-
nowość
-
promocja
Gdańskie historie. Tom 1. Motyle z miasta wolności - ebook
Gdańskie historie. Tom 1. Motyle z miasta wolności - ebook
Wielowątkowa opowieść o dorastaniu, pamięci i miłości, która nie chce odejść; pełna emocji saga rodzinna o kobietach, które próbują odnaleźć siebie pośród wielkiej historii.
Michalina Motyl dorasta w Gdańsku przełomu lat 80. i 90. – w świecie Polonezów, Pewexów, telewizorów dudniących od przemówień polityków i rodzinnych tajemnic, o których lepiej nie mówić głośno. W domu Motylów nic nie jest proste: matka odchodzi, ojciec próbuje ocalić rodzinę, a nad wszystkim unosi się cień trudnej historii miasta. Kiedy w życiu Michaliny pojawia się Michał – tajemniczy, charyzmatyczny mężczyzna związany z wpływową rodziną Meyerów – uczucie odmieni jej życie na zawsze.
Równolegle toczy się opowieść o mieście rozdwojonym między polskością i niemieckością, między ruiną a odbudową, między przeszłością a nowym początkiem. Losy bohaterów splatają się tu z historią Wolnego Miasta, wojennej tragedii i narodzin współczesnej Polski.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8412-929-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
POZDROWIENIA Z MOSKWY
To była wolna sobota. Imieniny Adelajdy i Aleksandra. Nad miastem kołysały się napompowane wilgocią ciężkie chmurzyska, przypominające zeppeliny. Zastanawiałam się, czy w tym roku na Boże Narodzenie spadnie śnieg. Taki prawdziwy, puszysty, z którego po paru godzinach nie zrobi się szarobura breja.
Ojciec, mimo że był to wolny dzień, wyruszył dokądś wcześnie rano. Może pojechał do Bronki? Albo do biura, bo uważał wolne soboty za fanaberię, wymysł nierobów i wichrzycieli z Solidarności. Opuszczając mieszkanie, trzasnął drzwiami głośniej niż zwykle, pewnie wciąż wściekły na mamę. Znowu kłócili się w nocy, nie mogłam przez to spać. Po chwili rozległ się ryk dwusuwowego silnika naszego Wartburga.
Mama wyślizgnęła się z domu dopiero koło południa, zabierając ze sobą niedużą skórzaną walizkę. Trochę się zdziwiłam, po co ją taszczy na próbę w teatrze, ale pomyślałam, że schowała w niej solidarnościowe ulotki, których tata nie pozwalał trzymać w domu. Przed wyjściem szepnęła mi do ucha, żebym pod żadnym pozorem nie wychodziła z mieszkania i nikomu nie otwierała drzwi, nawet Dzidzi Słodkiej, dozorczyni.
– Licho nie śpi, córeczko. – To były jej ostatnie słowa.
Z nudów zabrałam się do eksplorowania sekretarzyka w jej sypialni, którego, o dziwo, nie zamknęła jak zwykle na klucz. Dzięki temu tajemnice mojej rodzicielki stały przede mną otworem.
Na blacie rozbebeszonego mebelka leżała sterta listów. Na kopertach widniał adres cioci Jadzi i dopisek: „dla Izy”. Próbowałam przeczytać pierwszy z brzegu list, pod którym podpisał się jakiś Alex, ale dziwaczne, pełne zawijasów i zakrętasów pismo nadawcy stanowiło przeszkodę trudną do pokonania. Odczytałam jedynie ostatnie zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: „Jutro wylatuję do Moskwy i przyślę Ci stamtąd najpiękniejszą widokówkę”. Spojrzałam na datę: 21 sierpnia 1981. Pamiętam, że spędzałyśmy wtedy z mamą i ciocią Jadzią wakacje w Głownie koło Łowicza i okropnie pogryzły mnie komary. Michał, syn cioci, który przyjechał nas odwiedzić, w pierwszej chwili mnie nie poznał. Wtedy moja piękna mama, która tamtego dnia miała na sobie kwiecistą sukienkę, a w uszach kolczyki – niewielkie, połyskujące złotem kółka (takie same złote drobinki pojawiały się w jej orzechowych tęczówkach, gdy była czymś rozbawiona), poczęstowała nas swoim perlistym śmiechem i niby to żartem rzuciła:
– Misia wygląda jak Quasimodo.
Nie miałam pojęcia, kto to taki ten cały Quasimodo, ale Michał wyjaśnił mi, że z twarzą napuchniętą od komarzych ukąszeń przypominam bohatera powieści Victora Hugo, karła nieszczęśliwie zakochanego w pięknej Esmeraldzie. Wtedy nie mogłam już powstrzymać drżenia górnej wargi, ponieważ zrozumiałam, jak trafne było porównanie, którego użyła mama. Oto ja, Michalina Motyl, lat jedenaście i osiem miesięcy, podobnie jak ów nieszczęsny karzeł byłam śmiertelnie i beznadziejnie zakochana w kimś całkowicie dla mnie nieosiągalnym. Moja przenikliwa mama domyśliła się, że obiektem westchnień jej niezbyt urodziwej córki, oszpeconej przez opuchliznę, jest właśnie Michał Meyer, student piątego roku elektroniki, i dlatego porównała mnie do dzwonnika z Notre-Dame. Ugodzona zatrutą strzałą literackiej hiperboli połykałam łzy, a niczego nieświadomy Michał próbował mnie pocieszyć. Mama natomiast wciąż się śmiała. Wydawało mi się, że po prostu szydzi z mojego dziecinnego zakochania i z tego, jak wyglądam. Wtedy po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że ona wcale mnie nie kocha, chociaż o swojej macierzyńskiej miłości zapewniała mnie, powtarzając jak mantrę:
– Kocham cię, córeczko, najbardziej na świecie.
– Ja ciebie też – odpowiadałam, odczuwając przypływ mocy. Miłość matki była dla mnie niewyczerpanym źródłem siły, zwłaszcza w chwilach najcięższych prób, gdy na przykład siedziałam z otwartą buzią na fotelu dentystycznym albo gdy musiałam stanąć oko w oko z Iwoną Pękallą, co oznaczało, że w najlepszym razie ta rozwydrzona dziewucha zwyzywa mnie od „niedorobionych”, a jeśli sprawy potoczą się gorzej, wrócę do domu opluta, pogryziona, a może nawet z podbitym okiem. Wtedy z opresji ratowała mnie myśl, że mama kocha mnie najbardziej na świecie, więc nic złego nie może mnie spotkać. Pamiętne wczasy w Głownie na szczęście skończyły się dla mnie dobrze, bo opuchlizna dzięki okładom cioci Jadzi w końcu ustąpiła.
List, który wpadł w moje ręce tamtego sobotniego popołudnia, kończył się całusami dla „Elle”, czyli jak się domyśliłam, mojej mamy, której na chrzcie dano na pierwsze Izabella. Miała jeszcze drugie imię, o czym jednak mało kto wiedział, ponieważ ukrywała ten fakt przed światem. To drugie imię dostało jej się w spadku po jej ojcu oraz po Marszałku Piłsudskim. Trzeba przyznać, że połączenie Izabelli i Józefy, czyli Ziuty, na kilometr zajeżdżało obciachem. O tym, że los tak pokarał moją matkę, dowiedziałam się z jej metryki chrztu, którą również znalazłam w sekretarzyku. Imię Ziuta pasowałoby bardziej do naszej dozorczyni, pękatej pani Słodkiej, niż do mojej filigranowej matki, zawsze pachnącej francuskimi perfumami, wyfiokowanej, eleganckiej damulki, aktorki Teatru Wybrzeże, na którą sąsiedzi płci męskiej wytrzeszczali gały, nie potrafiąc ukryć swych kosmatych myśli. Ich ślubne połowice zżerała wtedy zazdrość, więc szeptały, że taka aktorzyca to na pewno się puszcza, zamiast tak jak one wystawać w kolejkach po kartkową chabaninę.
