więc w jednym foliale dykteryjki o ich czynach: zebrane z wielu ksiąg – a i jest naszą powinnością wspomnieć o pierwszej z nich, która nosi miano _Sagi wielkiej o braciach przybranych_ – dalej z uczonych thatturów, czytanych w staroksięgach islandzkich, które przez całe wieki przeleżały w cudzoziemskich księgozbiorach, wreszcie z wielu dawnych nietutejszych pism, zwłaszcza dotyczących późniejszych czasów; można w nich znaleźć rozmaite opowieści prawdziwie uczone i szczegółowe. Kromie tego zasłyszeliśmy wiele relacji od poważanych ludzi zamieszkujących Hornstrandir, dopóki dzielnica się nie wyludniła, oraz fiordy Jökulfirðir, bardziej na zachód wysunięte, które, gdy piszemy te słowa, pustoszeją – i tak się to skończy, bo okrucieństwo bezkresnego krajobrazu niszczy cherlawych dziś ludzi żyjących w tamtejszych regionach. W końcu przykłady dokonań braci zaprzysiężonych czerpiemy z licznych sekretnych źródeł, które zdają się nam niemniej wiarygodne niż gminowi niejedna opowieść we wspomnianych wcześniej przez nas pismach. Od tychże zuchwalców wywodzimy tytuł powstałego tomiszcza i nazywamy je _Zuchwaliadą_. Upraszamy jednak każdego człowieka, mężczyznę lub niewiastę, mędrszych od nas lub lepiej pamiętających, aby zechcieli wnieść jakie bądź poprawki nadające większą prawdę temu, co na tych kartach zostało zapisane.
Wśród uczonych od dawna panuje zwyczaj, by w sadze naprzód wymienić władców, którzy panowali w czasach opisywanych wydarzeń, my więc postąpimy tu za ich przykładem; łatwiej będzie wówczas pojąć bieg wypadków, o których mowa w niniejszej księdze.
W tamtych czasach Fiordami Zachodnimi od południa, po stronie Breiðafjörður, władał Thorgils Arason; siedział na włościach w Reykjahólar. Za młodu parał się Thorgils żeglarstwem i kupiectwem i z nędzy doszedł do majątku; pokój uznawał za intratniejszy od wojaczki, a srebrem kupił sobie ziemię i szacunek. Jak to często bywa pośród tych, którzy w świecie bywali i z wieloma bogami mieli sposobność się zapoznać, nie bardzo czcił bożków, gdy jednak do kraju dotarła chrześcijańska obyczajność, ze swoich skrzyń dobył dwa przedmioty: solidny krzyż z umocowanym doń Chrystusem ukoronowanym, przyjacielem kupców, oraz podobiznę Jego maci, która świeci gwiazdą żeglarzom.
Od północy, nad Ísafjarðardjúp, Jökulfirðir i w Strandir, władzę dzierżył Vermundur Thorgrímsson, osiadły na włościach w Vatnsfjörður. Człek staroświecki i pogański, rodowód swój wywodził od nordyckich przywódców; majątek zawdzięczał dzierżawie ziem i miał pełne spiżarnie. Gospodarz był zeń pełną gębą, człek bystry, acz budzący strach; licznych miał parobków. Posiadł wiele niewiast, niejedną za obietnicę ożenku; wiele z nich przybywało doń na poczynek, w odwiedziny, niektóre zacne partie, ale najlepszą była ta, którą sobie kupił, Thorbjörg Tęga – o niej więcej można przeczytać w innych księgach, a w tej odgrywa mniejszą rolę.
Tak się złożyło, że obaj panowie zachodniofiordziańscy doszli do godności z początkiem panowania w Norwegii jarla Hakona Sigurðssona, gdy zatem po śmierci Olafa Tryggvasona król Danii narzucił swoją koronę Norwegom, Thorgeir i Thormóður pacholętami żyli we Fiordach Zachodnich.
O Hávarze Kleppssonie, ojcu zuchwałego Thorgeira, wiadomo naprzód to, że posiadał gospodarstwo nieduże w Jöklakelda nad Mjóifjörður, na południe od Ísafjarðardjúp, niedaleko godiego z Vatnsfjörður i na jego ziemi. Od pierwszych dni panowania króla Olafa Grubego Norwegowie, po kilku pokoleniach jako takiego spokoju, znów zaczęli żeglować na wikingi ku brzegom wysp brytańskich. Ale w tamtych czasach wyprawy te niewielu przynosiły intratę – ludzie powiadają, że Hávar powrócił na Islandię bez grosiwa; wraz ze swoimi, podobnie co on niemajętnymi, druhami udał się na spotkanie z Vermundurem i społem poprosili go, by pomógł im znaleźć jakie wyjście. Vermundur ich przyjął: jednych uczynił swymi parobkami, innych lennikami. Co do dokonań wikińskich bóndiego Hávara, to nie ma żadnych opowieści poza jego własnymi, ale powszechnie mawiano, iż obchód gospodarski zdawał mu się nic niewart wobec czynów dokonywanych za sprawą krzepy i męstwa, a większą chwałą było dlań zabić człeka, niż pochycić rybę; tyle że po powrocie z wojaczki Hávar nie posiadał innej broni niż laga. Jego białką była Thórelfa, spokrewniona blisko z Thorgilsem Arasonem z Reykjahólar, niewiasta bystra i okazała, a tak rozumna, że znała większość sag o pradawnych bohaterach Północy i królach, którzy podbijali krainy.
