Zwierzęta wśród nas - ebook
Zwierzęta wśród nas - ebook
Autor kultowych poradników Zrozumieć psa, Zrozumieć kota i Naucz się kocie wyjaśnia, dlaczego mieszkanie pod jednym dachem ze zwierzętami od zawsze stanowi nieodłączny element człowieczeństwa. W swojej oryginalnej i niezwykle wciągającej książce John Bradshaw przygląda się często sprzecznym relacjom łączącym ludzi ze światem zwierząt.
Autor będący jednym z najwybitniejszych ekspertów w dziedzinie antropozoologii udowadnia, ze nasze relacje ze zwierzętami stanowią nieodłączna cześć ludzkiej natury. Sympatia do zwierząt stanowiła ważny element naszej ewolucji, a dziś, pozbawieni obecności tych stworzeń, ryzykujemy utrata istotnej części samych siebie.
| Kategoria: | Sport i zabawa |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8015-918-1 |
| Rozmiar pliku: | 15 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Po co właściwie trzymać zwierzęta? Niektórym taka myśl nawet nie zaświtałaby w głowie: wychowywali się w domach, w których zawsze był pies, kot, a może nawet króliki czy świnki morskie. W tak wielu gospodarstwach domowych na Zachodzie trzyma się ulubione zwierzęta, że warto wspomnieć, iż zaledwie dwa stulecia temu, kiedy hodowla zwierząt była powszechną praktyką, posiadanie pupili w domach było niemal wyłącznie przywilejem ludzi zamożnych. Oczywiście rosnący dobrobyt pozwolił wielu ludziom uczynić ze zwierząt swoich towarzyszy, ale nie tłumaczy to ogromnego wzrostu liczby właścicieli zwierząt domowych, który nastąpił w ciągu ostatniego stulecia. Kolejne badania wykazują, że ludzie odczuwają głęboką więź emocjonalną ze swoimi pupilami i uważają ich za członków rodziny.
Skąd bierze się ta pasja? Sądzę, że jest ona głęboko zakorzeniona w naszej naturze i pozwala na wgląd w istotę naszego człowieczeństwa. Wiele prymitywnych plemion, których styl życia nie zmienił się od epoki paleolitu i zachował się do XX wieku, trzymało zwierzęta do towarzystwa. Zdolność traktowania zwierząt jak przyjaciół, a nie tylko hodowanie ich na pożywienie, może więc sięgać początków naszego gatunku. Ta cecha nie występuje jednak u wszystkich: wielu ludzi nie czuje więzi ze zwierzętami i nie ma ochoty trzymać ich w domu. Każda teoria analizująca powody, dla których zwierzęta domowe są tak ważną częścią życia wielu osób, musi uwzględnić powyższy fakt.
Do pisania tej książki przystąpiłem zarówno jako naukowiec, jak i miłośnik zwierząt. W młodości byłem w kwestii zwierząt domowych kimś w rodzaju agnostyka. Ojciec nie lubił kotów ani psów, więc w dzieciństwie nie miałem z nimi zbyt wiele do czynienia, jeśli nie liczyć tych, z którymi zetknąłem się, odwiedzając krewnych i sąsiadów. Jako początkujący biolog postrzegałem zwierzęta domowe przede wszystkim jako istoty interesujące i przystępne, nie tak bardzo różne od ptaków odwiedzających karmniki w naszym ogrodzie czy jelenia, na którego natykaliśmy się czasem podczas rodzinnych spacerów po naszej wiejskiej okolicy (tradycję spacerowania – z psem czy też bez niego – odziedziczyliśmy w spadku po rodzinie ze strony matki). Moja żona, która dorastała z psami, kotami, a w pewnym momencie miała nawet nieplanowaną szklarnię pełną królików, pokazała mi, jakie to szczęście być witanym przez mokry nos i merdający ogon, nie wspominając nawet o przywileju, jakim wciąż wydaje mi się mieszkanie pod jednym dachem z mruczącym, choć bez wątpienia niezależnym kotem.
Na początku swojej kariery biologa badałem zwierzęta, nie ludzi – a już na pewno nie relacje łączące obie grupy. Nawet obserwując zachowanie psów i kotów, profesjonalnie czułem się nieco wyizolowany. W latach osiemdziesiątych XX wieku studia nad jakimikolwiek zwierzętami domowymi, nie wspominając nawet o tak sztucznych tworach jak koty i psy domowe, były wielce niepopularne. Przelotne zainteresowanie ich biologią w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy weterynarze tacy jak dr Michael Fox wstępnie usystematyzowali podstawowe informacje na ich temat (na przykład to, że należy wystawiać psy na kontakt z ludźmi w tak zwanym okresie socjalizacji), szybko osłabło. Na wczesnym etapie mojej pracy zawodowej obecny wzrost zainteresowania zachowaniem psa byłby nie do pomyślenia.
Na początku wciągnęły mnie studia nad psami, a następnie kotami, ponieważ badałem sposoby, jakimi wszelkiego rodzaju zwierzęta komunikują się, wykorzystując powonienie. Ich świat to kraina pachnących informacji, których my, ludzie – posiadacze prawdopodobnie najmniej czułego węchu spośród wszystkich ssaków – jesteśmy całkiem nieświadomi. Niedługo potem zafascynowało mnie zachowanie zarówno kotów, jak i psów, i to nie tylko związane z węchem. Zauważyłem fascynujący kompromis pomiędzy dziką przeszłością tych zwierząt z rodzin psowatych i kotowatych a wymogami nowoczesnego, udomowionego stylu życia. Stawałem się coraz bardziej świadomy faktu, że ich zachowania nie sposób oddzielić od tego, w jaki sposób zachowują się i myślą o swoich pupilach właściciele.
Niedługo później dotarło do mnie, że choć w pracy myślę o kotach i psach jako ssakach, w domu ani ja, ani nikt inny nie postrzegamy ich w ten sposób. Większość właścicieli traktuje te stworzenia jak małych ludzi i przemawia do nich tak, jak gdyby mogły zrozumieć ich słowa. Robiłem to równie często jak inni, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że takie zrozumienie jest niemal na pewno niemożliwe.
Kiedy zacząłem myśleć o zwierzętach w kontekście domowym, skupiłem się nie tylko na ich fizycznym otoczeniu oraz różnorakich zadaniach narzucanych im przez ludzi w ciągu stuleci, które ukształtowały dzisiejsze koty i psy. Na stworzenia te pośredni wpływ miało funkcjonowanie naszych własnych mózgów, a w obecnych czasach, kiedy w większości pozbawiliśmy je funkcji użytkowych, wpływ ten stał się jeszcze bardziej zasadniczy. Instynktownie przyciąga nas (a przynajmniej większość z nas) ich urok: cechy, które łączą kocięta i szczenięta, a w mniejszym stopniu także dorosłe koty i niektóre psy z ludzkimi niemowlętami, zdają się wyzwalać w nas zachowania opiekuńcze i troskliwość. Nasze mózgi dostrzegają intencjonalne działanie u niemal wszystkiego, co się porusza, a tym samym bez najmniejszej refleksji, automatycznie, przypisujemy naszym zwierzakom emocje i intencje przypominające ludzkie. Część tych domysłów jest zapewne celna; inne to twór naszej bujnej wyobraźni. Na ogół te błędy są nieistotne, ale miewają znaczenie, kiedy zwierzęta nie spełniają naszych często wygórowanych oczekiwań. Doszedłem do wniosku, że nigdy nie pojmiemy zachowania zwierząt domowych, nie uwzględniając funkcjonowania ludzkiego umysłu.
Kiedy sobie to uświadomiłem, obudziło się we mnie zaciekawienie tym, co garstka naukowców w jakimś stopniu zainteresowanych tematem określiła w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku jako więź pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem. Zacząłem uczestniczyć w konferencjach, na których pojawiał się wątek posiadania zwierząt. Podczas warsztatu po jednym z takich sympozjów – tak się składa, że tego dnia wypadały także moje czterdzieste urodziny – wraz z sześciorgiem innych naukowców stworzyliśmy termin „antropozoologia”. Podsumowywał dziedzinę, którą się zajmowaliśmy, i nadał charakterystyczną nazwę stworzonemu rok później stowarzyszeniu: Międzynarodowemu Towarzystwu Antropozoologii (nie twierdzimy oczywiście, że ukuliśmy zupełnie nowy termin: zaadaptowaliśmy tytuł czasopisma akademickiego „Anthrozoös”, którego pierwszy numer ukazał się trzy lata wcześniej). Nazwa się przyjęła, a teraz, ćwierć wieku później, studenci mogą uzyskać stopień naukowy z zakresu antropozoologii na uniwersytetach na całym świecie. Dyscyplina ta zbliża naukowców różnych specjalności – biologów, weterynarzy, badaczy medycznych, psychologów, przedstawicieli nauk społecznych oraz antropologów – tak by mogli przyglądać się osobistym relacjom łączącym ludzi ze zwierzętami, a w mniejszym stopniu także zwierzęta z ludźmi. Tym samym antropozoologia skupia się w większości na tych gatunkach, które są hodowane głównie do towarzystwa: psach, kotach, koniach, rybkach akwariowych i innych. (Podobny ruch, zwany niekiedy studiami nad relacją człowiek–zwierzę, stworzyli ci, których zajmuje bardziej filozoficzne podejście łączące etykę, nauki polityczne, historię, geografię i literaturę. Niestety, te dwa obozy rzadko wchodzą ze sobą w dialog1).
W pewnym sensie piszę tę książkę od ponad dwudziestu lat. Im wnikliwiej przyglądałem się zwierzętom domowym oraz ich właścicielom, tym bardziej byłem zaintrygowany. Mimo iż zwierzęta często cierpią z powodu naszego niezrozumienia ich wymagań, koty i psy czerpią wyraźne korzyści ze swoich związków z człowiekiem – dziś żyje ich na świecie znacznie więcej niż ich dzikich przodków sprzed wielu tysięcy lat. Przy czym, choć brzmi to paradoksalnie, ich liczba wzrosła wprost proporcjonalnie do spadku ich użyteczności. Niewiele psów wciąż strzeże owiec lub towarzyszy ludziom w czasie polowania; większość właścicieli kotów uważa za odrażające cenione dawniej umiejętności łowieckie tych zwierząt. Wpływ, jaki zwierzęta domowe mają na swoich właścicieli, to coś o wiele bardziej skomplikowanego niż moda. Tak więc, powołując się na tak obszerną literaturę przedmiotu, jaką tylko zdołałem zgromadzić, a także na oryginalne badania, które udało mi się wpasować w studia nad dobrostanem psów i kotów, zanalizowałem to, co nauki przyrodnicze mają do powiedzenia na temat ludzkiej fascynacji zwierzętami i powodów, dla których przyjęliśmy je pod swój dach. Owocem tych analiz jest niniejsza książka.Konwencje językowe
Pisząc tę książkę, oparłem się pokusie stosowania zyskującej popularność w Stanach Zjednoczonych praktyki nazywania zwierząt domowych „towarzyszami” i mówię o „właścicielach”, a nie „opiekunach” czy „rodzicach”, które to określenia można niekiedy spotkać w publikacjach. Może jestem staroświecki, ale w mojej opinii bycie „właścicielem” łączy się z odpowiedzialnością i nie daje nikomu prawa do traktowania zwierzęcia domowego jak nieożywionej własności. Obawiam się, że termin „opiekun” (guardian)1 zakłada status prawny wynikający z jakiegoś niedorozwoju umysłowego zwierzęcia – nie jest to doprawdy odpowiedni sposób na opisanie relacji łączących zwierzę domowe i właściciela. „Osoba sprawująca opiekę” (caregiver) – kolejna propozycja, z jaką się spotkałem – wydaje się terminem zbyt bezosobowym i ulotnym, bardziej odpowiednim dla oddanych sprawie ludzi, którzy pracują w ośrodkach adopcyjnych, szukając domu dla porzuconych zwierząt. „Rodzic” to moim zdaniem zbytnia antropomorfizacja: dla biologa określenie to sugeruje (choć niekoniecznie) pokrewieństwo genetyczne pomiędzy matką lub ojcem i ich potomstwem. W książce tej miejscami zdarza mi się także bez skrępowania opisać zwierzę zaimkiem „ono”, ale jedynie w wypadkach, kiedy nie posiadam informacji na temat płci danego osobnika. Nie jest to oznaka braku szacunku. Mam po prostu wrażenie, że zwrot „on lub ona” wprowadza niepotrzebną niezręczność2.
Wielu etyków uznaje określenie „pupil” (pet) za lekceważące i wybiera bardziej neutralną nazwę: „zwierzę towarzyszące”. Owszem, po angielsku słowo pet ma także inne znaczenia: w XVI wieku odnosiło się do podmiotu jakiegokolwiek związku, czy to ze zwierzęciem, czy innym człowiekiem, i nawet dziś w północno-wschodniej Anglii pet wciąż pojawia się w rozmowach jako (nieco protekcjonalne?) pieszczotliwe określenie skierowane do kobiet i dzieci. Nie jest jednak jasne – przynajmniej dla mnie – jakie korzyści miałyby płynąć z namawiania opinii publicznej, by zaprzestała używania tego słowa (nawet gdyby w ogóle było to możliwe)3.Rozdział 1
Zwierzęta dawniej…
Być może nigdy nie dowiemy się, w którym momencie nasi przodkowie stali się kimś więcej niż myśliwymi i zaczęli tworzyć trwałe, osobiste relacje z konkretnymi zwierzętami. Dane archeologiczne pozwalają nam cofnąć się zaledwie o 12 tysięcy lat, kiedy to na północy dzisiejszego Izraela odbył się pierwszy odnotowany pochówek psa ze swoim panem. Jednak ten dawno nieżyjący psowaty nie był z pewnością pierwszym pupilem, choć psy były w tamtych czasach jedynymi udomowionymi zwierzętami. O wiele wcześniej, jeśli możemy się opierać na zwyczajach XX-wiecznych społeczności łowiecko-zbierackich, nasi dawni krewni odławiali zwierzęta różnych gatunków i przyuczali do życia wśród ludzi. Tak więc nasza zdolność rozumienia zwierząt i darzenia ich uczuciem musi być pradawną cechą, która najprawdopodobniej pojawiła się, gdy nasze mózgi osiągnęły swój obecny kształt, między 50 a 30 tysiącami lat temu. Jeśli te dane są trafne, to trzymanie zwierząt do towarzystwa stanowi nieodłączną cechę człowieczeństwa i powinniśmy móc określić wspólny mianownik tej praktyki, niezależny zarówno od czasu, jak i kultury. Jednak historyczne zapisy o zwierzętach odsłaniają przed nami tylko część opowieści. Ponieważ mroki historii spowijają jej początek, na wstępie skupię się na podobieństwach relacji ze zwierzętami w kulturach, które pod innymi względami bardzo się od siebie różnią, od archaicznych plemion zbieracko-łowieckich z Amazonii po bogate towarzystwo z Manhattanu1.
Nie dysponujemy żadnym bezpośrednim dowodem, który potwierdziłby, że ludzie żyjący ponad 10 tysięcy lat przed naszą erą hodowali zwierzęta domowe. Jakiekolwiek stworzenie trzymane przy sobie przez plemię zbieracko-łowieckie musiało być pozyskane z natury, co nie pozostawiłoby śladów archeologicznych: nie sposób byłoby odróżnić jego szczątki od szczątków zwierząt zabitych na mięso lub trzymanych w innych, być może obrzędowych celach.
Ponieważ brakuje nam dowodów z prehistorycznej przeszłości, musimy przyjrzeć się faktom zgromadzonym w poprzednim wieku. Znaczna liczba plemion zbieracko-łowieckich i drobnych społeczności ogrodniczych, które przetrwały do XIX i XX wieku w odległych zakątkach świata – w Amazonii, na Nowej Gwinei, w Arktyce i innych miejscach – pozwala na wgląd w zachowania społeczności wczesnej epoki kamienia łupanego. Zacznijmy od pytania, czy plemiona łowiecko-zbierackie posiadały zwierzęta domowe, zanim po raz pierwszy opisano ich zwyczaje i zanim zdążyły przejąć tę tradycję z Zachodu. Jeśli tak, to będziemy wiedzieć, że trzymanie w domu zwierząt jest zgodne z ich stylem życia, i z rozsądną dozą pewności wolno będzie przyjąć, że nasi przodkowie żyjący w epoce przedrolniczej także je hodowali.
Okazuje się, że liczne niewielkie społeczności „paleolityczne” posiadały jakiś rodzaj zwierząt domowych. Bywały to psy, ale najczęściej ujarzmione dzikie zwierzęta, schwytane jako młode osobniki i wychowane na członków ludzkiej rodziny. Indianie oraz Ajnowie zamieszkujący północną część Japonii hodowali niedźwiadki; Innuici – wilcze szczenięta; plemię Cochimi z Dolnej Kalifornii – szopy pracze; rdzenne społeczności amazońskie – tapiry, aguti, ostronosy rude i wiele rodzajów małp szerokonosych; lud Muisca z Kolumbii – oceloty wielkie i oceloty nadrzewne (dwa gatunki tamtejszych dzikich kotów); plemię Yagua – leniwce; Dinkowie z Sudanu – hieny i małpy szerokonose; rdzenni Fidżyjczycy – rudawki wielkie i jaszczurki; Punanowie z Borneo – niedźwiedzie malajskie i gibony.
Do tej listy możemy dodać mnóstwo gatunków ptaków trzymanych w domach od Brazylii przez Mali po Chiny. Wiele z nich ma niezwykle jaskrawe upierzenie, między innymi papugi duże i średnie oraz dzioborożce; inne, jak bilbile, to ptaki śpiewające. Wybór takich ptaków jak kazuary – wielkie nieloty uwielbiane przez rdzennych mieszkańców Nowej Brytanii (część Nowej Gwinei) – oraz pingwiny na zwierzęta domowe na Samoa, wydaje się bardziej przypadkowy. W dzisiejszych czasach dostępność udomowionych zwierząt Zachodu nieco zmniejszyła tę różnorodność, jednak tradycyjne społeczności, od ludu Toraja w górach Indonezji po plemię Tiw z Zachodniej Afryki, wciąż wysoko cenią sobie obecność zwierzęcych towarzyszy2.
Chociaż w tradycyjnych kulturach znajdziemy niezwykle szeroką gamę zwierząt domowych, niedawne badanie sześćdziesięciu takich społeczności wykazało, że psy i koty występują najczęściej. Preferencje te w większości wypadków nie wynikają z tradycji, ponieważ do większości zakątków świata trafiły one bardzo późno. Psy (pochodzące od euroazjatyckiego wilka szarego) niemal na pewno zostały udomowione przez jedno lub więcej społeczeństw zbieracko-łowieckich kilka tysięcy lat przed pojawieniem się rolnictwa, a następnie stopniowo rozprzestrzeniły się po niemal całym świecie. Psów nie znano jednak na przykład w niektórych częściach Ameryki Południowej aż do czasu, gdy dotarli tam europejscy odkrywcy. Wówczas psy bardzo szybko zajęły miejsce lokalnego psa aguara, o wiele trudniejszego do wytresowania udomowionego lisa. W niektórych społecznościach, na przykład wśród Lapończyków z Finlandii, hodowla psów może sięgać dziesięciu tysięcy lat wstecz, a w innych zaledwie kilkuset lat. Koty, udomowione mniej niż dziesięć tysięcy lat temu na Bliskim Wschodzie, występują mniej powszechnie i w większości zakątków świata pojawiły się później niż psy. Przewaga liczebna psów w objętych badaniami społecznościach tradycyjnych odzwierciedla tę chronologię. Psy hodowano w 53 spośród 60 społeczności, a koty zaledwie w połowie z nich.
Ponieważ zarówno psy, jak i koty poza dotrzymywaniem człowiekowi towarzystwa są także użyteczne, nie zawsze łatwo określić ich status, często ze względu na kulturowe i językowe bariery występujące pomiędzy badaczami z Zachodu i tradycyjną ludnością. Badanie wykazało, że mniej więcej w co trzeciej społeczności hodującej psy traktowano je jak zwierzęta domowe; kolejna jedna trzecia nie traktowała ich z czułością, lecz jedynie wykorzystywała je do stróżowania lub innego rodzaju pracy. Zgodnie z oczekiwaniami, tam, gdzie hodowano koty, uważano je za przydatne do tępienia szkodników. W dwóch z każdych trzech takich społeczności oczekiwano, że koty same będą zdobywały dla siebie pożywienie. W pozostałych jednak niektórzy ludzie („właściciele”) celowo karmili przynajmniej część kotów i traktowali je jak zwierzęta domowe. Ten sam wzorzec widać w przypadku innych udomowionych gatunków zwierząt. Mniej więcej jedna na dziesięć kultur traktowała świnie, konie albo inny rodzaj ssaków kopytnych (krowy, wielbłądy, bawoły, owce) jak zwierzęta domowe; Oczywiście o wiele częściej uważano je za żywy inwentarz.
Choć koty, psy i inne typowe zwierzęta udomowione występowały powszechnie w tych tradycyjnych społecznościach, stanowią one jedynie mniejszą część ogromu gatunków trzymanych jako zwierzęta domowe. W trakcie badania odnotowano wiele gatunków oswojonych ssaków, w tym różnego rodzaju naczelne, lisy, niedźwiedzie, pieski preriowe i susły. W więcej niż czwartej części tych społeczeństw trzymano także ptaki, jeszcze bardziej różnorodne niż ssaki, wśród nich orły, kruki, papugi, ary, jastrzębie i gołębie. Choć oczywiście ceniono je za wygląd, większość tych gatunków cechuje ponadprzeciętna (jak na ptaki) inteligencja. Wiele z nich tworzyło trwałe związki z ludźmi, na przykład Janomamowie z Ameryki Południowej uczyli swoje papugi mówić. Ogólnie rzecz biorąc, ptaki częściej niż większość ssaków służyły wyłącznie jako zwierzęta domowe. Niemal wszystkie otrzymywały potrzebne im pożywienie, a wiele z nich stanowiło rozrywkę dla dzieci.
Rybki to jedyna klasa zwierząt domowych, której próżno szukać w tradycyjnych społecznościach, prawdopodobnie dlatego, że aby je podziwiać, trzeba mieć szkło na akwaria. Jedyny wyjątek to Polinezyjczycy z Samoa, ktorzy łapią i oswajają węgorze, a następnie umieszczają w dołach wykopanych w ziemi i gwiżdżą na nie, by wypłynęły na powierzchnię (przy dzisiejszej popularności stawów ogrodowych przywrócenie tej praktyki mogłoby być zabawne).
Ogólnie rzecz biorąc, wydaje się, że większość tych społeczności jest (a przynajmniej do niedawna była) lepiej fizycznie zintegrowana ze zwierzętami niż my dzisiaj. Nic dziwnego, skoro egzystencja wielu z nich wciąż uzależniona jest od dogłębnego zrozumienia zachowania otaczających ich zwierząt. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że stosunki między ludźmi a zwierzętami w tych społecznościach bardzo często znacznie wykraczają poza relacje czysto praktyczne. Ludność ta traktuje większość zwierząt trzymanych w domu z ogromną wyrozumiałością i życzliwością.
Istnieje oczywiście pokusa, by spojrzeć na relacje między ludźmi i zwierzętami z perspektywy XXI wieku i funkcjonującej w nim kultury posiadania zwierząt domowych, a następnie uznać, że istnieje ciągłość między posiadaniem ich „dawniej” (czyli we współczesnych społecznościach prymitywnych) i „dziś” (czyli na uprzemysłowionym Zachodzie). Choć jednak relacje pomiędzy ludźmi i zwierzętami we wspomnianych społecznościach mogą się zdawać uderzająco podobne do naszych, to znacznie się między sobą różnią.
Aby przeanalizować różnice między współczesnymi i dawnymi zwierzętami do towarzystwa, musimy przestać generalizować i przyjrzeć się indywidualnym przypadkom. Wśród najlepiej opisanych plemion znajduje się lud Guajá, społeczność łowiecko-zbieracka zamieszkująca Maranhão, północno-wschodni stan Brazylii. Słynie on z trzymania wielkiej liczby oswojonych małp. To tradycja, z której członkowie tej społeczności nie chcą zrezygnować, choć wiedzą już, że małpy są nosicielami gruźlicy, przez co stanowią realne zagrożenie dla zdrowia człowieka.
Niełatwo ustalić pochodzenie tego zwyczaju, zważywszy na zawiłą najnowszą historię plemienia Guajá. Obecny styl życia jego członków jest prawdopodobnie bezpośrednią lub pośrednią konsekwencją europejskiej kolonizacji. (Nie są w tym odosobnieni: wielu tak zwanym społecznościom prymitywnym udało się przetrwać do dziś dlatego, że przenosiły się w miejsca dalekie od kolonizatorów, unikając w ten sposób niewolnictwa i zdziesiątkowania przez zachodnie choroby, takie jak cholera czy czarna ospa, na które nie mieli wrodzonej odporności). W XVIII wieku plemię Guajá zajmowało się prawdopodobnie rolnictwem, żyjąc w rejonach zajmowanych obecnie przez inne plemiona oraz ludzi o europejskich korzeniach. Możliwe, że przez jakiś czas pozostawali niewolnikami Portugalczyków, zanim wyruszyli na wschód i z konieczności powrócili do wędrownego stylu życia. Obecnie zapotrzebowanie na białko zaspokajają przede wszystkim dzięki całorocznym polowaniom na pekari (tamtejszy odpowiednik euroazjatyckiego dzika), dodatkowo w porze suchej łowią ryby, a w porze deszczowej polują na małpy, przede wszystkim wyjce.
Mężczyźni zbierają małpki „do oswojenia” w czasie polowania. Po zabiciu dorosłej samicy wyjca, a rzadziej szatanki, ponocnicy lub tamaryny, chwytają niesamodzielne niemowlę i zabierają je do wioski. Tam przekazują małpkę jednej z kobiet, która decyduje, czy zwierzę należy zabić i zjeść, czy zatrzymać i oswoić. Jeśli wybierze tę drugą możliwość, małpka otrzymuje należytą opiekę, a skrzywdzenie jej czy zabicie i zjedzenie staje się tabu, nawet jeśli – co często się zdarza – po osiągnięciu dojrzałości zwierzę krzywdzi ludzi. Słowo, którym plemię Guajá określa „zwierzę domowe”, przypomina słowo „dziecko” i różni się od słów oznaczających inne zwierzęta, takie jak ostronosy, aguti, pekari i żółwie (plemię trzyma także psy domowe, lecz choć ceni je za umiejętność stróżowania, uważa je za pozbawione duszy i często traktuje w okrutny sposób).
Niezwykłe jest to, że młodsze kobiety z plemienia karmią małpie niemowlęta piersią, tak samo jak własne dzieci. Kiedy młode małpki dojrzewają, kobiety delikatnie przeżuwają pokarm, pozwalając, by zwierzęta brały go sobie bezpośrednio z ich ust. Kobiety Guajá wszędzie noszą ze sobą małpki, a starsza kobieta z rodu może przechadzać się nawet z trzema lub czterema młodymi owiniętymi wokół ramion i głowy.
Oddanie, z jakim plemię Guajá traktuje małpy, pociąga za sobą znaczne koszty. Przeciętną wioskę zamieszkuje zazwyczaj tyle samo małp co ludzi, co oznacza, że zwierzęta spożywają znaczne ilości jedzenia. Co więcej, im są starsze, tym stają się cięższe i trudniej je nosić – dotyczy to zwłaszcza wyjców, które potrafią osiągnąć wagę nawet dziesięciu kilogramów. Bywa, że małpy stają się agresywne, za co można winić nieodpowiednią socjalizację wynikającą z osierocenia. Dlatego też kobiety Guajá rzadko noszą dorosłe małpy i trzymają je na uwięzi. Prędzej czy później większość małp ucieka i powraca na wolność3.
Jak scharakteryzować związek między kobietą Guajá i jej małpami? Choć łączy je głęboka więź – w stopniu niepraktykowanym na Zachodzie – pod innymi względami jest ona słabsza, szczególnie dlatego, że nie trwa przez całe życie zwierzęcia. Większości współczesnych właścicieli psów nawet nie przyszłoby do głowy porzucić pupila w momencie, w którym osiągnie dorosłość. Jednak kobiety Guajá odrzucają małpy, kiedy ich słodkie, poręczne, czułe zwierzaczki stają się ciężkimi i uciążliwymi dorosłymi osobnikami. Relacja ta różni się też pod innymi względami. Jest wyraźnie związana z płcią: mężczyźni hodują inne zwierzęta, natomiast rzadko adoptują małpy. Wydaje się, że małpy pełnią także funkcję dekoracyjną: kobiety „ubierają się w nie”, traktując je niemal jak ozdobę. Można też zaryzykować stwierdzenie, że istnieje tu element rywalizacji, ponieważ najstarsza kobieta w plemieniu – a Guajá to społeczeństwo matriarchalne – nosi najwięcej małp.
Jaką więc rolę odgrywają małpy? Z jednej strony relacja łącząca je z ludźmi nie wynika z ich użyteczności: dzikie małpy są regularnie zabijane i zjadane, ale zjedzenie oswojonej małpki to tabu. Z drugiej strony można je postrzegać w kategoriach praktycznych – młode małpki odgrywają rolę edukacyjną. Dorastając w towarzystwie małp różnych gatunków, chłopcy poznają zwyczaje i zachowania tej ważnej zwierzyny łownej. Już we wczesnym dzieciństwie dostają do ręki niewielki łuk ze strzałami i choć otrzymują wyraźny zakaz zabijania, używają małpek w celach treningowych – jako żywego celu (w plemieniu Guajá wychowanie jest wyjątkowo liberalne jak na nasze standardy). Dziewczęta, które osiągnęły dojrzałość płciową, otrzymują małpki, którymi mają się opiekować przed urodzeniem własnego dziecka, być może w celu przyswojenia sobie zasad obchodzenia się z potomstwem.
Plemię Guajá zdaje się umieszczać małe małpki w tej samej kategorii co własne dzieci, antropomorfizując je w stopniu wyższym niż my nasze miniaturowe pieski. Członkowie plemienia karmią oswojone małpki tym samym pożywieniem, które sami spożywają, na przykład małpim mięsem, choć doskonale wiedzą, że nie należy ono do naturalnego małpiego jadłospisu. Natomiast ich psy, karmione tym, co akurat znajduje się pod ręką, muszą bezustannie szukać jedzenia, żywiąc się między innymi resztkami upuszczonymi przez małpy. Pod tym względem Guajá bardzo przypominają nas samych – wynoszą jeden gatunek nad większość innych. Od czasu do czasu zdarza nam się karmić gołębie i wiewiórki okruchami chleba, ale polędwicę rezerwujemy dla naszych cocker-spanieli.
W naszych oczach najbardziej nieoczekiwanym, wręcz niesmacznym aspektem relacji kobiet Guajá z małpami jest karmienie ich piersią. Nie jest to jednak aberracja charakterystyczna dla jednego plemienia albo samych małp (które najbardziej spośród wszystkich zwierząt przypominają ludzi), ponieważ karmienie zwierząt piersią było praktykowane w społecznościach lokalnych na całym świecie, a w kilku z nich wciąż występuje, o czym świadczy wiele XX-wiecznych zapisów dotyczących izolowanych grup z rejonu Oceanii, zwłaszcza Półwyspu Malajskiego, Nowej Gwinei, Melanezji, Mikronezji i Polinezji. Karmienie piersią zwierząt – w tym małp i pekari – było w ubiegłym stuleciu rozpowszechnione również w Ameryce Południowej, podczas gdy kobiety z plemienia Majów karmiły w ten sposób młode jelonki4.
Nie mamy całkowitej pewności co do tego, jak odległych czasów sięga praktyka karmienia zwierząt piersią, ale możemy sądzić, że była rozpowszechniona już 30 tysięcy lat temu. W niektórych wypadkach zdaje się wynikać z długowiecznej tradycji i nie obejmuje jednego typu zwierząt. Na przykład Maoryski, mające już w zwyczaju karmienie piersią szczeniąt, zaczęły tak samo postępować z prosiętami już w pięćdziesiąt lat po tym, jak europejscy osadnicy w połowie XIX wieku przywieźli świnie na Nową Zelandię.
W większości kultur, w których kobiety karmiły zwierzęta piersią, dotyczyło to przede wszystkim młodych osieroconych podczas polowania. W pojedynczych wypadkach chodziło o zwierzęta hodowlane: karmienie prosiąt kobiecym mlekiem było rozpowszechnione na Nowej Gwinei. Poszczególne plemiona pozyskiwały prosiaki w różny sposób. W wioskach nizinnych nie hodowano świń. Oswojone dziki kastrowano, a niemal wszystkie prosięta łowiono w buszu. Ponieważ nie było loch w okresie laktacji, młode musiały karmić kobiety. Na terenach górzystych trzymano zazwyczaj jednego lub kilka samców rozpłodowych i hodowano prosięta, które kobiety karmiły jedynie wówczas, gdy losze brakowało mleka lub gdy zmarła.
Świnie nie są jedynym gatunkiem zwierząt karmionych piersią, a następnie zjadanych przez ludzi. Żyjących w północnej Japonii Ajnów, będących początkowo społecznością łowiecko-zbieracką, łączy wyjątkowa relacja z żyjącymi tam niedźwiedziami ussuryjskimi, od których zapewne wywodzą się amerykańskie grizzly. W ich religii Kamui, bóg-niedźwiedź, to jedno z trzech najważniejszych bóstw. Do połowy XX wieku polowanie na niedźwiedzie stanowiło istotną aktywność tej społeczności, a mięso tego zwierzęcia wciąż uważane jest za delikates. Ajnowie polowali na nie, kiedy po przebudzeniu ze snu zimowego nie zdążyły się pożywić i odzyskać sił, a tym samym były łatwiejsze do schwytania. Dorosłe osobniki natychmiast zabijano i pożywiano się ich mięsem, a pojmane niedźwiadki zabierano z powrotem do wioski, gdzie kobiety karmiły je piersią i wstępnie przeżutym jedzeniem (zob. ilustrację). Rosnące niedźwiedzie coraz trudniej było kontrolować, dlatego trzymano je w klatkach. Choć przy naszej współczesnej wrażliwości może się to wydawać okrutne, niedźwiedzie były dobrze karmione i spożywały tyle jedzenia co ludzcy członkowie rodziny razem wzięci. Kiedy niedźwiedź podrósł – między pierwszym a trzecim rokiem życia – Ajnowie składali go w rytualnej ofierze, a jego czaszkę eksponowali na drewnianym słupku wbitym w ziemię. Podczas tych ceremonii kobieta, która wychowywała niedźwiedzia od małego, okazywała głęboki żal, a nawet atakowała zabójców kijem. Nie wiadomo, w jakim stopniu te emocje były szczere, a w jakim należały do rytuału, skoro kobieta mogła brać udział w tańcach, które następowały po zabiciu zwierzęcia.
Kobieta z plemienia Ajnów karmiąca piersią niedźwiadka
Podczas gdy plemię Guajá zakazuje zabijania karmionych piersią małp, inne kultury nie wprowadzają podobnych zakazów. Rdzenni Polinezyjczycy z Hawajów, wśród których jeszcze sto lat temu panował zwyczaj karmienia szczeniąt piersią, czasem wykorzystywali te zwierzęta jako rytualne „kozły ofiarne”: matka zmarłego dziecka zabijała psa, którego karmiła jako szczeniaka, po czym ciała obojga umieszczano we wspólnym grobie. W innych rejonach Polinezji ludzie regularnie zjadali karmione piersią szczenięta, których mięso uznawane było za najsmaczniejsze.
W prymitywnych społecznościach najpowszechniej karmiono piersią psy, zapewne dlatego, że to one najczęściej towarzyszyły ludziom, jednak kontekst kulturowy i ostateczny los zwierzęcia były mocno zróżnicowane. Plemiona Seri z północnego Meksyku i Arapaho ze stanu Wyoming pozwalały karmić szczenięta tylko tym kobietom, które miały za dużo mleka, najwyraźniej sądząc, że poprawi to jakość pokarmu przeznaczonego dla ich ludzkich niemowląt. Kobiety z plemienia Onge z archipelagu Andamanów zwyczajowo karmiły piersią jedynie psy (a nigdy nie schwytane dzikie zwierzęta) i otaczały wielką troską te wychowane od szczenięctwa stworzenia, które ceniono jako towarzyszy i pomocników do polowania. W brazylijskim plemieniu Tupinamba i surinamskim Arawak tradycyjnie przyjmuje się, że psy wykarmione piersią kobiety są lepszymi towarzyszami polowań niż wykarmione przez suki. W Australii aborygeńscy myśliwi przygarniali szczenięta dingo, a kobiety karmiły je piersią (dingo to potomkowie psów domowych, które około trzech tysięcy lat temu wtórnie zdziczały). Aborygenom rzadko – jeśli w ogóle – zdarzało się zjadać te psy, choć niewykluczone, że czynili tak z innymi zwierzętami karmionymi piersią. Dingo służyły jako towarzystwo dla dzieci i żywe termofory dla dorosłych, dopóki nie zaczynały im przeszkadzać – wtedy zachęcano je, by wróciły na łono natury. Tak więc to dana kultura determinowała rolę, jaką otrzymywało karmione piersią szczenię: niektóre plemiona zjadały tak wykarmione psy, inne składały je w ofierze, jeszcze inne szkoliły je do użytecznych prac albo darzyły uczuciem i otaczały troską przez całe życie.
To wszystko pokazuje, że choć karmienie zwierząt piersią wydaje się nam czymś zdumiewająco intymnym, nie we wszystkich przypadkach łączyło się z głębokim zaangażowaniem emocjonalnym. Pierś kobiety jako zastępcze źródło pożywienia odpowiedniego dla młodych ssaków również odgrywała tu znaczenie. Dysponujemy znikomą ilością przekazów historycznych o kobietach karmiących piersią zwierzęta w tych rejonach, gdzie łatwo dostępne było mleko zwierzęce – na przykład w Europie i Afryce. Tutaj osierocone ssaki hodowane na mięso, w celach rytualnych lub jako zwierzęta do towarzystwa mogły pić mleko zwierząt gospodarskich. Natomiast tam, gdzie dostęp do takiego mleka był ograniczony – na przykład w obu Amerykach i na wyspach Azji Południowo-Wschodniej – jeszcze stosunkowo niedawno karmienie piersią przez kobietę zapewniało pożywienie zwierzętom, które bez tego by nie przetrwały.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki