Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Las. Tom 1. Drzewo Adama - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 czerwca 2026
4041 pkt
punktów Virtualo

Las. Tom 1. Drzewo Adama - ebook

Nastrojowa, wielopokoleniowa opowieść o ludzkiej ułomności, pamięci, odpowiedzialności i tajemnicach, które nie znikają mimo upływu lat. 
Gdy młody naukowiec Adam wraca do rodzinnej wsi na Podlasiu, trafia w sam środek historii splatającej losy kilku rodzin i odsłaniającej dramatyczne wydarzenia z czasów wojny i powojennej Polski. W cieniu lasu, pośród milczenia i ukrytych konfliktów, bohater stopniowo odkrywa fakty, które zmieniają nie tylko jego życie. 
To literacka, poruszająca powieść o dziedzictwie przeszłości i tożsamości wrośniętej w tę ziemię głęboko jak korzenie drzewa.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8412-748-3
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DRAMATIS PERSONAE, TOM I, II, III

TOM I

DRAMATIS PERSONAE, TOM I, II, III

_Rodzina Jabłońskich, Zawistowskich i Borków_

Adam Jabłoński – fizyk kwantowy, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim

Anna Jabłońska – matka Adama

Józef Jabłoński – ojciec Adama, matematyk na Politechnice Warszawskiej

Basia Jabłońska – siostra Adama

Zenek Jabłoński – brat Adama

Anzelm Zawistowski – dziadek Adama

Melania Zawistowska, z domu Hajduczyk – babcia Adama

Teresa Borek, z domu Zawistowska – ciotka Adama

Tadeusz Borek – wuj Adama

Aleksander Borek, Olek – kuzyn Adama

_Rodzina Fiedorczuków_

Lucyna Fiedorczuk – przyjaciółka Teresy

Filip Fiedorczuk – rolnik

Irenka Fiedorczuk – najmłodsza córka Lucyny

_Rodzina Hajduczyków_

Paweł Hajduczyk – rolnik, sołtys do 1966 roku

Halina Hajduczykowa – żona Hajduczyka

Andrzej Hajduczyk – sołtys w roku 1971

Zofia Hajduczyk – żona Andrzeja

Arek Hajduczyk – chłopiec z balkonikiem

Janeczka Hajduczyk – miedzianowłosa dziewczyna

Isia Hajduczyk – czterolatka

Kazik Hajduczyk, brat Gezelin – zakonnik zgromadzenia paulinów na Jasnej Górze

Karol i Aniela Hajduczyk – rodzice Melanii

_Rodzina Horowiczów_

Adrianna Horowicz – malarka

Moryc Horowicz – lekarz, chirurg

Salomea Horowicz – żona doktora

Hawa Horowicz – córka doktora

_Rodzina Kobusów_

Roman Kobus – rolnik, członek oddziału Buka do roku 1944

Adolf Kobus – rolnik, syn Romana

Waldi Kobus, Wąsik – bezrobotny, bratanek Romana

Franek Kobus – uczeń, bratanek Romana

_Rodzina Marcyniaków_

Czesław Marcyniak – kierownik poczty

Janusz Marcyniak – syn Czesława, rolnik

Heromka Marcyniakowa – żona Czesława Marcyniaka

_Rodzina Nagórków_

Maciej Nagórek – nauczyciel

Stary Nagórek (Piotr Nagórek) – przedwojenny nauczyciel

Julian Nagórek – partyzant z oddziału Chwata, syn Piotra

_Rodzina Niemyjskich_

Heniek Niemyjski – współpracownik sekretarza Wojno, syn Antoniego

Antoni Niemyjski, Buk – dowódca oddziału partyzanckiego

Wacław Niemyjski – brat Antoniego

Stanisław Niemyjski, Ochra – żołnierz AK, kuzyn Antoniego

Estera Niemyjska, z domu Kozioł – żona Wacława

Kasia Niemyjska, Kasieńka – siostra Stanisława

Agnieszka Niemyjska – siostra Stanisława, ciotka Heńka

Marta Niemyjska, z domu Modzelewska – żona Antoniego, siostra Miłosza

Roch Niemyjski – krawiec z Krakowa, wuj Antoniego, Stanisława, Wacława, Agnieszki i Kasieńki

Jadwiga Niemyjska, Jadzia – córka Rocha

_Rodzina Wojnów_

Marian Wojno – członek oddziału Buka, brat Władysława

Władysław Wojno – Pierwszy Sekretarz Komitetu Powiatowego PZPR w Wysokiem Mazowieckiem

Małgorzata Wojno – córka Władysława

Ludwika Wojno – żona Władysława

_Rodzina Ratajczaków_

Jan Ratajczak – policjant

Pola Ratajczak – żona Jana

Leoś Ratajczak – syn Jana

_Inni mieszkańcy Połap_

Leontyna Kosk, Lonka – woźna szkolna

Miłosz Modzelewski – ksiądz

Krysia Kostro – sklepowa

Janina Porucznik, Twarda – nauczycielka

Jan Stawirej, Chwat – dowódca oddziału partyzanckiego

Tadek Stawirej – poległy syn Stawireja

Felek Pieńkos – sklepikarz, elektryk, hydraulik

_Rodzina Tymińskich_

Jolka Tymińska – pracownica poczty

Elka Tymińska – gruba Elka, koleżanka Adama ze szkoły

Jan Tymiński – partyzant

_Pozostali_

Maryla Karpińska – fizyczka, pracownica Uniwersytetu Warszawskiego

Józef Kalinowski – notariusz z Krakowa

Sikora – notariusz z Wysokiego Mazowieckiego

Tarka – inspektor milicji obywatelskiej, oficer UB

Anzelm Zawistowski – lekarz, chirurg

Bluma Kozioł – siostra Estery

Jakob Borensztajn – ukochany Blumy

Babka Mateczka – szeptucha

Łaja Birencwajg – Żydówka ukrywana u NagórkówPROLOG

Prolog

31 SIERPNIA 1971, WTOREK, PÓŹNE POPOŁUDNIE

Pierwszy sekretarz Komitetu Powiatowego PZPR leżał na szarych deskach podłogi w chacie zwanej Podlesiem. Ogarniało go z wolna przejmujące zimno: czy to wieczorny chłód, czy lodowate przeczucie. Zaniechał szarpaniny i nie wydawał już żadnych odgłosów. Jego dłonie, skrępowane za plecami zbyt mocno, zapewne nie przez przezorność, ale z pragnienia zadania bólu, sine i opuchnięte, wyglądały jak posmarowany powidłami niedosmażony pączek. Leżał bez ruchu, wsłuchując się w głosy zza zamkniętych drzwi. Próbował jeszcze wymyślić dobre zakończenie tej historii. A może po prostu poddał się rezygnacji. Drgnął, bo głosy zza drzwi stały się niespokojne i zbliżyły się: byli w sieni. Ktoś otworzył drzwi, ktoś krzyknął „uważaj!”, ktoś, torując drogę, odsunął dębową ławeczkę, sekretarz usłyszał jej szuranie po wyślizganej polepie. Z nadzieją odwrócił głowę w kierunku okna. Nie było to proste w jego pozycji, kark zesztywniał i sekretarz syknął z bólu, usiłując dostrzec coś w ponurej poświacie kończącego się dnia. Okno było uchylone. Pomiędzy rozsuniętymi firankami zobaczył pochylone głowy.

Zrozumiał, że wynoszą go, tego idiotę, kretyna z misją Bóg wie czego, który rozwalił wszystko. Ktoś popłakiwał. Kobiety zalecały ostrożną jazdę, sekretarz rozpoznał głos doktora Zawistowskiego, który obiecywał zadzwonić, jak tylko będzie wiadomo. Drgnął na dźwięk kobiecego głosu, który krzyknął z oddali, żeby się pospieszyli. Nie… nie… niemożliwe… to nie ona, o nie, nie! Nie, nie ona, na pewno nie ona, to tylko złudzenie. Tak bardzo pragnąłby ją teraz zobaczyć. Swoją truskaweczkę. Przy oknie na chwilę pojawiły się głowy mężczyzn niosących bezwładne ciało. Po chwili sekretarz usłyszał dźwięk uruchamianego silnika i z nową siłą podjął wołanie o pomoc._Wróciłem._

_Dłużyła się ta droga, ale jestem tu, nareszcie, aby próbować opowiedzieć ci, kim się stałem. Chciałaś tego zawsze. To ja uciekałem. Może nie wiem jeszcze wszystkiego, ale czy można wiedzieć wszystko?_

_Początkiem musiał być tamten dzień._

_***_

_To był zwykły poranek dni szczenięctwa, z takich, które otulają całą przyszłość bezpieczną radością życia. Nic nie wyróżniało go spośród wielu innych, leniwie pełznących pomiędzy drewnianymi chatami i ich pochyłymi płotami, pomiędzy wierzbowymi miedzami i szarymi redlinami pól ziemniaczanych._

_A jednak przed nim nie mogę przypomnieć sobie nic konkretnego. Dopiero tamte chwile widzę dziś dokładnie tak, jak się toczyły lub jak mogły się toczyć. Omiótł mnie łagodny wrześniowy wiatr. Nade mną stał nieruchomy czysty błękit._2. O powrocie i pożegnaniu

_Kwiecień 1971_

_Tamto wspomnienie, rozbłysk radosnego oczekiwania zmian, nadziei na nadchodzące jutro, utkwiło na zawsze w gwarnej izbie ciotki Teresy, zamazane i przytłoczone, prawie już nieistniejące pod sekwencją wypadków, które nastąpiły jeszcze tej samej nocy i kolejnego dnia, i wszystkich następnych, przynoszących zaskakujące obrazy Warszawy i jej ruin, szerokich ulic, ciągnącego nimi życia. Wydarzyła się więc Warszawa, wydarzyło się wszystko, czego nie mogło nie być, abym ja mógł znaleźć się znowu tutaj. Wydarzyłaś się ty, największy skarb._

***

Skręcam w pole, wyłączam silnik. Przede mną ostatnia prosta na drodze do Połap, obsadzona topolami strzelającymi w niebo błyskotliwym szumem, z widniejącą gdzieś ponad nimi wieżycą połapskiego kościoła. Nad polami szaleją skowronki. W oddali brzeg lasu faluje głaskany delikatnym wiatrem. Zachłanna kwietniowa zieleń wpełza na pnie, okrywa gałęzie pleśnią listków, mąci surową szarość drzew. Nie wiedzieć czemu, lubię te krajobrazy.

Opieram się o maskę Syreny 100, zapalam Klubowego z paczki wożonej na nie wiadomo jaką okoliczność w schowku, choć w zasadzie nie palę. Mama staje obok. Zdejmuje wielkie ciemne okulary i zamyka zapuchnięte oczy.

– Zawsze tu wracałam do siebie – mówi, nie podnosząc powiek. – Nie wiem, jak będzie bez dziadka. To już nie to samo. Zostałam sama. – Broda jej drży, ale zaraz się opanowuje.

– Masz siostrę – rzucam.

Kiwa głową. Wzdycha.

– Wiesz, że w zeszłym roku rozebrali chlew? Nie byłeś tu kilka lat.

– No, od matury chyba. Nie, źle, byłem przecież. Na studiach już, ze dwa razy. Nawet raz na imieniny dziadka. Zaraz powiesz, że powinienem był częściej.

Nie, nie komentuje.

– Wyłożyli podwórze płytami, żeby się w błocie nie taplać.

– Nareszcie.

Wiejski syf, norma. Nie do zmycia, nie do wymiecenia. Zwierzęta capią, przywykłem jako dziecko, błoto, kiedy tylko popada, i kurz, kiedy sucho… I to wrażenie brudu, oblepiającego, wszechobecnego. Naturalnego.

– A do stodoły garaż duży wujo dobudował, że może Olek po technikum samochodowym warsztat założy.

– Wujo to wymyślił czy Olek?

Mama otwiera oczy.

– Jakiś ty się mądry zrobił, doktor, patrzcie go! Żebyś mi przy wuju z jaką głupotą nie wystrzelił.

Wgniatam peta w piach. Denerwuję się? Przetrwać to, tyle chcę. Basia powinna już być u ciotki. Ojciec przyjedzie z Zenkiem pociągiem, jutro. Trzeba wyjechać po nich na stację. Jak mama to zniesie? Ostatnio widzieli się dwa lata temu, na rozprawie. Mama dochodziła do siebie miesiącami, praca trzymała ją przy zdrowych zmysłach. I jeszcze Teresa. I dziadek.

Mama różni się od nich dwojga. Teresa jak dziadek Anzelm: praktyczni, twardzi, ludzie świtu. Zanim słońce pokaże się w oknie, już ogarnięte obejście, soki wyciśnięte z każdego kwadransa co do sekundy. Dzień po dniu, podług zadań i rytmu pór jak świętości. Do siódmej oporządzone zwierzęta, potem obejście i ogród. Barłogi pościelone, pierzyny powietrzone, piętrzące się na łóżku przykryte kolorową narzutą po prababci Anieli. O dziewiątej śniadanie, porządne, jajeczne i serowe. Parujący talerz obiadu o jedenastej pięćdziesiąt dziewięć. Codziennie. O szóstej ciepła kolacja czekająca na pachnącego wiatrem i słońcem wuja. O dziewiątej Apel Jasnogórski, a po nim ciotka klęka oparta o łóżko, odmawia półgłosem kompletny pacierz, przerywając, aby krzyknąć od czasu do czasu coś do Olka. Tylko tu się różnią. Różnili. Dziadek nie klękał w ten sposób. Dziadek szedł do lasu.

Godziny wyznaczają bieg życia. Ludzie uwikłani w to regulowane mechanizmem kółek zębatych życie bez zegara mogą zagubić porządek rzeczy. Czy gdyby wskazówki nagle zemdlały, zwiotczały i odmówiły pracy, poszły spać, spływając ze stołu, to Teresa nadal wiedziałaby, jak się w rzeczywistości poruszać? Wyobraźnia maluje zegar, ten w kuchni, nastawiany co niedzielę podług programu pierwszego Polskiego Radia, który zaczyna nagle zwisać bezwładnie jak kawał materiału. Zwalnia, zarzuca cykanie, zapada w smakowitą drzemkę. Zagubiona i bezbronna w bezczasie Teresa zastyga z naręczem rabarbaru w otwartych drzwiach z sieni, w pół kroku, jakby wraz z ustaniem cykania zniknął sens biegu za życiem.

Zupełnie inna jest mama, w dzieciństwie łajana, wyzywana od legatów i ciortów. Ukochana i hołubiona. Niesforna, zapominalska i wiecznie spóźniona. Szczęśliwa i rozmemłana. Pociecha i udręka. Jak one mogły się dogadać z ciotką? Tamta zawsze przygotowana, sumienna, zorganizowana. A ta lekkoduch i fantastka, dzika i zagubiona, nie zauważała istnienia czasu.

A jednak potrafiła: z powstańczej Warszawy wyprowadzić męża na Pragę, a stamtąd z rosnącym brzuchem na piechotę do Wyszkowa. Przez dwa tygodnie szli, podjeżdżali, spali w stodołach, pod gołym niebem, w kościołach. W październiku doszli do Połap i zapukali do drzwi zamężnej od kilku miesięcy Teresy. Otworzył im ledwo znajomy z dawnych czasów mężczyzna. Mama skojarzyła Tadeusza Borka. Zza jego pleców wyjrzała Teresa z ubielonymi mąką rękami.

***

I znów tu jestem. Dobrze znana sień dziadkowego Podlesia. Na ławie przy drzwiach sito do karmienia kur, na wieszaku kufajka, pod nią para gumowców. Dziadek zaraz tu wejdzie, założy je, pójdzie do kur…

Bzdura. Nigdzie już nie wejdzie.

Wewnątrz tłoczno. Kobiety, dużo kobiet. Znam ich rysy, pamiętam niektóre twarze, ale nazwiska…? O, tę znam. To Twarda, Janina Porucznik, moja matematyczka. Straszna. A to żona gajowego. Tu matka Elki… Tymińska. A to Lucyna Fiedorczukowa, przyjaciółka ciotki, prawie jak siostra. Siedzą, modlą się, czuwają. Zmieniają się przy zmarłym, wychodzą do dziadkowej kuchni, klarują rosół na jutrzejszą stypę, wymieniają wypalone świeczki, kroją warzywa na sałatkę. W kuchni rzucają krótkie komunikaty, polecenia. Czasem która usiądzie, westchnie, wspomni Anzelma. Poszukaj ziela. Miskę daj. Gdzie nóż.

Zapach rosołu i przyciszone głosy.

Dziadek leży w drewnianej skrzyni, na białej poduszce, biała twarz, szarawe dłonie splecione na piersi, różaniec. Nauczył mnie jeździć rowerem. Grać w karty. Dawać szewskiego mata. Czytać. Rozpoznawać ptaki. Pływać w rzece. Łowić raki. Był całym moim dzieciństwem.

Był.

Wśród intensywnej obecności tych wszystkich zaprzątniętych obrządkiem kobiet śmierć jest tylko jednym z minionych faktów. Wcale nie różni się od innych wydarzeń, tylko ludzie widzą w niej koniec. Na jej wspomnienie, w jej obecności, stają się mali. Uruchamia się fabryka atawistycznych reakcji, rusza mieszanina hormonów, chemia trzewi, rozrywanie wiązań molekularnych atomów w biologicznie czynnych neuroprzekaźnikach.

Lęk. Zimne ciarki. Próbuję wyłączyć to, złapać dystans. Nie daj się, stary, to tylko pobudzenia w sieci neuronalnej, w najgłębszym, najbardziej prymitywnym zwierzęcym mózgu. Śmierć rodzi mieszaninę poczucia skończoności i szacunku dla jednorazowości i nieodwołalności. I przerażenie. Bo ja przecież kiedyś też. Więc cicho, więc z szacunkiem, bo potem mnie. Bo kiedyś my wszyscy.

W pokoju ciche modlitwy, szloch, woskowe rysy dziadka. Kobiety wierzą, że to nie on, że to tylko truchło. Wierzą w jego dwuczłonowość, dualizm, w energetyczną duszę i mineralne ciało. Powtarzają codziennie swoje _credo_, w świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. I chyba wierzą, że to ciało któregoś dnia znowu wstanie, wyjdzie z każdego robaka, bakterii i rośliny, które zaczerpną teraz z niego energię do swoich niezbędnych żyć. Wierzą, że siła zbawienia pozbiera i zsumuje energię wszystkich tych żyć i połączy na powrót pierwiastki w związki, związki w substancje, substancje w materię organiczną, w krew, mięśnie i szkielet, w tętniące komórki istoty szarej, pobudzi serce impulsem z dłoni Wszechmogącego i on zmartwychwstanie. I one też. I będą się cieszyć życiem, od tej pory wiecznym. Cóż to jest, ta wieczność. Nie próbują objąć nieskończoności, nawet wyobrazić sobie niemożliwego. Umysł nie ogarnie.

Czy liczą, że zmarły Anzelm im podziękuje? Że będą kiedyś znów szczęśliwie żyć w Połapach, ze swoimi krowami, kurami, polami, skowronkami i ze sobą nawzajem? Odwiedzać się i plotkować?

Cierpienie rozgrywa się w najbliższych. Przy trumnie ciotka Teresa z twarzą schowaną w dłonie. Obok niej mama, oparła nogi o szczebel krzesła siostry, objęła kolana. Drży, łka, hamuje potok uczuć. Bo one wszystkie tu. Bo szacunek, bo zmarły.

Nie chciałem tu być. To nie moje życie, to jakieś cudze przeżycia. To się nie dzieje, nie może. Jakby mnie to nie dotyczyło. Myśl: może powinienem wzbudzić w sobie coś, jakąś tęsknotę, żal? Czy jestem pusty? Bezduszny? Dziadek tu przecież w jakimś sensie jest, w każdym przedmiocie, meblu, w bałaganie na kredensie, w papierach na parapecie są jeszcze jego odciski, ciepły zapach dziadkowych palców. Zostawił w ich położeniu w przestrzeni swoją energię, swój wkład w organizację bytu.

Wspomnienia przytłaczają, rozpychają się w czaszce. Nie ma dokąd uciec, nie potrafię wyjść z własnej głowy. Jego obecność. Czy dziadek też tak miał, jak żegnał babcię? Chwytam się tej myśli. Nie zdążyłem jej poznać. Zmarła na zapalenie płuc w czterdziestym trzecim, ponad rok przed moim narodzeniem. Patrzy teraz na leżącego w trumnie męża z wysokości monidła nad wersalką. Jest bardzo młoda, może ma dziewiętnaście, dwadzieścia lat. Karminowe usta rozchyliła w lękliwym uśmiechu. Obawia się fotografa? Małżeństwa? Życia? Zostało jej go jeszcze całe dwadzieścia dwa lata. Wyciśnie je jak Teresa czy przepuści między palcami jak mama?

Ktoś wymawia moje imię. Odwracam się. To matematyczka Porucznik. Twarda.

– Adam, poznajesz mnie, chłopcze?

– Oczywiście, pani profesor. Doskonale panią pamiętam. – Nie dodam, że to nie są szczególnie miłe wspomnienia.

Wychodzimy. Przygląda mi się natarczywie, mam ochotę odejść, ale wygrywa grzeczność.

– Ciebie po oczach to poznać, ale jakbym cię w Ciechanowcu spotkała… – Kręci głową.

– Pani za to wciąż świetnie wygląda. – Uprzejmie kłamię. Janina ma srebrną trójkę i z pięć rozmiarów więcej niż kiedyś.

– Twój dziadek, świeć, Panie… – zaczyna, a głos jej się zapada. Wydmuchuje nos i ciągnie: – Tyś ponoć na uniwersytecie został, doktorat nawet zrobiłeś?

– Tak. Fizyka. Moja specjalność to fizyka kwantowa.

– Kwantowa, proszę, proszę…

– A pani wciąż uczy w Połapach?

– Ano uczę, chłopcze. Uczę jeszcze, dopóki siłę mam. Szkoła, pewnie wiesz, zmieniła się. Sekretarz Wojno załatwił. Jest nowy porządny budynek, duże klasy, stołówkę mamy, salę gimnastyczną. – Akcentuje przymiotniki, jakby sądziła, że jedynym moim wspomnieniem z nauki tu jest ciasny i zrujnowany budynek z czerwonej cegły. – Uczniowie są inni.

– Społeczeństwo się zmienia. Myśmy do szkoły chodzili na piechotę, teraz pekaes dowozi z wiosek. Są telefony, radio, bywa i telewizor. Dzieci są inne.

– Tak, tak… – mówi nieuważnie. – Wiesz, tak myślę, może odwiedzisz szkołę, jeśli zostaniesz kilka dni? Opowiedziałbyś dzieciom… Stolica to świat, a tu większość za Mazowiecko nosa przez lata nie wystawi.

– Nie wiem, to zależy od mamy… Ale przemyślę. I dziękuję za zaproszenie.

– W poniedziałek, o wpół do jedenastej.

Zaraz, czy ja się zgodziłem? Ale ona już odchodzi, nie czeka na potwierdzenie.

Siadam na ławeczce przed domem. Dziadek spędzał tu godziny zapatrzony w swoje schludne podwórze, ze studnią pośrodku. Kury skubią rzadką trawę, miejscami wydeptaną. Po lewej miał stodołę, teraz rozłażącą się jak stary sweter, z zapadniętym dachem i prześwitami w deskach. Kiedyś, kiedy mieszkałem już w Warszawie, w tej stodole trzymał perszerona do prac w polu. Co się z nim stało? Kochałem tego zwierzaka. Latem wskakiwałem mu na grzbiet, gdy dziadek nie widział. Przytulałem się do ciężkiej, ciepłej szyi. Przychodziłem go podkarmiać dojrzałymi jabłkami i wykradzionym z kuchni w Warszawie cukrem. Przybiegałem tu, niby się przywitać, ale nie z dziadkiem, tylko z koniem.

Kiedyś nie wróciłem na obiad. Po śniadaniu powiedziałem, że idę do dziadka. A tak, mówi potem dziadek, pogadał, pomógł węgiel nosić i zniknął, jeszcze przed południem. Mama z ciotką alarm wszczęły, nic tylko se dzieciak krzywdę zrobił. Do rzeki wpadł, utopił się albo jaki dzik go zaatakował… Koło drugiej już było, jak wujo wezwany na poszukiwania mówi, baby głupie, sprawdźcie najpierw tam, gdzie chodził. I zaglądają do stodoły, a tam ja, w sianie koło konika śpię, szczęśliwy, w dziadkową kufajkę się zawinąłem. Pamiętam to przebudzenie, jak nade mną dziadek z wujem się pochylają, a wtedy do stodoły wpada mama z płaczem i zaczyna mnie przytulać i głaskać, a ja nic nie rozumiem, ale co, ale dlaczego… No, i bez obiadu się musiało obejść, że tyle strachu matce napędziłem.

Następnego dnia dziadek babę upiekł ziemniaczaną. Do Warszawy połowę nam dał. Na kolację dostawałem ją odgrzaną na patelni, chrupiącą.

Chlipią tam i zawodzą baby. Co ze mną jest, że mnie to tylko wkurza? Próbuję sztuczek rodem z kiepskiego romansu, żeby wywołać w sobie jakieś emocje. Wyobrażam sobie: dziadek nie popatrzy już z tej ławeczki na ogarnięte podwórze, nie zaskobluje niedomkniętych drzwi komórki, którymi wiatr majta bezwładnie. Stukają nierytmicznie i skrzypią, zaczyna mnie to wkurzać. Podchodzę.

W komórce ciemno, ale przez szpary pasma światła oświetlają bałagan, którego dziadek nie nadążał już, a może nie chciał opanowywać. Tuż przy wejściu nowy czerwony rower z cienkimi oponami. Wzrok przyzwyczaja się do półmroku. Pod tylną ścianą, za stertą rur i drutów, stoi on: zakurzony stary rower, z dospawanym wielkim koszem na kółkach. Przedzieram się przez dziadkowe skarby, skrzynki, paczki, fragmenty silnika, narzędzia ogrodnicze, klucze i łomy. Odstawiam oparty na kierownicy kawał blachy, dotykam zakurzonego siodełka. Przed oczami mam obraz dziadka na tym rowerze. I jeszcze inne wspomnienie – to na nim szukałem wsi, którą kiedyś odwiedziłem, chyba w snach. Pamiętam ją tak dokładnie. I wieś, i tamtą dziewczynkę wygarniętą spod krzaka grabiny, noc, mężczyznę, który patrzy mi w oczy, jego ciężkie dłonie na moich ramionach, a w jego twarzy odbija się światło księżyca. Ten obraz powraca, uporczywie, choć coraz rzadziej. Kiedyś próbowałem to opowiedzieć dorosłym, patrzyli na mnie jak na idiotę. Wieś? Jaka wieś? Może Niszki albo Biała? W lesie? Jak w lesie? Las to las, wieś to wieś.

Racjonalnie patrząc, może i przyśniłem to wszystko.

Wyciągam ten zabytkowy rower z komórki. Rama mocno zardzewiała, łańcuch też. Jeśli zostanę kilka dni, zajmę się tym. Tymczasem przeprowadzam go do stodoły. Zepsute opony telepią głośno, dzwonek wydaje z siebie w rytm ich plaskania nieśmiałe dzyń-dzyń. Z kuchennego okna wygląda kobieca twarz i szybko się chowa.

U dziadka nie ma łazienki. Nie dał zainstalować wody bieżącej, choć wuj go namawiał. Nie i już. Myję ręce w misce ustawionej wygodnie w sieni. Mydła pewnie używał jeszcze wczoraj rano. Ukłucie żalu. Zanurzam twarz w chłodnej wodzie. Gdy podnoszę oczy, czyjaś dłoń wystająca z przetartego rękawa kufajki krótkimi grubymi palcami podaje mi ręcznik. Podążam wzrokiem po wypłowiałym rękawie. To przecież woźna! Leontyna. Leontyna… Kosk. Pojawia się jak kiedyś, jak cień, cicho, znikąd. Patrzy czujnie. Wycieram twarz, usiłując zamaskować zmieszanie. Woźna – postrach szkolny, zjawa z innego świata, osoba-duch. Kobieta bez wieku, bez cienia kobiety w sobie. Sięga mi do piersi. Bada moje ruchy, czuję się pod jej spojrzeniem nagi. Małe oczy zagubione w szerokiej twarzy, zniekształconej ciemnym grubym znamieniem, jakby naroślą, szukają moich oczu. Sprawiają, że proporcje i geometria przestrzeni ulegają zmianie, zapadam się w dół, kurczę, aż po chwili patrzę na woźną z perspektywy siedmiolatka sięgającego jej do łokcia. Zdumiony nagłą przemianą zastygam. Szczęśliwie wzrok Leontyny odrywa się i przenosi za moje plecy. Odwracam się.

– Adaś, jesteś. – Ciotka Teresa staje w drzwiach. – Ty weź jedź do domu. Pomóż no Basi, taryfo rano zajechała i ciurkiem zaiwania.

Wracam wzrokiem nad miskę, lecz Leontyny już nie ma. Odeszła równie cicho i niezauważenie, jak się pojawiła. Była tu w ogóle?

– A… hm… tak. Dobra, a wy?

– My posiedzim jeszcze przy tatusiu. No, to leć, kochany, leć. Jak co trzeba, to ci tam Lucynka Fiedorczukowa powie, bo w kuchni robi.

Tak, nic tu po mnie.

***

Podwórze ciotki Teresy jest gładkie i jasne pod betonowymi płytami. Zamiecione dokładnie. Buda psa przeniesiona pod płot od strony pola, gdzie jeszcze niedawno stał pobielony wychodek z malowaną co pół roku deską do siadania. Naciskam klamkę bez zastanowienia, tu się nie puka, nawet nie ma dzwonka. I drzwi nie bywają zamknięte. Staję w progu kuchni, Basia, pochylona przy zlewie, odwraca głowę i wycierając ręce w fartuszek, biegnie rzucić mi się na szyję. Obok okna, w długim ciemnym fartuchu krząta się Lucyna Fiedorczukowa. Kiedy tu przyszła? Dopiero co była na Podlesiu…

– Jesteś! Nareszcie! – Basia jest drobniutka i pachnie świeżym praniem. – Gdzie mama?

– Przyjdą z ciotką, jak się wypłaczą.

– Ciężko im – odpowiada i wraca do pracy.

Fiedorczukowa, odwieczna przyjaciółka rodziny, obserwuje mnie z drugiego kąta kuchni.

– Dzień dobry, pani Lucynko.

– Dzień dobry, Adaś, czekalim na was. Zachodź do izby, weź daj walizki, to was rozłożę. A za czym żeś się rozbuł? Masz papcie?

– Mam kapcie, zaraz przyniosę walizki, tylko brama zamknięta, pod siatką zaparkowałem.

– A na co pod siatką, dzieciaku! Łoooleeek! Ooleek!

– Noo? – odpowiada stłumiony głos zza ściany.

– Weź ta otwórz bramę, Adaś przyjechał!

Drzwi od pokoju gościnnego otwierają się, staje w nich Olek: chłop prawie dorosły, chudy, żylasty, z wielkimi łapami, silnymi ramionami i małą niezgrabną czaszką. Ruchem głowy odrzuca na bok rzadką grzywkę. Podchodzi z uśmiechem.

– Serwus, stary! – Obejmuje mnie szorstko, krótko i klepie po plecach. – Dawaj pod stodołę, pod samo ściano się bokiem przytul, potem inne auta się ustawi.

Idę za Olkiem, obserwuję jego wielkie stopy, ciężki krok, rozdeptane ubłocone buty. Dom nie jest duży. Gdy tu mieszkaliśmy, ciotka z wujem zajmowali większą sypialnię z szafą ścienną, stołem i przejściem na stary nieużywany ganek od ulicy. My we czwórkę – mniejszą, przechodnią, z oknami na podwórze. Trzeci, nieużywany na co dzień pokój, z najlepszymi meblami, dużym stołem i kolorowymi zasłonkami, czekał na gości, co tydzień zamiatany, myty, odświeżany. Potem, gdy przyjeżdżaliśmy tylko na wakacje, spali tam rodzice.

Umieszczam walizki pod łóżkiem w naszej dawnej sypialni. Na ścianie znany na pamięć obraz Ostrobramskiej. Do dolnej ramy przymocowano małą lampeczkę.

Wyciągam z walizek prezenty: cukierki, kawa, koniak.

– Ciotka się ucieszy, kawa to u nas aby zbożowa, a i cukierki na jutro się zdadzą. Ale teraz zabieraj mi to ze stołu, buraki będziem trzeć – zarządza Fiedorczukowa.

– Mogę coś pomóc?

– A weź z Olkiem stoły szykujta przy płocie, od sołtysa przynieśta.

Sołtys, Andrzej Hajduczyk, miły facet po czterdziestce, pokazuje nam stertę blatów i krzyżaków zalegających w jego stodole. Olek tłumaczy, że jest synem dawnego sołtysa, starego Hajduczyka. Żartuję do Olka, że po staremu funkcje tu są dziedziczne, ale on nie rozumie i odpowiada, że „wieś go uważa”. Nie wiem, co mnie bardziej śmieszy: czy to, że nie zrozumiał, czy to sformułowanie: „wieś go uważa”.

Olek jest sprawny w ruchach i dokładny. Drażni go moja nieporadność w przenoszeniu zbitych z desek blatów i krzyżaków. Stara się nie dać po sobie poznać, ale czuję tę jego irytację, poznaję po zniecierpliwionym wyrazie twarzy, syknięciach, cmoknięciach. Nie rozmawiamy. Dopiero gdy stoły nakryte ceratą, siadamy. Olek wyjmuje oranżadę, pociąga duży łyk, wyciera rękawem i mi podaje. Przyjmuję ją z wdzięcznością. Krzepkość Olka, małe rozbiegane oczy, zaciśnięte usta… gdzież się podziała dobroduszna szeroka fizjonomia ciotki Teresy? Jej okrągło zakończony nos, rumiane policzki, duże ciemne oczy? W tym chłopaku wszystko jest kanciaste, twarde, szorstkie. Niepodobne do ciotki ani nawet wuja.

– Masz dziewczynę, Olek? – pytam w końcu, oddając mu butelkę.

– Eee. – Wzrusza ramionami w odpowiedzi.

– Ale masz jakąś na oku? – drążę, widząc jego zakłopotanie, lecz tym razem on tylko bierze kolejny łyk słodkiego musującego płynu. – No dajże spokój, coś taki skryty? Matura za rok, pora znaleźć jakąś.

– Daj spokój, robotę mam – odpowiada i odchodzi w kierunku domu. Drażliwy temat?

Do wieczora przewożę jedzenie, talerze z domu dziadka, jeżdżę po krewnych na stację do Szepietowa, noszę skrzynki z napojami, naczynia. Gdy wreszcie nadchodzi zmrok, a kuchnia tonie w zapachu pieczonych kurcząt i drożdżowych placków, czuję przytłaczające fizyczne zmęczenie. Ledwie zrzuciwszy spodnie, zasypiam.

Śni mi się dziadek. Jest ciepły letni dzień. Dziadek wyprowadza swojego perszerona na podwórze. Widzi mnie, macha ręką. Chciałbym bardzo przytulić się, poczuć jego zapach, twarde dłonie na swojej głowie. I poczuć ciepło końskiej sierści. Próbuję podbiec, ale jestem uwięziony za płotem, wołam więc, „Wpuść mnie, dziadek, wpuść mnie!”. Dziadek się uśmiecha, jego oczy wydają się łagodne, ale nic nie mówi, odchodzi. Próbuję biec za nim, ale trzymają mnie czyjeś ręce. Wtedy otwierają się drzwi domu i staje w nich Olek. Rozkłada ramiona, opiera na framudze, stoi wyprostowany, omiata wzrokiem podwórze, drogę, las i pola. Nie widzi mnie, patrzy na drogę. Podążam za jego wzrokiem i spostrzegam wchodzącą w las postać dziewczyny. Widzę ją tylko przez chwilę, tyłem, ale mam pewność, że ją znam. Skąd? Kto to? Ktoś dobrze znajomy. Grażyna? Tu? Gdy znów odwracam się, dziadek stoi obok wozu i też podąża wzrokiem za dziewczyną. Kiwa głową, jakby coś potwierdzał, dodawał mi otuchy, ale w czym?

***

Budzą mnie znane z dzieciństwa dźwięki wsi. W głowie pozostaje jeszcze łagodny obraz dziadka. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę: jednak tęskniłem. Leżę jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami.

Zaraz po śniadaniu wyjeżdżam po ojca. Ranek jest rześki, słońce wysoko. Ogrzewa mi plecy, kiedy stoję na peronie. Zenek wysiada pierwszy. Długie włosy, broda, lenonki, zielona kurtka, szerokie spodnie. Dziecko kwiat. Plecak przez jedno ramię. Po chwili ostrożnie wysuwa się z drzwi walizka, a za nią ojciec. Stawia stopy niepewnie, czarne odświętne buty stukają o peron, płaszcz ma przerzucony przez rękę, w której trzyma laskę. Na głowie nosi klasyczny kapelusz. Pod szyją śnieżnobiały kołnierzyk kontrastuje z czernią garnituru. Starannie ułożona do tyłu fryzura i grube oprawki okularów dodają jego wyprostowanej postawie intelektualnego sznytu. Idę im naprzeciw, nie spieszę się. Pierwszy widzi mnie Zenek. Mówi coś do ojca, ten unosi laskę w pozdrowieniu.

– Tato! Zenek!

– Synu! Witaj! – Ojciec obejmuje mnie serdecznie, trochę dłużej niż się tego spodziewałem.

– Cześć, bracie!

Bez słowa otwiera ramiona.

– Jak podróż, tato?

– W porządku, Adaś, w porządku. A mama, powiedz, od kiedy tu jest?

– Przyjechaliśmy wczoraj przed południem, autem. Czuwała przy dziadku do późna, a dziś to już pewnie przy trumnie, jak i ciotka.

– No tak, no tak… autem, mówisz? – Ojciec przytakuje w roztargnieniu i rozgląda się za czymś.

– Syrenką moją. Wiesz, kupiłem, często jeżdżę na wykłady, wygodnie mi.

Dlaczego czuję się w obowiązku tłumaczyć? Czy nie wystarczyło powiedzieć „moim samochodem”? Ojciec z dezaprobatą kręci głową, nie komentuje. Zenek uśmiecha się, a ja czuję w tym uśmiechu szyderstwo.

– Zenek, a co z twoją magisterką, dyplomem? Kończysz? – zagaduję, gdy opuszczamy Szepietowo.

– Daj spokój, jak zrobię, to ci powiem, dobra?

– Coś taki drażliwy?

– Nie lubię, jak grasz starszego brata.

– Bo nim jestem.

– Jak jest okazja.

– Co, mam cię niańczyć na co dzień czy co?

Wzrusza ramionami, odwraca głowę. Nie pada już ani słowo. Kiedy nasze życia tak się rozjechały? Próbowałem tylko nawiązać rozmowę, czemu to takie trudne?

Gdy wjeżdżamy na podwórze, w rządku stoi już kilka samochodów. W kuchni jeszcze rojno, choć ciotki ani mamy już nie ma. Basia wita się z tatą i rzuca się w ramiona Zenka. Teraz dopiero Zenek jest sobą: uśmiecha się, obejmuje ją, rozmawiają. Jej oczy błyszczą. Jest śliczna w czarnej krótkiej sukience i wysokich butach. Wychodzimy we czwórkę, za nami reszta gości. Już z daleka z zagrody dziadka, dochodzi _W krainie życia_. Zwalniamy. Robi się chłodno.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij