„Pisanie to najlepsza rozrywka, jaką każdy pisarz zna” – wywiad z Remigiuszem Mrozem

Jeden z najpoczytniejszych polskich pisarzy, prawnik i autor bestsellerowej Chyłki. W rozmowie z Virtualo Remigiusz Mróz opowie o swojej nowej powieści, Listy zza grobu, zdradzi, co czytał w dzieciństwie i wyjawi, czy jest uzależniony od pisania. Zachęcamy do lektury!

Jesteś dowodem na to, że chcieć, to móc, że dzięki systematyczności i skrupulatności możemy osiągnąć swoje cele. Podpowiedz, jak wypracować w sobie takie cechy? Czy każdy jest w stanie to zrobić? Czy sądzisz, że konsekwencja w działaniu i sumienna praca, a nie przypadek, fart, są kluczem do sukcesu?

Wydaje mi się, że predyspozycje nie grają kluczowej roli i lista aktywności, które możemy podejmować, jest ograniczona jedynie naszą wyobraźnią i determinacją. To one budują w nas skrupulatność, samodyscyplinę i sprawiają, że sami chcemy narzucić sobie pewien rygor, który pozwoli nam osiągać cele. Niektórym będzie łatwiej, innym trudniej, ale nie ma jakichś określonych cech charakteru, które odbierałyby danej osobie szansę na zrealizowanie swoich zamierzeń.

Czy pracowałeś w jakiś sposób nad swoim charakterem, czy ta konsekwencja w działaniu i skrupulatność były Ci po prostu dane?

W moim przypadku to przyszło naturalnie. Pewnego dnia postawiłem wszystko na jedną kartę –wyjechałem z Warszawy, zostawiłem za sobą prawnicze perspektywy i zawarłem ze sobą prostą umowę: siedzę i piszę. Przez rok, bez obijania się. Koncentruję się wyłącznie na tym. I dzięki temu założeniu wypracowałem w sobie dyscyplinę, która została ze mną na dłużej.

Wiemy już, że pracowałeś na swój sukces. Czy jego skala Cię zaskoczyła? Czy spodziewałeś się, że staniesz się najpopularniejszym polskim pisarzem młodego pokolenia?

Nie, pojawienie się w raporcie Biblioteki Narodowej jako najpopularniejszy polski pisarz to z pewnością marzenie każdego autora, ale nikt się przecież nie spodziewa, że kiedykolwiek to osiągnie. Oprócz ciężkiej pracy jest to z pewnością zasługa szczęścia i innych rzeczy, które składają się na sukces. I nie ma żadnej recepty na to, jak go osiągnąć – gdyby była, wiele osób szłoby tą samą, wydeptaną ścieżką. 

Czy pisanie to dla ciebie jeszcze praca, pasja, czy już uzależnienie?

Trochę pasja, trochę uzależnienie. Tak naprawdę to właśnie są dwa wymiary, które opisują mój cały proces twórczy. Rzeczywiście jest tak, że nic innego nie mogę robić, ale z drugiej strony też nic innego nie chcę robić. Nie jest to stricte praca, bo pisanie to także najlepsza rozrywka, jaką każdy pisarz zna. Oczywiście są takie momenty, kiedy nie idzie, lub kiedy siada się do redakcji i rozpoczyna żmudny proces poprawiania tekstu pod kątem stylistycznym, dopracowuje się go warsztatowo i tak dalej. To niebezpiecznie przypomina pracę, więc każdy, kogo znam, chce to jak najszybciej skończyć.

Czy czujesz się już spełniony, czy masz jeszcze jakieś pisarskie cele, których realizacja da Ci spełnienie?

Pewnie! Przede wszystkim chciałbym, żeby polska literatura kryminalna wybiła się na świecie – i żebym sam dołożył do tego swoją cegiełkę. Cały czas działamy w tym kierunku razem z moją agentką z Wielkiej Brytanii, ale nie jest łatwo – nie ma zbyt wielu komercyjnych, anglojęzycznych tłumaczy, którzy potrafiliby dobrze przełożyć polski tekst. To nas trochę blokuje, jeśli chodzi o dotarcie do innych rynków. Ale nie wszystkich – w Europie Środkowo-Wschodniej jest więcej takich osób i tamte wydawnictwa chętnie publikują polskie książki. Udało nam się też sprzedać prawa do Japonii – mam nadzieję, że to stopniowo zwiększy zainteresowanie i powstanie efekt kuli śnieżnej. Albo mroźnej (śmiech).

Ciekawi mnie to, że udało Ci się sprzedać prawa do Japonii. Możesz coś więcej powiedzieć na ten temat?

To była zupełnie niespodziewana sytuacja. Moja agentka właściwie nie proponowała japońskim wydawcom nawet tych najbardziej poczytnych w Wielkiej Brytanii kryminałów z nurtu domestic noir. Pomyślała jednak, że spróbuje z Nieodnalezioną, bo nigdy nie wiadomo, co się Japończykom może spodobać. Czasem coś ich zaciekawi i są w stanie zrobić wszystko, by tę książkę mieć. I rzeczywiście tak się stało – może uznali, że kryminał z Polski to ciekawa egzotyka, dzięki czemu prawa do powieści kupiło jedno z największych wydawnictw. Największy problem polega na tym, że kiedy ktoś z zagranicy patrzy na rekordowe wyniki sprzedażowe w Polsce, puka się w głowę, bo w innych krajach są to kilkakrotnie większe nakłady.

Może badania Biblioteki Narodowej dotyczące stanu czytelnictwa w Polsce mają tu odzwierciedlenie.

Pewnie. Każda rozmowa z Brytyjczykami i Amerykanami sprowadza się do tego, że kiedy podajemy im informacje dotyczące sprzedaży w Polsce, załamują ręce i pytają, co to w ogóle za książka? Nie są w stanie sobie wyobrazić, że u nas taki nakład to absolutne maksimum. Myślę, że to się zmieni, że jesteśmy na dobrej drodze. Już zresztą widać pozytywny trend – coraz więcej książek się sprzedaje, coraz więcej autorów debiutuje, wydawnictwa coraz lepiej promują swoich pisarzy, mamy akcje związane z czytelnictwem. Widać również działania w sferze popkultury, choćby celebrytów pokazujących książki na Instagramie. Myślę, że naprawdę jesteśmy na dobrej drodze.

Wiesz, to ciekawe, że mamy takie niskie wyniki czytelnictwa, bo jak np. jadę komunikacją miejską do pracy czy pociągiem, to naprawdę – mnóstwo ludzi czyta. Czy to książki papierowe, czy ebooki. Coraz większą popularnością cieszą się również audiobooki, również w drodze lub podczas uprawiania sportu. Aż nie chce się wierzyć, że tak mało książek się sprzedaje. Może po prostu Polacy czytają nielegalnie?

Może (śmiech). Ale z drugiej strony jest też tak, że te wszystkie badania statystyczne są prowadzone przez instytucje, które muszą wykazać, że coś jest na odpowiednio niskim poziomie, by można było dostać dotacje i ten poziom lekko podnieść. Mają w związku z tym pewien interes. A zresztą… statystyka kłamie.

Jakie książki ukształtowały Remigiusza Mroza – jako czytelnika i jako pisarza?

Trudno powiedzieć, bo gdyby ta lista miała być wyczerpująca, musiałaby być bardzo, bardzo długa. Jeśli chodzi o mnie jako młodego czytelnika, to na pewno powinienem wskazać Przygody trzech detektywów. Ta seria zasiała we mnie kryminalne ziarenko, z którego później wyrosło uwielbienie do gatunku. Była też książka o detektywie Blomkviście Astrid Lindgren. Pamiętam, że zrobiła na mnie duże wrażenie.

Jeśli zaś chodzi o późniejsze powieści, które wpłynęły na mój warsztat, to z pewnością kamieniem węgielnym był Stephen King. Stawiając pierwsze pisarskie kroki, zawsze miałem książkę Kinga gdzieś pod ręką i każdego wieczoru uciekałem w jego świat. Starałem się trochę nasiąknąć jego piórem i pisać tak, jak się powinno to robić. King zawsze był dla mnie wzorem do naśladowania. I nadal jest.

Jeśli zaś chodzi o sam język, szkoliłem się na Myśliwskim. Ma niesamowity talent i umiejętność zaczarowania w jednym zdaniu tyle treści, że mimo absorbującej fabuły musisz się nagle zatrzymać, bo to jest tak dobre, że nie możesz iść dalej.

Oczywiście miała na mnie wpływ również literatura skandynawska, w której na długo przepadłem i czytałem tak naprawdę wszystkich, których miałem pod ręką. Spośród pisarzy skandynawskich z pewnością najbardziej cenię Jo Nesbø i Hakana Nessera.

 

 

Niedawno ukazała się Twoja nowa powieść – Listy zza grobu – która ma zapoczątkować nową serię kryminalną. Czy Zaorski i Burza to nowi Chyłka i Zordon?

Nie, myślę, że to są zupełnie inne, autonomiczne postacie. Zresztą zawsze staram się tworzyć bohaterów tak, by nie nawiązywali do poprzednich. Jeżeli dana postać kojarzy mi się z inną, która już się pojawiła w którejś książce, staje się papierowa i nie jest prawdziwa. Obumiera. Nie potrafię pisać takich postaci. Tak samo, jak nie potrafię z góry założyć, że dany bohater będzie się ubierał w taki, a nie inny sposób, i słuchał takiej, a nie innej muzyki. To wychodzi w praktyce, kiedy zaczynam snuć fabułę i wrzucam w nią bohaterów. Dopiero wtedy naprawdę ich widzę i mogę kształtować.

W przypadku Burzy i Seweryna mamy zupełnie inną konstrukcję, niż ta, którą znamy z serii o Chyłce. Seweryn jest ojcem dwóch dziewczynek, małych diablic, nad którymi z trudem panuje. Natomiast Burza żyje w małżeństwie, w którym teoretycznie niczego nie powinno jej brakować. Ma kochającego męża, świetnego syna i właściwie pełnię szczęścia. Może nie licząc lekkiej monotonii. Relacja jest więc zupełnie inna, niż w przypadku Chyłki i Zordona, zupełnie inne są też cechy charakterologiczne postaci.

Nie wiem, czy możemy to zdradzić, ale…

Najwyżej to wypikamy (śmiech).

Zaorski i Burza znają się z dawnych lat. Łączyła ich pewna relacja…

Tak, relacja bardzo niedokończona. I właśnie po latach, gdy Zaorski ponownie zjawia się w Żeromicach, Burza i Seweryn stają przed problemem: co zrobić z tą niedokończoną relacją? Dla mnie, z moralnego punktu widzenia, było to wyjątkowo ciekawe do pisania. Między tymi postaciami zaczęło iskrzyć bardziej, niż się spodziewałem. Sądziłem, że w pierwszym tomie będzie się to działo raczej z boku i nie będzie do końca wiadomo, czy uczucia wygasły, czy nie. Szczególnie, że mamy do czynienia z kobietą, która żyje w szczęśliwym małżeństwie – zastanawiałem się więc także, czy to nie będzie przeszkadzało w kibicowaniu tej parze. Ale z tego, co widzę w pierwszych recenzjach, wszyscy pytają, co się stanie z mężem Burzy – czyli w jaki sposób go usunę (śmiech).

Czyli, krótko mówiąc, wplątałeś się w wątek romansowy.

Tak, chcąc, nie chcąc. Poniekąd czułem już, gdy zaczynałem pisać tę książkę, że będzie najbardziej obyczajowa ze wszystkich, mimo że nie brakuje w niej turpizmu. Mamy tu Seweryna, który jest patomorfologiem i niestraszne mu ani zwłoki, ani robaki. Dobrze się w tym rozeznaje i świetnie czuje się w towarzystwie śmierci. Do tego dochodzi trochę zagadek matematycznych, literackich i innych, ale to wszystko przykrywa warstwa obyczajowa – wyraźniej zarysowana niż w moich poprzednich kryminałach.

Jak czytałam tę książkę, miałam wrażenie, że oprócz wątku kryminalnego, tajemnic i motywów obyczajowych, romansowych, jest też trochę Dana Browna.

Jeśli są zagadki i liczby, to skojarzenie jest zawsze jedno (śmiech). Nawet ostatnio jeden z polskich autorów zagospodarował w swojej książce ciąg Fibonacciego – czyli to samo, co pojawiło się u Browna. Myślę jednak, że nie ma to wielkiego znaczenia – kiedy bierzemy na warsztat jakiś temat czy zagadnienie, każdy opracowuje je na swój sposób. Nawet jeśli dwóch pisarzy wpadnie na ten sam pomysł, zawsze wychodzi coś innego. Często jestem pytany o to, czy nie obawiam się, że ktoś ukradnie któryś z pomysłów, kiedy publicznie o nim mówię. Nie, nie boję się tego, bo nawet, jeśli mamy ten sam punkt wyjścia, nawet jeśli napiszemy pierwsze 100 stron identycznie, to wszystko, co stanie się później, będzie się różniło. 

Chyłka chyba była dla Ciebie łatwiejsza. Główni bohaterowie to prawnicy, wokół meandry prawa, sprawy karne. Czyli to, co znasz. A w Listach zza grobu utrudniłeś sobie zadanie. Jeden z głównych bohaterów, Seweryn Zaorski, jest patomorfologiem. Już na początku książki czytelnik dostaje od Seweryna masę informacji o tym, jak sprawdzić, kiedy doszło do zgonu i co na to wskazuje. W jaki sposób zdobywałeś informacje z dziedziny patomorfologii?

Seweryn rzeczywiście lubi snuć takie rozważania i to ewidentnie sprawia mu przyjemność – mnie z kolei dobrze się to pisze. Autorzy kryminałów zresztą często obcują z tym tematem, mają swoje pokreślone opracowania, a z Brunonem Hołystem wszyscy są dobrze zaznajomieni. Przez to bałem się trochę, że będę się powtarzać. W końcu na ile sposobów można opisać rozkładające się zwłoki, nie sięgając po poezję? (śmiech) Sporo wątków związanych z tym, co się dzieje z ludzkim ciałem po śmierci pojawiło się w trylogii z Wysp Owczych, więc obawiałem się, że zabraknie mi świeżości, a przez to woli pisania. Wybrałem więc patomorfologię, by Seweryn przynajmniej zawodowo mógł sprawdzić się w trochę innej dziedzinie – a oprócz tego kryminalistyka właściwie cały czas idzie naprzód, więc trzeba doczytywać i uzupełniać wiedzę.

Czy przed napisaniem Listów zza grobu zbierałeś jakieś dodatkowe materiały, może rozmawiałeś z jakimiś patomorfologami, próbowałeś wniknąć w ich środowisko?

Czytałem wszystko, co się dało, wgryzałem się w wywiady i rozmawiałem ze znajomymi. Nie wnikałem jednak w środowisko za bardzo, ponieważ zależało mi, żeby ten tom był wstępem do tego, co się dopiero będzie działo. W pierwszej części Seweryn ma objąć stanowisko szefa wydziału patomorfologii. Wydarzenia nie są związane z jego zawodem, bo znalazł się raczej w złym miejscu i w złym czasie. W kolejnych tomach – przynajmniej tak sobie założyłem – będziemy coraz głębiej wchodzić w ten jego szpitalny świat. Tak naprawdę dopiero tam akcja na dobre się rozpocznie. Ale czy rzeczywiście tak będzie? Trudno powiedzieć – te książki żyją własnym życiem.

Akcja Chyłki dzieje się w Warszawie, a w Listach zza grobu zabierasz czytelnika do małego miasteczka. Dlaczego przeniosłeś się na prowincję?

Tak dla zdrowia psychicznego (śmiech). W końcu naszła mnie ochota na stworzenie fikcyjnej wiochy, bo dotychczas osadzałem akcję w autentycznych miejscach: czy to wynosiłem się na Wyspy Owcze, czy biegałem z Forstem po Tatrach, czy z Chyłką szalałem po Warszawie. Pomyślałem sobie, że najwyższa pora na zmianę – padło na ścianę wschodnią i wieś o nazwie Żeromice.

Przyznam szczerze, że próbowałam wygooglać tę miejscowość i, faktycznie, nie ma takiej w Polsce. Tatry dobrze znasz, Warszawę – również, bo tam studiowałeś. Nie wiem, jak z Wyspami Owczymi. A tutaj, opisując topografię miasta, wszystkie szczegóły, nie musiałeś bać się, że ktoś Cię przyłapie na tym, że opiszesz tramwaje w mieście, w którym ich nie ma.

Rzeczywiście tak jest, choć fikcyjne miasto wymaga więcej pracy, bo trzeba je stworzyć od zera. Z drugiej strony to całkiem owocne przedsięwzięcie, bo dzięki temu głębiej wchodzi się w fikcyjny świat. Oczami wyobraźni widziałem tamtejszy rynek, budynki, Gałęźnik i wszystkie przejścia w lesie. To sprawiało, że o wiele łatwiej było mi siąść do pisania i zatracić się w tym świecie.

Żeromice to tak naprawdę typowe, małe, polskie miasteczko. Czy wzorowałeś się na jakiejś miejscowości?

Nie, zależało mi na tym, by był to byt zupełnie autonomiczny. Chciałem też uniknąć stereotypizacji – jak ściana wschodnia, to od razu wszystko musi się walić, a diabeł mówi dobranoc. Są w Żeromicach zarówno takie rzeczy, które odnajdziemy w większych miastach, jak i typowe elementy ze ściany wschodniej. Starałem się to wypośrodkować i nie wzorować się na żadnej konkretnej miejscowości.

Czy masz już pomysł na to, jak będzie wyglądała nowa seria? Czy czytelnicy mogą spodziewać się dłuższej przygody z Burzą i Zaorskim?

Trudno powiedzieć. Tak naprawdę ich relacja jest pewnym spoiwem tej historii i myślę, że nadal będzie przez kolejne tomy. Miejsce, o którym rozmawiamy, też będzie istotne, ze względu na to, co się tam jeszcze wydarzy. W pierwszym tomie są pewne… nie mogę za dużo zdradzić, żeby nie sadzić spoilerów, ale dochodzi do pewnych zdarzeń, które będą rzutować na życie Burzy i Seweryna. Zdarzeń, których konsekwencji nie da się cofnąć. Wydaje mi się, że to będzie oś. A jak długa będzie seria – tego nigdy nie wiem. Zaczynałem pisać Chyłkę przekonany, że będzie to jedna książka i koniec historii. A jednak trochę się rozwinęła.

Czyli możesz czytelnikom zdradzić, a może nawet ich zapewnić, że nie będzie tak, jak z niektórymi serialami na Netfliksie, że oglądasz pierwszy sezon, który ma otwarte zakończenie, a później okazuje się, że nie będą kręcone kolejne.

(śmiech) Nie, nie, tak nie będzie. Na pewno wszystkie wątki zostaną domknięte.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę i życzę Ci samych sukcesów, również z tą nową serią. I jestem osobiście bardzo ciekawa, po lekturze pierwszego tomu, co wydarzy się dalej.

Ja sam też jestem ciekaw. Dzięki wielkie!

 

Rozmawiała: Katarzyna Urbaniak-Bil

Zdjęcie autora na grafice: Mikołaj Starzyński

Zdjęcie w treści artykułu: Anna Liminowicz