Chorowałam właśnie na zapalenie migdałków, a to oznaczało, że następny tydzień spędzę w domu, co napawało mnie radością, chociaż trochę się nudziłam. Mama codziennie gdzieś wychodziła. Na próbę do teatru albo na zebranie Solidarności. Dopiero wieczorem, po powrocie ze swoich tajemniczych peregrynacji, podgrzewała dla mnie zupę albo pyzy z mięsem – rarytas, który czasem można było dostać w delikatesach przy Rajskiej. Ogromnie lubiłam te wieczorne biesiady, niestety ojciec psuł nam te dobre chwile, urządzając awantury o to, że matka, zamiast „opiekować się chorym dzieckiem”, gdzieś się szwenda. Byłam już na tyle dorosła, że nie potrzebowałam asysty podczas chorowania. Kilka dni temu chciałam to powiedzieć głośno, podnosząc głowę znad talerza z pysznymi odsmażanymi kartofelkami, ale było za późno, bo tata już zdążył się wydrzeć.
To był wrzask na całą kamienicę. I wstyd przed ludźmi. Pomyślałam, że znowu będę chodzić ze spuszczoną głową, żeby nie widzieć pełnych politowania spojrzeń sąsiadek. Co gorsza, wieść o tym, co się u nas dzieje, będzie się szerzyć również w szkole, bo Iwona Pękalla z szóstej „b”, która mieszkała nad nami, znowu będzie miała temat do opowieści o tym, że mój tata, niby taki wykształcony pan inżynier, w dodatku zagorzały partyjniak, wyzywa matkę od najgorszych i kto wie, czy nie ucieka się do rękoczynów, skoro jego żona po jednej z takich burzliwych nocy była widziana na klatce schodowej w ciemnych okularach. Wstydziłam się za nich oboje, że nie potrafią żyć we względnej ciszy jak inni sąsiedzi. Tata o byle co darł się na mamę. A ona milczała, ale jeśli mu odpowiadała, to też nie po cichu. Miała donośny głos i dobrą dykcję, więc każde jej słowo, wypowiedziane w gniewie, słychać było nawet na trzecim piętrze, gdzie mieszkała pani Gertruda Bieszke, gdańska Niemka, jak z szacunkiem mówiła o niej mama, tłumacząc mi, że trzeba starać się zrozumieć splątane ścieżki historii i szanować ludzi innej narodowości. Nasi sąsiedzi byli niestety odmiennego zdania i dlatego na drzwiach mieszkania pani Gertrudy regularnie pojawiała się swastyka, którą biedaczka starała się zmywać wodą z octem, a jak się nie dawało, to zamalowywała te paskudne hakenkrojce farbą olejną.
Wychodząc z mieszkania wczesnym popołudniem dwunastego grudnia, mama mrugnęła do mnie porozumiewawczo. Odmrugnęłam jej na znak, że może na mnie liczyć. Nic nie powiem tacie, jeśli znowu zjawi się przed jej powrotem i zapyta mnie poirytowanym tonem, od kiedy siedzę sama w domu. Ale coś za coś. Skoro mnie zostawiała na pastwę zapalenia migdałków, to mogłam spędzić ten dzień w jej pokoju, wąchać jej perfumy do woli, nawet się nimi lekko skropić, wysmarować się szminkami i przymierzać jej sukienki, które wcale nie były na mnie za duże, bo rosłam o wiele szybciej, niż bym chciała, i w niektóre jej węższe spódniczki mój jedenastoletni tyłek już się nie mieścił. Sąsiadki, te od pełnych politowania spojrzeń, szeptały, że mamusia taka ładna, a córka całkiem do niej niepodobna. Nie dość, że ruda i piegowata, to jeszcze niezgraba, z wielkim zadkiem i grubymi łydkami. Po tatusiu, rzecz jasna, tym nieco przyciężkim panu inżynierze, zupełnie niepasującym do pełnej kobiecego wdzięku małżonki, mrukliwym gburze, który nigdy nie odpowiadał sąsiadkom na ich uprzejme „dzień dobry”. Zamiast otwierać strudzonym kobietom drzwi, puszczać je przodem i oczywiście wnosić na górę ich ciężkie siatki z zakupami, inżynier Jakub Motyl wciąż pucował swojego jasnoniebieskiego Wartburga (mama chciała, żeby nasz samochód był w kolorze bahama yellow, ale ojciec uparł się przy niebieskim), jakby to był ósmy cud świata, a nie enerdowskie barachło.
Gdy już przeczesałam wszystkie szuflady z kosmetykami, pobawiłam się gumowym kapturkiem antykoncepcyjnym, nie mając zielonego pojęcia, do czego on służy, a raczej służył, bo mama z tatą od pewnego czasu mieli oddzielne sypialnie, rzuciłam okiem na dużą kolorową pocztówkę. To były standardowe pozdrowienia z zagranicy, bo jak przeczytałam na odwrocie, widokówka przedstawiała zwodzony most w centrum Amsterdamu, miasta, które znałam jedynie z podróży palcem po mapie, bo za granicę, nie licząc demoludów, raczej mało kto wtedy wyjeżdżał. Długo nie mogłam rozczytać zygzakowatego podpisu nadawcy, ale wzięłam lupę z biurka taty i udało mi się rozszyfrować, że pocztówkę również przesłał mamie Alex, ten od całowania w jej ulubione miejsca. Ponieważ było już późno i adresatka tej korespondencji zaraz mogła wrócić, odłożyłam list od Alexa na stosik. Pocztówkę zabrałam. Musiała być moja. Zamiast ją schować gdzieś głęboko, beztrosko przypięłam ją szpilkami na słomianej macie nad biurkiem. Żeby mieć ten most na oku – tak pomyślałam, chociaż bardziej chodziło mi o Alexa, który nie bacząc na żelazną kurtynę, rozbijał się po Europie, od Amsterdamu aż po Moskwę, i z każdej podróży przysyłał mojej mamie kolorowe widokówki.
My, to znaczy mama, tata i ja, mało podróżowaliśmy. I głównie po Polsce. Tylko raz wybrałyśmy się z mamą na jednodniową wycieczkę autokarową z Karpacza, gdzie byłyśmy na wczasach FWP, do Liberca w Czechosłowacji. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Przez dwie noce nie mogłam spać, myśląc wciąż o tym, że oto wkrótce po raz pierwszy przekroczę granicę państwową i znajdę się w innym świecie, gdzie wszystko będzie lepsze niż w Polsce, pachnące Peweksem, a nie gotującą się przekwaszoną kapustą albo kocimi siuśkami, którymi często śmierdziało w naszej kamienicy. Tamtego dnia obie z matką byłyśmy podekscytowane – ja zapachem zagranicznego powietrza, którym dane mi będzie wreszcie odetchnąć, a ona perspektywą kontroli osobistej. I obie miałyśmy satysfakcję, że udało nam się przejść na drugą stronę, mimo że czechosłowaccy pogranicznicy nie byli dla mamy zbyt uprzejmi. Ale wreszcie mogłam powiedzieć głośno przy całej klasie, że byłam w Czechosłowacji, zaliczyłam po raz pierwszy zagranicę, mama kupiła mi „niepolski” piórnik i widziałam wielu „nie-Polaków”, a moja rodzicielka nawet z nimi rozmawiała. Chyba po niemiecku, ale tego już nie powiedziałam, bo o Niemcach, zwłaszcza tych z Erefenu, mówiło się wówczas wyłącznie źle.
Natomiast nigdy nie pochwaliłam się przed klasą rodzinną eskapadą naszym błękitnym Wartburgiem do Złotych Piasków, bo z wielu powodów postanowiłam wymazać ją z pamięci, chociaż nie do końca mi się to udało. Do dziś miewam sen, w którym jedziemy wszyscy troje ukochanym autkiem mojego ojca, okna są pozamykane na amen i zaczynam się dusić. Zwykle po takim śnie budzę się z atakiem astmy.13 grudnia 1981
BRONISŁAWA
A więc wojna, pomyślałam po wysłuchaniu długiej mowy Jaruzelskiego.
Nie wojna, lecz stan wojenny, a to zasadnicza różnica. Jakub skarciłby mnie, że nazywam wojną to, co nią nie jest, a w każdym razie nie musi nią być. On jako inżynier i racjonalista nie lubi przesady, którą karmi się jego żona, Pani Wielka Artystka. Ona teraz zapewne rozpacza po zdelegalizowanej Solidarności. Wolę nie myśleć, co tam się musi u nich dziać. A u mnie za oknem szaro, niebo zasnute ołowianymi chmurami, ale temperatura jak na połowę grudnia dość wysoka, sześć stopni. Chciałam zadzwonić do Gdańska, ale w słuchawce głucha cisza, wprowadzono też zakaz podróżowania i godzinę milicyjną. Martwię się o Jakuba, jak on sobie radzi z małżonką. I jak to wszystko znosi Misia, biedne, samotne, wrażliwe dziecko. Może wszyscy się pochorowali? Podobno panuje grypa. Niepokoję się o nich, bo z tego, co mówili, a raczej czego nie mówili w radiu i w telewizji, bo wciąż nadawane jest jedynie przemówienie ponurego generalissimusa, trudno wywnioskować, co naprawdę dzieje się w kraju. U mnie w Bożepolu panuje spokój, ale w Gdańsku może być gorąco. Próbowałam złapać Wolną Europę, słychać co drugie słowo, bo zagłuszarki pracują pełną mocą. Jakub zapewne byłby na mnie zły, że czerpię wiedzę z „tej szczekaczki”, ale wyłącznie stamtąd można się czegoś dowiedzieć. Podobno stocznia strajkuje, a na ulice wyjechały czołgi.
Pamiętam też prawdziwą wojnę, której z niczym nie da się porównać. Tamtego ostatniego lata była już całkiem blisko. Wtedy jeszcze wydawało się, że życie toczy się normalnie. Tramwaje jeździły według rozkładu. Bez problemu można było dojechać z Langfuhr do Oliwy, a przede wszystkim do Brösen, czyli Brzeźna. Pociągi były zawsze punktualne i można było pojechać nawet do Berlina. Ale po co miałabym tam jeździć? Ani ja, ani Lotta nie miałyśmy krewnych w Rzeszy. Nie wiedziałam, że mieszkańcy Prus Wschodnich mogli już wtedy kupić bilety kolejowe jedynie do stu kilometrów. U nas w Danzig jeszcze nie wprowadzono takich obostrzeń. Jeździłyśmy z Lottą tramwajem do Glettkau. Tę dzielnicę po wojnie nazwano Jelitkowem. Paskudna nazwa, podobnie jak Wrzeszcz. Ale nic się na to nie poradzi. Konieczność dziejowa. Tak przynajmniej twierdzi Jakub. Wtedy, latem czterdziestego czwartego, Jakub nazywał się Jakob i nosił nazwisko swojej matki, Lotty Gruschke, mojej dość dalekiej kuzynki, u której mieszkałam. Mały miał wtedy cztery lata i aż piszczał z radości, gdy wsiadaliśmy do tramwaju, który miał nas zawieźć nad morze. Na plaży wszyscy troje cieszyliśmy się słońcem i korzystaliśmy z orzeźwiającej kąpieli. To były ostatnie szczęśliwe chwile. Skakaliśmy na falach. Byłam dumna z mojego nowego kostiumu kąpielowego. Pamiętam, że był różowy z białą falbanką. Lottę zmartwiły wieści o zamachu na Führera. Dużo na ten temat mówiła, ja milczałam. Wciąż chłonęłam zapachy lata. Uwielbiałam drogę na plażę przez sosnowy lasek, rozgrzany bialusieńki piasek, smak słonej wody. Wojna była daleko. I może nigdy nas nie dosięgnie, taką miałam nadzieję. Lotta wierzyła, że uratuje nas Wunderwaffe. Ciągle to powtarzała. Wojna, jej zdaniem, toczyła się na Wschodzie i do nas nie dojdzie, bolszewicką nawałę miała powstrzymać nasza niezwyciężona armia wyposażona w nową, cudowną broń.
Gdy skończyło się lato, zmiany następowały coraz szybciej i nie zwiastowały niczego dobrego. Jeszcze w sierpniu w mieście pojawili się uciekinierzy z Prus Wschodnich. Ciągnęli na Zachód wielkimi wozami krytymi plandekami. Wieźli na tych wozach gary smalcu, marmolady, solonego mięsa, słoninę. Potem uchodźcy przybywali do Danzig specjalnymi pociągami, a na końcu pojawili się tacy, którzy nic ze sobą nie mieli, bo nawet nie zdążyli porządnie się ubrać na drogę, gdyż wycofali się w wielkim pośpiechu razem z naszymi czołgami. Ich pojawienie się w mieście wywołało panikę. Od października tramwaje jeździły według nowego rozkładu, ze znacznie mniejszą częstotliwością. Obowiązywało bezwzględne zaciemnienie. Dozorcy podczas wieczornych obchodów skrupulatnie sprawdzali, czy przez okna nie przedostaje się najmniejszy promyk światła. Ludzie oświetlali sobie drogę małymi latarkami. Wokół miasta kopano rowy przeciwczołgowe, władze ogłosiły powszechną mobilizację do Wehrmachtu, która objęła wszystkich mężczyzn w wieku od szesnastu do sześćdziesięciu lat. Pojawiły się napisy, że lepiej zginąć, niż być niewolnikiem. Danzig miał stać się twierdzą i walczyć do ostatniego żołnierza. To był rozkaz Führera.
Lotta poszła do Film-Palast, żeby obejrzeć relację z Nemmersdorf – wioski oddalonej od Danzig o dwieście pięćdziesiąt kilometrów, gdzie sowieccy żołdacy wymordowali wszystkich mieszkańców, prawie same kobiety i dzieci. Ciała kobiet, a nawet dziewczynek w wieku ośmiu, dwunastu lat, nosiły ślady gwałtu. Lotta długo nie mogła się otrząsnąć po tym, co zobaczyła w kronice filmowej. Mówiła, że nas czeka to samo. Coraz bardziej się bała tego, co nieuchronnie miało nadejść. Rozumiałam ją, chociaż nie podzielałam jej pesymistycznych wizji. No cóż, miała do nich prawo. Była starsza ode mnie o sześć lat, a poza tym miała dziecko. Więc zaczęłyśmy rozważać ucieczkę. Ale dokąd mamy uciekać? Pytałam ją o to wiele razy. Nie miałyśmy żadnych krewnych na Zachodzie, byłyśmy stąd. Poza tym w Rzeszy również nie było bezpiecznie ze względu na bombardowania, a w Danzig pod tym względem panował jeszcze względny spokój. Zaproponowałam, żeby może wyjechała z Jakobem do Gross Boschpol, gdzie mieszkała moja Oma Odilie, ale Lotta powiedziała, że to bez sensu, bo najpierw Rosjanie zaatakują właśnie Kaszuby, a dopiero potem Gotenhafen i Danzig.
Pod koniec stycznia nasza sąsiadka z Emaus, pani Hedwig Warnke, udała się wraz ze swoją piętnastoletnią córką Ursule na Dworzec Główny z zamiarem wyjazdu do Berlina, gdzie miała dalekich krewnych. Ale nie udało jej się wsiąść do pociągu, taki był tłok, więc obie zapłakane wróciły do Emaus. Nasz dozorca Wolf Pokriefke miał brata, który pracował na kolei i opowiadał, że na Hauptbahnhof na zaciemnionym peronie podstawiano specjalne pociągi, którymi esesmani i gestapowcy wysyłali swoje rodziny na Zachód. Natomiast partyjni bonzowie, a także esesmani i gestapowcy, którzy mieli dostęp do tajemnic państwowych, zostali wyekspediowani do Rzeszy z początkiem lutego z Neufahrwasser. Szczury uciekały, a my nie mogłyśmy się zdecydować, co począć. Wiadomość o zatopieniu przez sowiecki okręt podwodny Wilhelma Gustloffa z sześcioma tysiącami uciekinierów na pokładzie poraziła Lottę, która już właściwie była spakowana i chciała się ewakuować wraz z Jakobem drogą morską. Ja zamierzałam zostać w Danzig. Tłumaczyłam jej, że nie mogę z nimi wyjechać, bo mam pracę w szpitalu i jestem potrzebna rannym żołnierzom, chociaż to nie do końca była prawda. Mogłam się ewakuować, ale nie chciałam. Miałyśmy się więc rozdzielić. Ale gdy do Lotty dotarły wieści o Gustloffie, zrezygnowała z podróży morskiej. Namawiałam ją, żeby jednak uciekała statkiem, bo to była już jedyna możliwość. Z Danzig, Gotenhafen i Helu wciąż odpływały statki pełne uchodźców i rannych żołnierzy.
Tymczasem zima rozszalała się na dobre – śnieg, mróz i wielkie zaspy były wszędzie. Przestały kursować pociągi do Berlina. Z powodu zimowej aury wagony towarowe z uciekinierami stały między Danzig a Gotenhafen. Armia Czerwona, która walczyła o przełamanie Wału Pomorskiego, przystąpiła do okrążania naszego miasta od zachodu. W lutym zaczęły się pierwsze ciężkie bombardowania rosyjskie. Lokalne radio nadawało komunikaty: Achtung, Achtung! Starter Verband Feindlicher Luftstreitkrafte im Anflug auf die Danziger Bucht! Albert Forster wezwał wszystkich mężczyzn do obrony twierdzy Danzig. Kto nie pójdzie do pracy, zostanie powieszony. Mimo nalotów sowieckich i alianckich nadal kursowały tramwaje, mieliśmy prąd, gaz, wodę i żywność na kartki. W mieście panował względny porządek. Pamiętam, że patrzyłam na niebo pełne czerwonych chmur i myślałam o zbliżających się bolszewikach. Jeszcze nie było słychać frontu, chociaż był już blisko. Coraz bliżej. Wciąż namawiałam Lottę, żeby uciekała. Weź się w garść, powtarzałam do znudzenia. Ale ona nie słuchała. Większość dnia przesypiała. Jakobem opiekowały się pani Warnke i jej córka Ursula, którą mały niezmiernie polubił. Nie chciał wracać do domu, gdy przychodziłam skonana po dyżurze w szpitalu, żeby go zabrać do matki.
Ewakuacja trwała. Armia z poświęceniem osłaniała bazę morską w Helu i porty w Danzig i Gotenhafen. Podobno udało się wyewakuować drogą morską kilkaset tysięcy ludzi. Niektóre źródła podają, że nawet milion. Więc ratunek był wciąż na wyciągnięcie ręki. Błagałam Lottę, żeby z walizką, a nawet bez żadnego bagażu, poszła z dzieckiem do portu. Na pewno was wezmą na któryś ze statków, krzyczałam roztrzęsiona. Ona rewanżowała mi się pytaniem, dlaczego ja się nie ewakuuję. W ten sposób zamykała mi usta. Bo co niby miałam powiedzieć? Że jestem Mischung? Lotta karciła mnie za to, że lubiłam posługiwać się mieszanką językową z przedmieść, trochę niemieckiego, odrobina kaszubskiego, parę słów polskich na okrasę. Mówiłam płynnie po kaszubsku, jak Oma Lipke, i całkiem dobrze po polsku. Zawsze miałam ucho do języków. Moja matka była z domu Derdowska, po kaszubsku Derdowsczi. Więc chyba była Polką z pochodzenia. No może nie do końca, bo mężczyźni z jej rodziny, ci, którzy przed wojną mieszkali po polskiej stronie, podpisali volkslistę, a potem wzięli ich do Kriegsmarine na U-booty. Ale podobno daleki kuzyn matki, dziesiąta woda po kisielu, ale też Derdowsczi po kądzieli, brał udział w obronie Poczty Polskiej i został rozstrzelany. Matka opowiedziała mi o tym na krótko przed śmiercią, gdy ją odwiedziłam w szpitalu na Klinicznej. Umarła na raka macicy w lipcu czterdziestego drugiego. Mój ojciec, Horst Lipke, syn Omy Odilie, zginął kilka miesięcy później pod Stalingradem. Tak czy inaczej zarówno Derdowscy, jak i Lipkowie byli katolikami, natomiast rodzina Lotty to protestanci.
Nie zamierzałam się ewakuować, bo moje miejsce było tutaj, w Danzig, który wkrótce miał stać się Gdańskiem i zostać włączony do Polski, bowiem razem z bolszewikami szły w kierunku dawnego Wolnego Miasta również polskie oddziały. Tak twierdził nasz dozorca pan Pokriefke. On też był Mischung jak ja. Urodził się w Kartuzach. Z życzliwości dla prawie krajana szepnęłam, żeby nie rozpowszechniał tych wiadomości, bo mogą go za to powiesić. Licząc, że jednak przekonam Lottę do ucieczki, wybrałam się do Neufahrwasser, żeby się przekonać, jak przebiega ewakuacja. Widziałam statki wypełnione rannymi żołnierzami i uchodźcami z Prus Wschodnich, a także mieszkańcami Danzig, którzy wtedy już w popłochu z niewielkim bagażem uciekali z miasta. Wędrując po mieście, obojętnie patrzyłam na propagandowe napisy na burtach żółtych tramwajów: „Sieg oder Sibirien”. O zwycięstwie już nikt, kto był przy zdrowych zmysłach, chyba nie myślał. Syberii baliśmy się wszyscy. Przerażał mnie również widok wisielców, dyndających na szpalerach drzew wzdłuż Alei Lipowej. Byli to zdegradowani oficerowie i żołnierze. Na rozkaz Alberta Ferstera, gauleitera Gdańska, za dezercję bądź najmniejsze oznaki defetyzmu karą było powieszenie na jednej z pięknych lip ufundowanych miastu w osiemnastym wieku przez ówczesnego burmistrza Daniela Gralatha (aż dziw bierze, że ów Gralath z własnej kiesy zafundował miastu te wspaniałe drzewa). Wzdłuż Hindenburg-Allee sunęły ciężarówki wypełnione zarówno mundurowymi, jak i cywilami. Procedura zawsze była taka sama. Najpierw esesmani mocowali liny do konarów drzew, a potem podjeżdżał samochód ze skazańcami, którzy jeden po drugim wchodzili na schodki umieszczone na końcu ciężarówki. Kat zakładał im na szyję sznur, a po chwili spadali z platformy odjeżdżającego do następnej lipy auta. Wojskowych w mundurach pozbawionych pagonów i dystynkcji esesmani po kilkunastu minutach odcinali, natomiast cywile wisieli dłużej, nawet przewieszano ich bliżej torów tramwajowych, na postrach. Mieli przyczepione do pozbawionych dystynkcji mundurów kartki informujące, że okazali się zbyt tchórzliwi, żeby walczyć, albo że opuścili swój posterunek. W Parku Steffensa widziałam też trupy kobiet powieszonych za to, że nie zgłosiły się do pracy. Od września czterdziestego czwartego pracowałam jako pomoc Czerwonego Krzyża najpierw w lazarecie przy Heiligenbrunnenweg, a potem w rezerwowym szpitalu polowym, który od lutego działał w budynkach Technische Hochschule. Dzięki temu dostawałam przydziały kartkowe na żywność.
Na początku marca dotarła do nas wieść, że wojska sowieckie pod dowództwem marszałka Rokossowskiego zajęły Kartuzy. Kartuzy, moje Kartuzy, szeptał Wolf Pokriefke. A ja postanowiłam rozmówić się z Lottą i z panią Warnke. To już ostatni moment, kiedy można stąd uciec, argumentowałam. Musicie wyruszyć do portu. Teraz, zaraz. Bez zwłoki. Nie ma na co czekać. A Lotta na to, że beze mnie nie pojedzie. Obiecałam, że odprowadzę je do portu.
W ostatnich dniach marca nagle zmieniła się pogoda. W powietrzu czuć było wiosnę. Tymczasem wojna powoli wdzierała się do miasta. Zaczęła się bitwa o Danzig.WCIĄŻ JEJ NIE MA
Wczoraj długo czekałam na ich powrót. Było już po ósmej, gdy usłyszałam charakterystyczny zgrzyt klucza w zamku. To był ojciec, a nie mama, która powinna zjawić się przed nim. Siedziałam na tapczanie w moim pokoju, prawie po ciemku. Paliła się jedynie nocna lampka.
– Co tu się dzieje? Gdzie ona jest? – Wydawało mi się, że podniesiony głos taty, który z impetem otworzył drzwi do mojego pokoju, słychać w całej kamienicy.
Zamiast odpowiedzieć, zwinęłam się w kłębek na tapczanie, kołdrę zarzuciłam na głowę i tak trwałam w swoim kokonie. Po chwili zaczęły mnie dochodzić dźwięki z kuchni. Pan inżynier Jakub Motyl trzaskał drzwiczkami szafek, dzwonił garnkami. A potem wszedł do pokoju mamy. Boziu, bozieńko, dlaczego zostawiłam te listy na wierzchu? Jak nic tata dobierze się zaraz do nich i dowie się o romansie mamy z Alexem. A gdy mama wróci, zaczną się wrzaski na całą kamienicę, których słuchać będą Iwona Pękalla i jej akolitki, czyli Dagmara Sztandera, Beata Zyzek i Marzena Wasyluk. Paskudne dziewuszyska, które od wczesnej wiosny do późnej jesieni spędzały większość wolnego czasu przy trzepaku na podwórzu. Ich głównym zajęciem, oprócz plotkowania i szpiegowania sąsiadów, w tym mojego ojca, który parkował swojego Wartburga nieopodal trzepaka właśnie, były popisy gimnastyczne. Najbardziej biegła w tej sztuce była Iwona Pękalla, która pełniła funkcję przywódczyni. To ona decydowała, kogo opluć, a komu podstawić nogę. Tym kimś najczęściej byłam ja. Członkinie bandy kontorsjonistek (tym dziwnym słowem podsumowała je mama, tłumacząc mi, że kontorsje to po francusku wygibasy) chodziły niestety do tej samej szkoły co ja. Na szczęście nie do mojej klasy.
Znowu zaczną się plotki, że mam ojca furiata, który drze się na matkę po nocach, zamiast robić to, co ich ojcowie, którzy po dzienniku i prognozie pogody kładli się do łóżek i po małym fiku miku z matkami zasypiali twardym, kamiennym snem, by zerwać się przed świtem i zdążyć na szóstą do roboty. Natomiast mój tata zwykle markował po nocy do późna, oglądał telewizję aż do hymnu, bo nie musiał wstawać zbyt wcześnie – wystarczyło, że jego budzik dzwonił piętnaście po siódmej. Raz, dwa się golił, wkładał czystą koszulę i garnitur i wychodził z domu za kwadrans ósma. Dzięki temu, że miał samochód (w tamtych czasach luksus niebywały), bez problemu zjawiał się w biurze minuta przed ósmą, bo wtedy nie było jeszcze korków. Jego tryb życia, a przede wszystkim to, że nie miał w zwyczaju uśmiechać się i uprzejmie zagadywać sąsiadek, budziły niechęć, a wybuchowy charakter stanowił ulubiony temat plotek. Leżąc zwinięta w kłębek pod kraciastym kocem, martwiłam się, że znowu będę musiała znosić plotki o moich rodzicach, zwłaszcza o ojcu, do którego niestety byłam podobna. Po nim miałam ciężki krok i to za sprawą jego genów brakowało mi wdzięku, gracji i fantazji. Tak jak on brałam świat na serio, nie potrafiłam obracać przykrych sytuacji w żart, trafiać w słabe punkty przeciwnika, skakać przez kozła, bezbłędnie wykonywać przewrotów w przód i w tył, stawać na rękach i na głowie. Wszystko mnie przerastało i dotykało do szpiku kości. Gdy już tego było za dużo, ponad moje jedenastoletnie siły, zaczynałam się dusić.
– Gdzie ona jest? Pytam po raz ostatni. – Tata, który ponownie wparował do mojego pokoju, zerwał ze mnie koc.
Jeszcze bardziej się skurczyłam i chciałam po prostu zniknąć.
– Ty coś wiesz. Jesteście z matką w zmowie. Nie odwracaj się do ściany, jak ojciec mówi do ciebie. No, gadaj wreszcie, co się dzieje. – Wypowiedziawszy te słowa, chwycił mnie za ramiona, uniósł do góry i zaczął mną potrząsać. Zupełnie jak wtedy w Bułgarii. Zawsze taki sam: duży, silny, nigdzie przed nim nie mogłam uciec, więc zacisnęłam powieki, żeby nie widzieć jego wielkiej czerwonej gęby i chociaż w ten jedyny dla mnie dostępny sposób odseparować się od niego.
Nie stawiałam oporu. Zniknęłam.
– No, mów wreszcie, gdzie jest matka. Wiem, że zabrała swoje rzeczy. Ale ciebie nie zabrała ze sobą, więc nie powinnaś jej bronić.
Wreszcie posadził mnie z powrotem na tapczanie, a ja z ulgą poczułam, że zaczyna się atak. Moje ciało postanowiło wyratować mnie z opresji. Trochę się z tym spóźniło, jednak przyszło mi z pomocą. Moja jedyna przyjaciółka astma wreszcie dała o sobie znać. Zaczęłam się dusić. Moja twarz powoli stawała się amarantowa, nie mogłam złapać oddechu. Dobrze wiedziałam, że tata nie znosi, jak mam atak. Boi się tego. Zdarzało się, że trzaskał wtedy drzwiami i miał pretensję do matki, że jestem chora. Ale teraz sam musiał się zmierzyć z moją przypadłością.
– Gdzie jest inhalator? Gdzie on się podział? – Tata wciąż stał nade mną, zamiast zabrać się do roboty. A ja robiłam się powoli sina, kaszel nie ustawał.
Mama w takich sytuacjach działała błyskawicznie i bezbłędnie, a on zachowywał się jak dupowaty pomyleniec. Stał na środku pokoju i rozglądał się bezradnie. Ten wielki wspaniały pan inżynier, mąż niewiernej żony, partyjniak, ojciec jedynej córki, która za chwilę się udusi, po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co robić. Nie miał kim komenderować. Zabrakło mamy, która zawsze potrafiła się odnaleźć w trudnej sytuacji, nie wpadała w panikę, działała i zwykle jej się udawało wychodzić obronną ręką z największych opresji (nawet wtedy, gdy czechosłowaccy celnicy chcieli ją wziąć na kontrolę osobistą). A on, nasz domowy tyran, stał teraz w stuporze i naprawdę nie wiedział, co począć. Dzwonić na pogotowie, które, jeśli nawet w końcu przyjedzie, to i tak będzie za późno, czy może raczej wezwać milicję? Wykręciłam mu niezły numer. Zobaczyłam w jego zielonych oczach bezradność i strach. Po raz pierwszy dostrzegłam w nim człowieka. I wcale mnie to nie wzruszyło. Dusiłam się naprawdę i potrzebowałam pomocy. Ja też się bałam. Zawsze w takich sytuacjach była przy mnie matka albo szkolna pielęgniarka. Nawet wredne Iwony i Marzeny wiedziały, co robić, gdy się nagle rozkasływałam.
– Proszę pani, proszę pani – ćwierkały swoimi cieniutkimi głosikami – ona znowu kaszle, znowu ma ten swój atak.
Wiedziały, paskudy, że nie można mnie zostawić na pastwę astmy. Moja przypadłość budziła w nich lęk. Była jeszcze jednym powodem, żeby się ze mną nie kolegować. Nie tylko moje niemodne i dziwaczne imię, kanciasta postura, niski głos, ojciec wariat i piękna matka paradująca w okularach przeciwsłonecznych w środku marcowej szarugi, ale przede wszystkim moja choroba czyniła ze mnie odmieńca. Dziś powiedziałoby się, że astma i moje rodzinne problemy, o których niestety wiedziała cała klasa i wszyscy nauczyciele, stygmatyzowały mnie, czyniły mnie osobną i przeraźliwie samotną. A tamten wieczór, gdy prawie się udusiłam, bo tata nie mógł znaleźć mojego inhalatora, okazał się kolejną bolesną cezurą w moim jedenastoletnim życiu. Tamtego dnia nie straciłam wprawdzie życia, bo tata w końcu wytrząsnął z mojego szkolnego plecaka inhalator, ale straciłam mamę. Na zawsze.BRONISŁAWA
Z godziny na godzinę słychać było coraz głośniejszy huk bomb i pocisków. Armia Czerwona nacierała od zachodu, od strony lasów i wzgórz morenowych okalających Danzig, natomiast atak od wschodu był utrudniony, ponieważ Żuławy zostały zalane. Polacy, którzy już po zakończeniu działań wojennych przybywali do Gdańska, opowiadali, jak z okien pociągów widzieli małe morze, nad którym górowały dachy domów i korony drzew. Tak właśnie wyglądały zalane przez Niemców Żuławy.
Na wietrze kołysały się zrzucone na miasto przez Rosjan ulotki, w których marszałek Rokossowski wzywał obrońców do poddania się. Podnosiliśmy je i czytaliśmy. Miałam nadzieję, że uda się uniknąć najgorszego. Na zielonych wzgórzach Rosjanie ustawili megafony, przez które nadawali komunikaty wzywające obrońców miasta do poddania się. Obiecywali gorące posiłki i łóżka szpitalne dla rannych i chorych. Niech to nasze dowództwo wreszcie pójdzie po rozum do głowy, niech się poddadzą, niech ucichnie dudnienie artylerii, niech opadnie dym i kurz wojenny. Niech nastanie wreszcie pokój – modliłyśmy się z Lottą, ja do swojego katolickiego Boga, a ona do luterańskiego. Ale to był zaledwie początek tego, co nieuchronnie miało nadejść.
W odpowiedzi Hitler nadesłał do dowodzącego 2. Armią niemiecką pruskiego generała Dietricha von Sauckena telegram z nakazem bronienia miasta do ostatniego żołnierza. Ultimatum Rokossowskiego zostało odrzucone. To był wyrok na miasto i jego mieszkańców. Rosjanie rozpoczęli natarcie. Ruszyli z Schidlitz na Główne Miasto. Od strony ulicy Kartuskiej ostrzeliwali serce miasta, wspaniałe zabytkowe centrum z katiusz, które nazywaliśmy organami Stalina. Komunikat Wehrmachtu z dwudziestego szóstego marca donosił, że na skutek działań wroga właśnie spłonęło Główne i Stare Miasto. Nie było prądu, brakowało wody. Miasto budowane przez wieki przez Niemców, Słowian, a także przybyszów z Niderlandów, potomków francuskich hugenotów, Żydów, menonitów, Ormian i nawet Tatarów płonęło, powietrze było rozpalone od szalejących pożarów, ściany kamienic z hukiem padały na bruk. Nad miastem unosiły się chmury popiołu, przejeżdżające pojazdy wzniecały kłęby ceglanego kurzu. Wszystko było od niego czerwone.
Następnego dnia ostatnie oddziały Wehrmachtu opuściły okolice Politechniki Gdańskiej, ewakuując część rannych. Langfuhr zajmowany był przez oddziały sowieckie. Personel szpitala w Technische Hochschule zniknął. Został jeden lekarz, doktor Wolf, i kilka pielęgniarek, wśród nich ja, osiemnastoletnia Bronisława Lipke. Wkrótce po odejściu Wehrmachtu pojawili się krasnoarmiejcy. Jedno ze skrzydeł bramy wejściowej zostało rozwarte i na dziedziniec wsypała się chmara kosookich żołnierzy. Przeważnie niscy, krótkonodzy wojacy w grubych kurtkach i futrzanych czapach rozpierzchli się po gmachu niczym robactwo. Do zajmowanych pomieszczeń strzelali salwami z karabinów. Z trzęsącymi się kolanami kryłam się za doktorem Wolfem dzierżącym w dłoni kij od szczotki z białą flagą. W obronie doktora stanęły kobiety, Rosjanki. Strzelanina ustała.
Wkrótce gmach główny stanął w płomieniach. Rosjanie metodycznie podpalali sale z rannymi żołnierzami. Wraz z innymi kobietami schroniłam się pod znakiem Czerwonego Krzyża. Tworzyłyśmy czwórki, usiłując wynosić z pożaru pojedynczych rannych żołnierzy, ale Rosjanie strzelali do nich, na co spokojnie patrzyli sowieccy oficerowie. Uciekłam i przyłączyłam się do innej grupy kobiet, starających się za pomocą związanych prześcieradeł pomóc żołnierzom w ucieczce z pierwszego piętra. Ale to też było bez sensu. Zdobywcy podpalali wyłącznie te sale, w których znajdowali się chorzy. Podobno jesienią, gdy Polacy porządkowali gmach Technische Hochschule, w zgliszczach znaleziono osiemset ciał.
Wraz z innymi kobietami schowałam się w piwnicy sąsiedniego budynku. Późnym wieczorem usłyszałam gardłowe okrzyki i łomot do drzwi. Ktoś je otworzył kopniakiem. Do piwnicy wbiegło kilku skośnookich. Świecili nam w twarze kieszonkowymi latarkami. Padł wystrzał z karabinu i komenda: „Deutsche raus!”. Po chwili zorientowali się, że w piwnicy są same kobiety, więc usłyszałam następną złowrogą komendę, tym razem adresowaną bezpośrednio do mnie: „Frau komm”. Dwóch albo trzech podpitych krasnoarmiejców zaciągnęło mnie do sąsiedniego pomieszczenia. Czekał mnie los kobiet z Nemmersdorf. Zbiorowy gwałt, a potem śmierć. Wydawało mi się wtedy, że jestem gotowa na tę ostateczność. Zabiją mnie, a potem podpalą moje ciało, jak robili to z rannymi żołnierzami, myślałam. Nie byłam jednak gotowa na to, co mnie spotkało. Od moich prześladowców jechało samogonem, potem, ruską machorką i brudnym, lepiącym się mundurem. Ten pierwszy miał całe ramię od nadgarstka aż do łokcia w zegarkach. Spojrzał na mnie z obrzydzeniem, przewrócił mnie, a następnie pochylił się nade mną i wtedy poczułam smród wydobywający się z jego obrzydliwej paszczy. Obróciłam się na brzuch i próbowałam doczołgać się do ściany, ale chwycił mnie za nogi i przyciągnął do siebie. Zerwał ze mnie fartuch i szarą sukienkę. Drugi żołdak przyłożył mi do skroni karabin. Przez chwilę miałam nadzieję, że strzeli i będzie po wszystkim, ale nie był na tyle litościwy, żeby pozbawić mnie życia, zanim znajdę się w prawdziwym piekle. Wtedy nagle usłyszałam krzyki innych kobiet, które poddano podobnym torturom. Nabrałam powietrza, ale zanim zdążyłam krzyknąć po polsku: „Nie”, trzeci żołdak zakneblował mi usta śmierdzącą szmatą. Zanim ten pierwszy zaczął robić to, czego obawiałam się najbardziej, uderzył mnie pięścią w twarz i zaczął się obnażać. Dwaj pozostali trzymali mnie za ręce i za nogi. Pod ciężarem kałmuka nie mogłam złapać tchu, dławił mnie knebel i odruch wymiotny. Czułam przeszywający ból w całym ciele, ale najbardziej bolało tam na dole. Gdy pierwszy wreszcie skończył, następny wycierał z moich ud krew i spermę. To był mój pierwszy raz, bo nigdy wcześniej nie byłam z mężczyzną, a po chwili nastąpić miał drugi. Zalewała mnie fala mdłości. Ten następny równie ciężki, cuchnący kosooki żołdak poruszał lędźwiami tak samo jak pierwszy, ból był nie do opisania. A jeszcze gorszy wstyd i upokorzenie. Trzeciego razu nie pamiętam. Może po nim nastąpił jeszcze czwarty? Chyba straciłam przytomność. Porzucili mnie na tej posadzce niczym psy ogryzioną kość. Miałam nadzieję, że się wykrwawię i umrę, zanim przyjdą następni i następni. Ale zamiast mężczyzn przyszła kobieta. Wysoka, w długiej czarnej pelerynie. Zmusiła mnie, żebym wstała, pomogła mi się ubrać w poszarpana sukienkę i kazała iść za sobą. Wędrowałyśmy wśród pożarów, krztusząc się od ceglanego pyłu i dymu. Myślałam, że to sen. A może umarłam i to, co się ze mną działo, było życiem po śmierci, o którym tyle razy opowiadała mi Oma Odilie?PO ATAKU
Nie miałam wtedy pojęcia, że tamta noc była również punktem zwrotnym w poplątanej historii naszego kraju.
– Do jasnej cholery, gdzie ona jest? – mruczał ojciec, wcinając odsmażaną kaszankę z cebulką. Pyszności.
W przypływie ojcowskiej troski chciał mnie też nakarmić tym paskudztwem, ale po ataku nie byłam w stanie podnieść się z tapczanu. Powinien wezwać pogotowie. Normalny ojciec tak by zrobił, ale nie on. Skoro ucichłam, uważał, że jednak będę żyła i nie należy mną zawracać głowy służbie zdrowia. Żadne z nas nie miało pojęcia, że wojsko i siły porządkowe pracowały tamtej nocy na najwyższych obrotach, a medyków również miała objąć przynajmniej częściowa militaryzacja.
Miałam nadzieję, że mamie nic złego się nie stało. Gdzieś zabalowała i tyle. Może zanocowała u cioci Jadzi? Ojciec chyba wpadł na ten sam pomysł, bo próbował zadzwonić do najbliższej przyjaciółki swojej żony, ale telefon nie działał.
– Coś się popsuło, trzeba będzie wezwać technika – westchnął.
Śmiać mi się chciało z ojca, bo sam był inżynierem, a na dodatek absolwentem Technikum Łączności, ale widocznie nie chciało mu się grzebać w „tym ustrojstwie”, jak nazywał wszystkie urządzenia techniczne w naszym domu.
Pomyślałam, że może mama wcale nie zabalowała u cioci, lecz cała i zdrowa zażywa rozkoszy w objęciach Alexa. Koronny dowód jej niewierności, w postaci przewiązanego czerwoną wstążką pakietu listów, czekał na ojca w jej sypialni. Tata będzie mógł przedstawić go w sądzie. Jeśli to zrobi, sąd orzeknie, że to mama jest winna rozpadu rodziny, i może zdecydować, że zamiast zamieszkać z nią i jej kochankiem w Amsterdamie (ta perspektywa wydawała mi się wtedy niezmiernie kusząca), przyjdzie mi dorastać pod kuratelą taty w naszej poniemieckiej kamienicy ze śladami po kulach z czasów wojny, które co prawda dwa lata temu byle jak zaklajstrowano z okazji ogólnopolskich dożynek, ale niewiele to pomogło. Zamiast wyruszyć w daleki świat, będę nadal mieszkać we Wrzeszczu w naszej kamienicy z wieżyczką. Dni będą płynęły wolno i nic ciekawego się nie wydarzy. Z piwnicy jak zawsze będzie jechało wilgocią (to za sprawą podziemnych cieków wodnych, jak tłumaczył mi tata), kocimi szczynami i jeszcze jakimś innym paskudztwem. Iwona Pękalla twierdziła, że gniją tam szczątki hitlerowców, owych Helmutów i Helg od „Sieg heil” i „Heili heilo”. Tych, co ryczeli na wiecach Führera, maszerowali Długą i Długim Targiem i dalej przez Zielony Most, a potem mordowali polskich patriotów w Stutthofie, dokąd zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego nasza klasa została zawieziona rozklekotanym Jelczem, żebyśmy na własne oczy mogli zobaczyć miejsce kaźni Polaków (prelegent nawet nie zająknął się o Kaszubach ani o Żydach). Martwiłam się, że nigdzie już stąd nie wyjedziemy, nawet do Czechosłowacji ani do NRD. Na wyprawę niebieskim Wartburgiem do Jugosławii nie miałam ochoty.
Ojciec w przeciwieństwie do mamy nie lubił podróżować. Wolał spędzać wolny czas w mieszkaniu, które udało mu się wykupić od kwaterunku za niemałe pieniądze, jak to z dumą podkreślał. Myślę, że pomogła mu w tym czerwona legitymacja, której nie rzucił nawet w burzliwych czasach Solidarności. Mama nie lubiła naszego mieszkania ani Gdańska. Wciąż narzekała na brak słońca zimą, wilgoć, a także ponure jej zdaniem bukowe lasy okalające Trójmiasto, zupełnie niepodobne do lasów rosnących na mazowieckich piaszczystych równinach. Skarżyła się przyjaciółce:
– Wiesz, Jadziu, jak spojrzę na te ciemne, bukowe lasy, które zaczynają tuż za naszym domem, to zawsze mam wrażenie, że w tej gęstwinie wciąż ukrywają się niedobitki Wehrwolfu, potomkowie Krzyżaków, Prusaków i hitlerowców. A najbardziej mnie drażni – kontynuowała swój wywód ze zbolałą miną – ten kościół, ten największy z czerwonej cegły, który nazywacie Koroną Gdańska. Mnie przypomina smoka. Olbrzymiego, teutońskiego smoka, którego przy dobrej pogodzie można dostrzec z kilkunastu kilometrów.
Mamę irytowało dosłownie wszystko: skrzypiące schody, wysokie stropy, stiuki, piece kaflowe, toporne meble, stary dębowy parkiet, miejscami pociemniały i wypaczony. Lubiła jedynie łazienkę, gdzie potrafiła godzinami zażywać kąpieli. Doceniała uroki przesiadywania z kieliszkiem czerwonego wina i książką w starej żeliwnej wannie na lwich łapach. Gdyby nie zdecydowane weto taty, wymieniłaby poniemiecką baterię z porcelanowymi kurkami opatrzonymi napisami „warm” i „kalt”. Ta bateria była niezawodna i służyła naszej rodzinie aż do lat dziewięćdziesiątych. Niestety, gdy nastał kapitalizm, została wymieniona na jakieś pseudonowoczesne barachło, z którym pożegnaliśmy się szybko, bo poszła głowica. Natomiast stary junkers straszył w naszej łazience jeszcze przez półtorej dekady, ale w przeciwieństwie do poniemieckiej baterii często się psuł i pewnego dnia zrobił wielkie bum.
Mama często jeździła do stolicy, żeby, jak mówiła, odetchnąć od zatęchłego klimatu prowincji. Dodatkową korzyścią płynącą z tych podróży była możliwość zakupu modnych ciuchów z kolekcji Grażyny Hoff albo z Mody Polskiej. Te ubrania odmładzały ją (tak twierdziły jej psiapsiółki, aktorki z Teatru Wybrzeże), a jej szafa pękała w szwach, co wypominał jej tata, ale ona puszczała mimo uszu jego komentarze na temat swojej rozrzutności. Wszak była artystką, kolorowym ptakiem i musiała to podkreślać odpowiednim ubiorem. Mężczyźni, choć właśnie przekroczyła czterdziestkę, wciąż się za nią oglądali, więc nic dziwnego, że w końcu znalazł się Alex, który wyrwał ją z objęć niekochanego męża – nudziarza pozbawionego męskiego uroku, obłego komucha. „Obłym komuchem” nazywała mojego tatę ciocia Jadzia, która powtarzała:
– Weź skończ z tym nudziarzem i uciekaj z dzieckiem z tego prowincjonalnego grajdoła.
Często słyszałam, jak rozmawia z matką w ten sposób. Łowiłam uchem każde ich słowo, gdy siedziały w kuchni, popijając kawę marago, a do niej po kieliszeczku ajerkoniaku. Ciocia Jadzia lubiła ten właśnie trunek i zwykle na jednym kieliszku się nie kończyło. Ciocia wychodziła od nas na rauszu i nie bacząc na przepisy ruchu drogowego czy na zdrowy rozsądek, siadała za kółkiem Fiata 125p, by wrócić do willi w Oliwie, gdzie mieszkała z mężem i synem Michałem, który chociaż był już dorosły, wciąż miło zagadywał i nazywał mnie swoją „siostrzyczką”.
Tak czy inaczej, mieszkanie będące własnością mojego ojca zdecydowanie wyróżniało się na tle innych w naszej kamienicy. Było największe – cztery pokoje bez amfilady, z normalną łazienką i dobrze doświetloną kuchnią. No i najważniejsze: mieliśmy własny kibelek, taki śmieszny z górnopłukiem, który często zawodził i trzeba było wzywać pana Antoniego Słodkiego, żeby go naprawiał. Nie stanowiło to jednak żadnego problemu. Nasz dozorca ogromnie lubił mamę i zjawiał się na każde jej zawołanie, żeby naprawić spłuczkę albo wbić gwóźdź czy dokręcić obluzowaną śrubkę. Dla niego każdy pretekst był dobry, żeby poczuć zapach francuskich perfum seksownej pani inżynierowej, może nawet otrzeć się o jej ramię, oczywiście niechcący, i wymamrotać: „Przepraszam” albo nawet: „O pardons!”, a w każdym razie zasłużyć na jej uśmiech, usłyszeć, jak słodkim głosikiem zaszczebiocze: „To ile się należy tym razem, panie Antoni?”. Więc za czasów matki nie mieliśmy problemów z drobnymi naprawami, a wieść o tym, jak u nas luksusowo i elegancko, roznosiła się po całej kamienicy, budząc zawiść oraz niechęć. Na tle sąsiadów, którzy musieli załatwiać potrzeby fizjologiczne w jednym z dwóch wspólnych kibli na korytarzu, byliśmy burżujami.1982
BRONISŁAWA
Stan wojenny dopiero się rozkręca.
Jakub pojawił się u mnie dopiero po Nowym Roku. Jakoś udało mu się załatwić specjalną przepustkę. Przywiózł fatalne wieści. Jak stanął w progu, od razu wiedziałam, że stało się coś złego.
– Uciekła do swojego gacha – oznajmił grobowym głosem, a następnie, nie zdejmując butów ani kurtki, usiadł przy stole i schował twarz w dłoniach.
– Aha – westchnęłam.
– O nic nie pytaj, proszę.
Zrozumiałam, że mam nie pytać o Misię. Czy Pani Wielka Artystka zabrała ją ze sobą, czy jednak zostawiła małą z Jakubem? Nie wypuszczę go stąd, jeśli mi nie powie, co się dzieje z naszą dziewczynką.
– Zjesz coś? Mam tylko zupę.
– Nie jestem głodny.
Skoro jeść nie chciał, podsunęłam mu papierosy. I tak przez dobrą godzinę siedzieliśmy w milczeniu i paliliśmy Klubowe z filtrem. Jednego za drugim. Zanim wyszedł, zwrócił uwagę na zeszyt, w którym notowałam swoje wspomnienia z dawnych czasów.
– Co to jest? Piszesz coś? Wspomnienia?
– Nic z tych rzeczy, takie tam bazgroły.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_