Wnet sąsiadom jęło się dawać we znaki nienasycenie bóndiego Hávara: skoro tylko nadarzała się okazja, na śmierć ubijał ich żywinę, ścinał łby ichnim kurakom i gęsiom, a gdy zaczynali oponować, wymachiwał lagą. Większość z nich umykała, ratując swe życie, ale i niejeden wniósł skargę do Vermundura. Kiedy bóndi Hávar szedł tyrać w pole, jego syn Thorgeir słuchał w domu pieśni swej maci i pod jej pieczą otwierały mu się oczy na jedyną pożądaną przez wojowników rzeczywistość – w niej to bohaterowie, ukryci w cieniu hełmu, wybijają się ponad ludzi i służą zacnym królom, szerzą pomór wśród złoczyńców i czarnomagów albo pojedynkują się z innymi sobie równymi, a chwała ich jednaka, czy zwyciężą, czy polegną – z wieczora zaś bóndi, po powrocie do domu, opowiadał synowi, jak to sam zmagał się z dwunastoma berserkami w królestwie Dunów i albo trzech zdążył powalić, nim pozostali zbiegli, albo wszyscy musieli paść na trawę pod razami jego miecza, każdym razem inaczej; opowiadał i o tym, jak na hólmie, na wschód od Ösel, ubił berserka Sótiego, a puszczał wodze imaginacji; bóndi Hávar miał jeszcze wziąć udział w osiemnastu wielkich bitwach na brytańskich wyspach przeciwko wojskom króla Adilsa z Uppsali – to także była wielka opowieść. Thorgeir rychło uznał swego ojca za równego chwalebnym zuchwalcom z matczynych nauk.
Waśni Hávara Kleppssona z ludźmi znad Djúpu w niniejszej księdze nie opiszemy, bo godi Vermundur wreszcie nie zdzierżył i nie pozostał dłużej głuchym na ich skargi; przed sąd pozwał Thorgilsa Arasona i oświadczył, że jego krewniak nie dozwala inszym jego koligatom hodować kur w pokoju, suponuje tedy, by znaleziono dlań inne miejsce pomieszkania; wielki to niefart, powiada, gdy ludzie z wojaczki wracają, a osiadają w spokojnej okolicy i imają się dekapitowania ludzkich kur, by wynagrodzić sobie czyny sławetne, których w cudzoziemskich krainach dokonać się im nie udało.
Thorgils Arason zgodził się z Vermundurem i przyznał, iż znane mu są pogłoski na temat Hávara Kleppssona: prawdziwie wielkim nieszczęściem jest, powiada, że niewiasta równie światła jak cioteczka Thórelfa tak marnie wydała się za mąż.
Za niebezpieczne uznał Thorgils udzielenie swemu szwagrowi gościny pod własną kuratelą nad Breiðafjörður, przeto podczas następnego Althingu nabył niewielki skrawek ziemi od Borgarfjördzian i kazał tam zagrodę Hávarowi postawić a żywiną go obdarować; tego też lata przeniósł Hávar Kleppsson swoją gospodarkę nad Borgarfjörður, w miejsce, które odtąd zwie się Hávarsstaðir, a stoi u południowego zbocza góry Hafnarfjall.
Wnet tamtejsi mieszkańcy bardzo odczuli przybycie Hávara. Nad Borgarfjörður rozciąga się kwitnący region, zamieszkały przez liczną bogatą szlachtę. Dysputować więc jęli między sobą, jak można by przegnać z tej zacnej dzielnicy przesiedlonych tu z innych części kraju narwańców albo i niegodziwców, takich jak rzeczony łotr.
Nadmienić teraz wypada, że na północ od góry Hafnarfjall, w gospodarstwie zwanym Skeljarbrekką, mieszkał człek imieniem Jöður, po ojcu Klængsson. Zwykle nie pozostawał obojętny na to, co się dzieje w regionie; z licznymi sąsiadami miał na pieńku, gdyż bitny był zeń awanturnik, a rzadko wetował ludziom straty, za to cieszył się wsparciem możnych. Gospodarstwo miał nieduże i marne, nikt nie potrafił wskazać źródeł jego intrat. Posiadał cennego ogiera.
Hávar Kleppsson niewielu miał parobków, podobnie jak bydła. Hodował juczną szkapinę gniadą, zabraną z poprzedniego gospodarowania; koń ów czuł się lepiej na łąkach i koło stodoły niźli na zboczach gór.
Pewnego pogodnego dnia na jesieni traf zrządził, iż bóndi Jöður ze Skeljarbrekki wyruszył ze swoim dorosłym synem i jednym z huskarlów na półwysep Akranes za mąką. A że po drodze na popas zatrzymali się nieopodal Hávarsstaðir, znajdujący się przed domem Hávar potrząsnął grzechotką, czyniąc okrutny hałas; ogier Jöðura uciekł na górę i nie zdołali go dognać. Ale Hávarowy gniadosz pasł się nieopodal ogrodzenia, niepyszny bardzo, z dolną wargą zwisającą ku ziemi.
Rzekł Jöður: Bierta tego konia, a uwiążta na końcu karawany, muszę przywieźć moją mąkę z Akranesu.
Syn i huskarl uczynili, co kazał.
Wieczorem, wioząc mąkę do domu, znów przejeżdżali nieopodal Hávarsstaðir. Bóndi Hávar stał przed domem. Natychmiast rozpoznał własnego konia pod mącznymi jukami tych ze Skeljarbrekki. Chycił tedy swoją lagę uprowadzoną z wojaczki i zszedł na łąkę spotkać się przed zagrodą z karawaniarzami.
Rzekł: Teraz winniście mi zwrócić mego konia. Zaiste paliwodą trzeba być, by bez prośby czy dysputy podebrać gospodarską własność. We Fiordach Zachodnich nigdym takich zwyczajów nie uświadczył.
Jöður mu odparł: Przecie słyszelim nieraz, że was stamtąd przegnano przez waszą wrażość i kur kradzieże. Urągające to wielce, jako przybyli nad Borgarfjörður, tacy jak waszeci, awanturują się bardzo z nami tutejszymi.
Na te słowa bóndi Hávar urżnął nożem powróz wiążący jego konia z karawaną, po czym wieść go jął z jukami w stronę zagrody. Jöður kazał swoim kmotrom iść za sobą, oznajmiwszy, iż chce się skusić poniżeniem onego przyjezdnego awanturnika, który zakusy przejawia na mąkę Borgarfjördzian. Rychło przeszli do czynów: pozostawili karawanę i razem konno ruszyli na Hávara, Jöður uniósł topór i ciął bóndiego w tył głowy, aż ów się zachwiał, syn zaś Jöðura, Grímur, ugodził go włócznią w bok; jeden i drugi cios równocześnie go dopadły. I jak szedł Hávar przed koniem, tak i przed nim padł. Jöður Klængsson zeskoczył z grzbietu i nordyckim zwyczajem jął raz za razem siekać leżącego męża toporkiem, aż krew i mózg bryzgały wszędzie wokół; Hávar Kleppsson dawno spoczywał bez tchu, gdy wreszcie Jöður Klængsson przestał go okładać.
Uznawszy, że dość się już narobił, nakazał huskarlowi wziąć konia Hávara i ponownie przywiązać go do karawany, bo zacny człowiek nie uznaje rozwałki, jeśli nie towarzyszy jej jaki łup wojenny; a ja będę, powiada, jeździł, jako i syn mój, i sławił czyn ten.
Thorgeir Hávarsson siedział na kamiennym ogrodzeniu i przyglądał się, jak ubijają jego ojca. Jöður Klængsson podjechał do młodzianka i tak rzekł:
Idź do dom, chłopcze młody, i powiedz swojej maci, że ociec twój więcej naszych, Borgarfjördzian, koni straszył nie będzie.
Następnie się oddalił. Słońce chyliło się ku zachodowi. Kiedy już Jöður odjechał, chłopiec zerwał się, podszedł w miejsce, gdzie w poprzek traktu rozpłaszczył się jego ociec, i pochylił się nad ciałem. Krew i mózg niczym gęsta polewka wyciekały z pękniętego czerepu, twarz odkształciła się od razów, a skoro tylko rysy twarzy nieboszczyka łagodnieć zaczęły, jedno ramię wyskoczyło w barku – i było to jego ostatnie drgnienie. Chłopiec dziwił się, jak łatwo ociec wyzionął ducha, wszak w królestwie Dunów wadził się z berserkami, a brytańskie wyspy pustoszył ogniem i żelazem; młodzianek wierzył całym swoim sercem, że jego rodzic był jednym z największych zuchwalców Północy. Thorgeir Hávarsson długo tak stał, nim ruszył do domu, powiedzieć swej maci, co się stało. Liczył sobie wtenczas siedem zim.
Thattur (þáttur) – forma literacka, zazwyczaj mniejsza od sagi, opowiadająca najczęściej o jednym wydarzeniu.
Strandir – Hornstrandir, czyli półwysep w północno-zachodniej Islandii.
Jarl – staronordycki tytuł szlachecki oznaczający wodza i powiernika króla.
Olaf II Tryggvason, również Olaf Gruby (995–1030) – król Norwegii, ojciec chrześcijaństwa na północy kontynentu.
Godi (goði) – urząd świecki i duchowny w średniowiecznej Islandii.
Bóndi – rdzeń społeczności nordyckiej: wolny kmieć, gospodarz, rzemieślnik cieszący się przywilejem uczestnictwa w thingu. To z bóndich wyrosła nordycka klasa średnia.
Berserk (berserkur) – wojownik wpadający podczas walki w rodzaj bitewnego amoku.
Hólm (hólmur) – pojedynek, również ubity plac do pojedynku.
Adils – legendarny król Uppsali, jedna z postaci _Eddy_ Snorrego Sturlusona.
Huskarl (húskarl) – parobek, służący, robotnik rolny.ROZDZIAŁ DRUGI
Godi Vermundur miał zacnego krewniaka, któremu na imię było Bessi, po ojcu Halldórsson. Bessi ów mieszkał w Laugaból, niedaleko Vatnsfjörður; był biegłosłowym skaldem i uczonym w prawie, lubianym przez gmin, choć nieprzesadnie zamożnym. Bardzo przyjaźnił się z Vermundurem, towarzyszył mu często podczas objazdów oraz gdy Vermundur jeździł na thingi. Z początkiem niniejszej opowieści białka Bessiego już nie żyła, ale skald miał młodego syna imieniem Thormóður; chłopiec od dzieciństwa uchodził za hojnie obdarzonego rozumem, chociaż nieco porywczego w słowach. Pobierał sztuki skaldyczne i inne nauki od ojca i już w młodości posiadł niejedną mądrość na temat królów i jarlów, tych, co zasłynęli największą biegłością w kunszcie zabijania ludzi i inszymi wielkimi dokonaniami w północnych krainach, asów, rodów Völsungów i Ylfingów, jak i wszystkich chwalebnych bohaterów wsławionych zmaganiami z trollicami; znał też młodzieniec niejedną historię o wielkich romansach, jakie od zarania dziejów przydarzały się mężczyznom i niewiastom, choćby tę o Brynhildzie śpiącej na górze; umiał także opowiadać o łabędziach przylatujących z południa i siadających na cyplu, zrzucających tam skórę i zwodzących mężczyzn. Potrafił też przepowiadać okropieństwa o przyszłym końcu życia na ziemi i ragnaröku.
Thormóður Bessason nudził się w domu ojca; już za młodu zwykł zaglądać w miejsca, gdzie mógł znaleźć jakiekolwiek uciechy, gdzie gotowano nadziewane kiszki, szykowano wesela, wydawano uczty lub celebrowano jól, zachodził nawet do gospodarzy przygotowujących się do poławiania lub wykonujących insze roboty spólne. Kazano mu wtenczas bawić ludzi, bo we Fiordach Zachodnich zimy są długie, a ciemności panują wielkie. Thormóður zaczął wcześnie, gdy wymagały tego okoliczności, strofy układać; jako dziecko tak pięknie tworzył, że ludzie nie widzieli różnicy między jego poematami a kunsztem innych skaldów.
Godi Vermundur dysponował w Vatnsfjörður licznymi parobkami i dobrymi thrællami; ściągali doń i biedacy, i złoczyńcy, schodzili się proszeni i nieproszeni goście znad całego fiordu, by się Vermundurowi wyzwierzać i prosić go o rady. Thormóður wcześnie zaczął tam bywać, bawiło go to bardziej niż posiadywanie w domu w Laugaból, i przez wielu domowników Vermundura był mile widziany, choć sami gospodarze nie witali go z aż tak otwartymi ramionami; późnymi wieczory ludzie lubili posłuchać w świetlicy opowieści tego młodzianka.
Niegdyś zjawiła się tam w odwiedziny pewna niewiasta z Jökulfirðir imieniem Kolbrúna wraz ze swoją młodocianą doczą Geirríður. Kolbrúna pochodziła z Norwegii; na Islandię przybyła z żeglarzami i najęła się razem z mężem, który był woźnym na statku, na zimową służbę do Vermundura. Norweg ów zimą nagle zmarł, a ludzie domniemywali, że to Kolbrúna go uśmierciła. Została potem Vermundurową nałożnicą, niepoślednią przez czas jakiś, gdy jednak godi, będąc w podeszłym wieku, wziął sobie inną, młodszą, z tą się rozstał i nadał jej gospodarstwo zwane Hrafnsfjörður; to jeden z najbardziej odludnych fiordów Jökulfirðir. Dla towarzystwa podarował Kolbrúnie thrælla imieniem Loðinn, pochodzącego ze wschodu; człek był to zadziorny, choć raczej mrukliwy, owłosiony i zarośnięty wielce, o brwiach krzaczastych – stąd też wzięło się jego imię – zwykle wzroku wysoko nie podnosił, chociaż jeśli już mu się to zdarzyło, kilkoro ludzi spostrzegło, że jest bystrooki niczym wąż. W sianokosy mać z córką chadzały odwiedzać starych znajomych nad Djúp, a thræll Loðinn prowadził ich konie. Dzierżył też toporek solidny, należący do gospodyni, która miała w zwyczaju mu go zabierać, ilekroć trafiali na huczne biesiady. Kolbrúna niewiastą była krzepką, czego dowodziły jej liczne zwycięstwa w zawodach, ubitej postury, choć o niebrzydkim licu, ze wzrokiem iście sokolim, ciemna pod brwiami; uchodziła za nieco opryskliwą, gdy kto jej nie całkiem przypadł do gustu, i surowa była wobec tych, których nie lubiła, zwłaszcza swoich gachów. Z tych też przyczyn więcej chłopów wolało z nią żartować niźli prosić o jej rękę; nie była też niewiastą majętną.
Któregoś razu po zakończonej robociźnie Thormóður długo bawił ludzi w świetlicy, deklamując poezję o wspaniałych królach, słynnych bitwach i wielu wymagających mężności zabójstwach. Ale jak to nierzadko bywa, późnym wieczorem zebrani najbardziej chcieli usłyszeć o romansach, jakie w zamierzchłych czasach zdarzało się ludziom miewać z tarczowniczkami.
Ozwał się jeden z mężczyzn: Cóż to za niedorzeczność słuchać wciąż o tym, że gospodyni Sigrún wyprawiła się do Hel, by ucałować martwego Helgego, albo że Freja udami nakryła Lokiego, albo że Sigurður odnalazł dziewicę śpiącą w zbroi na górze i ją wychędożył, nim się zbudziła; nigdy nikt nie śpiewa pieśni miłosnych niewiastom, które teraz najurodziwsze są we Fiordach Zachodnich. Stosowniejsze byłyby poemy o tym, o czym krążą słuchy: że gospodyni z Hrafnsfjörður kładzie w swe łoże thrælla Loðinna dwa razy w roku – raz, kiedy ledwie dziewięć dni zimy pozostaje i kruki już jaja zniosły, a drugi raz, gdy lato ma się ku końcowi, a ludzie siano z łąk zebrali.
Wielu się z nim zgodziło, że mus wiersz ułożyć o tak zacnej niewieście jak Kolbrúna Hrafnsfjördzka; aliści w tamtych czasach wiersze niewiastom poświęcane pozostawały w głębokiej pogardzie – układanie poezji dla białogłowy uważano za afront, a krewni takiej kobiety mieli prawo pomścić to zabójstwem.
Nie bardzo znam się na układaniu wierszy miłosnych, przemówił skald Thormóður, bo i zbędnym jest szydzić z niewiasty, która niczym nie zawiniła.
Zebrani w świetlicy zgodzili się, że niekoniecznie trzeba wiązać jej imię w wierszu, choćby i Thormóður taki ułożył, niezależnie od tego, kto byłby jego przedmiotem.
Gospodyni Kolbrúna z Hrafnsfjörður prychnęła na te słowa i rzekła, iż jedynie ci mężczyźni układają wiersze miłosne, którzy inaczej nie potrafią kobity zadowolić.
Thormóður odrzekł: Ociec mój, Bessi Halldórsson, uczył mnie, że nie przystoi zdrowemu chłopu układać wierszy o niewieściej miłości, takie poematy przynależą jeno tchórzom i ich marnym poplecznikom, przesiadującym w izbach kuchennych i chłepcącym skyr.
Tego wieczora dysputa w świetlicy Vatnsfjörður na tym się zakończyła, a ludzie w łoża się udali.
Ale już następnego dnia, po skończonej wieczerzy, w świetlicy, upraszając o posłuch, wystąpił Thormóður i oznajmił, iż ułożył wiersz o gospodyni Kolbrúnie z Hrafnsfjörður, jako wcześniej domagali się odeń świetliczanie.
Niejeden wtenczas już nie pamiętał wczorajszowieczornych żartów, oskoma na figle prysła, a że późno poszli byli spać, sen pomorzył umęczonych robotą i skyrem ludzi. Kilku jednak zostało wysłuchać poezji – wtedy to wydłużono imię skalda, któren nazwany został Thormóðurem Skaldem Kolbrúny. Niewiasty natomiast orzekły, że zasłużył sobie raczej na przydomek Skalda Kolrassy – takie imię wolały mu nadać i takim odtąd go obdarzały, ilekroć się tam zjawiał. Nikt nie miał jasnego pojęcia, o czym traktował ów wiersz, który młody jeszcze Thormóður wydeklamował dla damy, usunięto go ze wszystkich ksiąg, wyskrobawszy nawet, bo tym czy owym dawniejszym mężom całkiem niestosowny się wydał; pewno jednak tryskał bardziej młodzieńczą frywolnością niźli powagą dojrzałego męża użalającego się nad tym, iż jego miłość została wzgardzona. We wszystkich księgach stoi o czym innym – że Kolbrúna Hrafnsfjördzka wiersza ani nie zganiła, ani nie pochwaliła, lecz gdy skald udawał się do stodoły na spoczynek – bo tam jego krewniak Vermundur kwaterował nędzarzy, złoczyńców i psy – dłonią przesunął po łożu maci i córki z Hrafnsfjörður; gospodyni leżała na skraju, a dziewczę za nią, pod ścianą. Niewiasta poprosiła młodzianka, by się zatrzymał.
A ileż lat sobie liczysz, skaldzie Thormóður?, spytała.
Wyjawił jej swój wiek; niektórzy powiadają, że miał wówczas zim czternaście, inni – że dwanaście.
Ułapiła wtedy i posadziła skalda obok się na łożu. A prawdą jest, iż wcześniej młodzian nie miał pojęcia, że tak wielka niewiasta istnieje na świecie.
Cud to wielki, rzekła, że człek tak młody układa poezję dla niewiast, coś, czemu się nie umiemy oprzeć: wyjątkowe to na świecie, że jeden młodzianek nieźrały czyni sobie igraszkę z niewiasty; my, białogłowy, szczerą hańbę czujemy, słysząc poemata od mężów więcej znaczących niż ty. Ale w tym tu zajściu rządzi prawidło takie, iż słowa więcej ważą od czynów, przeto od tej chwili nie wolno ci będzie mnie unikać, a oto moja zapłata za wiersz: kiedy staniesz się mężczyzną, Thormóðurze, zawsze i wciąż do mnie przychodź, w jakąkolwiek podróż byś wyruszył, i im dalej ode mnie się znajdziesz, tym będziesz mi bliższy.
A skoro już niewiasta te słowa wypowiedziała, puściła skalda wolno.
Thing (þing) – zgromadzenie parlamentarne łączące uprawnienia ustawodawcze i sądownicze.
Brynhildur Buðladóttir – niem. Brunhilda; bohaterka sagi o Völsungach.
Jól – to, co u Słowian zwało się Szczodrymi Godami, a dziś świętami Bożego Narodzenia.
Thræll (þræll) – niewolnik.
Loðinn – po islandzku znaczy to zarośnięty, kosmaty, ale również cwany.
Hel – kraina umarłych, przeznaczona dla tych, którzy za życia nie byli waleczni; również władczyni tej krainy.
Kolrassa – słynna trollica z islandzkich baśni i podań.ROZDZIAŁ TRZECI
Mać Thorgeira Hávarssona, Thórelfa, pochodziła z Hordalandu, krainy surowej i biednej, gdzie długo panował zwyczaj, że potomkowie męscy, którzy nie bardzo mogli się rozwijać w domu, wyjeżdżali do innych krain rabunkiem zdobyć majątek, jedni na Austurvegur, inni na zachód przez morze; ci, którzy nigdy nie wikingowali, w Hordalandzie nie cieszyli się nijakim poważaniem. A przecie nikt nie znał wspanialszych opowieści sławiących męstwo wikingów niźli oni, ci, którzy pozostali w domu, najbieglejsze zaś w tychże opowieściach były piastunki. Piękną kadencją opiewały sławne zabójstwa i wyprawy morskie, jak i krzepę, dziarskość i bohaterstwo okazywane przez mężów w odległych krainach, tym większe, im mniejszą bliskość niewiast czuli. Takie nauki jako wiano na drogę odbierali od swych mamek za młodu synowie hordalandzkich chudopachołków; podobnie i Thórelfa nie miała więcej darów dla syna ponad pokrzepiające opowieści o pradawnych junakach i peany ku czci zwycięskich królów, którzy szczodrością zjednywali sobie przyjaźń żądnych chwały drobnoszlacheckich synów i solidnymi pierścieniami nagradzali czystość ich intencji.
Nigdy gospodyni Thórelfa nie wracała pamięcią do dnia, w którym hordalandzki wiking Hávar Kleppsson padł pod płotem swojej zagrody, nie osłoniwszy się nawet ręką; zawsze wspominała męża jako niezłomnego zuchwalca, co to ogniem pustoszył krainy i podczas bitew stawał w pierwszym szeregu obok zacnych królów – w opowieściach tych ojciec jawił się Thorgeirowi jako służący pod sztandarami; chłopiec żywił przekonanie, że królowie wszystko zawdzięczali jego rodzicielowi i uczynili go swoim powiernikiem w chwilach próby; Hávar był dlań żywym przykładem człeka kojarzonego z mieczem i mordem, którego w języku poezji zowią chrobrym. Gospodyni Thórelfa wpajała swemu synowi, że gładka mowa przynależy żebrakom i ichnim niewiastom, które to od domu do domu łazęgują; słowa uważała za nieprzydatne do niczego krom wysławiania królów, mieczów i bitew: bohater nie dba o większość rzeczy, a nie usłyszysz odeń pochwały ni przygany, niczego poza słowami, którym w każdej chwili gotów utorować drogę orężem, w żadnej sprawie bowiem nie masz słusznej odpowiedzi poza prawdą miecza. Przydatność człeka w wojaczce, krzepa i bitność – to jego wartości. Pożyje dłużej czy krócej, ustoi czy padnie – nie ma najmniejszego znaczenia, jeśli jego dokonań nie rozjaśnia blask sławy. To brak obaw o życie, zarówno w czasie potyczek z przeważającymi siłami, jak i podczas zabijania słabszych, niespodziewających się ataku wroga, świadczy o walorach człowieka. Szlachetnie jest nie odpuszczać nikomu, brać wet za wet, traktować zdrajców niczym wrogów i uderzać z wyprzedzeniem. Mać powtarzała, że odważny mąż winien dochować wiary najszczodrzejszemu królowi, bo takiemu sprzyja fortuna: aliści winien go zdradzić, jeśli władcy zabraknie na żołd. Dzielny człowiek nigdy nie powinien się hańbić, wybierając pokój, gdy wojna jest w zasięgu. Powiedziała też i to jego mać, że dobry wiking nie znęca się w czas wojaczki nad niewiastami i dziećmi. A każdy woj stosujący się do tych złotych rad cieszył się będzie sławą pośród narodów, dopóki wąż Jörmungandur pozostanie na uwięzi.
W swoim ubóstwie dbała Thórelfa o swego chłopca jak umiała, służyła mu niczym z dawna upragnionemu szlachetnemu gościowi, po wielekroć wyglądanemu, komuś, od kogo zależą jej cześć i szczęście. To jemu oddawała każdy z rzadkich rarytasów, jaki udało się jej znaleźć; jeśli trafiła na truskawkę na stoku, zabierała ją dla niego do domu. Nie zagrzewała go do nijakiej roboty, a wręcz kładła mu w czerep, że tylko mali ludzie zajmują się gospodarowaniem, a chytanie ryb jest trudem niewolników. Kazała mu się za to przyzwyczaić do sterowania łodzią i do żeglugi, bo od tego zaczyna się każda podróż.
Najbardziej rozpaczała gospodyni Thórelfa nad tym, że krom lagi bóndiego Hávara nie ma inszej broni, by obdarować nią potomka. A gdy Thorgeir spytał, dlaczego taki zuchwalec jak jego ociec nie posiadał rozmaitości godziwych oręży, odpowiedziała, że jego miecz zatonął w morzu.
Wprawdzie nigdzie francuskie miecze nie cieszą się tak wielką estymą jak w wierszach islandzkich skaldów, ale ubóstwo w kraju panowało tak dotkliwe, że gdy bracia przybrani dorastali, prawie nikt kromie bogaczy nie posiadał przyzwoitej broni, a i ci nabywali ją dla zbytku w cudzoziemskich krainach lub przyjmowali w darze od wielkich władców.
Kiedy Thorgeir Hávarsson liczył sobie lat dwanaście, rodzicielka wysłała go na zachód kraju, do swego krewniaka Thorgilsa w Reykjahólar, by się chłopiec zapoznał z obyczajami panującymi wśród przywódców. Ale gdy handlarze koni z południa pozostawili tam młodzianka, gospodarz nie objawił nadmiernej radości. Thorgils Arason posiadał wiele dworów i statków kupieckich, nie miał przeto możebności zająć się koligatem, który nagle u niego wykwitł, uwiadomił jednakże kucharki, by zakwaterowały młodzianka z huskarlami.
Rankiem zarządca kazał Thorgeirowi iść z drugimi wyrostkami świnie karmić. Thorgeir nie bardzo się odezwał, za to mocniej chycił się zydla; w następne dni dalej się tak upierał i ani drgnął, gdy mu kazano co robić. Kiedy zaś jego krewniakowi opowiedziano o Thorgeirowej niechęci do roboty, ten kazał go przywołać – wytknął mu, że parobkowie powiadają, iż niechętny jest niepróżnieniu: A może chcesz, krewniaku, bym ja sam wydawał tobie polecenia?
Thorgeir odrzekł: Nie mówiła ma mać, iżbym świniom miał dawać.
A czym chce, abyś się zajmował?, spytał Thorgils.
Bronią zabijał, odparł Thorgeir Hávarsson.
I od kogóż miałbyś zacząć?, pyta Thorgils.
O to zapytywać nie trzeba, rzekł Thorgeir na to.
Ale wszak twoja mać wie doskonale, że Borgarfjördzianie już dawno w pełni powetowali zabójstwo twojego oćca ku powszechnemu ukontentowaniu, zauważył Thorgils. A i nam się już nie chce ubijać ludzi; dawno minęły czasy, gdy na wojaczce można się było dorobić majątku.
Słyszę oto, że już żaden z ciebie wódz, odpowiedział mu Thorgeir Hávarsson. Lepiej wrócę do domu w Borgarfjörður.
To żadne wyjście, zauważył Thorgils. Skoro świnie ci niemiłe, idź przyjrzeć się ubijaniu fok albo jak wala krajają, albo pójdź tam, gdzie w miechy dmuchają i kują żelazo, mamy tu solidnych kowali. Umyśliliśmy też z drewna wznieść Chrystusowi kościół, panu, który podobny cudzoziemskim cesarzom w krainach, gdzie kupczymy. Chcemy i jego przyjaźń sobie zaskarbić, jego mać bowiem wspiera wszystkich kupców, a wygląda lepiej niż twoja Thórelfa, nasza krewna. Cieślów odwiedź, którzy deski na kościół przycinają, naucz się piłą albo strugiem robić. A może na statek chcesz, żeby tragarzem zostać żeglarzy? Jest tu wielu ludzi, starych i młodych, trudniących się przydatnym rzemiosłem, aliści oręża nie ruchamy.
I stało się to, na co się od początku zanosiło: krewni ci miłością gorącą do siebie nie zapałali, niemniej zalecił Thorgils swoim zarządcom nie sprzeciwiać się chłopcu ni go sierdzić. Thorgeir nie zmienił przyjętej postawy, nie przejawiał jakiej bądź ochoty do niepróżnowania i małą wagę przykładał do powszechnego zdania na swój temat. Gdy jednak kowale kuli gorące żelazo, pozwalali mu niekiedy chycić za młot lub dmuchnąć w miechy, do czego, jak się okazało, miał niejaką smykałkę. Thorgeir tak żelazo polubił, że gdy mu się zdarzyło znaleźć jakie porozrzucane zardzewiałe kawałki, znosił je do domu, chował do łoża i z nimi spał. Panował wówczas zwyczaj wydzielania parobkom tygodniowych porcji sztokfisza i masła. Thorgeir oddawał swoje kęski masła za żelazo, tłumaczył się, że uważa jedzenie masła za uwłaczające: Żelazo bliższe naszemu smakowi. Podziwiał bardzo tych, co nosili broń, i zawsze znajdował się tam, gdzie urządzano turnieje. Nigdy nie było po nim znać, co mu się bardziej, a co mniej podoba, i nigdy nie widziano, by – w przeciwieństwie do innych młodych – kiedykolwiek się z czegoś radował.
Któregoś dnia, między pierwszym odstawieniem jagniąt od sutków a sianokosami, grupa mężczyzn jechała od północy przez bezludzie – to Vermundur Thorgrímsson, godi Zachodniofiordzian, udawał się na Althing. Zatrzymali się u Thorgilsa w Reykjahólar; między panami wrogości nie było, gdyż każdy z nich dzierżył swoją część Fiordów Zachodnich. Jak zwykle w kompanii Vermundura znajdował się Bessi Halldórsson z Laugaból, który trzymał się jak najbliżej swego krewniaka. Wśród podróżnych był także Thormóður Bessason, stajenny. Mimo że w Reykjahólar słońce wciąż jeszcze majaczyło na północy, rosa leżała na łąkach, morze połyskiwało, a biały opar w ciszy leniwił się nad gorącymi źródłami – zbudzono skalda wczesnym rankiem, aby doglądnął koni. I gdy wyjrzał zasnutymi snem oczami przez drzwi domu, dostrzegło mu się, jak mąż pewien w młodocianym wieku stoi na przeddomowym podwórcu: z nożem do krajania rekinów za pasem, ciężkim tasakiem do siekania mięsiwa opartym na ramieniu i za tarczę mający pokrywę od garczka; człek ów był odziany równie marnie, co uzbrojony. Thormóður nie miał w rękach nic lepszego krom marnych wodzy i wędzidła. Ledwie zobaczył tego gołowąsa, swego równolatka, o tak pogodnym poranku, w jednej chwili spać mu się całkiem odechciało – zaraz ruszył ku stojącemu w pełnym rynsztunku i jął go oglądać od stóp do głów. Zbrojny nie wydawał się chętny wyduszeniu w stronę gościa choćby słowa, za to udawał, że go nie dostrzega. Thormóður pozdrowił go i spytał: Czemuż to nie śpisz po nocach, towarzyszu, kiedy wszyscy sen mają za najważniejszą potrzebę?
A temuż, odparł wojak, sen mnie nie morzy, że myśli kieruję ku tym ludziom, gdziekolwiek by byli, którzy zasługują na śmierć z moich rąk.
Thormóður zapytał: Czyś ty z tych, co chcą pomścić swoje krzywdy?
Thorgeir odparł: Tegom nie jest równie pewien, co że tyś jest ów Thormóður, który wlazł w łoże staruchy. Trudno ludziom pojąć, żeś wiersz ułożył o jakiejś potworze, miast sławić niewiasty południowe, które po niebiesiech latają w skórze łabędziej, a przędą ludziom los.
Thormóður odparł: Wiersz ten nie stanie na przeszkodzie, bym sławił twoje dokonania, jeśli rozgłos zdobędą, a z przyczyny młodego wieku nie mogłem zaspokoić niewiasty inaczej niż wierszem.
Thorgeir na to: Kiedy dotrą do cię wieści o moich sławetnych dokonaniach, które ty wysławisz wierszem, zostanę twoim przyjacielem.
Pozwolisz mi dotknąć twojego oręża, kamracie?, zapytał Thormóður.
Oręż mój naprawy wymaga, odparł Thorgeir. Ja sam żem wyklepał ten stary toporek. Ale nadejdzie czas, że służył będę władcy, który podaruje mi francuski miecz.
A czyżeś już wybrał sobie króla?, dociekał Thormóður.
Wesprę tego władcę, który nie będzie szczędził okrucieństwa ni serca do walki, by zdobyć sobie królestwo na Północy, odpowiedział Thorgeir.
Wydaje mi się, odrzekł na to Thormóður, że wraz z tobą narodził się światu wielki zuchwalec, Thorgeirze Hávarssonie. Obiecuję, że skoro tylko dokonasz czynów sławetnych, wartych daru Odyna, wyruszę z domu na spotkanie z tobą, gdziekolwiek byś przebywał, aby wygłosić pieśń. Od tej chwili nasze drogi już się nie rozejdą, choć obaj szukać będziemy inszych, najszczodrzejszych według każdego z nas szafarzy pierścieni, aby zaoferować im nasze wsparcie.
O innych ich słowach tam wypowiedzianych nic więcej nie wiadomo.
Austurvegur – Szwecja i wschód Europy oraz Azja.
Szafarz pierścieni – isl. _baugabrjótur_; kenning oznaczający hojnego przywódcę.Jacek Godek (ur. 1958) – tłumacz literatury islandzkiej na polski. Debiutował w wieku 14 lat przekładając wraz z Þrándurem Thorodssenem i Ludmiłą Mariańską wiersze romantycznego poety islandzkiego Jónasa Hallgrímssona. Potem poszło. Tłumaczył sztuki teatralne, poezję, filmy, prozę, staroislandzkie sagi. Lubi wracać do przekładu _101 Reykjavík_, w którym wciąż dla zabawy stara się szuka nowych translatorskich rozwiązań. Oprócz wymienionych tytułów do najważniejszych realizacji zalicza: sztukę teatralną Svavy Jakobsdóttir _Ostatnia próba_ (Teatr TV w 1986 roku), tomik poezji Lindy Vilhjálmsdóttir _Wolność_ (nagroda Europejski Poeta Wolności w 2018 roku), traktat _O czasie i wodzie_ Andrego Snæra Magnasona oraz wszystkie wyzwania translatorskie, które go jeszcze czekają.KONTAKT:
[email protected]
Cymelia – seria przybliżająca kultowe dzieła literatury światowej: te niesłusznie zapomniane, które chcielibyśmy przywrócić do czytelniczego obiegu, i te, które nigdy nie doczekały się przekładu na język polski.
W serii ukazały się dotychczas:
- Henry Roth, _Nazwij to snem_, tłum. Wacław Niepokólczycki
- Kay Dick, _Oni_, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa
- Juan Emar, _Wczoraj_, tłum. Katarzyna Okrasko
- Pierre Boulle, _Planeta małp_, tłum. Agata Kozak
- Marlen Haushofer, _Ściana_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Dashiell Hammett, _Sokół maltański_, tłum. Tomasz S. Gałązka
- Walter Kempowski, _Wszystko na darmo_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Dola de Jong, _Strażniczka domu_, tłum. Jerzy Koch
- Torgny Lindgren, _Legendy_, tłum. Tomasz Feliks
- Jacqueline Harpman, _Ja, która nie poznałam mężczyzn_, tłum. Katarzyna Marczewska
- Kjell Askildsen, _Ostatnie zapiski Thomasa F. dla ogółu. Nowele_, tłum. Maria Gołębiewska-Bijak
- Jens Bjørneboe, _Chwila wolności_, tłum. Karolina Drozdowska
- Thomas Pynchon, _49 idzie pod młotek_, tłum. Piotr Siemion
- Italo Svevo, _Zeno Cosini_, tłum. Zofia Ernstowa
- Juan José Saer, _Pasierb_, tłum. Barbara Jaroszuk
- Kingsley Amis, _Alteracja_, tłum. Przemysław Znaniecki
- Torgny Lindgren, _Przepis doskonały_, tłum. Dawid Jabłoński
- Robert W. Chambers, _Król w Żółci_, tłum. Tomasz S. Gałązka
- Pierre Boulle, _Most na rzece Kwai_, tłum. Jacek Giszczak
- Leonard Gardner, _Fat City_, tłum. Tomasz Antosiewicz
- Halldór Laxness, _Dzwon Islandii_, tłum. Jacek Godek
- Anna Kavan, _Lód_, tłum. Agata Ostrowska
- María Luisa Bombal, _Spowita całunem_, tłum. Mateusz Lamch
- Etienne Leroux, _Siedem dni u Silbersteinów_, tłum. Jerzy Koch
- Aleksandar Tišma, _Kapo_, tłum. Magdalena Petryńska
- Sven Holm, _Termush_, tłum. Iwona Zimnicka
- Walter Kempowski, _Prima sort_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Thomas Pynchon, _Tęcza grawitacji_, tłum. Robert Sudół
- Jacqueline Harpman, _Orlanda_, tłum. Katarzyna Marczewska
- Adam Wiśniewski-Snerg, _Robot_
- Marlen Haushofer, _Zabijemy Stellę_ / _Piąty rok_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Torgny Lindgren, _Biblia Dorégo_, tłum. Dawid Jabłoński
- J.G. Ballard, _Wieżowiec_ / _Wyspa_, tłum. Lech Jęczmyk__
- Russel Hban, _Riddley Walker_, tłum. Piotr Siemion