Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Zwierzę ofiarne - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 stycznia 2026
4049 pkt
punktów Virtualo

Zwierzę ofiarne - ebook

Kiedy David otrzymuje e-mail od nieznajomej kobiety, która twierdzi, że zna sekrety z jego dzieciństwa, nie wie, jak zareagować. Najchętniej zignorowałby wiadomość i skupił się na uporządkowaniu uczuć wobec pięknej i znanej prawniczki Florence. Problem w tym, że David nie pamięta swoich pierwszych dwunastu lat życia. Ciekawość okazuje się silniejsza i mężczyzna w końcu odpowiada na wiadomość.

Niedługo potem nieznajoma kobieta znika bez śladu, a David zostaje głównym podejrzanym. Ktoś zaczyna śledzić jego i wszystkich, na których mu zależy. Z pomocą Florence musi odkryć, kto stoi za tymi wydarzeniami i jakie znaczenie mają jego utracone wspomnienia.

W cieniu kryje się tajemnica sprzed lat, a ci, którzy zrobią wszystko, by prawda nigdy nie wyszła na jaw, mają naprawdę wiele do stracenia.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-797-1
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WTEDY

1

Cho­wam się za zasłoną, żeby mnie nie zoba­czyli. Jest mi źle, bo wiem, że to ja popeł­ni­łem błąd. Ale nie zro­bi­łem tego naumyśl­nie. Kiedy idą przez pod­jazd do swo­ich samo­cho­dów, pod ich butami chrzę­ści żwir. Gdyby w końcu sobie poje­chali, prze­stałby mnie boleć brzuch.

Kiedy zro­bię swoje, zwy­kle dostaję lody. Ale dziś mama wpa­dła w złość. Powie­działa, że wszystko psuję, kiedy robię nie to, co trzeba. Bo kiedy jej zna­jomi patrzą, zawsze mam robić to samo. Nie wiem dla­czego, prze­cież umiem robić kilka róż­nych rze­czy naraz. To o wiele faj­niej­sze. Ale mama uważa ina­czej. No i nie dosta­łem lodów.

Nie pozwo­lono mi nawet zostać na par­te­rze tak długo jak zwy­kle. Ale aku­rat to nie było takie złe. Ci, któ­rzy do nas przy­cho­dzą, śmieją się i patrzą na mamę tak, jak nie lubię. Nie chcę z nimi sie­dzieć, kiedy nie muszę. Nie lubię ich. Sie­dzę więc teraz w swoim pokoju i wyglą­dam przez okno.

Zna­jomi mamy podają sobie ręce na pod­jeź­dzie.

Potem samo­chody wresz­cie odjeż­dżają.

W sumie mój pokój jest w porządku. Ale sie­dzę w nim pra­wie przez cały czas. Chciał­bym cza­sem pójść w jakieś inne miej­sce. Nie tylko na traw­nik, żeby się poba­wić. Działka i las wokół domu są ogromne i lubię tam być, ale wiem, że za nimi też coś jest. Drzewa ota­cza­jące dom nie się­gają do końca świata. Ani jezioro z tyłu. A żwi­rowa droga, którą odjeż­dżają samo­chody, musi dokądś pro­wa­dzić. Chciał­bym wie­dzieć, co to za miej­sce.

Odpro­wa­dzam wzro­kiem czer­wone świa­tła ostat­niego auta, aż zni­kają z pola widze­nia. Ból w żołądku wresz­cie ustaje. Prze­glą­dam komiks. Rwę na strzępy kartkę. Potem gram chwilę na nie­bie­skiej gita­rze, którą dosta­łem w pre­zen­cie, ale brzmi dziw­nie, więc ją odkła­dam.

Mama puka do pokoju. Cze­ka­łem, aż to zrobi.

– Musimy poroz­ma­wiać – rzuca przez zamknięte drzwi.

Led­wie sły­szę jej głos, drzwi na pię­trze są stare i grube. Nie zależy jej nawet na tym, żeby wejść.

– Muszę co chwila wymy­ślać coś nowego, żeby nie stra­cili zain­te­re­so­wa­nia – mówi dalej. – Utrud­niasz mi to, kiedy jesteś taki jak dziś. Następ­nym razem posta­raj się być bar­dziej… sku­piony. Bo jeśli nie pora­dzisz sobie nawet z tym, jaki będę miała z cie­bie poży­tek?

Jakaś część mnie chce jej odpo­wie­dzieć. To moja mama, nie powinna tak do mnie mówić. Ale wolę nie wie­dzieć, co by się stało, gdy­bym prze­stał być jej potrzebny.

– Sku­piony – szep­czę do sie­bie. Ważę to słowo na języku. – Muszę być bar­dziej sku­piony.PONIEDZIAŁEK

2

David uspo­kaja oddech przez minutę. Potem mruga kilka razy w ciem­no­ści, obraca głowę i spo­gląda w stronę zegara, lecz osoba leżąca obok niego w łóżku zasła­nia wyświe­tlacz. David unosi się na łok­ciu, by spraw­dzić godzinę. Czer­wone cyfry poka­zują 02:45. Wciąż jest noc.

David ponow­nie opada na poduszkę i stwier­dza, że jest cała mokra od potu. Cie­kawi go, czy tym razem wydał jakiś dźwięk. Czy krzy­czał przez sen? Ale postać zaj­mu­jąca drugą połowę łóżka tylko głę­boko wzdy­cha i zrzuca z sie­bie koł­drę. Nie obu­dziła się. David wpa­truje się w ciem­ność, w sufit nad swoją głową. Wie, że może zapo­mnieć o ponow­nym zaśnię­ciu. Nie połknął table­tek, nim poło­żył się spać. On i postać obok byli zajęci czymś innym. Teraz poża­ło­wał, że ich nie wziął. Adre­na­lina krąży w jego żyłach, akty­wu­jąc mię­śnie, jakby za chwilę miał ucie­kać. Albo z kimś się bić.

Bada wzro­kiem kon­tury ciała Flo­rence, wpa­da­jący do sypialni pro­mień księ­ży­co­wego świa­tła spra­wia, że jej syl­wetka zdaje się świe­cić wła­snym bla­skiem. Jakby była ze sre­bra. Jej roz­rzu­cone na poduszce włosy przy­wo­dzą na myśl wachlarz i obra­mo­wują jej pięk­nie wyrzeź­bioną twarz. Na ten widok David czuje kłu­cie w piersi. Dobrze, że Flo­rence go nie widzi, bo pew­nie wygląda jak dureń.

Poznali się przez apli­ka­cję kilka tygo­dni temu. Żadne z nich nie szu­kało sta­łego związku, Flo­rence jest świeżo po roz­wo­dzie, a on dawno dał sobie spo­kój z pró­bami utrzy­ma­nia trwa­łej rela­cji. Spo­ty­kają się więc na rów­nych, jasnych warun­kach. Nie skła­dają sobie obiet­nic wybie­ga­ją­cych poza tych kilka godzin, które spę­dzają we dwoje. Z ini­cja­tywy Flo­rence zawsze widują się u Davida, w sze­re­gówce w Val­len­tu­nie. Zapewne jego lokum jest bar­dziej bez­oso­bowe niż miesz­ka­nie Flo­rence. Flo­rence może też wyjść, kiedy tylko ma ochotę. David nie może więc się nadzi­wić, że wciąż tutaj jest, mimo tak póź­nej godziny. Znów na ią patrzy, a jego serce wyko­nuje w piersi dzi­waczną woltę.

– Masz trzy­dzie­ści pięć lat – szep­cze do sie­bie. – Prze­stań się zacho­wy­wać jak nasto­la­tek. Dobrze wiesz, że to się nie uda.

Wymyka się z łóżka i rusza do kuchni. Po dro­dze mija salon. Zerka na zaczęte puz­zle na ławie przed kanapą i czuje chęć, by do nich podejść. Powstrzy­muje się jed­nak i idzie dalej. W kuchni nalewa sobie szklankę wody i opróż­nia ją kil­koma dużymi łykami. Okno kuchenne wycho­dzi na park z pla­cem zabaw, wokół któ­rego stoją wszyst­kie oko­liczne budynki miesz­kalne. Zjeż­dżal­nia i ścianka wspi­nacz­kowa odci­nają się wyraź­nie w bla­sku księ­życa. Spra­wiają ponure wra­że­nie. Żyjąc w tym miej­scu, powinno się mieć dzieci. Powinno się sie­dzieć na malut­kim tara­sie na tyłach domu i patrzeć, jak pocie­chy bawią się w parku. Nie stać nago w kuchni w środku nocy i strzą­sać z sie­bie kosz­marne sny. Jed­nak David nie ma dzieci. Nie doro­bił się potom­stwa, które mogłoby w pia­skow­nicy rzu­cać zabaw­kami w rówie­śni­ków. Prze­raża go już sama myśl, że miałby wziąć odpo­wie­dzial­ność za czy­jeś życie. Ze swo­jego dzie­ciń­stwa nie pamięta wła­ści­wie nic. Jak więc miałby zapew­nić je komuś innemu?

Wie, że wielu ludzi dziwi fakt, iż nie zacho­wał wspo­mnień z cza­sów, kiedy był mały. Jed­nak David nie ma z tym pro­blemu. Mało kto pamięta cokol­wiek z pierw­szych pię­ciu lat życia. Co z tego, że u niego ów okres wydłu­żył się o kolejne sie­dem czy dzie­sięć lat? To żadna róż­nica. Nie musi prze­żyć dzie­ciń­stwa, by być szczę­śliwy jako doro­sły czło­wiek.

Zresztą, chrza­nić to. Teraz już cał­kiem się roz­bu­dził. Z przy­zwy­cza­je­nia otwiera leżą­cego na bla­cie lap­topa i przez chwilę, zza przy­mru­żo­nych powiek, wpa­truje się w świe­cący jaskrawo ekran, nim udaje mu się go przy­ciem­nić. Spraw­dza maile, choć jest prze­ko­nany, że w nocy nie przy­szło nic pil­nego.

Więk­szość wia­do­mo­ści w skrzynce odbior­czej ma zna­czek spamu. Przez to pra­wie prze­oczył jeden bez ozna­ko­wa­nia. Nadaw­czy­nią jest nie­jaka Pau­lina Ment­zer. David ni­gdy wcze­śniej ie sły­szał tego imie­nia i nazwi­ska. W tytule wia­do­mo­ści wid­nieje jedno słowo: „Kon­takt”. Wysłano ją o 02.14, pół godziny temu. W środku nocy. Zapewne to też zwy­kły spam, który prze­śli­zgnął się przez filtr, może reklama witryny rand­ko­wej peł­nej Rosja­nek. Mimo to David nie lubi trwać w nie­pew­no­ści, więc otwiera wia­do­mość. Czyta pierw­szą linijkę, bio­rąc kolejny łyk wody.

Cześć, Davi­dzie,

ie znasz mnie, ale mój tato i twoja mama znają się ze Smålandii.

David marsz­czy czoło i odsta­wia szklankę. Jego matka… To ostat­nia osoba, o jakiej ma ochotę myśleć. Wystar­czy, że jutro będzie musiał poroz­ma­wiać z nią przez tele­fon. Mruga ener­gicz­nie, by ode­gnać sen, który wresz­cie posta­no­wił nadejść, i po chwili czyta dalej.

Chcę się z Tobą skon­tak­to­wać, żeby poroz­ma­wiać o tym, co spo­tkało Cię w dzie­ciń­stwie. Rozu­miem, że to draż­liwy temat, ale cho­dzi o naszych rodzi­ców…

David tłumi ziew­nię­cie. Draż­liwy temat. Może dla niej. Na pewno nie dla niego. Ta Pau­lina może sobie gadać o ich rodzi­cach, ile chce. Nic go to nie obcho­dzi. I wie, że by­naj­mniej nie postę­puje nie­roz­sąd­nie, jego matka też nie zamie­rza o tym mówić. David zamyka okno wia­do­mo­ści, zatrza­skuje lap­topa i wraca do sypialni, do Flo­rence. Staje w progu i jesz­cze raz patrzy na jej nagie ciało w jego łóżku. Wycią­gnęła się z taką bez­tro­ską i oczy­wi­sto­ścią, jakby przy­na­le­żała do tego miej­sca. David kręci głową na tę myśl. Wie, że nie powi­nien sobie wbi­jać do głowy takich rze­czy. Za kilka godzin Flo­rence się obu­dzi, włoży ubra­nie, pój­dzie sobie i nie poświęci mu ani jed­nej myśli do następ­nego spo­tka­nia. I to dla niego jest okej.

Siada na kra­wę­dzi łóżka i wysuwa szu­fladę szafki noc­nej. Książka leży na swoim miej­scu, jak zawsze. Ma ją od małego. To jedna z nie­licz­nych rze­czy, jakie zabrał z domu rodzin­nego. Zawsze miał ją bli­sko sie­bie. Teraz gła­dzi dło­nią okładkę i pró­buje sobie wyobra­zić sied­mio­let­niego Davida prze­rzu­ca­ją­cego strony, marzą­cego o jakiejś przy­go­dzie. Ale, jak zwy­kle, pamięć go zawo­dzi. Książka nie przy­wo­łuje żad­nych wspo­mnień, nie prze­nosi go w daleką prze­szłość. W gło­wie świta mu jedy­nie blada myśl, że kie­dyś, dawno temu, ta książka była dla niego bar­dzo ważna.

David zasuwa szu­fladę i kła­dzie się na łóżku. Ostroż­nie, by nie obu­dzić Flo­rence. Naj­wy­raź­niej potrzebny jej sen. Flo­rence przy­suwa się odru­chowo bli­żej niego, a on kła­dzie dłoń na jej poły­sku­ją­cym sre­brem bio­drze. Czuje, jak dotyk cie­płej, gład­kiej skóry łago­dzi w nim stres. Wtula się w nią na łyżeczkę i obej­muje ją ramie­niem. Wzdy­cha z zachwy­tem. Gdy nasta­nie dzień, oboje będą uda­wali, że to się nie zda­rzyło. Ale w nocy jest ina­czej.3

Flo­rence prze­kra­cza próg drzwi miesz­ka­nia na Östermalm w tej samej chwili, w któ­rej roz­dzwa­nia się tele­fon. To na pewno Léontine, jej naj­star­sza sio­stra. Tylko ona dzwoni tak wcze­snym ran­kiem.

Flo­rence i Léontine. Wszystko przez rodzi­ców. Od zawsze byli skraj­nymi fran­ko­fi­lami, nie tylko wzięli ślub w Paryżu, ale też uwiel­biają fran­cu­skie kino, a waka­cje spę­dzają wyłącz­nie w Pro­wan­sji lub Nicei. Flo­rence jest prze­ko­nana, że kiedy tylko ona i jej rodzeń­stwo patrzą w inną stronę, palą nawet Gau­lo­ises’y bez fil­tra. Oczy­wi­ste więc, że ich dzieci musiały dostać imiona tak fran­cu­skie, jak się tylko dało. Flo­rence uważa, że w jej przy­padku nie jest źle. Oprócz o dzie­sięć lat star­szej Léontine, na którą wszy­scy, rów­nież naj­bliżsi przy­ja­ciele, od zawsze mówili Leo, Flo­rence ma drugą sio­strę, Phi­lo­mene, star­szą o osiem lat, do któ­rej zwraca się Phil, nie­za­leż­nie od tego, czy Phi­lo­mene sobie tego życzy, czy nie, oraz brata o imie­niu Ber­nard. Ten ostatni jest naj­bar­dziej zbli­żony wie­kiem do Flo­rence – tylko dwa lata od niej młod­szy. Co cie­kawe – o iro­nio – ich rodzice noszą imiona Anders i Svea – co Flo­rence i jej rodzeń­stwo czę­sto im wyty­kają.

Flo­rence odbiera tele­fon, spraw­dza­jąc, czy Gray­son nie zosta­wił ubrań w przed­po­koju. Wyczuwa w powie­trzu słod­kawy i mdły zapach jego per­fum, a to znak, że wyszedł nie daw­niej niż kilka godzin temu, cho­ciaż wie­dział, że Flo­rence zamie­rzała wró­cić tu wie­czo­rem i wów­czas miało go już nie być.

– Co, do cho­lery… – mam­ro­cze pod nosem.

– Słu­cham? – rzuca jej sio­stra na dru­gim końcu linii.

– Sorry, to nie do cie­bie.

– Masz szczę­ście, bo mogła­byś zapo­mnieć o pre­zen­tach gwiazd­ko­wych.

– Pre­zen­tach gwiazd­ko­wych? W paź­dzier­niku?

Flo­rence pró­buje słu­chać, ale zapach per­fum nie daje jej spo­koju i budzi w niej złość. A kon­kret­nie ten rodzaj wście­kło­ści, który od jakie­goś czasu ma zare­zer­wo­wany tylko dla byłego męża. Zaci­ska zęby i pró­buje nad sobą zapa­no­wać.

– Nie. Po pro­stu mama i tato chcą wie­dzieć, czy przy­je­dziesz na święta – odpo­wiada Léontine. – Wła­ści­wie dla­tego do cie­bie dzwo­nię.

Przez krótką chwilę Flo­rence czuje się kom­plet­nie sko­ło­wana. Myśl o Gray­so­nie roz­pływa się na moment. Boże Naro­dze­nie wydaje się nie­skoń­cze­nie odle­głe, jesień led­wie zdą­żyła zapu­kać do drzwi. Ale ich rodzice uwiel­biają pla­no­wać. W dodatku Anders i Svea, na prze­kór sta­ty­sty­kom, nie tylko pozo­stają mał­żeń­stwem od ponad czter­dzie­stu lat, ale są też w sobie wręcz nie­przy­zwo­icie zako­chani.

– Przy­jadę – potwier­dza Flo­rence. – Ale jeśli tato znów zamie­rza spre­zen­to­wać mamie jedną z tych prze­zro­czy­stych koszu­lek noc­nych, odwrócę się i wyjdę. Ist­nieją gra­nice przy­zwo­ito­ści, któ­rych nie wolno prze­kra­czać.

Léontine śmieje się jej do ucha.

– Nie omiesz­kam prze­ka­zać im two­jej prośby. Powiedz jesz­cze… nie wiem, czy w ogóle muszę o to pytać, ale… będziesz sama, prawda?

– Roz­wio­dłam się nie­całe sześć mie­sięcy temu – mówi Flo­rence. – Naprawdę myślisz, że jestem taka szybka?

– Całe szczę­ście, że nie przy­ję­łaś jego nazwi­ska – komen­tuje Léontine. – I jeśli mam być szczera, nie mogłam zro­zu­mieć, co widzia­łaś w tym face­cie.

Flo­rence wie, że to nie­prawda. Na samym początku Léontine była nim urze­czona tak samo jak pozo­stali. Ale cie­szy ją fakt, że sio­stra opo­wie­działa się po jej stro­nie.

– Wiem, powin­nam była zaufać pierw­szemu wra­że­niu – odpo­wiada, wcho­dząc głę­biej do miesz­ka­nia.

Wszę­dzie widać ślady obec­no­ści Grey­sona. Flo­rence pró­buje oddy­chać przez nos. Poznali się na stu­diach praw­ni­czych, na któ­rych Grey­son cie­szył się popu­lar­no­ścią gwiazdy rocka. Kilka lat wcze­śniej jego rodzina spro­wa­dziła się do Szwe­cji ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych i od tam­tej pory sza­lały za nim wszyst­kie dziew­czyny. Za to Flo­rence nie była nim na początku ani tro­chę zain­te­re­so­wana.

– Pamię­tam, jak opo­wia­da­łaś o gościu z tego samego roku, który wyda­wał ci się strasz­nie powierz­chowny i sku­piony na osią­ga­niu suk­ce­sów – cią­gnie Léontine, par­ska­jąc śmie­chem. – Cho­ciaż zna­czący był już sam fakt, że w ogóle o nim wspo­mi­na­łaś, bo to samo można było powie­dzieć o wszyst­kich ludziach, któ­rzy z tobą stu­dio­wali.

– Dodam na swoją obronę, że póź­niej Gray­son się zmie­nił – odpo­wiada Flo­rence.

Roz­ma­wiały o tym już nie­je­den raz. Ojciec jej byłego męża zacho­ro­wał na par­kin­sona. Wszystko poto­czyło się w zawrot­nym tem­pie. W ostat­nich tygo­dniach życia taty Gray­son stał się cał­kiem inną osobą. Nie cho­dziło mu już tylko o to, żeby bry­lo­wać w restau­ra­cji Stu­re­hof, a Flo­rence zaczęła go widy­wać w biblio­tece pochy­lo­nego nad któ­rąś z ksią­żek Daniela Den­netta lub jakie­goś innego filo­zofa. Ów nowy, sto­no­wany Gray­son, tak różny od chło­paka pole­wa­ją­cego wszyst­kim przy barze z bute­lek z logo Per­nod Ricard, być może nie był już tak zabawny dla szer­szego grona zna­jo­mych, lecz Flo­rence zaczęła go darzyć sza­cun­kiem. Poza tym wciąż wyglą­dał jak ame­ry­kań­ski odpo­wied­nik grec­kiego boga. Zaczęli się razem uczyć, a potem sprawy poto­czyły się same.

– Pew­nie ci nie prze­szka­dzało, że jest takim cia­chem – rzuca iewin­nym tonem Léontine. – Świ­nia z niego, ale wyjąt­kowo sek­sowna.

– Przy­mknij się, babsz­tylu jeden – odcina się Flo­rence, wcho­dząc do kuchni. Na bla­cie stoją trzy butelki po szam­pa­nie marki Bol­lin­ger.

– Niech cię jasna… – wybu­cha Flo­rence, lecz hamuje się w poło­wie zda­nia. – To nie do cie­bie, Léontine.

Flo­rence i Gray­son wzięli ślub. Po jakimś cza­sie dawne zacho­wa­nia Gray­sona zaczęły wra­cać. Kiedy Flo­rence otwo­rzyła kan­ce­la­rię, powie­dział – cał­kiem serio – że jej wybory zawo­dowe uka­zują go w złym świe­tle. Że przez nie czuje się nie­mę­ski. Flo­rence prze­suwa flaszki i wyciera roz­chla­pany alko­hol. – Sły­szę, że jesteś zajęta – mówi Léontine. – Prze­każę mamie i tacie, że przy­je­dziesz. I żeby sobie daro­wali prze­świ­tu­jące koszulki.

Sio­stra Flo­rence milk­nie na moment, lecz po chwili dodaje to, co Flo­rence i tak spo­dzie­wała się usły­szeć:

– Całe szczę­ście, że nie doro­bi­li­ście się dzieci. – Śmieje się krótko i odkłada słu­chawkę, ale tym razem w jej śmie­chu da się wyczuć napię­cie.

No wła­śnie. Dzieci. Léontine ma dwoje nasto­lat­ków i na co dzień użera się z wszyst­kimi uciąż­li­wo­ściami zwią­za­nymi z ich wie­kiem. Phil ma syna, który nie­ba­wem skoń­czy dzie­sięć lat. Ber­nard i jego żona nie mają tyle szczę­ścia i wła­śnie pod­cho­dzą do czwar­tej próby in vitro. Żadne z rodzeń­stwa nie może pojąć, dla­czego Flo­rence posta­no­wiła odło­żyć macie­rzyń­stwo na póź­niej. Kiedy wyszła za mąż, na chwilę ożyła w nich nadzieja, ale teraz, gdy się roz­wio­dła, zaczęli wręcz oka­zy­wać znie­cier­pli­wie­nie. Rzecz jasna, żadne z nich nie ma odwagi zapy­tać ją o to wprost, są na to zbyt dobrze wycho­wani, lecz ich uwagi bywają dokucz­liwe. Flo­rence podej­rzewa, że Hanna, żona Ber­narda, wręcz jej nie znosi, bo Flo­rence świa­do­mie nie decy­duje się na coś, o co ona i Ber­nard muszą toczyć ciężką walkę. I Flo­rence do pew­nego stop­nia ich rozu­mie. Jed­nak żadne z rodzeń­stwa nie wybrało takiego zawodu jak ona. Nie można mieć wszyst­kiego. Ona też musiała okre­ślić swoje prio­ry­tety. I nie zamie­rza niczego żało­wać. Trudno jest zna­leźć czas i na dzieci, i na kan­ce­la­rię.

W dodatku znów jest sin­gielką.

Uprząta butelki po szam­pa­nie, bio­rąc każdą w dwa palce, by mieć z nimi jak naj­mniej­szą stycz­ność, i wkłada je do worka na szkło. Ponie­waż sytu­acja na rynku miesz­ka­nio­wym w mie­ście jest, jaka jest, ona i Gray­son muszą się dzie­lić miesz­ka­niem na czas poszu­ki­wa­nia dru­giego lokum. Na razie usta­lili, że będą je zaj­mo­wali na zmianę. Mieli się wymie­nić wczo­raj, a Flo­rence zja­wiła się dopiero tego ranka tylko dla­tego, że zasnęła u Davida. Zwy­kle ni­gdy nie zostaje u niego na noc. Zwłasz­cza z nie­dzieli na ponie­dzia­łek.

Zgod­nie z umową miesz­ka­nie powinno być prze­ka­zane w takim sta­nie, w jakim się je zastało – czyli bez śla­dów po sobie. Ale były mąż Flo­rence jest mistrzem w zazna­cza­niu swo­jej obec­no­ści, zosta­wia­niu śla­dów, które mają rze­komo świad­czyć o tym, jak fan­ta­stycz­nie mu się wie­dzie od ich roz­sta­nia. Flo­rence sta­wia podzwa­nia­jący butel­kami worek przy drzwiach wyj­ścio­wych.

– Założę się, że robi to spe­cjal­nie – mam­ro­cze pod nosem. Trzy flaszki szam­pana. Pew­nie przy­pro­wa­dził tu jakąś stu­dentkę prawa i porząd­nie ją spił.

Flo­rence prze­cho­dzi do sypialni, żeby przed wyj­ściem prze­brać się w coś, co nie będzie świad­czyło o jej noc­nych wyczy­nach, i zastaje tam przed­miot, który dopro­wa­dza buzu­jącą w niej złość do tem­pe­ra­tury wrze­nia. Na bia­łym dywa­nie leży roz­pa­ko­wana pre­zer­wa­tywa. Nie­uży­wana, lecz mimo to spo­czywa sobie na środku pokoju jakby ni­gdy nic. To nie przy­pa­dek. Flo­rence roz­waża przez moment, czy nie powinna oskar­żyć Gray­sona o mole­sto­wa­nie, lecz docho­dzi do wnio­sku, że jego spo­soby na zazna­cza­nie swo­jej wła­dzy są po pro­stu żało­sne. Idzie więc do kuchni, po chwili wraca do sypialni ze szczyp­cami do grilla i pod­nosi nimi kon­dom. Nie zamie­rza doty­kać niczego, co mogło mieć stycz­ność z jaką­kol­wiek czę­ścią ciała Gray­sona. Wkłada zna­le­zi­sko do koperty, a potem dołą­cza liścik.

Cześć, Gray­son,

zosta­wi­łeś to na pod­ło­dze w moim miesz­ka­niu. Pomy­śla­łam sobie, że będziesz chciał go odzy­skać, bo wygląda na nie­uży­wany. Widzia­łam też butelki. Suge­ruję, żebyś w przy­szło­ści wybie­rał coś tań­szego, skoro musisz wlać w dziew­czynę aż tyle, żeby zgo­dziła się z tobą prze­spać.

Z ser­decz­nymi pozdro­wie­niami

Flo­rence

Adre­suje kopertę do firmy, w któ­rej pra­cuje jej były mąż, celowo zapi­su­jąc jej nazwę nad imie­niem i nazwi­skiem Gray­sona. Dzięki temu, zanim list trafi na jego biurko, otwo­rzy go Ceci­lia w recep­cji. A Ceci­lia trzyma z Flo­rence. I lubi plot­ko­wać.

Flo­rence patrzy na zega­rek i stwier­dza, że jed­nak nie zdąży się prze­brać. Jakoś opę­dzi ten dzień we wczo­raj­szych ciu­chach. Wrzu­ciła już do torebki dez­odo­rant i kosme­tyki do maki­jażu. Wkłada do niej jesz­cze czy­ste majtki i odno­to­wuje w myślach, by nie zapo­mnieć nadać listu. Gray­son powi­nien był się nauczyć, że z Flo­rence Tap­per lepiej nie zadzie­rać.4

Pau­lina czyta wysłany nocą mail. Żałuje, że go napi­sała. Zro­biła to dopiero za trze­cim razem, wcze­śniej dwu­krot­nie kaso­wała tekst i usu­wała list ze skrzynki z wer­sjami robo­czymi. Aż w końcu, tuż po dru­giej w nocy, udało jej się skle­cić coś, co jako tako ją zado­wa­lało. Dobrała słowa tak, by nie powie­dzieć ani za dużo, ani za mało.

A przy­naj­mniej tak uwa­żała wtedy.

Lecz teraz, pięć godzin póź­niej, nie jest już taka pewna. Powinna padać z nóg, bo nie zmru­żyła oka przez całą noc, ale ten cho­lerny mail zaprzą­tał jej myśli jak chmara bzy­czą­cych koma­rów i nie mogła się od nich opę­dzić. Gdyby ktoś inny popro­sił ją o nawią­za­nie kon­taktu z cał­kiem obcą osobą w podob­nych oko­licz­no­ściach, z pew­no­ścią by odmó­wiła. Ale mama zawsze przy­cho­dziła jej z pomocą. Nie­ważne, czy Pau­li­nie doku­czał jakiś dzie­ciak w szkole, czy uwziął się na nią tre­ner siat­kówki, mama zawsze trzy­mała jej stronę, gotowa roz­szar­pać nie­przy­ja­ciela. Sta­wała do walki nawet po tym, jak jej się pogor­szyło. Nikt nie miał prawa krzyw­dzić jej córki.

Pau­lina miała więc świa­do­mość, że musi to dla niej zro­bić. Mama ciężko cho­ro­wała przez rok, a dwa mie­siące temu, tuż po jej śmierci, Pau­lina zna­la­zła list. Leżał w szu­fla­dzie i był zaadre­so­wany do niej. Na koper­cie wid­niał napis: „Otwórz po mojej śmierci”. Mama nie wspo­mniała o nim, kiedy jesz­cze żyła. W pierw­szej chwili Pau­lina pomy­ślała, że cho­dzi o jakąś zmianę w testa­men­cie, lecz nie mogła się bar­dziej pomy­lić. Ow­szem, list zawie­rał pewien rodzaj spadku, ale by­naj­mniej nie to, czego Pau­lina ocze­ki­wała.

Mama pro­siła w nim, by Pau­lina skon­tak­to­wała się z nie­ja­kim Davi­dem Lun­dem z Val­len­tuny.

Nie podała jed­nak żad­nych szcze­gó­ło­wych instruk­cji.

Pau­lina wrzu­ciła więc hasło _David Lund, Val­len­tuna_ do wyszu­ki­wa­rek adre­sów hitta.se i eniro.se, i uzy­skała jedno tra­fie­nie. Zało­żyła więc, że to wła­ściwa osoba. David Lund zde­cy­do­wał się jed­nak nie poda­wać numeru tele­fonu, poznała więc tylko adres pocz­towy. Googlo­wała więc dalej, aż namie­rzyła firmę, w któ­rej pra­co­wał, i na szczę­ście na jej stro­nie wid­niały adresy mailowe pra­cow­ni­ków. Pau­lina uwa­żała, że na począ­tek lepiej wysłać list niż zadzwo­nić. Bo jak mia­łaby mu na dzień dobry powie­dzieć coś, co brzmiało jak kom­pletne bred­nie? Lecz nawet sfor­mu­ło­wa­nie maila zajęło jej aż trzy próby. Skoro jed­nak zde­cy­do­wała się na taką formę kon­taktu, teraz musiała zacze­kać na odpo­wiedź.

Znała już na pamięć list pozo­sta­wiony jej przez mamę. Mimo to pod­nosi go ze sto­lika przed kanapą i czyta jesz­cze raz. Ostatni aka­pit kil­ka­krot­nie.

Pro­szę Cię, żebyś uwa­żała. Musisz się liczyć z tym, że oni wie­dzą, kim jesteś. Jeśli odkryją, że roz­ma­wia­łaś z Davi­dem Lun­dem, a wiedz, że ci męż­czyźni potra­fią usta­lać takie rze­czy, zro­zu­mieją, że o wszyst­kim wiesz. Musisz być od nich szyb­sza. Będą pró­bo­wali Cię dopaść.

Żad­nych nazwisk. Żad­nego kon­kretu, na kogo powinna uwa­żać. W prak­tyce ozna­czało to, że od tam­tej chwili Pau­lina musiała się mieć na bacz­no­ści przed każdą napo­tkaną osobą. Napi­sała Davi­dowi, że coś wie. Pyta­nie brzmi, kto jesz­cze dys­po­nuje tą samą wie­dzą. I kto będzie miał na nią oko. Albo już ją obser­wuje.

Zakle­iła kamerkę lap­topa maleńką kar­teczką, lecz nie jest pewna, czy to wystar­czy. Ist­nieją inne spo­soby na śle­dze­nie ludzi. Iso­bel, jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, uważa, że Pau­lina ma skłon­ność do dra­ma­ty­zo­wa­nia. I zapewne ma rację.

Ale to nie ozna­cza, że nikt Pau­liny nie obser­wuje.

Wygląda przez okno i patrzy na rzekę ludzi śpie­szą­cych do pracy czy szkoły. Zaczął się już poranny ruch. Wszy­scy dokądś zmie­rzają. Wzrok Pau­liny zatrzy­muje się na męż­czyź­nie w sza­rym płasz­czu, idą­cym o wiele wol­niej niż reszta prze­chod­niów. Kiedy nie­zna­jomy mija jej kamie­nicę, zadziera głowę i spo­gląda w górę. Jakby cze­goś szu­kał.

Pau­lina robi odru­chowo krok w tył.

O cho­lera.

Nie powinna była wysy­łać tego maila. Nie może oprzeć się wra­że­niu, że poru­szyła lawinę. Wielką i bar­dzo, ale to bar­dzo nie­bez­pieczną. I nie da się jej już zatrzy­mać.5

Kre­skin posyła Davi­dowi spoj­rze­nie tak pełne uda­wa­nego cier­pie­nia, że David par­ska śmie­chem. Wiel­kie oczy należą do sza­rego bul­doga fran­cu­skiego z białą plamą na brzu­chu – stwo­rze­nia, któ­rego życio­wym celem jest ścią­ga­nie na sie­bie nie­po­dziel­nej uwagi swo­jego pana. David zwy­kle nie uchyla się przed tym obo­wiąz­kiem, ale w tej chwili sie­dzi przy stole w kuchni, popija poranną kawę i mnie w pal­cach kar­teczkę zło­żoną na pół. Cze­kała na niego na bla­cie, gdy się obu­dził.

Jego imię zapi­sano na wierz­chu brą­zo­wym atra­men­tem. Dziwny kolor, choć wyjąt­kowo ele­gancki. Kar­teczkę musiała zosta­wić Flo­rence. Na co dzień kon­tak­tują się przez apkę w tele­fo­nie, Flo­rence mogła jej użyć, ale z jakie­goś powodu tego nie zro­biła. Poświę­ciła czas na spo­rzą­dze­nie odręcz­nej notatki. Podoba mu się to. Ale dla­czego aku­rat dziś? Nie mogła wie­dzieć, że to szcze­gólna oka­zja. A może nie­chcący wczo­raj o tym wspo­mniał?

Kre­skin stoi na tyl­nych łap­kach, opiera przed­nie na udzie Davida i ma wyraź­nie nie­za­do­wo­loną minę. David ujmuje kar­teczkę obiema dłońmi, jakby trzy­mał wielki skarb, po czym ją otwiera. Wid­nieją na niej tylko trzy słowa:

_Gdy­byś mnie potrze­bo­wał._

Potem jest rząd cyfr. David odczy­tuje numer tele­fonu psu, lecz na zwie­rzaku nie robi to więk­szego wra­że­nia.

– Nie możesz się gnie­wać o to, że nie wie­działa, jaki dziś dzień – mówi do sie­bie. – Flo­rence jest powa­żaną adwo­katką. Jej czas kosz­tuje mnó­stwo pie­nię­dzy i nie może go mar­no­wać na byle kogo. Takiej kobie­cie jak ona nie przy­szłoby do głowy, żeby poda­wać numer tele­fonu zwy­kłemu śmier­tel­ni­kowi. A mimo to…

A mimo to David wła­śnie na niego patrzy. Ma go w dłoni. Numer Flo­rence, tej samej, która go uspo­ka­jała, kiedy nocą dopadł go nie­po­kój. I która nie powie­działa „To na razie”, wycho­dząc z jego miesz­ka­nia.

_Gdy­byś mnie potrze­bo­wał._

Kre­skin wydaje krótki szczek i znów patrzy na Davida tak, jakby chciało mu się sikać w takim samym stop­niu, w jakim poczuł się zlek­ce­wa­żony.

– Chcesz iść na spa­cer? – pyta go David, odkła­da­jąc kartkę.

Pies zaczyna ska­kać, obi­ja­jąc się o ściany jak gumowa piłka, która nały­kała się ecstasy, a jego spoj­rze­nie, jesz­cze przed chwilą tak pełne cier­pie­nia, nabiera teraz wyrazu nie­po­zo­sta­wia­ją­cego wąt­pli­wo­ści, że jeśli David nie wypro­wa­dzi go za pół minuty, poduszki na kana­pie w salo­nie zostaną tylko wspo­mnie­niem.

– Daj mi się ubrać – rzuca do Kre­skina. – Nie chcemy napę­dzić stra­cha jakimś dzie­ciom.

Jako pro­gra­mi­sta David może pozwo­lić sobie na luk­sus pracy z domu przez więk­szość dni w tygo­dniu. Dzięki temu Kre­skin może cza­sem zaży­wać wyjąt­kowo dłu­gich spa­ce­rów. Ozna­cza to rów­nież, że David spę­dza dłu­gie godziny w szla­froku. Kre­skin nagle się zatrzy­muje i znów wydaje pode­ner­wo­wane szczek­nię­cie. Potem pędzi do przed­po­koju i po chwili wraca ze smy­czą w pysku, by przy­śpie­szyć pro­ce­durę wyj­ścia, ale David dopiero wcho­dzi do sypialni, gdzie wkłada spodnie i pod­ko­szu­lek. Sły­szał, jak Flo­rence bie­rze prysz­nic o pią­tej rano, zanim sobie poszła, ale sam wciąż czuje się lepki po noc­nym kosz­ma­rze.

Kiedy wycho­dzi do przed­po­koju, Kre­skin czeka ze smy­czą w zębach. David otwiera drzwi, pozwa­la­jąc, by jesienny wiatr owio­nął mu twarz. Pies wypada na traw­nik z impe­tem kuli armat­niej. Tele­fon dzwoni dokład­nie w chwili, gdy David prze­kręca klucz w drzwiach. Wkłada do uszu słu­chawki i rusza w stronę Val­len­tuna Cen­trum.

– Tak, słu­cham? – mówi.

– Cześć, Davi­dzie, mówi Ellen.

David mil­czy przez kilka sekund. Spo­dzie­wał się jej tele­fonu. Mimo to jej głos lekko nim wstrząsa. Robi głę­boki wdech.

– Cześć, Ellen – odpo­wiada, siląc się na pewny ton.

Jego matka ni­gdy sobie nie życzyła, by nazy­wał ją „mamą”. Odkąd David sięga pamię­cią, zwra­cał się do niej po imie­niu. „Jestem osobą, nie funk­cją”, wyja­śniła mu przy jakiejś oka­zji. To jedno z jego naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień. Tam­tego dnia wła­śnie poszedł do siód­mej klasy.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego – rzuca Ellen do słu­chawki. – Minął kolejny rok.

– Dzię­kuję.

Znów zapada cisza. Kre­skin cią­gnie smycz, więc David zwięk­sza tempo. Zerka na zega­rek. Jest tuż po ósmej. Wła­śnie otwarto cukier­nię.

– Coś jesz­cze? – dodaje po chwili. – Chcesz wie­dzieć, co robi­łem od ostat­nich uro­dzin, co sły­chać w pracy i tak dalej? – Po co mia­ła­bym o to pytać? – rzuca w odpo­wie­dzi jego matka.

W jej gło­sie sły­chać auten­tyczne zdzi­wie­nie. David nie wie, skąd mu przy­szło do głowy, że tym razem będzie ina­czej. Odkąd pamięta, ich rela­cja ogra­ni­czała się do wymie­nia­nia nic nie­zna­czą­cych uprzej­mo­ści i już dawno się nauczył, jak nie dać się zra­nić jej nie­zdol­no­ścią do wyra­ża­nia cie­płych uczuć czy choćby zain­te­re­so­wa­nia nie tylko wzglę­dem jego osoby, ale też wszyst­kich innych ludzi. Mimo to nie potrafi zagłu­szyć w sobie marze­nia, że któ­re­goś dnia to się zmieni. Że matka zadzwoni i powie: „Cześć, Davi­dzie, tu mama, kocham cię, synku”. Rów­nie dobrze mógłby marzyć o pokoju na Ziemi albo jed­no­roż­cach. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że matka powinna udać się do spe­cja­li­sty po dia­gnozę i pod­dać się tera­pii. Przez chwilę roz­waża, czy nie wspo­mnieć jej o mailu otrzy­ma­nym w środku nocy, bo naj­wy­raź­niej ktoś ma ochotę omó­wić z nim sprawy oso­bi­ste. Docho­dzi jed­nak do wnio­sku, że jego matki nie obej­dzie rów­nież to.

– Tak po pro­stu, bez powodu – odpo­wiada. – Dzięki za tele­fon.

Kilka minut póź­niej on i Kre­skin wcho­dzą do Val­len­tuna Kon­di­tori. W cukierni unosi się sma­ko­wity zapach świe­żych wypie­ków pysz­nią­cych się za szklaną ladą. Kil­koro eme­ry­tów – ranne ptaszki – roz­sia­dło się już przy sto­li­kach z kub­kami kawy, ale oprócz nich w lokalu jest tylko on i jego pies.

– Popro­szę jedną z tych babe­czek z cze­ko­ladą i różową posypką – mówi David do kobiety za ladą, poka­zu­jąc pal­cem na cia­sto zawie­ra­jące przy­dział cukru, który powi­nien wystar­czyć mu na rok. – Dziś są moje uro­dziny – dodaje.6

Flo­rence przy­staje na moment na klatce scho­do­wej kamie­nicy na Linnégatan, nim naci­ska klamkę drzwi kan­ce­la­rii. Na mosięż­nej tabliczce wid­nieje nazwa „Tap­per, Alho & Siöö”. Prze­suwa pal­cami po nazwi­skach, dotyka opusz­kami wgłę­bień liter i napo­mina się w myślach, że powinna być wdzięczna za to, co ma, i pamię­tać, że nic ni­gdy nie jest dane raz na zawsze. Dostała tę tabliczkę w pre­zen­cie od rodzeń­stwa. Być może sio­stry i brat nie rozu­mieją jej życio­wych wybo­rów, ale w decy­du­ją­cych spra­wach zawsze wspie­rają ją w stu pro­cen­tach. Nie bra­ko­wało takich, któ­rzy uśmie­chali się z drwiną, kiedy otwie­rała wła­sną firmę. W dodatku nie wszy­scy robili to za jej ple­cami. Zaska­ku­jąco wiele osób, które do tam­tej pory uzna­wała za dobrych kole­gów z branży, otwar­cie wyra­ziło swoje nie­za­do­wo­le­nie. Niektó­rzy wręcz z niej szy­dzili.

Widocz­nie nie paso­wało im, że Flo­rence nie jest ani tro­chę zain­te­re­so­wana grą w golfa, nie ma humi­doru na cygara i – co naj­gor­sze – nie jest męż­czy­zną. Wielu ocze­ki­wało, że zre­kom­pen­suje te oczy­wi­ste nie­do­cią­gnię­cia, bio­rąc sobie dwóch kom­pe­tent­nych wspól­ni­ków – ma się rozu­mieć, męż­czyzn. Szok, jaki wywo­łała, wybie­ra­jąc na part­nerki kobiety, a potem, jakby tego było mało, pod­bie­ra­jąc klien­tów kilku dużym kan­ce­la­riom, wciąż nie prze­mi­nął i odbi­jał się echem w całym praw­ni­czym światku. Flo­rence była gotowa przy­jąć to na klatę. Nie spo­dzie­wała się jed­nak, że naj­więk­szym kry­ty­kiem jej poczy­nań okaże się wła­sny mąż. Począt­kowo pró­bo­wała sobie wmó­wić, że nie­za­do­wo­le­nie Gray­sona brało się z braku pew­no­ści sie­bie z jego strony, i była nawet zda­nia, że to uro­cze. Dziś nie mie­ściło jej się w gło­wie, jak dalece czło­wiek jest skłonny okła­my­wać samego sie­bie, by ura­to­wać zwią­zek.

Pole­ruje tabliczkę ręka­wem żakietu. To jej wła­sność, długo o nią wal­czyła. Jeśli komuś się nie podoba, niech idzie do dia­bła. Otwiera drzwi i wcho­dzi do środka.

W holu ski­nie­niem głowy wita się z prak­ty­kantką o imie­niu Jen­ni­fer. Dziew­czyna idzie kory­ta­rzem i spo­gląda na Flo­rence wzro­kiem nieco zago­nio­nym, ale i peł­nym dumy. Tak powinno być. W następ­nej chwili Flo­rence zde­rza się z nad­cho­dzącą z dru­giej strony Anną Alho i pra­wie upusz­cza na pod­łogę pudełko z lun­chem. Anna ma lekką zadyszkę, a z jej per­fek­cyj­nej na co dzień fry­zury wymknęło się pasemko wło­sów.

– Ależ ci śpieszno – stwier­dza Flo­rence z uśmie­chem.

– Prze­cią­gnęło się spo­tka­nie na zoo­mie z Lon­dy­nem, ranne ptaszki z tych Bry­tyj­czy­ków, jestem już spóź­niona na inną naradę online i…

Anna milk­nie i mie­rzy Flo­rence spoj­rze­niem od stóp do głów. Zatrzy­muje wzrok na lekko wymię­tej bluzce pod żakie­tem praw­niczki.

– Ktoś tu zarwał noc – komen­tuje z tym swoim, naj­pięk­niej­szym, zda­niem Flo­rence, fiń­skim akcen­tem. – Mam w swoim gabi­ne­cie parow­nicę, jeśli chcesz popra­wić to i owo.

Jamela Siöö, trze­cia wspól­niczka, wychyla się przez drzwi jed­nego z pokoi z tele­fo­nem przy uchu. Unosi brwi i poka­zuje Flo­rence wysta­wiony w górę kciuk. Flo­rence wybu­cha śmie­chem. Wie, że gdyby kie­dy­kol­wiek nabrała wąt­pli­wo­ści, czy jej firma powinna dzia­łać w taki spo­sób, wystar­czy jedno spo­tka­nie z Anną i Jamelą, i wszystko natych­miast wróci na wła­ściwy tor. Faceci niech idą do dia­bła. Świet­nie pora­dzi sobie bez nich.

– Dzięki – rzuca do Anny. – Nie mam dziś żad­nego spo­tka­nia.

– Może nie w realu – odpo­wiada Anna. – Ale to twoja kolej, żeby zro­bić rela­cję na żywo na Insta­gra­mie.

Flo­rence prze­wraca oczami. Zupeł­nie o tym zapo­mniała. Raz w tygo­dniu urzą­dzają sesję pytań i odpo­wie­dzi, i prak­tyka ta cie­szy się popu­lar­no­ścią, jakiej się nie spo­dzie­wały. Stu­denci, a nawet kole­dzy po fachu zadają mnó­stwo pytań. I aku­rat dziś rela­cję ma popro­wa­dzić Flo­rence.

– Kto wpadł na ten genialny pomysł, żeby nasza kan­ce­la­ria dzia­łała rów­nież w mediach spo­łecz­no­ścio­wych? – pyta z wes­tchnie­niem.

– Ty – odpo­wiada Anna z sze­ro­kim uśmie­chem. – Ustaw kamerkę nieco dalej. Dobrze, że nie umó­wi­łaś żad­nych innych spo­tkań.

– À pro­pos spo­tkań, nie śpie­szysz się na jakieś?

Anna wytrzesz­cza oczy, mam­ro­cze pod nosem jakieś prze­kleń­stwo, po czym odcho­dzi i znika za drzwiami swo­jego gabi­netu. Flo­rence rusza do kuchni po kawę, kiedy tele­fon sygna­li­zuje pik­nię­ciem, że ode­brał wia­do­mość. Phi­lo­mene posta­no­wiła jej przy­po­mnieć, że w nie­dzielę jest przy­ję­cie z oka­zji dzie­sią­tych uro­dzin Adama. Jakby Flo­rence mogła o tym zapo­mnieć. Ni­gdy w życiu. Uwiel­bia swo­jego sio­strzeńca. Ale nie mie­ści jej się w gło­wie, że chło­pak ma już dzie­sięć lat. Gdzie się podział ten czas? Pre­zent jest już zapa­ko­wany i czeka na prze­ka­za­nie w ręce naj­bar­dziej cza­ru­ją­cego dzie­ciaka, jakiego Flo­rence spo­tkała w całym życiu.

Po dro­dze do kuchni kła­dzie kopertę zaadre­so­waną do Gray­sona na kupce wycho­dzą­cej poczty.7

Dokład­nie w chwili, w któ­rej David płaci za babeczkę, przy­cho­dzi wia­do­mość od Sakury.

Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin! Wpad­nij do mnie. Praca nie ucierpi, jeśli w uro­dziny wypi­jesz kawę z naj­lep­szą przy­ja­ciółką.

David uśmie­cha się pod nosem. Pamię­tała. Sakura była pierw­szą osobą, jaką poznał po prze­pro­wadzce ze Smålandii. Choć cza­sem nawet z naj­star­szymi sta­żem przy­ja­ciółmi nie ma się kon­tak­tów tak czę­stych, jak by się chciało, nie­za­leż­nie od tego, jak bli­sko miesz­kają. Z Sakurą nie widział się już chyba od mie­siąca. Nie­dawno została mamą i ma mnó­stwo na gło­wie. Ale cie­szy go fakt, że o nim nie zapo­mniała.

– Niech pani zapa­kuje jesz­cze jedną – mówi do mło­dej kobiety za ladą. – Albo… w sumie trzy. Jak sza­leć, to sza­leć. Pro­szę je na wynos.

Roy ma dopiero pięć mie­sięcy, ale David uznał, że jemu też należy się babeczka. Uro­dziny to uro­dziny. Odbiera pudełko z wypie­kami i wycho­dzi na zimne poranne powie­trze.

– Idziemy do Sakury – mówi do Kre­skina. – To kawa­łek stąd. Dasz radę?

Na brzmie­nie imie­nia Sakury Kre­skin par­ska i jesz­cze moc­niej pociąga za smycz. Gdyby mógł wybie­rać, rzu­ciłby dla niej Davida bez mru­gnię­cia okiem.

– Ty sprze­dajny sier­ściu­chu – mam­ro­cze David, a mija­jąca go para eme­ry­tów posyła mu zdzi­wione spoj­rze­nia.

Przez uła­mek sekundy Kre­skin ma zawsty­dzoną minę, a potem znów szar­pie smycz.

Sakura mieszka w nie­bie­skim drew­nia­nym domu w dziel­nicy, gdzie więk­szość traw­ni­ków zaj­mują tram­po­liny i baseny. Jed­nak jej obej­ście było od początku o wiele cie­kaw­sze, bo urzą­dziła w nim praw­dziwy japoń­ski ogród. David podej­rzewa, że sta­ran­nie uło­żone kamyki i ozdoby prędko zmie­nią miej­sca, kiedy Roy tro­chę pod­ro­śnie i zacznie się prze­miesz­czać o wła­snych siłach. Mija dobra chwila, nim Sakura otwiera drzwi.

– Oj, ale się posta­rza­łeś – rzuca ze śmie­chem. – Może lepiej wejdź i usiądź. Kre­skin, twoja zabawka leży pod kanapą.

– Cie­bie też miło widzieć – odpo­wiada David, prze­kra­cza­jąc próg.

Wpraw­nym ruchem chwyta w biegu Kre­skina, pędzą­cego już w stronę kanapy, pod­nosi go, wyciera mu łapy ręcz­ni­kiem poda­nym przez Sakurę, a potem pusz­cza wolno.

– Mia­łam tort nie­spo­dziankę – oznaj­mia Sakura. – Nie uwie­rzył­byś, ile można zro­bić, kiedy nie śpi się po nocach.

Uśmie­cha się, ale David dostrzega wyraźne cie­nie pod jej oczami.

– Mia­łaś? – pyta.

– Mia­łam, ale posta­wi­łam go w odle­gło­ści metra od Roya. Na szczę­ście śmie­tana jest dobra dla skóry, przy­naj­mniej tak sły­sza­łam. Wyszłam na chwilę, żeby choć raz wło­żyć coś innego iż szla­frok, a on zdą­żył w tym cza­sie wysma­ro­wać się od stóp do głów. Teraz śpi. Zasnął w tej samej sekun­dzie, w któ­rej zadzwo­ni­łeś do drzwi.

– Na szczę­ście mam coś w rezer­wie – mówi David, uno­sząc pudełko z babecz­kami.

Odno­to­wuje przy oka­zji, że Sakura wciąż ma na sobie szla­frok.

– Liv jest w pracy – mówi, jakby odpo­wia­dała na nie­za­dane jesz­cze przez Davida pyta­nie. – Wraca dopiero jutro. Ale w sumie co to za róż­nica.

Zwią­zek Sakury i Liv był ostat­nimi czasy burz­liwy, ale David myślał, że rela­cje mię­dzy nimi się uspo­koją, kiedy pojawi się dziecko. Stało się na odwrót. Roy nie oka­zał się spo­iwem. Sakura i Liv mają cał­kiem odmienne poglądy na temat wycho­wy­wa­nia dzieci i obie wyka­zują się przy tym dużą sta­now­czo­ścią.

David prze­cho­dzi do kuchni i nalewa Kre­ski­nowi miskę wody. Kiedy wraca do salonu, bul­dog leży na dywa­nie z uszczę­śli­wioną miną i z zapa­łem gry­zie zabawkę. Sakura czeka z prze­zro­czy­stym dzban­kiem her­baty. Jej fili­żanka jest już pełna paru­ją­cego płynu. Kiedy jej rodzina prze­pro­wa­dziła się do Szwe­cji, nie przy­wio­zła ze sobą żad­nej ze swo­ich tra­dy­cji – oprócz tej. David nie zna nikogo innego, kto piłby tyle her­baty, co Sakura.

– Co sły­chać u two­ich rodzi­ców? – pyta ją, kła­dąc na sto­liku pudełko z wypie­kami.

Otwiera je i podaje Saku­rze babeczkę. Przy­ja­ciółka przy­gląda się podejrz­li­wie różo­wej posypce, ale w końcu odgryza kęs.

– Ech, wiesz, jacy oni są – odpo­wiada z peł­nymi ustami. – Prę­dzej pood­gry­zają sobie ręce, niż przy­znają, że się sta­rzeją. – Czyli wciąż cho­dzą na jogę i jeż­dżą na wycieczki gol­fowe do Peru? – wypy­tuje dalej David, sia­da­jąc na kana­pie.

Dmu­cha na gorącą wodę, w któ­rej leży usu­szony kwiat zwi­nięty w kulkę. Wie, że musi on roz­wi­nąć wszyst­kie płatki, by w pełni oddać jaśmi­nowy aro­mat. David ma czas. Lubi sie­dzieć w pogrą­żo­nym w cha­osie salo­nie Sakury.

– A ty, co zamie­rzasz robić na eme­ry­tu­rze? – pyta przy­ja­ciółka. – Wła­śnie skoń­czy­łeś trzy­dzie­ści pięć lat, więc naj­wyż­sza pora, żeby o tym pomy­śleć.

– Ha, ha.

Sakura odkłada babeczkę na sto­lik i wyciąga zza ple­ców zapa­ko­wany pre­zent.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego, stary czło­wieku – mówi.

David przyj­muje pudełko i lekko nim potrząsa. Sły­szy zna­jomy chrzęst.

– Niech zgadnę – rzuca z uśmie­chem. – Nowa ukła­danka. – Prze­cież mówię, że musisz sobie zna­leźć jakieś zaję­cie na eme­ry­turę. Wiesz w ogóle, ile lat się już znamy?

– Od liceum – odpo­wiada David, odpa­ko­wu­jąc poda­rek. – Czyli od… Jezu­sie… dzie­więt­na­stu lat.

W pudełku rze­czy­wi­ście są puz­zle. Na wieczku pudełka wid­nieje pla­kat rekla­mu­jący film _2001: Ody­seja kosmiczna_. Cza­sem ude­rza go myśl, jak dobrze ta dziew­czyna go zna.

– Od dzie­więt­na­stu lat – powta­rza Sakura. – Wiesz, jak bar­dzo cię lubię, wybacz więc, że pytam o to wprost, ale czy jesteś… czy jesteś szczę­śliwy?

– Jasne, że tak. Prze­cież to moje uro­dziny – odpo­wiada David, pre­zen­tu­jąc babeczkę, jakby wzno­sił toast.

Zdaje sobie sprawę, że Sakura nie pozwoli mu się wymi­gać od odpo­wie­dzi. Wła­śnie za to ją kocha. Przy­ja­ciółka nie znosi pozo­ranc­twa.

– Cza­sem mam wra­że­nie, że wiodę nudne życie prze­cięt­nego Szweda – odpo­wiada. – Wiesz, o czym mówię. Po skoń­cze­niu liceum stu­dio­wa­łem przez chwilę filo­zo­fię, potem zde­cy­do­wa­łem się zostać pro­gra­mi­stą. Dosta­łem pracę, kupi­łem miesz­ka­nie w sze­re­gówce. Jakoś samo tak wyszło. Ale cza­sem czuję, że… że życie toczy się gdzieś indziej. I że mnie omija. Ale pew­nie wszy­scy tak mają.

– Moim zda­niem nie tyle liczy się samo to, co się robi, tylko z kim się to robi – mówi Sakura z namy­słem.

– Wiesz, że pró­bo­wa­łem – dodaje David. – Pamię­tasz Annę? Świetna dziew­czyna, szkoda tylko, że zapo­mniała wspo­mnieć, że ma męża. – Po tej kata­stro­fie David scho­wał się w sko­ru­pie na cały rok. – Poza tym mam cie­bie i Antona. Wystar­cza­cie mi.

– Histo­ria z Anną była dwa lata temu – zauważa Sakura. – Od tam­tego czasu nie byłeś w żad­nym związku… nie licząc Signe.

– O tej kata­stro­fie wolał­bym nie roz­ma­wiać – ucina David.

– Wła­śnie o tym mówię. Sły­sza­łeś, że trzeba żyć chwilą, tu i teraz? Może widzia­łeś te słowa wyszyte na jakiejś makatce? Sakura nagle nie­ru­cho­mieje, nasłu­chuje przez chwilę, po czym znów się roz­luź­nia.

– Przy­kro mi, ale Roy chyba się obu­dził – mówi. – Może dobrze by ci zro­biło, gdy­byś też spra­wił sobie taką nie­da­jącą żyć pocie­chę?

– Dzięki za pre­zent i nie­do­szły tort. A tak na mar­gi­ne­sie, czy her­bata z kwiat­ków to aby nie chiń­ski wyna­la­zek? – pyta David, zaglą­da­jąc do swo­jej szklanki. – Chyba nie japoń­ski? O ile dobrze widzę, to _Bai He Xian Zi_, Kwit­nąca Nie­biań­ska Lilia?

– Po pierw­sze, masz minus za to, że taki z cie­bie snob – odpo­wiada Sakura. – Po dru­gie, nie zmie­niaj tematu. Wciąż roz­ma­wiamy o twoim życiu uczu­cio­wym. O ile jakieś masz.

David odgryza kęs babeczki. Cia­sto rośnie mu w ustach. Żałuje, że nie kupił cze­goś innego.

– Cie­szę się, że ty i Kre­skin jesz­cze ze mną wytrzy­mu­je­cie – mówi. – Jak tam sprawy z Liv?

Sakura wzdy­cha i zagląda do swo­jej szklanki.

– _Touché_.

David ni­gdy nie był dobry w odczy­ty­wa­niu nastro­jów z wyrazu twa­rzy, ale tym razem nie musi nawet spo­glą­dać przy­ja­ciółce w oczy, by wie­dzieć, że jest wykoń­czona.

– Nie­wiele się pomy­li­łeś – dodaje Sakura po krót­kiej chwili. – To _Shu­ang Long Xi Zhu_. Ma tro­chę mniej kwia­towy aro­mat.10

Pau­lina ponow­nie odczy­tuje krótką odpo­wiedź Davida Lunda, jakby sądziła, że ta czyn­ność cokol­wiek zmieni. Napi­sał, że zadzwoni do niej jutro o dzie­sią­tej przed połu­dniem. Wola­łaby pomó­wić z nim od razu, żeby mieć to za sobą. I tak już za długo z tym zwle­kała. W dodatku jest tak zmę­czona, że led­wie pamięta, jak się nazywa. Ale nie ma wyboru, musi cze­kać.

Przez cały dzień nie wycho­dziła z miesz­ka­nia, ale nie ma pew­no­ści, czy to wystar­czy. Pod­cho­dzi do okna w kuchni i ostroż­nie wygląda na ulicę przez szparę mię­dzy fra­mugą a zasłoną. Z tru­dem prze­łyka ślinę. Męż­czy­zna, któ­rego zauwa­żyła jakiś czas temu, znowu tam jest. Cho­lera jasna… Pau­lina oddy­cha coraz szyb­ciej, czuje też, że pot wystą­pił jej na czoło. Jak się dowie­dzieli? Sięga po leżący na stole list od mamy i odczy­tuje dobrze znane linijki.

Kiedy odkryją, że roz­ma­wia­łaś z Davi­dem Lun­dem, a wiedz, że ci męż­czyźni są dobrzy w usta­la­niu takich rze­czy, zro­zu­mieją, że o wszyst­kim wiesz. I będą pró­bo­wali cię dopaść.

Pau­lina znów dys­kret­nie wygląda na ulicę. Męż­czy­zna zapala papie­rosa, potem spo­gląda na kamie­nicę i jego wzrok wędruje w górę po fasa­dzie. Wygląda to tak, jakby nie wie­dział, które okno jest jej. Przy­naj­mniej na razie. Pau­lina czuje się jak ptak uwię­ziony w klatce.

Prze­cież nie ma nic wspól­nego z tą sprawą.

Dosłow­nie nic.

Do tele­fonu od Davida została pra­wie doba. Jesz­cze dwa­dzie­ścia dwie godziny i będzie mogła ode­tchnąć. Niech on się mar­twi tym, co będzie potem. Zbiera się na odwagę i jesz­cze raz zerka na ulicę. Z kamie­nicy naprze­ciwko wycho­dzi młoda kobieta. Męż­czy­zna roz­gniata nie­do­pa­łek obca­sem, daje kobie­cie buziaka na powi­ta­nie, po czym oboje odcho­dzą, trzy­ma­jąc się za ręce. Pau­lina oddy­cha z ulgą.

Fał­szywy alarm.

Gdyby tylko chciała, mogłaby powę­szyć w tej spra­wie na wła­sną rękę. Choćby po to, by się dowie­dzieć, o co w tym cho­dzi. Czy naprawdę grozi jej nie­bez­pie­czeń­stwo, a jeśli tak, skąd może nadejść zagro­że­nie. I pew­nie by to zro­biła, gdyby mama jej przed tym nie ostrze­gła.

_Musisz się liczyć z tym, że oni wie­dzą, kim jesteś._

– Co ty sobie myśla­łaś, mamo? – mówi Pau­lina do okna.

Potem chyba po raz setny docho­dzi do wnio­sku, że byłoby jej o wiele łatwiej, gdyby mama jej wytłu­ma­czyła, kim są ci tajem­ni­czy ludzie i dla­czego nie chcą, żeby się skon­tak­to­wała z Davi­dem Lun­dem. A tak Pau­lina nie ma nawet poję­cia, ilu ich jest.

_I będą pró­bo­wali cię dopaść._

Co to wła­ści­wie zna­czy? Czy zamie­rzają się wła­mać do jej miesz­ka­nia?

Ociera ręka­wem czoło mokre od potu.

– To popie­przony pomysł, żeby tak wysia­dy­wać w domu, co nie, mamo? – mówi znów na cały głos.

Prze­cho­dzi do salonu i tam też wygląda na ulicę przez szparę mię­dzy zasło­nami. Jak na zamó­wie­nie, jej wzrok pada na rudo­włosą kobietę w kwie­ci­stej sukience. Nie­zna­joma stoi a skrzy­żo­wa­niu i roz­ma­wia przez tele­fon. Od kamie­nicy Pau­liny dzieli ją zale­d­wie dzie­sięć metrów. I Pau­lina jest pewna, że już tam była, kiedy wyglą­dała przez to okno poprzed­nim razem.

_I będą pró­bo­wali cię dopaść._

_Musisz zdą­żyć przed nimi._

Rudo­włosa powoli oddala się ulicą. Wciąż trzyma tele­fon przy uchu. Może to tylko przy­wi­dze­nie, ale Pau­li­nie wydaje się, że kobieta odwraca się i zerka na jej kamie­nicę tuż przed tym, nim znika za rogiem.

Ponow­nie ociera czoło. Rękaw jest już cał­kiem mokry. Pau­lina idzie do przed­po­koju i spraw­dza, czy drzwi są zamknięte na klucz i czy zało­żyła łań­cuch. Napo­tyka swoje odbi­cie w lustrze i led­wie się roz­po­znaje. Prze­raża ją wylęk­niony wzrok i zapad­nięte oczy. Jesz­cze tylko doba i wszystko wróci do normy. Dwa­dzie­ścia dwie godziny i będzie mogła ode­tchnąć. Wie jed­nak, że to będzie naj­dłuż­sza doba w jej życiu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij