Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Bezkresne niebo - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 lutego 2021
34,99 zł
3499 pkt
punktów Virtualo

Bezkresne niebo - ebook

Prywatny detektyw Jackson Brodie mieszka w spokojnej nadmorskiej miejscowości w północnym Yorkshire z wiekową labradorką Dido. Od czasu do czasu sprawuje opiekę nad krnąbrnym nastoletnim synem Nathanem. Trudno o bardziej malowniczy zakątek, lecz i tam czai się zło.

Ostatnie zlecenie Jacksona – zbieranie dowodów niewierności męża na żądanie podejrzliwej żony – wydaje się banalne. Jednakże przypadkowe zdarzenie na stromym urwisku sprawia, że Brodie trafia na trop siatki groźnych przestępców. I spotyka kogoś ze swojej przeszłości...

Kate Atkinson – wielokrotnie nagradzana i utytułowana powieściopisarka. Urodziła się w Yorku w 1951 roku. Studiowała literaturę angielską na Uniwersytecie Dundee. Po ukończeniu studiów zrobiła doktorat z literatury amerykańskiej. Jako nauczycielka zaczęła pisać opowiadania, które publikowała w licznych magazynach dla kobiet. Jej pierwsza powieść, Za obrazami w muzeum, przyniosła jej natychmiastowe uznanie i nagrodę Whitbread Book. Atkinson napisała także dwie sztuki dla Traverse Theatre w Edynburgu.

W 2004 roku pisarka rozpoczęła bestsellerowy cykl literackich kryminałów z detektywem Jacksonem Brodiem.

Największe uznanie przyniosły jej powieści związane z II wojną światową, między innymi Jej wszystkie życia oraz Bóg pośród ruin, które ukazały się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca.

Długo oczekiwany powrót Jacksona Brodiego – byłego żołnierza i inspektora policji w Cambridge, obecnie prywatnego detektywa, ulubieńca kobiet i mężczyzn.

„The Times”

Brodie to nie bez powodu najbardziej lubiany bohater książek Kate Atkinson. W Bezkresnym niebie jest ujmująco niedoskonały (…) Atkinson to mistrzyni opowiadania ciekawych historii: bawi się oczekiwaniami czytelników, kluczy i zwodzi, podsuwa fałszywe tropy.

„The New York Times”

Jackson Brodie powraca. Jest starszy i bardziej zmęczony życiem. Ale jedno się nie zmieniło – nadal pakuje się w kłopoty. W tej powieści prawie wszystkich bohaterów dopada przeszłość. Przeszłość ma to do siebie, że bez względu na to, jak daleko i jak szybko przed nią uciekasz, zawsze depcze ci po piętach.

„Independent”

Kate Atkinson z powodzeniem łączy czarny kryminał spod znaku Raymonda Chandlera ze stylem powieściowym Jane Austen.

„The Washington Post”

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8143-379-2
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Ucieczka

– I co teraz? – zapy­tał.

– Szybka ewa­ku­acja – odparła, zrzu­ca­jąc z nóg pan­to­fle na fotelu pasa­żera. – Są okrop­nie nie­wy­godne – wyja­śniła i uśmiech­nęła się do niego smutno, gdyż kosz­to­wały kro­cie. Wie­dział, bo sam za nie zapła­cił. Wcze­śniej zdą­żyła ścią­gnąć z głowy welon i cisnąć go na tylne sie­dze­nie razem z bukie­tem, a teraz wal­czyła z gąsz­czem spi­nek we wło­sach. Jedwab sukni ślub­nej był pognie­ciony i deli­katny jak skrzy­dełka ćmy. Zer­k­nęła na niego spod oka i powie­działa: – Jak to mówisz, pora się zmy­wać.

– No to w drogę – odrzekł i odpa­lił sil­nik. Zauwa­żył, że dłońmi oplo­tła wzgó­rek brzu­cha, gdzie roz­wi­jało się nie­wi­doczne jesz­cze dziecko. Kolejna gałąź drzewa gene­alo­gicz­nego. Albo raczej gałązka. Młody pęd. Pojął, że prze­szłość w ogóle się nie liczy. Ważne jest tylko to, co teraz.

– Ruszamy – mruk­nął jesz­cze i wci­snął pedał gazu.

Po dro­dze wstą­pili na Rose­dale Chim­ney Bank, żeby roz­pro­sto­wać nogi i obej­rzeć zachód słońca, cudowną paletę czer­wieni, żółci, róż­nych odcieni poma­rań­czo­wego, a nawet fio­letu na bez­kre­snym nie­bie. Sytu­acja aż się pro­siła o jakiś poetycki cytat, ale kiedy jej o tym wspo­mniał, stwier­dziła:

– Nie sądzę. Wystar­czy to, co tu widać.

Nowa doj­rza­łość, pomy­ślał.

Na prze­łę­czy był jesz­cze jeden samo­chód, a w nim star­sza para, rów­nież podzi­wia­jąca widoki. – Coś wspa­nia­łego, prawda? – zagad­nął ich męż­czy­zna.

Kobieta uśmiech­nęła się i pogra­tu­lo­wała „nowo­żeń­com”, na co Jack­son odpo­wie­dział:

– To nie tak, jak by się mogło wyda­wać.Spółka Ander­son i Price

Kasia facho­wym okiem oce­niła maki­jaż Nadii, która pozo­wała przed nią jak do sel­fie: policzki wcią­gnięte do środka niczym u trupa, osten­ta­cyj­nie wydęte wargi.

– Jest dobrze – stwier­dziła wresz­cie. Była młod­sza, ale zde­cy­do­wa­nie bar­dziej despo­tyczna niż sio­stra. Ludzie brali je za bliź­niaczki mimo dzie­lą­cej je róż­nicy dwóch lat i pra­wie czte­rech cen­ty­me­trów wzro­stu. Kasia była niż­sza i ład­niej­sza, ale obie były drobne i miały ten sam jasny odcień wło­sów (nie cał­kiem natu­ralny) oraz odzie­dzi­czony po matce kolor oczu: zie­lone tęczówki w sza­rych obwód­kach.

– Nie ruszaj się – powie­działa Nadia i zdjęła rzęsę z policzka Kasi. Nadia skoń­czyła hote­lar­stwo i pra­co­wała w Radis­son Blu. W pracy nosiła gar­sonkę z ołów­kową spód­nicą i pan­to­fle na pię­cio­cen­ty­me­tro­wych obca­sach, włosy upi­nała w cia­sny koczek i cier­pli­wie wysłu­chi­wała skarg gości. Ludzie stale na coś narze­kali. Po powro­cie do swo­jej klitki roz­pusz­czała włosy, wkła­dała dżinsy, obszerną bluzę i cho­dziła boso po domu, gdzie nikt na nic nie narze­kał, bo miesz­kała sama – tak, jak lubiła.

Kasia pra­co­wała w tym samym miej­scu, w obsłu­dze pokoi. Nie mówiła po angiel­sku tak dobrze jak sio­stra. Nie miała też wyż­szego wykształ­ce­nia, a to, które zdo­była, pozo­sta­wiało wiele do życze­nia. Dzie­ciń­stwo i więk­szość lat mło­dzień­czych spę­dziła, tre­nu­jąc łyż­wiar­stwo figu­rowe, z cza­sem oka­zało się jed­nak, że jest nie dość dobra. W świe­cie łyż­wia­rek nie bra­ko­wało okru­cień­stwa i pod­ło­ści, mimo to Kasia codzien­nie za nim tęsk­niła. Na lodo­wi­sku nauczyła się być twarda, zacho­wała też gibką i umię­śnioną syl­wetkę łyż­wiarki. Na jej widok face­tom tro­chę odbi­jało. Nadia dla odmiany tań­czyła – w bale­cie – ale rzu­ciła to, kiedy matkę prze­stało być stać na opła­ca­nie tre­nin­gów dla nich obu. Z lek­kim ser­cem wyrze­kła się kariery, tak to przy­naj­mniej wyglą­dało w oczach Kasi. Ona sama w wieku dwu­dzie­stu jeden lat na­dal miesz­kała w domu rodzin­nym. Nie mogła się już docze­kać, kiedy zrzuci krę­pu­jące ją więzy, cho­ciaż wie­działa, że w Lon­dy­nie praw­do­po­dob­nie czeka ją to samo, co tutaj: ście­le­nie łóżek, czysz­cze­nie kibli i wycią­ga­nie z odpły­wów pokry­tych mydli­nami wło­sów. Wie­działa jedno: kiedy już się tam znaj­dzie, jej życie się odmieni. Na sto pro­cent.

Facet nazy­wał się Price. Mark Price. Był wspól­ni­kiem w agen­cji Ander­son i Price, zaj­mu­ją­cej się rekru­ta­cją pra­cow­ni­ków. Prze­pro­wa­dził z Nadią roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną na Sky­pie. Sio­stra prze­ka­zała Kasi, że jest przy­stojny – opa­lony, z doda­jącą mu uroku gęstą, siwie­jącą czu­pryną („Jak Geo­rge Clo­oney”), ma złoty sygnet, a na prze­gu­bie nosi ciężki rolex („Jak Roger Fede­rer”).

– Lepiej niech uważa, bo jesz­cze się z nim hajtnę – oznaj­miła i obie wybuch­nęły śmie­chem.

Nadia prze­słała Mar­kowi Price’owi mailem skany swo­ich dyplo­mów i refe­ren­cji, a teraz obie sio­stry cze­kały u niej w miesz­ka­niu, żeby „osta­tecz­nie potwier­dzić wszyst­kie szcze­góły”. Mark Price chciał za pośred­nic­twem Skype’a „zamie­nić dwa słowa” z Kasią. Wcze­śniej Nadia spy­tała go, czy nie zna­la­złby jakie­goś zaję­cia dla jej sio­stry, on zaś odparł:

– Czemu nie? – W bry­tyj­skich hote­lach pracy było pod dostat­kiem. – Tyle że tutaj nikt nie chce ciężko pra­co­wać – stwier­dził.

– Ja chcę ciężko pra­co­wać – zapew­niła go Nadia.

Nie były głu­pie. Sły­szały o han­dlu kobie­tami, o ludziach mamią­cych dziew­czyny obiet­ni­cami dobrej, porząd­nej pracy, a póź­niej szpry­cu­ją­cych je nar­ko­ty­kami i wię­żą­cych w brud­nych norach, gdzie kazano im upra­wiać seks z całym mnó­stwem męż­czyzn. Nie mogły wró­cić do domu, bo odbie­rano im pasz­porty i musiały zapra­co­wać na ich „wykup”. Ander­son i Price byli inni. Mieli pro­fe­sjo­nalną stronę inter­ne­tową, wszystko było legalne i przej­rzy­ste. Rekru­to­wali per­so­nel na całym świe­cie, do hoteli, domów opieki, restau­ra­cji oraz firm sprzą­ta­ją­cych. Mieli nawet swoje biura w Bruk­seli i Luk­sem­burgu. Spółka była „afi­lio­wana”, sza­no­wana, pole­cana przez wiele osób.

Pod­czas roz­mów na Sky­pie ich lon­dyń­skie biuro robiło wra­że­nie bar­dzo ele­ganc­kiego. Pano­wał w nim cią­gły ruch, w tle cały czas sły­szało się gwar: pra­cow­nicy roz­ma­wiali ze sobą, stu­kali w kla­wia­tury kom­pu­te­rów, odbie­rali dzwo­niące tele­fony. Sam Mark Price był poważny i kon­kretny. Mówił o „zaso­bach ludz­kich”, „wspar­ciu” i „obo­wiąz­kach pra­co­dawcy”. Zapew­niał, że pomoże im zała­twić zakwa­te­ro­wa­nie, wizy, naukę angiel­skiego, regu­larne szko­le­nia.

Miał już na oku jakąś pracę dla Nadii – „w jed­nym z naj­lep­szych hoteli”; osta­teczną decy­zję miała pod­jąć po przy­jeź­dzie. W Lon­dy­nie było wiele moż­li­wo­ści dla „bystrych dziew­cząt” takich jak ona.

– I jak moja sio­stra – przy­po­mniała mu Nadia.

– Oczy­wi­ście. I jak twoja sio­stra – odparł ze śmie­chem.

Był nawet gotów zapła­cić za prze­lot. Więk­szość agen­cji z góry ocze­ki­wała pro­wi­zji za zna­le­zie­nie pracy. Price zapo­wie­dział, że wyśle dziew­czy­nom bilety elek­tro­niczne na samo­lot do New­ca­stle. Kasia spraw­dziła na mapie: oka­zało się, że to kawał drogi od Lon­dynu. „Trzy godziny pocią­giem – sko­men­to­wał ten fakt Mark Price. – Żaden pro­blem”. Wybrał tań­sze roz­wią­za­nie; bądź co bądź to on pła­cił za bilety. Przed­sta­wi­ciel spółki Ander­son i Price miał cze­kać na nie na lot­ni­sku i zawieźć je do miesz­ka­nia wyna­ję­tego za pośred­nic­twem Airbnb. Samo­lot z Gdań­ska lądo­wał późno. Noc miały spę­dzić w New­ca­stle, a naza­jutrz ktoś miał je odsta­wić na dwo­rzec kole­jowy i wsa­dzić do pociągu. Ktoś inny miał je ode­brać w Lon­dy­nie na King’s Cross i prze­wieźć do hotelu, gdzie mogły spę­dzić kilka dni, dopóki nie znajdą cze­goś na stałe.

– Dzia­łamy jak dobrze naoli­wiona maszyna – chwa­lił się pośred­nik.

Nadia praw­do­po­dob­nie mogłaby liczyć na prze­nie­sie­nie do innego hotelu sieci Radis­son, ale była ambitna i chciała pra­co­wać w jakimś bar­dziej luk­su­so­wym miej­scu, jed­nym z tych, o któ­rym wszy­scy sły­szeli – w Dorche­ster, Lanes­bo­ro­ugh albo Man­da­rin Orien­tal.

– No tak – odparł Mark Price – z każ­dym z tych hoteli mamy pod­pi­sane umowy. Kasi było wszystko jedno; chciała po pro­stu zna­leźć się w Lon­dy­nie. Z nich dwóch Nadia była bar­dziej poważna, a Kasia bez­tro­ska. Jak śpie­wała Cyndi Lau­per, dziew­czyny chcą się tylko świet­nie bawić. Sie­działy więc teraz przed otwar­tym lap­to­pem Nadii, cze­ka­jąc na połą­cze­nie z Mar­kiem Price’em. Oka­zał się punk­tu­alny co do sekundy.

– No dobra – zwró­ciła się do sio­stry Nadia. – Zaczy­namy. Gotowa?

* * *

Mini­malne opóź­nie­nie w prze­ka­zie spra­wiało, że trud­niej było jej zro­zu­mieć, co do niej mówił. Jej zna­jo­mość angiel­skiego nie była chyba aż tak bie­gła, jak zachwa­lała sio­stra. Aby to ukryć, czę­sto się śmiała, odrzu­cała na bok włosy i nachy­lała się bli­żej ekranu, jakby wypeł­nia­jąc go swoją twa­rzą, mogła prze­ko­nać do sie­bie roz­mówcę. Grunt, że była ładna. Obie były ładne, ale ta druga ład­niej­sza.

– W porządku, Kasiu – rzekł. – Czas ucieka. – Widząc, że uśmie­chem stara się pokryć dez­orien­ta­cję, dla wyja­śnie­nia postu­kał w szkiełko zegarka na swoim prze­gu­bie. – Czy twoja sio­stra jest jesz­cze w pobliżu? – Na ekra­nie poja­wiła się twarz Nadii, przy­ci­śnięta do twa­rzy sio­stry. Obie uśmiech­nęły się do niego. Wyglą­dały, jakby pozo­wały do zdję­cia w foto­budce. – Nadiu – zwró­cił się do niej – popro­szę swoją sekre­tarkę, żeby jutro z samego rana wysłała wam mailem bilety na samo­lot, okej? Nie­długo spo­tkamy się oso­bi­ście. Do zoba­cze­nia. Miłego wie­czoru.

Wyłą­czył moni­tor i dziew­czyny znik­nęły. Wstał, prze­cią­gnął się. Za nim na ścia­nie wid­niało ele­ganc­kie logo spółki Ander­son i Price. Przed sobą miał biurko i krze­sło. Ścianę zdo­biła nowo­cze­sna, ale wysma­ko­wana repro­duk­cja. Kamerka w lap­to­pie czę­ściowo ją obej­mo­wała – zadbał o to, aby ją odpo­wied­nio usta­wić. Z dru­giej strony biurka widać było orchi­deę. Wyglą­dała jak praw­dziwa, ale była sztuczna. Gabi­net też nie był praw­dziwy. Spółka Ander­son i Price nie ist­niała. Nie ist­niał Mark Price. Tylko rolex na jego ręce był auten­tyczny.

Męż­czy­zna nie znaj­do­wał się w biu­rze w Lon­dy­nie, lecz w domku kem­pin­go­wym gdzieś w polu na wschod­nim wybrzeżu York­shire. W swoim „dru­gim biu­rze”, jak zwykł je w myślach nazy­wać. Od morza dzie­lił je nie­cały kilo­metr i cza­sami skrze­cze­nie mew mogło burzyć ilu­zję, że męż­czy­zna dzwoni z Lon­dynu.

Wyłą­czył nagra­nie „odgło­sów biu­ro­wych”, poga­sił świa­tła, zamknął domek i wsiadł do swo­jego land rovera disco­very. Pora wra­cać do domu. Na języku czuł już smak whi­sky Tali­sker, którą żona naleje mu na powi­ta­nie.Bitwa o ujście rzeki¹

– A oto „Ark Royal”. Utrzy­muje bez­pieczny dystans do okrę­tów wroga…

Roz­le­gło się kilka cichych wybu­chów – puk, puk, puk. Meta­liczne odgłosy ognia arty­le­ryj­skiego bez­sku­tecz­nie kon­ku­ro­wały ze skrze­cze­niem krą­żą­cych po nie­bie mew.

– Ojej, „Achil­les” został tra­fiony! Na szczę­ście udało się nawią­zać kon­takt z „Ark Royal”, który już pędzi na ratu­nek…

Jack­son nie użyłby cza­sow­nika „pędzi” dla opi­sa­nia spo­sobu, w jaki „Ark Royal” mozol­nie prze­miesz­czał się po tafli par­ko­wego stawu.

– Nad­la­tują bom­bowce RAF-u! Celny strzał, chłopcy! Brawa dla załóg bom­bow­ców i eskor­tu­ją­cych je myśliw­ców…

Na widowni roz­legł się sła­biutki aplauz na widok dwóch drew­nia­nych samo­lo­tów, które prze­mknęły nad sta­wem, podry­gu­jąc na roz­cią­gnię­tych od brzegu do brzegu lin­kach.

– Chry­ste – mruk­nął Nathan. – Ale żenada.

– Nie wzy­waj imie­nia Bożego nada­remno – zare­ago­wał odru­chowo Jack­son. W pew­nym sen­sie to fak­tycz­nie było żenu­jące („Naj­mniej­sze okręty zało­gowe świata!”), ale chyba wła­śnie na tym pole­gał cały urok? Patrzyli na repliki stat­ków, z któ­rych naj­dłuż­szy miał naj­wy­żej sześć metrów, pozo­stałe zaś były znacz­nie krót­sze. Ukryci wewnątrz pra­cow­nicy parku zaj­mo­wali się ich nawi­go­wa­niem. Publicz­ność sie­działa na drew­nia­nych ław­kach roz­sta­wio­nych na pochy­łych beto­no­wych schod­kach. Wcze­śniej przez godzinę na estra­dzie jakiś sta­ro­mod­nie wyglą­da­jący facet wygry­wał na fis­har­mo­nii sta­ro­modne melo­die, a teraz ten sam sta­ro­modny czło­wiek komen­to­wał prze­bieg bitwy. Natu­ral­nie w sta­ro­modny spo­sób. („Kiedy to się wresz­cie skoń­czy?” – chciał wie­dzieć Nathan).

Jack­son był tutaj raz jako dziecko, cho­ciaż nie z rodziną (kiedy jesz­cze ją miał) – ni­gdy nie robili niczego wspól­nie, ni­gdzie razem nie wyjeż­dżali, choćby na jeden dzień. Tak wyglą­dało życie klasy pra­cu­ją­cej, zbyt zapra­co­wa­nej, aby mieć czas na roz­rywki, i zbyt bied­nej, aby móc za nie zapła­cić, nawet gdyby udało się ten czas zna­leźć. („Nie sły­sza­łeś, Jack­son? – sko­men­to­wała to Julia. – Wojna kla­sowa już się skoń­czyła. Wszy­scy ją prze­grali”). Nie przy­po­mi­nał sobie, w jakich oko­licz­no­ściach tu przy­je­chał – może na wycieczkę z dru­żyną skau­tów, „Bry­gadą chłop­ców”² albo wręcz z Armią Zba­wie­nia – w mło­do­ści Jack­son lgnął do wszel­kiego typu orga­ni­za­cji, w nadziei że się zała­pie na cokol­wiek za darmo. Fakt, że wycho­wano go w wie­rze kato­lic­kiej, tylko mu w tym poma­gał. Jako dzie­się­cio­la­tek pod­pi­sał nawet zobo­wią­za­nie do życia w trzeź­wo­ści w lokal­nym oddziale Sto­wa­rzy­sze­nia Abs­ty­nen­tów przy Armii Zba­wie­nia, w zamian za lemo­niadę i talerz cia­stek. („No i jak na tym wysze­dłeś?” – dopy­ty­wała Julia). Obja­wie­niem stało się dla niego dopiero odkry­cie praw­dzi­wej armii: tam wszystko było dar­mowe. Co też miało swoją cenę.

– Bitwa u ujścia rzeki La Plata – poin­for­mo­wał teraz Nathana – była pierw­szym star­ciem mor­skim dru­giej wojny świa­to­wej. – Jed­nym z obo­wiąz­ków ojca było edu­ko­wać, zwłasz­cza w tych dzie­dzi­nach, w któ­rych sam się spe­cja­li­zo­wał, to zna­czy w tema­cie samo­cho­dów, wojen oraz kobiet. („Jack­son, prze­cież ty nie masz poję­cia o kobie­tach” – stwier­dziła Julia. „Otóż to” – odparł). Nathan na każdą prze­ka­zy­waną mu infor­ma­cję reago­wał prze­wra­ca­niem oczu, ewen­tu­al­nie pozo­ro­wał głu­chotę. Jack­son miał nadzieję, że syn mimo wszystko pod­świa­do­mie chło­nie rady i prze­strogi, któ­rymi nie­ustan­nie go bom­bar­do­wał, a które miały bez­po­średni zwią­zek z zacho­wa­niem chło­paka. „Nie spa­ce­ruj tak bli­sko kra­wę­dzi klifu”. „Uży­waj noża i widelca, a nie pal­ców”. „Ustę­puj miej­sca w auto­bu­sie”. Cho­ciaż, prawdę mówiąc, kiedy to Nathan ostatni raz jechał auto­bu­sem? Wszę­dzie wożono go jak małego lorda. Syn Jack­sona miał dopiero trzy­na­ście lat i ego roz­dęte do tego stop­nia, że pomie­ści­łoby kilka pla­net.

– Co to zna­czy: zało­gowe? – zapy­tał teraz.

– To, że w środku tych okrę­tów sie­dzą ludzie i nimi ste­rują.

– Aku­rat – prych­nął Nathan. – Gada­nie.

– Wła­śnie że sie­dzą. Zoba­czysz.

– Teraz nad­ciąga „Exe­ter”. Okręt pod­wodny nie­przy­ja­ciela jest w tara­pa­tach…

– Pocze­kaj – postra­szył chło­paka Jack­son – pew­nego dnia sam będziesz miał dzieci, a wtedy będziesz je zmu­szał do robie­nia tych samych rze­czy, któ­rych teraz tak bar­dzo nie­na­wi­dzisz: zwie­dza­nia muzeów i pała­ców, spa­ce­rów na wsi… Wów­czas one znie­na­wi­dzą cie­bie. Na tym polega kosmiczna spra­wie­dli­wość, mój synu.

– Na pewno nie będę ich zmu­szał do cze­goś takiego – burk­nął Nathan.

– Prze­ko­nasz się. A ja będę się śmiał ostatni.

– Taaa… Wtedy będziesz już mar­twy.

– Dzięki. Wiel­kie dzięki, Natha­nie. – Jack­son wes­tchnął. Czy sam, mając tyle lat co Nathan, był rów­nie nie­czuły? Ostat­nie, czego potrze­bo­wał, to przy­po­mi­na­nia mu, że jest śmier­telny; dzień w dzień una­ocz­niało mu to doj­rze­wa­nie syna.

Pozo­sta­wało cie­szyć się myślą, że tego popo­łu­dnia Nathan for­mu­ło­wał z grub­sza kom­pletne zda­nia, zamiast jak zwy­kle komu­ni­ko­wać się za pomocą mał­pich pomru­ków. Sie­dział zgar­biony na ławce, z dłu­gimi nogami wycią­gnię­tymi przed sie­bie i ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi w pozie jaw­nego szy­der­stwa. Stopy (obute, a jakże, w dizaj­ner­skie trampki) miał olbrzy­mie i wszystko wska­zy­wało na to, że lada dzień prze­ro­śnie ojca. W jego wieku Jack­son posia­dał dwa zestawy ubrań, z czego jeden sta­no­wił szkolny mun­du­rek. Poza teni­sów­kami na lek­cje wuefu („Poza czym?” – zdu­miał się Nathan) dys­po­no­wał jesz­cze tylko jedną parą butów i poję­cia „dizaj­ner­skie” oraz „logo” były mu cał­kiem obce.

Zanim skoń­czył trzy­na­ście lat, jego matka umarła na raka, sio­stra została zamor­do­wana, a brat popeł­nił samo­bój­stwo, uprzej­mie zadbaw­szy wcze­śniej o to, aby Jack­son po powro­cie ze szkoły zna­lazł jego ciało dyn­da­jące na haku od żyran­dola. On sam ni­gdy nie miał oka­zji być samo­lubny: leżeć roz­wa­lony na kana­pie, sta­wiać żąda­nia i krzy­żo­wać ramiona w geście szy­der­stwa. A gdyby nawet taka oka­zja się tra­fiła, ojciec szybko wybiłby mu pasem z głowy podobne zacho­wa­nie. Jack­son nie życzył by­naj­mniej Natha­nowi cier­pie­nia – niech Bóg broni! – ale nie zaszko­dzi­łoby, gdyby chło­pak był mniej zapa­trzony w sie­bie.

Jeśli cho­dzi o lita­nię rodzin­nych nie­szczęść, Julia, matka Nathana, mogła śmiało kon­ku­ro­wać z Jack­so­nem. Jedna z jej sióstr padła ofiarą mor­der­stwa, druga się zabiła, a trze­cia zmarła na raka („Aha, i nie zapo­mi­naj o tatu­siu, który nas wszyst­kie mole­sto­wał – przy­po­mi­nała. – Wycho­dzi na to, że jestem górą!”). Kiedy Julia i Jack­son się zeszli, łącząc swoje dotych­cza­sowe nie­dole, w wyniku burz­li­wej reak­cji na świe­cie poja­wił się ich jedyny syn. A jeśli mimo pozor­nej bez­tro­ski Nathana zako­do­wane w jego DNA nie­szczę­ście zdą­żyło jakoś zatruć mu krew? Kto wie, może wła­śnie w tym momen­cie tra­ge­dia i roz­pacz roz­ra­stały się w nim jak nowo­twór? („Czy ty choć raz pró­bo­wa­łeś być opty­mi­stą?” – zain­te­re­so­wała się Julia. „Raz – odrzekł Jack­son. – I źle się z tym czu­łem”).

– Mówi­łeś, że kupisz mi lody.

– Chcia­łeś powie­dzieć: „Tato, czy mógł­byś mi kupić obie­cane lody, o któ­rych na chwilę zapo­mnia­łeś? Bar­dzo pro­szę”.

– Dobra, dobra. – Po wyjąt­kowo dłu­giej pau­zie Nathan dodał nie­chęt­nie: – Pro­szę. („Służę miło­ści­wemu panu” – odpo­wia­dała nie­wzru­szona Julia, ile­kroć ich poto­mek cze­goś się od niej doma­gał).

– To co byś chciał?

– Magnum. Z podwój­nym masłem orze­cho­wym.

– Nie masz przy­pad­kiem zbyt wyso­kich wyma­gań?

– No to wszystko mi jedno. Może być cor­netto.

– Poprzeczka chyba na­dal jest zawie­szona zbyt wysoko.

W kwe­stii jedze­nia Nathan od dziecka miał jasno spre­cy­zo­wane gusta. Julia z kolei zacho­wy­wała się zaska­ku­jąco neu­ro­tycz­nie, jeśli cho­dzi o jego prze­ką­ski. „Sta­raj się uwa­żać na to, co je – pouczała Jack­sona. – Cze­ko­la­dowy bato­nik może być, ale nie dawaj mu cukier­ków, a już na pewno żad­nych żel­ków. Kiedy wchło­nie za dużo cukru, zaczyna mu odbi­jać jak grem­li­nowi nakar­mio­nemu po pół­nocy. A jeśli uda ci się wci­snąć w niego jakiś owoc, oka­żesz się lep­szą matką ode mnie”. Za rok czy dwa Julia zacznie się zamar­twiać z powodu papie­ro­sów, alko­holu i nar­ko­ty­ków; Jack­son uwa­żał, że powinna cie­szyć się „słod­kimi latami” ich syna.

– Kiedy pójdę po lody – zwró­cił się do Nathana – spró­buj mieć na oku naszego kum­pla Gary’ego w pierw­szym rzę­dzie, dobra? – Nathan nie dał po sobie poznać, że dotarło do niego choćby jedno słowo, więc Jack­son odcze­kał chwilę i zapy­tał: – Co wła­śnie powie­dzia­łem?

– Powie­dzia­łeś: „Kiedy pójdę po lody, spró­buj mieć na oku naszego kum­pla Gary’ego w pierw­szym rzę­dzie, dobra?”.

– Otóż to. Dokład­nie – przy­tak­nął Jack­son; zro­biło mu się tro­chę głu­pio, cho­ciaż nie zamie­rzał się do tego przy­zna­wać. – Trzy­maj. – Podał chło­pa­kowi swo­jego iPhone’a. – Strzel mu fotkę, gdyby robił coś inte­re­su­ją­cego.

Pod­niósł się z ławki, a pies, z tru­dem poko­nu­jąc stop­nie, podą­żył za nim do kafejki. Dydona, wie­kowa labra­dorka o bisz­kop­to­wym umasz­cze­niu i ze sporą nad­wagą, nale­żała do Julii. Kiedy przed laty Julia przed­sta­wiła mu ją jako Dido („Jack­so­nie, to jest Dido – Dido, oto Jack­son”), zało­żył, że suka dostała imię po popu­lar­nej pio­sen­karce, ale nie – oka­zało się, że nazwano ją tak na cześć Dydony, kró­lo­wej Kar­ta­giny. Cała Julia!

Dido – suczka, a nie kró­lowa Kar­ta­giny – rów­nież została mu powie­rzona pod opiekę razem z długą listą wytycz­nych. Można by pomy­śleć, że Jack­son ni­gdy nie zaj­mo­wał się dziećmi ani psami. („Ale to nie było moje dziecko ani mój pies” – wytknęła mu Julia. „Mówisz o naszym dziecku, jak sądzę” – popra­wił ją).

Nathan miał trzy latka, gdy Jack­son zdo­łał wywal­czyć prawo do opieki nad nim. Z sobie tylko wia­do­mych powo­dów Julia zaprze­czała, jakoby był ojcem chłopca. Zanim uznała w końcu ten nie­za­prze­czalny fakt, Jack­son stra­cił naj­lep­sze lata z życia syna. („Chcia­łam go mieć tylko dla sie­bie” – tłu­ma­czyła). Za to teraz, kiedy zaczęły się te naj­gor­sze lata, Julia aż nadto chęt­nie dzie­liła się nim z Jack­sonem.

Zapo­wie­działa, że będzie „wście­kle” zajęta nie­mal przez całe lato, zabrał więc syna do domku, który wynaj­mo­wał na wschod­nim wybrzeżu York­shire, kilka kilo­me­trów na pół­noc od Whitby. Nie potrze­bo­wał wiele, żeby pro­wa­dzić biuro detek­ty­wi­styczne. Mógł to robić gdzie­kol­wiek – wystar­czyło dobrze dzia­ła­jące wi-fi.

Julia grała pato­lożkę („Tę słynną pato­lożkę” – popra­wiała go) w nada­wa­nym od lat serialu poli­cyj­nym _Col­lier_. Mówiono, że to „odważny współ­cze­sny dra­mat”, cho­ciaż ostat­nio stał się ckli­wym tasiem­cem, któ­rego sce­na­riusz pisali cyniczni wiel­ko­miej­scy gogu­sie, zajęci na co dzień wcią­ga­niem koki albo innych świństw.

Teraz po raz pierw­szy wątek postaci Julii został roz­wi­nięty. „Czeka mnie wielka ewo­lu­cja” – oznaj­miła Jack­so­nowi. W pierw­szej chwili myślał, że powie­działa „rewo­lu­cja” i tro­chę potrwało, zanim roz­wi­kłał tę zagadkę w swo­jej gło­wie. Mimo to do tej pory, ile­kroć wspo­mi­nała mu o tej „ewo­lu­cji”, wyobra­żał sobie Julię wio­dącą lud na bary­kady. Nie byłaby zresztą naj­gor­szą towa­rzyszką na nie­spo­kojne czasy; pod fasadą roz­trze­pa­nej akto­reczki kryła się kobieta twarda i przed­się­bior­cza – nawia­sem mówiąc, o natu­ral­nych skłon­no­ściach przy­wód­czych.

Kon­trakt Julii wyga­sał, a ponie­waż pro­du­cenci ską­pili jej infor­ma­cji na temat sce­na­riu­sza, była nie­mal pewna, że po „ewo­lu­cji” jej postać czeka ponury koniec („Jak nas wszyst­kich” – pod­su­mo­wał Jack­son). Mimo wszystko Julia zacho­wy­wała opty­mizm. Twier­dziła, że dzięki seria­lowi zdo­była dużą popu­lar­ność. Jej agent miał już dla niej na oku rolę w kome­dii z okresu Restau­ra­cji, która miała być grana w teatrze West York­shire Play­ho­use³. („Poważne aktor­stwo – cie­szyła się Julia. – A jeśli to nie wypali, zawsze mam jesz­cze _Taniec z gwiaz­dami_. Już dwa razy się do mnie zgła­szali. Naj­wi­docz­niej koń­czą im się cele­bryci”). Miała cudowny gar­dłowy śmiech, szcze­gól­nie gdy żar­to­wała z samej sie­bie. Albo uda­wała, że żar­tuje. Był w tym pewien urok.

– Tak jak przy­pusz­cza­łem, nie mają magnum ani cor­netto, tylko świ­derki od Bas­sa­niego – oznaj­mił synowi po powro­cie. W unie­sio­nych rękach niósł jak pochod­nie dwa ape­tyczne rożki. Wyda­wa­łoby się, że po tym, co zaszło, ludzie nie będą kupo­wali dzie­ciom lodów tej firmy. Hała­śliwe salony gier Car­mody’ego na nabrzeżu też cie­szyły się na­dal dużą popu­lar­no­ścią. Lody i auto­maty do gry – ide­alne wabiki dla naj­młod­szych. Odkąd ta sprawa tra­fiła do gazet, musiało minąć chyba z dzie­sięć lat. (Im Jack­son był star­szy, tym szyb­ciej pły­nął czas). Anto­nio Bas­sani i Michael Car­mody, miej­scowe grube ryby; jeden sie­dział obec­nie w wię­zie­niu, a drugi skoń­czył ze sobą. Jack­sonowi zawsze się myliło, który jest który. Nie zdzi­wiłby się, gdyby się oka­zało, że ten, który sie­dział, ma nie­długo wyjść na wol­ność, o ile już nie wyszedł. Bas­sani i Car­mody lubili dzieci. Za bar­dzo. I lubili odda­wać je w ręce takich, któ­rzy za bar­dzo je lubili. Jak pre­zenty albo fanty na lote­rii.

Wiecz­nie głodna Dido dep­tała mu po pię­tach, kole­biąc się na boki. Zamiast lodów Jack­son dał jej psi sma­ko­łyk w kształ­cie kości. Przy­pusz­czał, że kształt przy­smaku nie ma dla suki więk­szego zna­cze­nia.

– Kupi­łem wani­liowe i cze­ko­la­dowe – zwró­cił się do Nathana. – Które wolisz? – Pyta­nie było czy­sto reto­ryczne. Kto w wieku poni­żej osiem­na­stu lat wybrałby smak wani­liowy?

– Cze­ko­la­dowe. Dzięki.

„Dzięki”, małe zwy­cię­stwo na fron­cie walki o kul­ty­wo­wa­nie dobrych manier, pomy­ślał Jack­son. („Koniec koń­ców wyj­dzie na ludzi – twier­dziła Julia. – Bycie nasto­lat­kiem jest strasz­nie trudne. Burza hor­mo­nów i to cią­głe zmę­cze­nie. Doj­rze­wa­nie pochła­nia mnó­stwo ener­gii”). A co z tymi, któ­rzy daw­niej w wieku czter­na­stu lat (czyli pra­wie w wieku Nathana!) rzu­cali szkołę i szli pra­co­wać w fabryce, hucie albo kopalni? (Jak choćby ojciec Jack­sona, a wcze­śniej jego dzia­dek). Albo sam Jack­son, który jako szes­na­sto­la­tek zacią­gnął się do woj­ska – dzie­ciak roz­bity przez sys­tem i przez ten sam sys­tem poskła­dany na powrót w męż­czy­znę? Czy tam­tym nasto­lat­kom, włą­cza­jąc w to jego samego, też pobła­żano ze względu na sza­le­jące w nich hor­mony? A skąd. Pra­co­wali razem z doro­słymi i zacho­wy­wali się jak trzeba, by pod koniec każ­dego tygo­dnia odda­wać mat­kom (lub ojcom) całą wypłatę. Poza tym… („Zamkniesz się wresz­cie? – prze­ry­wała mu znu­żona Julia. – Tamto życie minęło i już nie wróci”).

– A gdzie jest Gary? – zapy­tał Jack­son, omia­ta­jąc wzro­kiem rzędy ławek.

– Gary?

– Tak. Gary, któ­rego mia­łeś pil­no­wać.

Nathan, nie odry­wa­jąc oczu od ekranu smart­fona, ski­nął głową w kie­runku wypo­ży­czalni rowe­rów wod­nych. Gary i Kir­sty stali tam w kolejce.

– Bitwa skoń­czona! Na maszt wcią­gana jest flaga Wiel­kiej Bry­ta­nii. Hip, hip, hurra na cześć naszej sta­rej, dobrej flagi!

Jack­son wzniósł okrzyk wraz z resztą publicz­no­ści. Dał Natha­nowi życz­li­wego kuk­sańca i spy­tał:

– A ty dla­czego nie wiwa­tu­jesz na cześć naszej sta­rej, dobrej flagi?

– Hurra – burk­nął Nathan.

O iro­nio, pomy­ślał Jack­son, imię twoje Nathan Land. Nazwi­sko syna – po matce – było sta­łym źró­dłem nie­po­ro­zu­mień mię­dzy Julią i Jack­sonem. Deli­kat­nie mówiąc. Według Jack­sona „Nathan Land” brzmiało jak nazwi­sko osiem­na­sto­wiecz­nego żydow­skiego finan­si­sty, zało­ży­ciela dyna­stii euro­pej­skich ban­kie­rów. Dla odmiany „Nat Bro­die” przy­wo­dziło na myśl dziel­nego poszu­ki­wa­cza przy­gód, pio­niera wyty­cza­ją­cego nowe gra­nice, podą­ża­ją­cego na zachód w poszu­ki­wa­niu złota albo stad bydła, za któ­rym sznu­rem cią­gnęły kobiety swo­bod­nych oby­cza­jów. („Odkąd to masz taką bujną wyobraź­nię?” – chciała wie­dzieć Julia. Praw­do­po­dob­nie odkąd cię pozna­łem, odparł w myślach Jack­son).

– Możemy już stąd iść? – zapy­tał Nathan, zie­wa­jąc sze­roko i bez żad­nego skrę­po­wa­nia.

– Za moment. Daj mi to skoń­czyć – odparł Jack­son, wska­zu­jąc swój rożek. Uwa­żał, że trudno było o bar­dziej żenu­jący widok niż doro­sły facet, który prze­cha­dza się, liżąc loda.

Uczest­nicy bitwy o ujście La Platy roz­po­częli rundę hono­rową. Załoga okrę­tów usu­nęła ich wierzch­nie ele­menty przy­po­mi­na­jące wie­życzki obser­wa­cyjne w łodziach pod­wod­nych i machała do tłumu.

– Widzisz? – ode­zwał się Jack­son do Nathana. – A nie mówi­łem?

Nathan prze­wró­cił oczami.

– Mówi­łeś. Czy teraz możemy już iść?

– Dobrze, tylko naj­pierw zer­k­niemy, co robi Gary.

Nathan jęk­nął, jakby cze­kały go jakieś wymyślne tor­tury.

– Zaci­śnij zęby i znieś to z god­no­ścią, jak na męż­czy­znę przy­stało – pouczył go rado­śnie Jack­son.

Pod­czas gdy flota naj­mniej­szych okrę­tów zało­go­wych świata odpły­wała do miej­sca cumo­wa­nia, rowery wodne – w kolo­rach czer­wieni, żółci i błę­kitu, o wydłu­żo­nych dzio­bach zakoń­czo­nych wiel­kimi smo­czymi łbami, niczym łodzie Wikin­gów z kre­skó­wek – wła­śnie opusz­czały przy­stań. Gary i Kir­sty także już wsie­dli do swo­jego rydwanu i męż­czy­zna peda­ło­wał dziel­nie ku środ­kowi stawu. Jack­son pstryk­nął im kilka fotek. Kiedy spoj­rzał na wyświe­tlacz tele­fonu, cze­kała go przy­jemna nie­spo­dzianka: w cza­sie, gdy on kupo­wał lody, Nathan wyko­nał serię zdjęć – współ­cze­sny odpo­wied­nik kine­ografu – na któ­rych Gary i Kir­sty cało­wali się z war­gami uło­żo­nymi w dzió­bek niczym dwie roz­dymki.

– Grzeczny chło­piec – pochwa­lił syna.

– A teraz możemy już iść?

– Możemy.

Jack­son od kilku tygo­dni śle­dził Gary’ego i Kir­sty. Wysłał żonie Gary’ego, Penny, tyle fotek owej pary in fla­granti, że oskar­żyw­szy go naj­pierw o zdradę, mogłaby kil­ku­krot­nie się z nim roz­wieść. Jed­nak ile­kroć pytał ją: „Chyba ma już pani wystar­cza­jąco dużo dowo­dów, pani Trot­ter?”, zawsze odpo­wia­dała: „Niech pan jesz­cze tro­chę za nimi pocho­dzi, panie Bro­die”. Penny Trot­ter – dość nie­for­tunne nazwi­sko, przy­naj­mniej zda­niem Jack­sona. Nóżki wie­przowe, tanie mięso od rzeź­nika. Jego matka czę­sto je przy­rzą­dzała, nie gar­dziła też świń­skim łbem. Od ryja do ogona i wszystko, co pomię­dzy – nic się u nich nie mar­no­wało. Była Irlandką i pamięć wiel­kiego głodu wciąż była w niej żywa, wyryta w kościach niczym wzory na tych ozdo­bach z muszli rzeź­bio­nych przez wie­lo­ryb­ni­ków, które Jack­son oglą­dał w muzeum w Whitby. Poza tym, jak na irlandzką matkę przy­stało, pod­czas rodzin­nych posił­ków w pierw­szej kolej­no­ści obsłu­gi­wała męż­czyzn, poczy­na­jąc od głowy rodziny. Potem sta­wiała talerz przed sio­strą Jack­sona, aż wresz­cie sama sia­dała do stołu i zja­dała to, co jesz­cze zostało – czę­sto było to rap­tem kilka ziem­nia­ków i odro­bina sosu z pie­czeni. Jedna Niamh dostrze­gała ów bez­miar mat­czy­nego poświę­ce­nia. („Mamo, weź tro­chę mięsa ode mnie”).

Bywało, że we wspo­mnie­niach Jack­sona obraz sio­stry wyda­wał się żyw­szy, niż kie­dy­kol­wiek był za jej życia. Ze wszyst­kich sił sta­rał się pod­trzy­my­wać pamięć o Niamh, jako że poza nim nie było już nikogo, kto mógłby pod­sy­cać ten ogień. Wkrótce zga­śnie na wiecz­ność, podob­nie jak Jack­son, jego syn i… („Na litość boską, Jack­son, dajże wresz­cie spo­kój” – dener­wo­wała się Julia).

Powoli zaczy­nał się zasta­na­wiać, czy Penny Trot­ter nie czer­pie przy­pad­kiem jakiejś maso­chi­stycz­nej przy­jem­no­ści z tego, co (nie­mal) zakra­wało na pod­glą­dac­two. A może miała w zana­drzu jakiś plan, o któ­rym nie wspo­mniała Jack­so­nowi? Albo zwy­czaj­nie chciała prze­cze­kać, jak Pene­lopa, w nadziei że jej Ody­se­usz odnaj­dzie drogę do domu? Nathan miał przez waka­cje przy­go­to­wać do szkoły pro­jekt na temat _Ody­sei_. Wyglą­dało na to, że niczego na razie się nie nauczył, pod­czas gdy Jack­son wyniósł z tej lek­tury cał­kiem sporo.

Jego syn cho­dził do pry­wat­nej szkoły (głów­nie dzięki gaży, którą Julia dosta­wała za grę w serialu _Col­lier_), czemu Jack­son był z zasady prze­ciwny, cho­ciaż w głębi ducha odczu­wał ulgę, bo miej­scowe gim­na­zjum, do któ­rego Nathan musiałby uczęsz­czać, miało fatalne noto­wa­nia. („Nie mogę się zde­cy­do­wać, kim ty wła­ści­wie jesteś – stwier­dziła Julia – hipo­krytą czy po pro­stu sfru­stro­wa­nym ide­ali­stą”. Czy zawsze fero­wała takie surowe sądy? Nie­gdyś był to przy­wi­lej eks­żony Jack­sona, Josie. Odkąd to Julia stała się taka sama?).

Jack­son znu­dził się Garym i Kir­sty. Byli nie­wol­ni­kami wła­snych przy­zwy­cza­jeń, w każdy ponie­dzia­łek i w każdą środę wie­czo­rem wycho­dzili dokądś razem w Leeds, gdzie oboje pra­co­wali w jed­nej fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej. Zawsze wyglą­dało to tak samo: drink, kola­cja, a po niej dwie godziny spę­dzone w czte­rech ścia­nach nowo­cze­snego miesz­kanka Kir­sty. Dzięki Bogu Jack­son bez pod­glą­da­nia potra­fił się domy­ślić, co tam robią. Póź­niej Gary wra­cał samo­cho­dem do Penny i nale­żą­cego do nich obojga nija­kiego bliź­niaka z czer­wo­nej cegły w Acomb na rów­nin­nych przed­mie­ściach Yorku. Jack­son lubił fan­ta­zjo­wać, że gdyby sam jako żonaty męż­czy­zna wdał się w pokątny romans – co z ręką na sercu ni­gdy mu się nie przy­da­rzyło – zacho­wy­wałby się jed­nak nieco bar­dziej spon­ta­nicz­nie i mniej prze­wi­dy­wal­nie. I że spra­wia­łoby mu to tro­chę więk­szą frajdę. Taką przy­naj­mniej miał nadzieję.

Do Leeds nawet samo­cho­dem był spory kawa­łek drogą przez wrzo­so­wi­ska, dla­tego Jack­son zwer­bo­wał do pomocy mło­dzieńca, nie­ja­kiego Sama Til­linga, zamiesz­ka­łego w Har­ro­gate. Chło­pak wła­śnie skoń­czył stu­dia i miał wstą­pić w sze­regi poli­cji, ale na razie potwor­nie się nudził. Jack­son zapro­po­no­wał mu pracę w tere­nie i młody z rado­ścią wyko­ny­wał za niego co nud­niej­sze zle­ce­nia. Bez opo­rów łaził po barach, pubach i restau­ra­cjach ser­wu­ją­cych curry, wszę­dzie, dokąd tylko Gary’ego i Kir­sty zawio­dły porywy sil­nie powścią­ga­nej namięt­no­ści. Z rzadka wypusz­czali się poza mia­sto na jed­no­dniowe wycieczki. Dzi­siaj był czwar­tek, więc naj­wy­raź­niej urwali się z pracy ze względu na piękną pogodę. Nie mając ku temu żad­nych pod­staw, Jack­son przy­pusz­czał, że Gary i Kir­sty należą do tej kate­go­rii osób, które bez skrę­po­wa­nia oszu­kują swo­ich prze­ło­żo­nych.

Ponie­waż park Peasholm znaj­do­wał się o rzut kamie­niem od domku Jack­sona, tego dnia posta­no­wił sam za nimi pocho­dzić. Dzięki temu miał czym zająć Nathana, cho­ciaż domyślną ulu­bioną roz­rywką syna było prze­sia­dy­wa­nie w domu i gra w _Grand Theft Auto_ na Xbo­xie albo cza­to­wa­nie ze zna­jo­mymi w sieci. (Co takiego mieli sobie do powie­dze­nia, na Boga? Niczego prze­cież nie robili). Raz Jack­son usi­ło­wał zacią­gnąć Nathana (nie­mal dosłow­nie, po stu dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu stop­niach) do wysma­ga­nych wia­trem ruin opac­twa w Whitby, na próżno licząc, że w ten spo­sób chło­pak dowie się cze­goś o histo­rii. Podob­nie było w muzeum, które lubił za kolek­cję nie­co­dzien­nych eks­po­na­tów, od ska­mie­lin kro­ko­dyli, przez pamiątki wie­lo­ryb­ni­cze, po zmu­mi­fi­ko­waną rękę wisielca. Żad­nych inte­rak­tyw­nych gadże­tów, żeby za wszelką cenę zaba­wiać nad­po­bu­dliwe dzie­ciaki, tylko dzi­waczna zbie­ra­nina relik­tów prze­szło­ści, wciąż w ory­gi­nal­nych wik­to­riań­skich gablo­tach – przy­szpi­lo­nych motyli, wypcha­nych pta­ków, orde­rów wojen­nych, otwar­tych od frontu dom­ków dla lalek. Te dro­bia­zgi sta­no­wiły nama­calne świa­dec­two czy­je­goś życia, a prze­cież, bądź co bądź, wła­śnie to się liczyło w osta­tecz­nym roz­ra­chunku, prawda?

Jack­son zdzi­wił się, że maka­bryczna zmu­mi­fi­ko­wana ręka nie zro­biła wra­że­nia na Natha­nie. Nazy­wała się „ręka chwały” i wią­zała się z nią skom­pli­ko­wana, długa legenda, w któ­rej główne role odgry­wały szu­bie­nice i opor­tu­ni­styczni rabu­sie. Muzeum szczy­ciło się też bogatą spu­ści­zną zwią­zaną z tra­dy­cją mary­ni­styczną Whitby, lecz ta rów­nież nie zain­te­re­so­wała Nathana, w związku z czym o zwie­dze­niu muzeum kapi­tana Cooka nie mogło być nawet mowy.

Jack­son podzi­wiał Cooka. „Jako pierw­szy opły­nął świat dookoła” – rzekł, pró­bu­jąc wzbu­dzić w synu cie­ka­wość. „I co z tego?” – odparł chło­pak. („I co z tego!” Jakże Jack­son nie cier­piał tej pogar­dli­wej odzywki). Ale może jego syn miał rację. Może prze­szłość nie sta­no­wiła już żad­nego kon­tek­stu dla teraź­niej­szo­ści. Może nic z tego nie miało już zna­cze­nia. Czy to wła­śnie miało wybrzmieć przy końcu świata – nie żaden wybuch, tylko nie­szczę­sne „I co z tego?”.

Pod­czas gdy Gary z Kir­sty sobie hulali, Penny Trot­ter doglą­dała inte­resu – skle­piku z pamiąt­kami w Acomb, który nazy­wał się „Skrzy­nia skar­bów” i pach­niał w środku zupeł­nie nie świą­to­bli­wymi won­no­ściami: mie­sza­niną paczuli z kadzi­de­łek i sztucz­nego aro­matu wani­lio­wego. Sprze­da­wano tam głów­nie kartki oko­licz­no­ściowe i papier do pako­wa­nia pre­zen­tów, a także kalen­da­rze, świeczki, mydełka, kubki i całe mnó­stwo innych pre­ten­sjo­nal­nych przed­mio­tów, któ­rych prze­zna­cze­nie na pierw­szy rzut oka nie było cał­kiem jasne. Tego rodzaju przy­bytki wege­to­wały od jed­nego święta do dru­giego – Boże Naro­dze­nie, Walen­tynki, Dzień Matki, Hal­lo­ween i znowu Boże Naro­dze­nie – po dro­dze zara­bia­jąc jesz­cze na uro­dzi­nach.

– Jako takie nie ma żad­nego prak­tycz­nego zasto­so­wa­nia – wytłu­ma­czyła mu Penny Trot­ter, gdy Jack­son zagad­nął ją kie­dyś o wypchane serce ze szkar­łat­nego filcu z wyszy­wa­nym na przo­dzie ceki­nami sło­wem „miłość”. – Można je po pro­stu gdzieś powie­sić. – Penny Trot­ter z natury była roman­tyczką, co, jak sama mówiła, oka­zało się jej zgubą. Była też „odro­dzoną” chrze­ści­janką, ale na czym owo odro­dze­nie mia­łoby pole­gać, tego już nie wyja­wiła. (Chyba wystar­czy raz naro­dzić się dla wiary?). Nosiła krzy­żyk na szyi i bran­so­letkę na nad­garstku z nadru­ko­wa­nymi ini­cja­łami „CBZJ”, które zdu­miały Jack­sona. „To zna­czy: «Co By Zro­bił Jezus?» – obja­śniła Penny. – Dzięki temu zanim zro­bię coś, czego mogła­bym póź­niej żało­wać, zawsze się zatrzy­muję i zasta­na­wiam”. Uznał, że ten aku­rat skrót warto by zapa­mię­tać. „CBZJ”. „Co By Zro­bił Jack­son?”

„Usługi Detek­ty­wi­styczne Bro­diego” sta­no­wiły naj­now­szą odsłonę jego daw­nej agen­cji detek­ty­wi­stycz­nej, cho­ciaż sam sta­rał się nikomu nie przed­sta­wiać jako „pry­watny detek­tyw”. Budziło to w ludziach zbyt cele­bryc­kie (albo zbyt tan­detne – zależy, jak na to spoj­rzeć) sko­ja­rze­nia. Zbyt chan­dle­row­skie. Towa­rzy­szyły temu zwy­kle zbyt wyso­kie ocze­ki­wa­nia.

Więk­szość dni upły­wała Jack­so­nowi na wyko­ny­wa­niu nud­nych zle­ceń od praw­ni­ków – namie­rza­niu dłuż­ni­ków, pro­wa­dze­niu inwi­gi­la­cji i tak dalej. Do tego docho­dziły kra­dzieże w miej­scu pracy, wery­fi­ka­cja zaświad­czeń o nie­ka­ral­no­ści, raporty kon­su­menc­kie i tro­chę ana­liz eko­no­miczno-finan­so­wych, jed­nak w grun­cie rze­czy zawie­sza­jąc wir­tu­alny szyld firmy w inter­ne­cie, mógł rów­nie dobrze umie­ścić tam któ­reś z wypcha­nych ser­du­szek Penny Trot­ter, ponie­waż zna­ko­mita więk­szość spraw doty­czyła śle­dze­nia nie­wier­nych współ­mał­żon­ków (zdrado, imię twoje Gary) albo wcią­ga­nia niczego nie­podej­rze­wa­ją­cych poten­cjal­nych Garych – chło­pa­ków lub narze­czo­nych – w zasadzkę (lub, jak nazy­wał to w myślach Jack­son, bra­nia ich na wabia), aby zba­dać ich odpor­ność na pokusy. Cho­ciaż tkwił w tej robo­cie od lat, ni­gdy by się nie spo­dzie­wał, że na świe­cie żyje tyle podejrz­li­wych kobiet.

Tego rodzaju dzia­łal­ność wyma­gała nie byle jakiej przy­nęty, praw­dzi­wej femme fatale. Zna­lazł ją w oso­bie wyjąt­kowo ponęt­nej Rosjanki o imie­niu Tatiana. Gdyby porów­nać pułapkę do garnca z mio­dem, w któ­rym wodzony na poku­sze­nie nie­szczę­śnik miałby zanu­rzyć palec, Tatiana byłaby psz­czołą o wyjąt­kowo zabój­czym jadzie – może nawet bar­dziej szer­sze­niem niż psz­czołą. Jack­son poznał ją w innym życiu, gdy ona pra­co­wała jako domina, on zaś był – przez krótki czas – wol­nym jak ptak milio­ne­rem (teraz wyda­wało się to nie­wia­ry­godne). Nie połą­czył ich seks ani zwią­zek, ucho­waj Boże! Jack­son wolałby już pójść do łóżka ze wspo­mnia­nym szer­sze­niem niż z Tatianą. Po pro­stu tra­fił na nią przy­pad­kiem w ramach śledz­twa, w które chcąc nie chcąc się uwi­kłał. Był wtedy zresztą zwią­zany z Julią (a raczej tak mu się wyda­wało) i z wiel­kim zaan­ga­żo­wa­niem brał udział w two­rze­niu zygoty, która z cza­sem miała lek­ce­wa­żąco wycią­gać przed sie­bie nogi i krzy­żo­wać ręce na piersi w wyra­zie naj­wyż­szej pogardy. Tatiana poda­wała się za dzie­cię cyrku – jej ojciec był rze­komo słyn­nym klau­nem. Twier­dziła, że w Rosji klauni wcale nie są zabawni. To tak jak u nas, pomy­ślał Jack­son. Sama, choć wyda­wało się to mało praw­do­po­dobne, wystę­po­wała ponoć kie­dyś na tra­pe­zie. Jack­son był cie­kaw, czy na­dal ćwi­czyła pod­niebne akro­ba­cje.

Odkąd się poznali, czasy zmie­niły się na mrocz­niej­sze, cho­ciaż gdyby spy­tać Jack­sona, świat w ogóle z dnia na dzień sta­wał się coraz bar­dziej ponury. Tatiana, o dziwo, wciąż wyglą­dała mniej wię­cej tak samo, choć i ona się „odro­dziła”. Jack­son natknął się na nią po latach cał­kiem przez przy­pa­dek (tak sądził, ale kto wie, jak naprawdę było?) w Leeds, gdzie pra­co­wała jako kel­nerka w kok­tajl­ba­rze (gotowy mate­riał na pio­senkę). Wygi­nała się i łasiła do klien­tów w obci­słej czar­nej sukience naszy­wa­nej ceki­nami. „Wszystko zupeł­nie legal­nie” – zapew­niła go póź­niej, ale w jej ustach brzmiało to mało wia­ry­god­nie.

Jack­son wybrał się aku­rat na służ­bo­wego drinka z nie­ja­kim Ste­phe­nem Mel­lor­sem, praw­ni­kiem, od któ­rego przyj­mo­wał spo­ra­dyczne zle­ce­nia. Lokal oka­zał się jed­nym z tych nowo­mod­nych miejsc, w któ­rych egip­skie ciem­no­ści unie­moż­li­wiają doj­rze­nie zawar­to­ści kie­liszka. Mel­lors, rów­nie nowo­modny i dumny ze swo­jej metro­sek­su­al­no­ści – coś, o co próżno byłoby podej­rze­wać Jack­sona – zamó­wił kok­tajl o nazwie Man­hat­tan, pod­czas gdy Jack­son zado­wo­lił się wodą Per­rier. Leeds ni­gdy nie wyda­wało mu się mia­stem, w któ­rym bez­piecz­nie byłoby pić kra­nówkę. Nie miał nic prze­ciwko napo­jom alko­ho­lo­wym, wręcz prze­ciw­nie, ale jeśli cho­dzi o picie i kie­ro­wa­nie samo­cho­dem, narzu­cił sobie rygo­ry­styczne zasady, któ­rych surowo prze­strze­gał. Wystar­czyło mu, że raz musiał zeskro­by­wać z asfaltu nasto­let­nie ofiary wypadku pod wpły­wem; tego rodzaju doświad­cze­nie dawało nie­złomną pew­ność, że samo­chód i alko­hol nie sta­no­wią dobrego połą­cze­nia.

Jedna kel­nerka przy­jęła zamó­wie­nie, a inna przy­nio­sła je im do niskiego sto­lika. Przy­kuc­nęła, żeby posta­wić na bla­cie tacę z napo­jami – ryzy­kowny manewr dla kobiety w pan­to­flach na dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych obca­sach – dzięki czemu Mel­lors miał oka­zję zaj­rzeć w jej dekolt, kiedy sta­wiała przed nim kie­li­szek z kok­taj­lem. Potem w ten sam spo­sób podała Jack­so­nowi wodę, nale­wa­jąc ją powoli do szklanki, jakby go uwo­dziła. „Dzięki” – rzekł, pra­gnąc zacho­wy­wać się, jak na dżen­tel­mena przy­stało (praca na dłu­gie lata), i nawet nie zer­k­nął na jej dekolt. Zamiast tego spoj­rzał jej w twarz i stwier­dził, że kel­nerka uśmie­cha się do niego zło­śli­wie, w spo­sób, który wydał mu się zaska­ku­jąco zna­jomy i przy­pra­wił go o ciarki na ple­cach. „Witaj, Jack­so­nie Bro­die – zamru­czała. – Znowu się spo­ty­kamy”. Zupeł­nie jakby brała udział w castingu na kobiecy czarny cha­rak­ter w fil­mie o Bon­dzie. Zanim Jack­son odzy­skał mowę, kel­nerka odma­sze­ro­wała na swo­ich zabój­czych szpil­kach (nie na darmo były dłu­gie i ostre jak szty­lety) i zni­kła w mroku.

– Wow – wes­tchnął Ste­phen Mel­lors z apro­batą. – Szczę­ściarz z cie­bie, Bro­die. Uda miała jak ima­dło. Założę się, że musi sporo ćwi­czyć.

– Tak, na tra­pe­zie – odparł Jack­son. Zauwa­żył lśniący cekin, który odpadł od sukienki i mru­gał do niego na sto­liku niczym karta wizy­towa.

Ruszyli do wyj­ścia z parku. Nathan sadził przed sie­bie dłu­gimi susami niczym roz­ha­sany szcze­niak, Dido posłusz­nie kuś­ty­kała w ślad za nim, jakby pro­siła się o wymianę stawu bio­dro­wego (pew­nie byłoby to cał­kiem nie od rze­czy). Przy bra­mie stała tablica ogło­sze­niowa z kil­koma afi­szami rekla­mu­ją­cymi roz­ma­ite let­nie roz­rywki – festyn z oka­zji Dnia Ratow­ni­ków Wod­nych, ple­ne­rowy kon­cert Toma Jonesa, występ zespołu Sho­wad­dy­waddy w sali kon­certowej Scar­bo­ro­ugh Spa. W teatrze Palace odby­wał się jakiś prze­gląd kome­diowy pod hasłem powrotu do lat osiem­dzie­sią­tych, z Barc­layem Jac­kiem jako gwiazdą wie­czoru. Jack­son roz­po­znał jego wykrzy­wioną twarz. „Pół­noc ma swo­jego króla dow­cipu. Boki zry­wać. Wstęp dla mło­dzieży tylko za zgodą rodzi­ców”.

Wie­dział, że Barc­lay Jack ma coś za uszami, ale nie mógł wygrze­bać kon­kret­nej infor­ma­cji z męt­nych zaka­mar­ków swo­jej pamięci – posęp­nego miej­sca peł­nego rdze­wie­ją­cych wra­ków i zasy­pa­nego szcząt­kami mar­twych sza­rych komó­rek. Cho­dziło o jakiś skan­dal w związku z dziećmi albo nar­ko­ty­kami i nie­szczę­śli­wym wypad­kiem na base­nie. Jack­so­nowi maja­czył się nalot poli­cji na dom komika, z któ­rego nie wyni­kło nic poza tym, że poli­cja i media musiały się póź­niej gęsto tłu­ma­czyć i prze­pra­szać. Tak czy ina­czej, po tym wyda­rze­niu kariera gwiaz­dora legła w gru­zach. W tej histo­rii było jesz­cze jakieś dru­gie dno, ale Jack­son wyczer­pał na razie moce prze­ro­bowe swo­jego umy­słu.

– Ten gość to kutas – stwier­dził Nathan.

– Nie uży­waj takich słów – upo­mniał go Jack­son. Zasta­na­wiał się, czy ist­nieje gra­nica wieku, od któ­rej można pozwo­lić dziecku bez­kar­nie prze­kli­nać.

W dro­dze powrot­nej na par­king minęli par­te­rowy budy­nek z nazwą dum­nie wyeks­po­no­waną na bra­mie: „Noistyk­nie”. Nathan potrze­bo­wał dłuż­szej chwili, żeby to roz­szy­fro­wać, po czym par­sk­nął śmie­chem.

– Co za gów­niany tekst – mruk­nął.

– Fakt – zgo­dził się Jack­son. (Doszedł do wnio­sku, że „gów­niany” jesz­cze ujdzie – to okre­śle­nie było zbyt pojemne, żeby go cał­kiem zaka­zać). – Ale może to coś w rodzaju, bo ja wiem… zen – („zen”, naprawdę to powie­dział?). – Mieć świa­do­mość, że coś się osią­gnęło, i uznać, że to już wystar­czy. Przy­jąć to, co jest, zamiast stale do cze­goś dążyć. – Sam na co dzień zma­gał się z czymś podob­nym.

– Mimo to brzmi gów­nia­nie.

– Może i tak.

Na par­kingu zastali trzech chu­li­ga­nów, jak Jack­son zwykł w myślach nazy­wać tę kate­go­rię mło­dych męż­czyzn. Rap­tem kilka lat starsi od Nathana, palili papie­rosy i pili z puszek coś, co z pew­no­ścią zna­la­złoby się na liście pro­duk­tów spo­żyw­czych zaka­za­nych przez Julię. Poza tym jak na gust Jack­sona krę­cili się zde­cy­do­wa­nie za bli­sko jego samo­chodu. Choć w wyobraźni jeź­dził czymś znacz­nie bar­dziej męskim, w rze­czy­wi­sto­ści pojaz­dem z wyboru była obec­nie bez­na­dziej­nie nudna i prze­ciętna toyota, potwier­dza­jąca jego sta­tus rodzica i opie­kuna psa.

– Chłopcy? – ode­zwał się, przy­bie­ra­jąc odru­chowo ton poli­cjanta. Sta­now­cze brzmie­nie głosu zostało skwi­to­wane krzy­wymi uśmiesz­kami. Jack­son wyczuł, że Nathan przy­suwa się bli­żej niego – przy całej swej bra­wu­rze na­dal był tylko dziec­kiem. Serce Jack­sona ści­snęło się na tak widomy prze­jaw jego bez­rad­no­ści. Gdyby kto­kol­wiek choć dotknął jego syna pal­cem albo w jakiś inny spo­sób spra­wił mu przy­krość, Jack­son musiałby się bar­dzo powstrzy­my­wać, żeby nie urwać deli­kwen­towi łba i nie wsa­dzić gdzieś, gdzie słońce nie docho­dzi. Na przy­kład w Mid­dles­bro­ugh.

Dido odru­chowo wark­nęła na wyrost­ków.

– Serio? – Jack­son pochy­lił się nad nią. – Nie prze­sa­dzasz? – To mój samo­chód – zwró­cił się do chło­pa­ków – więc lepiej stąd spa­daj­cie, okej? – Żeby go nastra­szyć, trzeba było cze­goś wię­cej niż trójki nasto­let­nich poze­rów. Jeden z nich zgniótł pod butem pustą puszkę i wsko­czył tył­kiem na maskę, uru­cha­mia­jąc alarm, na co wszy­scy trzej wybuch­nęli śmie­chem niby stado hien. Jack­son wes­tchnął. Nie mógł im przy­ło­żyć, bo zasad­ni­czo rzecz bio­rąc, na­dal byli dziećmi, on zaś wolał ogra­ni­czyć sto­so­wa­nie prze­mocy do ludzi w wieku odpo­wied­nim, aby móc wal­czyć za swój kraj.

Kole­sie wyco­fali się powoli, przy­gar­bieni, zwró­ceni twa­rzą do niego, całą mową ciała rzu­ca­jąc mu wyzwa­nie. Jeden wyko­ny­wał przy tym obu­rącz obraź­liwe gesty, przez co wyglą­dał, jakby usi­ło­wał żon­glo­wać nie­wi­docz­nym przed­mio­tem za pomocą dwóch środ­ko­wych pal­ców. Jack­son wyłą­czył alarm i otwo­rzył drzwi auta. Pod­czas gdy on poma­gał Dido wsiąść na tylne sie­dze­nie, Nathan zajął miej­sce z przodu. Suka ważyła tonę.

Przy wyjeź­dzie z par­kingu minęli tamtą trójcę, zmie­rza­jącą przed sie­bie nie­śpiesz­nym kro­kiem. Jeden z chło­pa­ków uda­wał małpę. Wyda­wał przy tym prze­cią­głe odgłosy – „Ooo-ooo-ooo!” – i pró­bo­wał wspiąć się na maskę prze­jeż­dża­ją­cej obok toyoty, jakby to było safari. Jack­son wci­snął moc­niej hamu­lec i gów­niarz spadł na jezd­nię. Następ­nie szybko odje­chał, nie oglą­da­jąc się, żeby spraw­dzić, czy wyrzą­dził mu jakąś krzywdę.

– Kutasy – mruk­nął do Nathana.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij