Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Ciężar pianina - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 stycznia 2020
34,99 zł
3499 pkt
punktów Virtualo

Ciężar pianina - ebook

Opowieść o dwóch kobietach i pianinie, które związało je trwałymi więzami, mimo dzielących je lat i kontynentów, na dobre i na złe.

Rok 1962, ZSRR. Ośmioletnia Katja dzięki tajemniczemu niemieckiemu najemcy mieszkającemu w głębi korytarza poznaje miłość swojego życia – pianino Blüthnera. Dziewczynka odkrywa piękne dźwięki wydobywające się z instrumentu i uświadamia sobie, jak wielkie znaczenie ma dla niej muzyka, przez którą może wyrazić siebie. Katja dorasta w obecności ukochanego pianina. Gdy jako młoda kobieta wychodzi za mąż, wraz z rodziną wyjeżdża do Ameryki, a jej instrument ginie.

Rok 2012, USA, Kalifornia. Dwudziestosześcioletnia Clara rozstaje się z chłopakiem i szuka nowego mieszkania. Operację utrudnia pianino, które dostała od ojca na dwunaste urodziny, krótko przed tym, jak jej matka zginęła w pożarze trawiącym ich dom. Osieroconą Clarę wychowali ciotka oraz wuj. Dzięki jego szkoleniu stała się znakomitym mechanikiem – ku zaskoczeniu niektórych klientów. Praca, jedyna stała w jej chwiejnym życiu, traci jednak sens, gdy kobieta podczas przenoszenia pianina łamie rękę. Sfrustrowana postanawia sprzedać instrument, jest jednak nieświadoma konsekwencji, jakie to przyniesie. Tylko odkrycie tożsamości tajemniczego nabywcy oraz historii pianina da jej prawdziwą wolność…

Ciężar pianina pokazuje znaczenie, jakiego nadają naszemu życiu przedmioty. Obie bohaterki są związane ze swoimi instrumentami – obie jednak radzą sobie z utratą w inny sposób. Proza Cander w poruszający sposób oddaje zarówno uczucia bohaterów, jak i nieskrępowaną radość płynącą z muzyki.

„Chwytająca za serce historia, która wciąga i nie pozostawia nas obojętnymi”

– Jim Shepard

Kategoria: Literatura piękna
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8015-998-3
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ukryte w gęstych lasach wysoko w rumuńskich górach, gdzie zimy były wyjątkowo mroźne i długie, rosły świerki, z których powstawały doskonałe pianina i fortepiany, słynące z ciepłej barwy dźwięku i chwalone przez wielbicieli Schumanna i Liszta. Tylko jeden człowiek wiedział, jak je wybierać.

Kiedy z drzew opadły liście i śnieg pokrył ziemię, Julius Blüthner wyruszał pociągiem z Lipska, by rozpocząć swoją samotną wędrówkę przez lasy. Z powodu dużej wysokości i srogich mrozów drzewa rosły tu bardzo powoli. Rosły proste i silne, stawiając opór żywiołom, a ich słoje pełne były kalafonii. Blüthner kiwał głową młodym drzewom, od czasu do czasu dotykał ich kory w geście powitania. Szukał starszych, takich, których gałęzi nie mógł dosięgnąć, których pnie osiągały taką średnicę, że gdyby stał za nimi niedźwiedź, nie byłby w stanie go dojrzeć. Idąc, stukał w nie laską, przykładał ucho do tych, które wskazywała mu intuicja, nasłuchując ukrytej w ich wnętrzu muzyki. Słyszał ją wyraźniej niż jakikolwiek inny budowniczy pianin i fortepianów, wyraźniej niż Ignaz Bösendorfer, Carl Bechstein czy Henry Steinway. Kiedy znajdował drzewo, którego szukał, znakował je kawałkiem czerwonej włóczki, odróżniającej się wyraźnie na tle białego śniegu.

Potem wynajęci przez niego drwale ścinali drzewa. Blüthner bacznie się im przyglądał i wybierał najlepsze okazy, kierując się tym, jak padały na ziemię. Tylko pnie, które miały co najmniej siedem słojów regularnie rozmieszczonych w jednym centymetrze, trafiały na sanie i zostawały wywiezione z lasu. Potem płynęły statkiem do Niemiec. Najlepsze z nich stawały się w przyszłości płytami rezonansowymi: bijącymi sercami słynnych pianin i fortepianów Blüthnera.

By pnie nie pękały, musiały być mokre do chwili dotarcia do tartaku. Tam cięto je na ćwierćwałki, by wydobyć z nich najczystszy dźwięk. Wióry trafiały do pieca, ogrzewały tartak i napędzały maszyny parowe. Z powodu sęków i różnego rodzaju nierówności, które wychodziły na jaw dopiero podczas cięcia, także spora część wyselekcjonowanego już drewna lądowała w piecu. Drewno, które zostało, było niemal idealne: białe w kolorze, lekkie i elastyczne. Ledwie widoczne ślady słojów były gęste i biegły równolegle do siebie przez całą długość deski. Surowe drewno musiało leżakować co najmniej dwa lata, podczas których deski przykrywano i odkrywano, aż wilgotność zmalała do około czternastu procent.

Wówczas przewożono je wozem ciągniętym przez konie do ogromnej fabryki Blüthnera w zachodniej części Lipska i układano w ogrzewanych pomieszczeniach na półkach pod sufitem. Spędzały tam kolejne kilka miesięcy. Nadal jednak nie były gotowe, by zostać zamienione w instrument. By mieć pewność, że płyta rezonansowa będzie w stanie zapewnić dźwiękom wyjątkową złocistą barwę, drewno musiało jeszcze kilka lat schnąć na świeżym powietrzu.

Pewnego dnia w 1905 roku Klavierbaumeister wybrał z wielką atencją odpowiednio sezonowane deski i skleił ich krawędzie tak, by powstała jedna płyta. Przyciął ją, nadając jej odpowiedni kształt i grubość. Musiała być na tyle elastyczna, by wibrować, ale i dostatecznie mocna, by wytrzymać napięcie ponad dwustu strun. Kiedy zakończył pracę, płyta wróciła do cieplejszego pomieszczenia, gdzie schła dalej, aż pewnego dnia do jej spodu, prostopadle do przewodów żywicznych, przytwierdzono cienkie listwy. Płyta ponownie nabrała nieco wilgoci, tyle by wierzch stał się lekko wypukły. Do niego miały następnie zostać zamocowane mostki: basowy i wiolinowy, które, spotykając się na wyniesieniu, opasywały go niczym dużą beczkę. Klavierbaumeister podziwiał swoją pracę: listwy, idealnie dopasowane do przewodów żywicznych, i idealną krzywiznę korony. Płyta rezonansowa, na którą patrzył, miała stać się sercem kolejnego instrumentu wyprodukowanego w tych zakładach – sześćdziesiąt sześć tysięcy osiemset dwudziestego piątego.

Rama żeliwna została zbudowana przez innych rzemieślników. Solidne wsporniki musiały być na tyle silne, by mogły udźwignąć wagę płyty rezonansowej i żeliwnej ramy. Strojnica została wycięta i przygotowana. Agrafy umieszczono na wysokości wyznaczającej długość strun. Trzeba było je naciągnąć, najpierw jednak należało wbić kołki stroikowe. Drewniane młoteczki zabezpieczono grubą warstwą tłoczonego na zimno filcu, pilnując, by z jednej strony była ona nieco cieńsza. Następnie montowano tłumiki oraz listwę pedałową z przekaźnikami i dźwignią. Skrzyni nadawano kolor hebanu, pokrywając drewno niezliczonymi warstwami lakieru. Rzemieślnicy prężyli mięśnie, zakasując rękawy.

Teraz niemal gotowy instrument trzeba było nastroić. Każda z dwustu dwudziestu strun musiała zostać odpowiednio naprężona i wyregulowana, by ruch palców dotykających klawiszy był właściwie przenoszony na uderzające w struny młoteczki.

W końcu, po latach trudów i starań wielu ekspertów, należało nadać instrumentowi odpowiednie brzmienie. Meister unosił lniane płótno zakrywające pianino i przesuwał dłonią po błyszczącej powierzchni. Dlaczego właśnie to pianino miało być szczególne? Każde było wyjątkowe, miało własną duszę i wyrazistą osobowość. To było poważne, lecz skromne, tajemnicze, lecz szczere. Lniane płótno opadało na podłogę.

– Co pragniesz powiedzieć światu? – pytał Meister.

Dotykał po kolei młoteczków, wsłuchując się w brzmienie każdej struny, przystrzygając i delikatnie kilkakrotnie mierzwiąc filc. Był jak diagnosta, który dotykał nerwów pod rzepką kolana pacjenta, badając jego reakcję. Za każdym razem pianino dawało zgodną odpowiedź: Halo, halo.

– Fertig – orzekł Meister, skończywszy pracę. Otarł rękawem pot z czoła, odgarnął z twarzy kosmyki siwych włosów. Cofnął się, by spojrzeć z pewnej odległości na skończony, nowy instrument, który – o ile zostanie dobrze „rozegrany” – będzie w stanie odnosić niewiarygodne sukcesy. Pierwsze lata były nieprzewidywalne, ale z czasem instrument się otworzy, tworząc własną, niepowtarzalną historię. Na razie był idealnym instrumentem, wyróżniającym się dużym potencjałem.

Meister ściągnął fartuch, siadając na beczce, która miała zastąpić mu taboret, i zaczął rozciągać palce. Zastanawiał się, jakim utworem ochrzcić pianino. Jednym z dzieł Schuberta, jego ulubionego kompozytora. Zagra rondo z jego przedostatniej Sonaty A-dur. Jej początkowe dźwięki były ładne, miały w sobie nadzieję i radość poprzedzające dalszy ciąg, bardziej melancholijny, poruszający. Idealna inauguracja lśniącego czarnego blüthnera. Pianino numer sześćdziesiąt sześć tysięcy osiemset dwadzieścia pięć.

– Posłuchajcie! – zawołał, ale w fabrycznym hałasie nikt go nie słyszał. – Oto rodzi się nowy instrument!

Dotknął palcem klawisza. C-dur, pierwsze dźwięki ronda. Nasłuchiwał. Dźwięk wyszedł mu na spotkanie z niewinnością i siłą pierwszego krzyku nowo narodzonego dziecka. Tak czysty, jak się tego spodziewał. Zaczął grać sonatę. Chciał, by to nowe, lśniące pianino weszło w życie z optymizmem, a jednocześnie miał świadomość, że straci ono swoją niewinność, gdy dotkną go rozpaczliwie ludzkie dłonie jego przyszłego właściciela.clara lundy kopnęła taboret tak, że uderzył o przednią oponę chevroleta blazera z 1966 roku. Przerzuciła przez ramię zebrane w kucyk ciemnoblond włosy i pochyliła się nad silnikiem. Odkręciła śrubę pokrywy, zakrywając zawór papierowym ręcznikiem, by nie dopuścić do wycieku oleju. Odpowietrzyła przewody, wepchnęła papier do tylnej kieszeni spodni i podeszła do skrzynki z narzędziami. Wzięła z niej dwa klucze, 16 i 19 mm, i narzędzie umożliwiające szybkie rozłączenie części, po czym zeskoczyła zgrabnie do oblamowanego żółtą taśmą kanału, by kontynuować pracę. Usunęła mocowanie, wyjęła korek i usunęła gumową uszczelkę od strony wylotu filtra, tak by paliwo nie kapało jej do oczu. Nauczyła się tego dawno temu w warsztacie wuja i nigdy tego nie zapomniała.

– Clara? – Peter Kappas, jeden z trzech synów właściciela warsztatu, spoglądał na nią z góry. Popołudniowe słońce tworzyło aureolę wokół jego masywnej sylwetki. – Wrócił facet, któremu naprawiałaś zębatkę silnika. Twierdzi, że nadal hałasuje.

– Tak samo jak wtedy?

– Podobno coś przeskakuje. Pewnie śruby.

– Możesz się tym zająć? Kończę naprawiać filtr.

– Obiecałem, że corvetta będzie gotowa na piątą.

Clara sięgnęła po filtr.

– Dobrze, daj mi kwadrans. Sprawdzę, co się stało, ale jeśli to śruby mocujące, to będziesz musiał je ponownie wyrównać. Znajdziesz czas?

– Dla ciebie?

– Przestań.

Peter uniósł ręce.

– Żartowałem. Jasne, że się tym zajmę.

Clara dokręciła śruby i sprawdziła przewody. Przekręciła kluczyk w stacyjce, zaczekała, aż pompa paliwa zacznie pracować, po czym wyłączyła silnik. Powtórzyła to kilka razy. Siedząc w samochodzie, zerknęła w lusterko i zobaczyła w nim swoje odbicie. Zdziwiona stwierdziła, że wygląda na starszą niż swoje dwadzieścia sześć lat, jakby przez noc przybyło jej co najmniej dziesięć. Powieki, mimo lekkiego makijażu, nadal były spuchnięte po wczorajszym płaczu. Usta zamieniły się w kreskę, od kącików odchodziły drobne zmarszczki, zaciskała mocno zęby. Kiedy rozluźniła mięśnie szczęki, zobaczyła, że jej blade policzki zwisają, a kąciki ust wyginają się w dół. Plama smaru na czole – musiała powstać, kiedy odgarniała grzywkę z oczu – przypominała znamię na czole jej nieżyjącego już ojca. Spojrzała na swoje odbicie w lusterku i zobaczyła jego jasnobrązowe oczy, jasne rzęsy i wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Poczuła dziwny skurcz żołądka. Do starych smutków doszły nowe.

Przekręciła kluczyk i uruchomiła silnik blazera.

– Clara! Telefon do ciebie! – zawołał ktoś, przekrzykując hałas w warsztacie: odgłosy klucza dynamometrycznego, sprężarki powietrza, szurgot otwieranych i zamykanych szuflad z narzędziami, nieustające stukanie metalu, stale obecne dźwięki greckiego laïko, dochodzące ze stojącego w kącie, pokrytego smarem przenośnego radia, i pokrzykiwania po grecku i angielsku.

Brudnym ręcznikiem starła smar z czoła i podeszła do wiszącego na ścianie telefonu. Brat Petera, Teddy, chwycił ją za rękę.

– To Ryan – powiedział. – Może chcesz odebrać w biurze?

Wiedziała, że plotkowano o niej i o Ryanie. Anna, matka Petera, czytała z jej twarzy jak z otwartej książki, jakby Clara była jej córką. Uznała, że Ryan nie jest dla niej odpowiednią partią, i nie kryła się z tym. Niestety Clara, nie będąc tego świadoma, sama dostarczała wiele argumentów na potwierdzenie tego i wkrótce cała rodzina wiedziała już wszystko o jej życiu prywatnym. Nie przeszkadzało jej to, bo prawdę mówiąc, rzeczywiście byli dla niej jak rodzina.

Skinęła głową. Biuro ograniczało się właściwie do niewielkiego biurka stojącego pod ścianą w poczekalni, wciśniętego między lodówkę a ekspres do kawy. Nie zapewniało prywatności, ale ponieważ w tym momencie w warsztacie nie było klientów, Anna, która właśnie wypisywała zamówienie na części, pomachała jej ręką, rzucając ze swoim silnym akcentem:

– Masz minutę.

Clara usiadła, usiłując nie patrzeć na migające światełko w aparacie, które sygnalizowało czekającą rozmowę. Skupiła się na wiszących na ścianie oprawionych w ramki zdjęciach Sporadów: białej rodzinnej willi, pofalowanym kamienistym wybrzeżu i niewiarygodnie turkusowej wodzie.

Kiedy nie mogła dłużej zwlekać, wzięła głęboki wdech i podniosła słuchawkę.

– Cześć – powiedziała.

– Nie odbierasz komórki.

– Pracuję.

– Wszystko jedno. Posłuchaj. Biorę kilka dni wolnego, żebyś mogła spakować swoje rzeczy. Chciałbym, żebyś się wyprowadziła przed weekendem, okej?

– Co? Serio? Myślałam, że nadal rozmawiamy.

– Nie słuchałaś mnie wczoraj. Mam dosyć czekania, aż coś postanowisz. Ty tego nie chcesz.

– Tego nie powiedziałam. Poprosiłam tylko o więcej czasu. – Odwróciła się do ściany. – Ryan, proszę.

– Wiem, że potrzebowałaś czasu. I próbowałem ci go dać. Ale nie mogę wciąż kierować się tylko twoimi potrzebami. Chcę iść dalej. Założyć rodzinę. Chcę być z tobą, ale skoro to niemożliwe, to jaki mam wybór?

– Kocham cię, Ryan. Wiesz o tym. Ale małżeństwo to poważna decyzja. Czy nie możemy po prostu być ze sobą? Po co ten pośpiech?

– Dlaczego perspektywa stałego związku tak cię przeraża? Wiem, że mnie kochasz. Więc dlaczego nie chcesz się zgodzić?

Clara westchnęła. Wiedziała, że wypowiadając jedno słowo, może zmienić przebieg tej rozmowy i całe swoje życie. Ale nie była w stanie.

– Nie wiem – powiedziała. – Przepraszam.

– Więc to koniec. Musisz się wyprowadzić. Chcę iść dalej.

– Wyrzucasz mnie? Po dwóch latach dajesz mi cztery dni na wyprowadzkę? Jak ty to sobie wyobrażasz? I skąd wezmę pieniądze?

– Wiesz, że nie wyrzucę cię na bruk. Znalazłem ci mieszkanie na East Bakersfield. Zapłaciłem czynsz za pierwszy i ostatni miesiąc. Pomyślałem, że to wszystko ułatwi.

– Chryste, Ryan. Nie mogłeś najpierw ze mną o tym porozmawiać? East Bakersfield?

Ryan odchrząknął.

– To ma dla ciebie jakieś znaczenie? To, gdzie mieszkasz? Myślałem, że jedyne, na czym ci zależy, to ten cholerny warsztat.

Clara mięła w dłoni spiralny kabel telefonu, walcząc z płaczem. Płakała, bo go straciła? Bo straciła dom? Czy dlatego, że nie mogła podjąć decyzji?

– Umowa najmu i klucze leżą na stole w kuchni – ciągnął Ryan. – Wychodząc, zamknij drzwi i wrzuć stary klucz przez szparę na listy.

Clara oparła czoło o ścianę i wypuściła powietrze z płuc.

– A więc to koniec?

– Tak – potwierdził Ryan.

Zamilkł, oboje zamilkli. Clara zastanawiała się, czy zakończy rozmowę, jak zawsze to robił, zapewniając, że jest jego dziewczyną. Nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, ale też nie była w stanie się rozłączyć. Nachyliła się do przodu, czekała pełna niepokoju. A mimo to nie chciała ustąpić.

– Powodzenia, Claro. Mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz tego, z kim chcesz być. Żałuję, że nie jestem nim ja.

Rozłączył się.

Clara nadal trzymała słuchawkę przy uchu, wsłuchując się w bicie własnego serca. W końcu włączył się sygnał zajętej linii. Kiedy Clara się odwróciła, zobaczyła stojącego w drzwiach Petera.

– Wszystko w porządku? – spytał.

Nie odpowiedziała od razu. Może jednak wcale nie kochała Ryana? Na pewno nie tak, jak on tego pragnął. Ale przyzwyczaiła się do bycia z nim, do tego, że miała do kogo wracać. Poza tym życie z nim było proste.

– Pomożesz mi się przeprowadzić? – zwróciła się do Petera.

Peter zdjął czapkę z nadrukiem: „Havoline chroni to, co ważne” i przeciągnął palcami po gęstych czarnych włosach.

– Oczywiście – powiedział, ponownie wkładając czapkę. – Przecież wiesz, że ci pomogę.

Clara nie przystała na propozycję Anny, żeby wyszła wcześniej z pracy i zajęła się swoimi sprawami, nie przyjęła też zaproszenia Teddy’ego, który zaproponował, żeby podjechała z nim do klubu miłośników forda V-8 i pomogła mu znaleźć części do silnika dolnozaworowego. Ochlapała twarz wodą i wróciła do pracy. Powiedziała Peterowi, że zajmie się naprawą zębatki, chociaż wiedziała, że w tej sytuacji Peter najchętniej zrobiłby to sam.

Kiedy skończyła, odłożyła narzędzia do jednej ze skrzynek stojących pod półką z poradnikami Chiltona, zebrała brudne ścierki, wrzuciła do wiadra na szmaty i życzyła wszystkim dobrej nocy.

Peter przeszedł nad kanałem i ruszył przez poplamioną smarami cementową posadzkę, spotkali się w otwartych drzwiach.

– Idziemy po pracy na piwo. Wybierzesz się z nami?

– Dzięki, ale muszę zacząć się pakować.

– Potrzebujesz pomocy? – spytał.

Domyśliła się, że to powie, zanim zdążył otworzyć usta. Przynajmniej raz albo dwa razy dziennie, skończywszy jakąś pracę, podchodził do niej i pytał, czy nie potrzebuje pomocy. Kiedy Ryan wyjeżdżał, a to zdarzało się często, Peter wpadał do niej z owiniętymi folią talerzami z jedzeniem przygotowanym przez jego matkę, z biletami na mecz czy z filmem na DVD do wspólnego oglądania. Podczas ostatniego pożaru lasów, wbrew nakazowi ewakuacji pojechał do niej do domu i przekonał ją, żeby pojechała z nim na południe, na wybrzeże. Clara miała się za osobę opanowaną i bardzo to sobie ceniła. Jej matka nazwałaby to stoicyzmem i zapewne też byłaby z niej dumna. Clara – nawet kiedy była chora, czuła się samotna lub przygnębiona – za każdym razem, gdy ktoś pytał, jak się czuje, odpowiadała, że dobrze. Mimo to Peter zawsze wiedział, kiedy to nie była prawda, i pojawiał się jak wierny pies, nigdy nie oczekując niczego w zamian. Zawsze mogła na nim polegać. Miała wokół siebie ludzi, których lubiła, co nie znaczyło, że ich potrzebowała. A już szczególnie jego.

– Nie, idźcie sami – powiedziała, machając mu ręką. – Nic mi nie jest. Zobaczymy się jutro.

Na dworze słońce zniżało się już ku zachodowi, nadal jednak było upalnie, stojące powietrze nie przynosiło ulgi. Żadna zachodnia bryza nie rozwiewała drżącego od gorąca powietrza unoszącego się nad silnikami samochodów, nie była też w stanie poruszyć cienkimi, pokrytymi kurzem liśćmi palm, rosnących wzdłuż ogrodzenia od strony szosy. Clara stała obok stosu starych opon, które oddzielały wejście do warsztatu Kappas Xpress Lube od położonego obok parkingu dla przyczep, i wyglądając między mijającymi ją samochodami, patrzyła na działkę po drugiej stronie drogi. Warstwa sadzy i ozonu, która zawsze unosiła się nad Bakersfield, tego dnia wydała się jej szczególnie gruba i żółta, jakby niebo zostało czymś zainfekowane.

Postanowiła, że jeśli się odwróci i okaże się, że ktoś stoi i ją obserwuje, Peter lub któryś z jego braci, wtedy wróci i zgodzi się iść na piwo. W ten sposób odsunie w czasie powrót do wynajętego mieszkania, które dzieliła z Ryanem, gdzie teraz czekał na nią klucz do jej nowego, nieznanego lokum. Może wypije jedno czy nawet dwa albo trzy piwa i zapomni, że znów będzie musiała zaczynać wszystko od nowa. Sama. Odwróciła się i zobaczyła, jak Teddy opuszcza żaluzjowe drzwi od wewnątrz. Uznała to za znak. Kiedy w ruchu samochodowym pojawiła się luka, przebiegła na drugą stronę szosy do swojego samochodu.

Zatrzymała się przy meksykańskim warzywniaku, gdzie poznała się z Ryanem i gdzie potem zawsze robili zakupy, i natychmiast tego pożałowała. Zwisająca z sufitu piñata i dochodzące z głośników radosne dźwięki kapeli nie pasowały do jej obecnego stanu ducha. Spytała kogoś z personelu, czy mają puste kartony, i przeszła do działu z mocniejszymi alkoholami, szukając piwa. Ryan był zawsze bardzo wrażliwy na punkcie alkoholu, a szczególnie piwa. Często opowiadał o jego cierpkim smaku i działaniu. Nigdy nie pił prosto z butelki, twierdząc, że to źle wpływa na smak i konsystencję trunku. Clara przeszła obok półek z piwem z miejscowych browarów i tych importowanych, wzięła sześciopak pabsta, podeszła do kasy, żeby zapłacić i wziąć stos złożonych kartonów, które już tam na nią czekały.– katia, chodź, coś ci pokażę.

Jekaterina Dmitriewna patrzyła to na ojca, to na matkę, która stała i wyrabiała ciasto. A więc obiad znów będzie i bez mięsa, i bez masła. Matka uśmiechnęła się i skinęła głową. Katia odłożyła lalkę. Wzięła ojca za rękę i w oparach zapachu gotowanej kapusty i wśród płaczu niemowląt ruszyli razem przez hol czteropiętrowej przedwojennej kamienicy. Mijali porozklejane plakaty propagandowe. WYZYSKIWANI CZEKAJĄ NA ODWAŻNYCH! CHLEB – DLA OJCZYZNY! WŁADZA DLA SOWIETÓW – CHRUSZCZOW! Katia była zmęczona, wszyscy byli zmęczeni. Przez całą noc nie zmrużyła oka. Leżąc w swoim wąskim łóżku, nasłuchiwała dźwięków muzyki, która zamilkła trzy noce wcześniej.

– Dokąd idziemy, tato?

– Ciii… Zobaczysz. To niespodzianka.

Kiedy zbliżyli się do mieszkania starego, niewidomego Niemca, Katia była bardzo podniecona. Mężczyzna był znajomym jej ojca, jednym z jego klientów. Ojciec odwiedzał go częściej niż innych, ponieważ jego pianino częściej wymagało strojenia.

– Za mocno uderza w klawisze – tłumaczył Dmitrij córce. – Wkłada w muzykę cały swój smutek. Cierpi na tym jego pianino, ale ja nie powinienem narzekać, prawda?

Niemiec walił w klawisze, odkąd Katia sięgała pamięcią. Grywał głównie w nocy, kiedy dzieci w kamienicy starały się zasnąć. Muzyka sprawiała, że robiły się niespokojne, matki się denerwowały, ale bały się cokolwiek powiedzieć. Wiedziały, co im odpowie swoim gburowatym, ryczącym głosem: „Dla mnie noc trwa zawsze!”. Rzadko opuszczał swoje pokoje, a kiedy to robił, narzekał głośno po niemiecku, sunąc korytarzem w swoim za dużym ciele, uderzając laską w ściany, wodząc wokół pustym wzrokiem. W ich wyobraźni był potworem, sąsiedzi rozsiewali plotki, które mogły być prawdziwe, ale nie musiały: podobno wcale nie nazywał się Wilm Kretschmann. Podobno wstąpił na ochotnika do Waffen-SS. Podobno był w połowie Żydem. Nie należał do aryjskiego Herrenvolk, a jednak miał na sumieniu śmierć setek Żydów i partyzantów. Zdezerterował z oddziału SS Das Reich w 1941 roku, zanim odkryto jego pochodzenie. Zrobił to w Naro-Fominsku, podczas walk o Moskwę. Hitler nie miałby dla niego litości: „podludzie” nie mogli być członkami Waffen-SS, nawet jeśli byli gotowi mordować. Ukrył się w fabryce włókienniczej i został uznany za zaginionego. Ujawnił się dopiero, gdy Wehrmacht zaczął się wycofywać w wyniku ofensywy wojsk radzieckich. Oślepł rażony szrapnelem, czy może z poczucia winy. Kto wie, jak udało mu się dotrzeć do Zagorska. Zarabiał jako konstruktor budowlany, a może złodziej? W kieszeni kurtki nadal nosił mauzera HSc. Muzyka była dowodem na jego cierpienie. Był potworem, demonem, ogrem.

Katia go kochała.

Kiedy pierwszy raz poszła za ojcem do mieszkania Niemca, miała sześć lat. Drzwi do pokoju były uchylone. Wślizgnęła się do środka i ukucnęła pod ścianą, opierając się plecami o łuszczącą się tapetę. Ojciec stał pochylony nad pianinem i nie widział jej. Niemiec siedział na krześle wyprostowany jak żołnierz, na nic nie patrzał, jedno ucho miał skierowane w stronę pianina. Katia bała się, że usłyszy bicie jej serca – biło zdecydowanie za szybko – więc skuliła się i objęła rękami kolana, żeby stłumić dźwięk. Po kilku minutach nabrała odwagi. Pokazała mu język. I nic. Pokazała jeszcze raz, a potem zrobiła głupią minę. Niemiec siedział nieporuszony. Dopiero kiedy stłumiła chichot, odwrócił się do niej. Potem już milczała, skupiając całą uwagę na czarnym, błyszczącym pianinie, które połknęło głowę jej ojca.

W kolejnych miesiącach wielokrotnie tam wracała, wślizgiwała się i przypatrywała Niemcowi, podczas gdy ojciec stroił jego pianino. Jej marzeniem było zobaczyć, jak gra nocą. W przeciwieństwie do pozostałych lokatorów kamienicy lubiła słuchać dziwnych, skomplikowanych kołysanek dochodzących z jego mieszkania. Była ciekawa, jak powstają.

– Może pan coś zagrać? – odważyła się w końcu poprosić go pewnego popołudnia. Wyszeptała słowa przez szparę w uzębieniu. Niedawno skończyła siedem lat i właśnie wypadły jej dwa przednie zęby.

Ojciec odwrócił się.

– Co ty tu robisz? – spytał surowo.

Ale Niemiec uniósł dłoń, jakby w geście błogosławieństwa, i poprosił, żeby podeszła bliżej.

– Zastanawiałem się, czy dlatego tu przychodzisz – powiedział głosem, który wcale nie przypominał głosu ogra.

Zapłacił ojcu, poprosił, żeby usiadł, i poprowadził Katię do pianina, trzymając swoją ogromną dłoń, ciepłą i nieco drżącą, na jej ramieniu. Kazał jej tam zostać. Sam zaś opadł ciężko na stołek i położył ręce na kolanach. Katia wstrzymała oddech. Po chwili jego dłonie przebiegły z gracją po klawiszach, nastąpił moment ciszy, dłonie zatrzymały się, by zaraz znów dotknąć klawiszy: ostrożnie, powoli, spokojnie. Katia przypomniała sobie, jak matka gładziła ją po włosach, kiedy była zdenerwowana albo nie mogła zasnąć.

Co to była za muzyka? Nie przypominała szalonych dźwięków, które rozbrzmiewały po nocach, raczej łagodne krople deszczu czy chmury sunące po niebie, taniec śnieżynek. Układały się w opowieść, której nigdy wcześniej nie słyszała. W ukryciu przycisnęła dłoń do błyszczącego drewna. Patrzyła, jak palce starego Niemca wędrują po klawiszach, niemal ich nie dotykając, i czuła, jak muzyka przenika jej ciało: uszy, oczy, nogi, ręce. Kiedy Niemiec skończył grać, jej bluzka była mokra od łez, a kiedy wstał – jego ruchy znów były ciężkie, drżał ze starości i ślepoty – po jego twarzy też płynęły łzy.

– To rosyjski utwór dla ciebie – powiedział ze swoim dziwnym akcentem. – Sonata fortepianowa cis-moll numer dwa Aleksandra Skriabina. Część pierwsza. Znasz ją?

Katia pokręciła głową, zapominając, że Niemiec nie widzi.

Przyłożył kciuk do jej policzka i poczuł jej łzy.

– Błagodariu – powiedział. – Dziękuję.

Ojciec odebrał jego słowa jako pożegnanie, wziął Katię za rękę i ruszył z nią do drzwi.

– Dziękuję – rzuciła przez ramię. – Dziękuję.

Miała nadzieję, że Niemiec zaprosi ją jeszcze do siebie, nauczy czegoś, ale tak się nie stało, a ona była zbyt przestraszona, by sama do niego zajrzeć.

Przez ostatnie trzy noce nie słyszała jego gry, a kiedy razem z ojcem weszła do mieszkania Niemca, pokój był pusty. Zostało tylko jego wielkie, błyszczące pianino.

– Gdzie on jest, tato? Gdzie jest jego krzesło? Jego łóżko?

– Ciii… Uspokój się, Katieńka. Wyjechał. Ale spójrz, zostawił ci pianino.

– Dokąd wyjechał?

– Umarł. Kiedyś ci to wytłumaczę. Zostawił list.

Katia nawet nie zauważyła, że ojciec trzyma coś w ręku.

– Co napisał?

– Tylko że chce, żebyś dostała jego blüthnera. Prosi, żebym dbał o niego i że powinnaś uczyć się grać. Napisał, że nawet ślepiec widzi muzykę, która bije w twoim sercu.

Ojciec Katii razem z trzema sąsiadami przepchnęli pianino przez hol do ich niewielkiego salonu. Do mieszkania Niemca wprowadziły się dwie nowe rodziny i zaczęły narzekać na duchy. „Strzelił sobie w głowę z tego mauzera HSc”, szeptano. „Wrócił do krainy ogrów i diabłów. Dobrze, że się go pozbyliśmy!”

Kiedy zabrakło Niemca i jego muzyki, Katia mogła zasnąć, tylko kładąc się obok pianina. Z włosami wplątanymi w pedał śniła o wirujących w powietrzu śnieżynkach, o łagodnym deszczu i chmurach sunących po niebie nad jej głową. Rano próbowała odtworzyć dźwięki, ucząc się po kolei nut. Ojciec zachęcał ją do tego, nauczył ją wszystkiego, co sam potrafił. Twierdził, że dar Niemca dowodził, że ludzie jednak mają dobre serca. Dla niej jego dar oznaczał, że musi odkryć tajemnicę drzemiącą w tym niezwykłym instrumencie.

I zrobiła to.

To była pierwsza wielka miłość jej życia.niemal do swoich dwunastych urodzin Clara mieszkała z rodzicami w Santa Monica, w miejscu, z którego miała blisko zarówno do szkoły, jak i na plażę, oddalonym zaledwie siedem mil od UCLA, gdzie wykładali jej rodzice, Alice i Bruce. Z zewnątrz dom wyglądał bardzo malowniczo: przykład solidnej rzemieślniczej roboty, nie za duży, nie za mały, w jasnożółtym kolorze, otoczony białym parkanem. Wypełniały go książki i sztuka, promienie słońca i skupiona cisza, którą zakłócały jedynie dźwięki starego marantza − matka słuchała rozgłośni NPR, ojciec stacji nadającej muzykę klasyczną. Oboje dużo pracowali, także w domu, podczas gdy Clara czytała albo oglądała programy w telewizji, czasem też ćwiczyła.

Stary marantz zagłuszał także inne momenty ciszy. Te, które następowały przed lub po kłótniach jej rodziców albo sączyły się z ich pokojów do pracy, w których spędzali czas po kolacji. Matka zwykle zamykała drzwi do swojego pokoju, Clara czuła zapach jej papierosów, Virginia Slim, ich dym przenikający przez szczelinę we framudze. Ojciec zostawiał drzwi uchylone, czasem nawet pozwalał, by odrabiała lekcje, leżąc na czerwonym kazachskim dywanie, podczas gdy on sam czytał na głos w obcych językach, których ona nie rozumiała. Jego cisza była najgłośniejsza. „Cicho”, mawiał. „Jestem zajęty”. „Może później” albo „Zapomniałem”.

Jednak Clara wiedziała, że ich życie nie zawsze tak wyglądało. Miewała przebłyski pamięci, dowody na szczęśliwsze czasy, kiedy cała trójka szła na plażę z tekturowymi kubełkami smażonego kurczaka na wieczorny piknik lub siedziała na niewielkim patio i grała w karty. Po śmierci rodziców właśnie te momenty Clara pamiętała najlepiej. Ociekający tłuszczem kurczak, trzeszczące wiklinowe meble na patio, surowe, smakujące solą powietrze, ciepło, które czuła, gdy idąc między rodzicami, trzymała ich oboje za ręce.

Jedyną jej rodziną była Ila, siostra ojca, i jej mąż Jack. Razem z rodzicami odwiedzała ich kilka razy w ich domu w Bakersfield, przyjeżdżali na święta i na pogrzeby dziadków, ale nikt nie miał wątpliwości, że te wizyty były raczej wypełnieniem obowiązku niż przyjemnością. Kiedy tylko przekraczali granicę miasta, matka zaczynała kręcić głową na widok tumanów pyłu na zewnątrz. „Nie potrafię sobie wyobrazić, jak dorastałeś na tym pustkowiu, Bruce”, mówiła. A ojciec spoglądał na nią z boku i uciszał ją: „Spokojnie, Alice”.

Ila miała, jak mawiał ojciec, słabe nerwy. Alice zawsze starała się zachować dystans. Ila często wspominała o własnych niedociągnięciach: kiepsko gotowała, nie była dobrą panią domu, mało czytała, braki w konwersacji nadrabiała paplaniną. Kiedyś, podczas posiłku, przewróciła szklankę z wodą. Była bliska płaczu, przepraszała, że zniszczyła obrus, mimo że Alice kilkakrotnie zapewniała ją chłodno, że przecież to tylko woda i że nic się nie stało. Natomiast Jack o łagodnych niebieskich oczach, z południowym akcentem, w starych dżinsach i miękkich, znoszonych koszulach bynajmniej nie sprawiał wrażenia ani źle ubranego, ani źle wyedukowanego. Był ciekawy z natury i chętnie słuchał, co Alice ma do powiedzenia o polityce, często prosił Bruce’a o polecenie mu jakiejś książki, chociaż potem nigdy nie korzystał z jego rad. Zawsze wypytywał Clarę o szkołę, a żegnając się z nią, podawał jej rękę i mówił: „Miło mi było cię zobaczyć, młoda damo”. Clara wiedziała, że mówi to szczerze.

Po nabożeństwie ku pamięci rodziców – nie było szczątków, które można było pochować, ogień strawił niemal wszystko – Ila i Jack zabrali ją do Bakersfield. Ciotka całą drogę płakała, powtarzając, że to straszne stracić wszystko. Clara się nie odzywała. Wyglądała przez tylną szybę samochodu i patrzyła, jak niebo ciemnieje i wszystko robi się coraz mniejsze, miała suche oczy od niemrugania, niepłakania, a od klęczenia na siedzeniu samochodu bolały ją kolana. Skuliła się w swojej nowej, sztywnej czarnej sukience, skórzane buty cisnęły ją. Przez dwie godziny podróży, która wydawała się nie mieć końca, myślała tylko o tym, że chce wrócić do domu. Ale dom, który znała, już nie istniał.

To w warsztacie wuja nauczyła się żyć ze swoją stratą. Podczas gdy ciotka próbowała pocieszać ją rozmowami o niczym, bez przerwy dając wyraz swojemu smutkowi, Jack rozumiał jej potrzebę ciszy. Urządził jej wygodne miejsce pod starym biurkiem w rogu warsztatu, gdzie mogła odpocząć albo się ukryć, ale gdzie zawsze mógł mieć ją na oku. A ona jego. Z czasem, kiedy szok już minął, pokazał jej, jak sprawdzać ciśnienie w kołach, napełniać spryskiwacz płynem i przywrócić do życia padły akumulator. Zapisano ją do nowej szkoły, gdzie poznała nowych ludzi, a z czasem zyskała też przyjaciół. Zawsze jednak ciągnęło ją do bezpiecznego miejsca w warsztacie. Przez kolejne lata nauczyła się zmieniać opony, olej, wykonywać drobne naprawy silnika, radzić sobie z przeglądem samochodu, a później także z kłopotliwymi awariami i naprawą układu elektrycznego. Pracowała często po dwadzieścia godzin tygodniowo, jednocześnie chodząc do liceum, mimo że wuj zachęcał ją, by spędzała więcej czasu z przyjaciółmi. Chciał, żeby rozważyła pójście do college’u, pomyślała o przyszłości. Przyniósł do domu broszurę Uniwersytetu Stanowego Colorado, ale gdy Clara zobaczyła niekończącą się listę przedmiotów, wpadła w panikę.

– Clarabell, zastąpiłaś nam córeczkę, której twoja ciotka i ja nigdy nie mieliśmy. Bardzo się z tego cieszymy i dobrze o tym wiesz. Ale nie tak miało wyglądać twoje życie. – Wuj powiódł ręką wokół, dając do zrozumienia, że ma na myśli dom, warsztat, nawet miasteczko. – Nie musisz tu zostać. Możesz robić, co zechcesz.

Problem polegał na tym, że Clara nie wiedziała, czy w ogóle istnieje coś, co chciałaby robić.

Potem, tuż po tym, jak skończyła dwadzieścia lat, spotkała Bobby’ego, studenta filozofii w UCLA, który przejeżdżał przez Bakersfield, jadąc w odwiedziny do przyjaciół we Fresno. Na dziewięćdziesiątce dziewiątce jego jetta zaczęła mieć kłopoty z zapłonem, a warsztat Jacka okazał się pierwszym, na jaki trafił. Clara poprawiła przepustnicę i z uśmiechem podała mu kluczyki. Odwzajemnił jej uśmiech, a ich wspólna kolacja tego wieczoru okazała się początkiem trwającego rok związku. Był kilka lat od niej starszy, rozmawiał z nią poważnie o swoich planach założenia kilku start-upów, powiedział, że po studiach zamierza prowadzić własną firmę. Clarze podobało się, że Bobby otwiera jej drzwi, trzyma ją za rękę w kinie czy na spacerze i patrzy na nią, kiedy ona coś mówi. Okazało się, że Bobby mieszka w Santa Monica niedaleko miejsca, gdzie dorastała. Na jej życzenie spędzili sobotę na plaży, którą kiedyś uważała za własną, a potem Bobby zawiózł ją tam, gdzie kiedyś mieszkała razem z rodzicami. „Jedź wolno”, poprosiła. Jechał wolno, nie próbując niezdarnie pocieszać jej w tej bolesnej dla niej chwili.

Po kilku miesiącach zaczął nalegać, by zapisała się na studia. „Jesteś za mądra, żeby zrezygnować z nauki”, przekonywał ją. „Lubisz samochody, więc zapisz się na studia inżynierskie. Będziemy mogli spędzać więcej czasu razem”. Wzdrygnęła się i powiedziała, że lubi pracować jako mechanik, jest w tym dobra, wuj okazał się świetnym nauczycielem. Sfrustrowany jej brakiem zainteresowania, Bobby zaczął robić uszczypliwe uwagi. „Myślisz, że twoi rodzice nie chcieliby, żebyś poszła na studia?”, mówił. W końcu wyznał jej, że nie chce być z kimś, kto nie ma w życiu większych ambicji niż wymiana oleju w samochodzie – i to przesądziło sprawę. Po raz pierwszy miała złamane serce.

Kilka tygodni po swoich dwudziestych drugich urodzinach spotkała w barze Franka. U Jacka stwierdzono nowotwór krtani w zaawansowanym stadium, czuła, że musi choć na chwilę uciec od Ili i jej desperackiego załamywania rąk. Zawsze była bardziej skora wypłakiwać się Clarze w rękaw, niż próbować ją pocieszyć. Frank był barmanem i wędkarzem, miał tatuaże, które zaczynały się na nadgarstkach, ginęły pod podwiniętymi rękawami, by znów pokazać się powyżej kołnierza. Kiedy Clara, lekko pijana, podeszła do niego tamtego pierwszego wieczoru i spytała, czy może polecić jej jakieś studio tatuażu − chciała wytatuować sobie klucz nasadowy i serce ku pamięci wuja − Frank powiedział, że będzie tego żałować, zamienił jej whisky na gorącą herbatę i obronił przed zbyt nachalnymi gośćmi, żartującymi sobie z niej, kiedy odsypiała kaca przy barze z głową na rękach. Obudziła się, kiedy włączył światła, a kiedy skończył sprzątać, zabrał ją do domu i położył spać na swojej kanapie.

Niedługo po tym Ila zmarła na zawał, a Jack został przeniesiony do domu opieki. Clara musiała sprzedać warsztat razem z domem, który był także jej domem, odkąd skończyła dwanaście lat, by móc zapłacić wszystkie rachunki, a Frank zrobił dla niej miejsce w swoim niewielkim mieszkaniu. Potrzebowała pracy, więc poznał ją ze swoim przyjacielem Peterem Kappasem, który znalazł jej pracę w warsztacie rodziców. Kiedy umarł jej wuj, Frank pomógł przy pogrzebie, obejmował ją, kiedy pastor wygłaszał mowę pośmiertną, i pozwolił jej wypłakać się w sypialni, nie niepokojąc jej. Był miłym, porządnym facetem, bardziej wyluzowanym niż Bobby i znacznie mniej wymagającym. Pomyślała, że może nie złamie jej serca, aż pewnego razu przyprowadził do domu dziewczynę o imieniu Willow i powiedział Clarze, że chciałby popatrzeć, jak one dwie się kochają.

Nie miała zbyt wielu przyjaciół, więc poprosiła Petera i jego braci o pomoc w przeprowadzce do nowego mieszkania. Później Peter zaprosił ją na kolację, zgodziła się, ale na czysto przyjacielskich zasadach. Odchyliła głowę do tyłu, spojrzała mu w oczy i powiedziała: „Lubię cię. Nie schrzańmy tego”.

Umawiała się czasem na randki, ale były to jednorazowe wyjścia. Z zasady nie utrzymywała towarzyskich relacji z klientami, a skoro nie lubiła chodzić do barów czy kawiarni, nie miała gdzie poznawać nowych ludzi. Kiedy nie pracowała, spędzała większość czasu albo sama, albo z Peterem.

A potem spotkała Ryana. Pchał wózek z zakupami w sklepie warzywnym, uśmiechając się z chłodną wyższością do innych klientów i do personelu sklepu. Miał wysoko sklepione, wypukłe czoło, garbaty nos i lekki brzuszek. Nie był szczególnie przystojny, ale Clara zauważyła, że ludzie odwracali się, żeby mu się przyjrzeć. Skinął Clarze, mijając ją, i wszystko stało się jasne: jego krótkie łaskawe spojrzenie odebrała jako błogosławieństwo. Kiedy odszedł odwrócony do niej plecami, nagle uświadomiła sobie swoją samotność i tęsknotę. Gdy zatrzymał się przy stoisku promującym agua fresca, podeszła do niego z wózkiem. Hostessa podała jej mały papierowy kubek, a Ryan odwrócił się do niej, mówiąc: cheers z – jak się wkrótce dowiedziała – południowoafrykańskim akcentem.

Ruszyli powoli do stoiska z sokami, szli obok siebie, stykając się wózkami. On był pilotem ambulansu lotniczego pogotowia King Airs. Uwielbiał pomagać, szczególnie dzieciom, jak twierdził. Gdy zaczął mówić, Clara natychmiast zakochała się w jego lekko krzywych zębach i niebieskobrązowych oczach. Kiedy powiedziała mu, że pracuje jako mechanik, bała się, że przestanie się nią interesować, ale on uderzył ręką w udo i powiedział: „Super!”, a ona z niezwykłą dla siebie szczerością spytała, czy zabierze ją na powietrzną przejażdżkę.

Pięć miesięcy później wprowadziła się do jego wynajmowanego mieszkania z dwiema sypialniami. Teraz, prawie dwa lata później, właśnie była w trakcie wyprowadzki.

Postawiła stos kartonów przy drzwiach wejściowych i rozejrzała się po pogrążonym w półmroku pokoju. Górne światło było zbyt jasne, nie pasowało do zadania, które miała przed sobą, więc otworzyła piwo i czekała, aż jej oczy przywykną do półmroku. Na stole, zgodnie z obietnicą, leżała umowa najmu i błyszczący złoty klucz. Obok kartka z kilkoma słowami: Życzę ci powodzenia – Ryan. PS Nie zapomnij zostawić klucza. Zmięła ją i wyrzuciła do kosza.

Nie miała dużo do pakowania: ubrania, książki, kilka krążków CD, trochę rzeczy kuchennych. Hibachi, które dała mu w prezencie na urodziny, a którego nigdy nie użył. Kilka lamp. Ulubione narzędzia jej wuja i album z rodzinnymi zdjęciami, który zrobiła jej ciotka. Większość będzie w stanie upchnąć w swojej corolli. Została sierotą w wieku dwunastu lat i nigdy nie wykształciła w sobie nawyku zbierania rzeczy. Na pewno jednak będzie potrzebowała pomocy i ciężarówki do przewiezienia kanapy, która teraz znów będzie jej łóżkiem, niewielkiego stolika z krzesłami, roweru i pianina.

Otworzyła drugie piwo i przeszła się po dodatkowej sypialni. Stary blüthner stał przy ścianie, zaniedbała go, nie grała na nim od czasu, kiedy się tu wprowadziła. Początkowo Ryan nie skarżył się, że zabiera za dużo miejsca, nie nalegał też, żeby zaczęła się uczyć grać. Zaakceptował go jako relikt historii kochanki, początkowo bez zastrzeżeń, ale z czasem – kiedy konflikty między nimi zaczęły narastać, z coraz większą irytacją, aż w końcu pianino urosło do symbolu ich największych porażek.

„Dlaczego się go nie pozbędziesz?”, rzucił podczas jednej z ich ostatnich kłótni. Za kilka miesięcy kończył trzydzieści pięć lat i pragnął zamienić dodatkowy pokój na pokój dla dziecka. „Nawet nie umiesz grać”, dodał z niewybaczalną pogardą w głosie.

„Idź do diabła”, odpowiedziała Clara.

A on wmaszerował do ich sypialni i trzasnął drzwiami tak, że rozbolały ją zęby. To było dwa tygodnie temu.

Teraz siedziała na taborecie i piła kolejny łyk piwa. Dotknęła nagą stopą pedału, wsłuchując się w dźwięk, który był niemal niesłyszalny. Jakby wciskała pedał gazu, pragnąc odjechać – tylko dokąd? – samochodem, który nie chciał jechać.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij