Nad Sekwaną. Tom 2. Tajemnica lazurowego zamku - ebook
Nad Sekwaną. Tom 2. Tajemnica lazurowego zamku - ebook
Jest początek XIX wieku. W bitwie pod Waterloo upada legenda wielkiego Napoleona. Hrabia Beaumont odnosi ciężkie rany na froncie. Przed śmiercią ratuje go młody lekarz, Ludwik Lefebvre. Hrabia w akcie wdzięczności zatrudnia doktora we własnym zamku, położonym na malowniczej wysepce w Dolinie Loary. Kilka lat później trafia tam młoda arystokratka, Zofia Bahryńska, która przemierza Francję w pogoni za miłością. Oficjalnie podróżuje dla nabrania ogłady i obycia towarzyskiego, tak naprawdę usiłuje opóźnić datę ślubu z nudnym szlachcicem ze Lwowa. Gdy nadchodzi czas powrotu do domu, decyduje się na desperacki krok – ucieka. Przypadkiem trafia do Lazurowego Zamku, gdzie udaje pokojówkę. Czy tajemnice starej rezydencji – a przede wszystkim jej przystojni mieszkańcy – przyprawią ją o szybsze bicie serca?
Drugi tom cyklu opowieści o romantycznych, zabawnych, a czasami zwariowanych perypetiach młodych polskich emigrantek w XIX-wiecznej Francji, gdzie szelest pięknych sukien i przepych eleganckich balów miesza się z trudną rzeczywistością wojen, powstań i rewolucji. W życiu każdej z kobiet pojawia się przystojny Francuz, ale droga do jego serca nie jest łatwa. Czy bohaterki wyjdą cało z zawirowań losu? Czy odnajdą szczęście w kraju pachnącym lawendą, luksusowymi perfumami i wykwintną kuchnią?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8412-662-2 |
| Rozmiar pliku: | 861 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Waterloo, czerwiec 1815 rok
Ranny mężczyzna podniósł umęczoną twarz. Nadal szumiało mu w głowie od huku wystrzałów stacjonującej nieopodal baterii artyleryjskiej. Wypluł wstrętną lepką ciecz z ust i spojrzał przed siebie. Na tle płonącego czerwienią zachodzącego słońca ujrzał złociste połacie dojrzewającego jęczmienia, skropione krwią poległych od angielskich kul Francuzów. Jak przez mgłę widział nielicznych gwardzistów, broniących się przed niespodziewanym atakiem żołnierzy Wellingtona. Grad angielskich kul rył bruzdy w ziemi tuż obok mężczyzny. Raz po raz na wilgotne po wczorajszym deszczu pole padało ciało gwardzisty, jeszcze niedawno dumnie kroczącego przy dźwiękach bojowego marszu. Chwilę temu przechodzili obok Napoleona, którego witali okrzykiem _Vive l’Empereur!_”*. __ Teraz jęki ciężko rannych żołnierzy brzmiały jak smętna, mroczna melodia. Brudnymi od błota i krwi rękoma próbował chwycić swój bagnet i podnieść się, ale gdy tylko zgiął kolano, jego ciało przeszył ogromny ból. Chwycił dłonią obolałe miejsce i wymacał poszarpane od kuli udo. Piekło jak diabli, a jego dłoń pokryła się zaraz krwią. Dostał, i to mocno. W takim stanie nie da rady stawić czoła wrogowi. Poczołgał się parę metrów, sycząc z bólu i wycelował broń przed siebie. Wystrzelił i miał wrażenie, że od jego kuli pada jakiś młody Anglik. Zaraz jednak odpowiedziała mu salwa kilkunastu strzałów. Skulił się, ponownie kryjąc twarz w błotnistej ziemi, która rozpryskiwała się na wszystkie strony od wystrzeliwanych kul. To koniec. Nie uda im się przełamać tego niespodziewanego ataku, muszą się wycofać, nim Anglicy wystrzelają ich jak kaczki.
– _La Garde recule!_** – krzyknął zachrypniętym głosem. – _La Garde recule!_ – powtórzył.
Na tę komendę ziemia obok niego zadrżała. Wśród zdezorientowanych okrzyków zaczął się gorączkowy odwrót gwardzistów, a wycofujący się żołnierze zaczęli kierować się z dala od Mont-Saint-Jean, pociągając za sobą inne oddziały. Mężczyzna ponownie próbował wstać. Tym razem podniósł się i przeszedł kilka kroków, zasyczał głośno z bólu i opadł na kolana. Kręciło mu się w głowie. Czuł, że mocno krwawi. Wtem wśród ogólnego zamieszania pochwyciła go para silnych dłoni.
– Generale, generale, czy może pan iść? – spytał głos.
Ranny jedynie zaklął.
– Generał Beaumont jest ranny. Pomóż mi! – rozkazał jego wybawca drugiemu żołnierzowi.
Zaraz dwóch gwardzistów uniosło na wpół przytomnego mężczyznę. Wzięli go pod pachy i ponieśli do obozu.
***
Generał Beaumont przedzierał się przez mgliste, spowite czernią nocy pole, pokryte stosami trupów. W bladym świetle księżyca widział, jak w oddali kolejni żołnierze padają jeden po drugim od kul nieprzyjaciela. Pobiegł tam i wśród stosów ofiar próbował dojrzeć kogoś żywego, ale gdy podnosił bezwładne ciała, spoglądały na niego martwe oczy. Rozejrzał się wokół siebie, dysząc. Ich sztandar był już tylko strzępem, stosy trupów piętrzyły się jak okiem sięgnąć, a porzucone karabiny zdawały się bezużytecznymi kawałkami drewna. Niewypowiedziana groza unosiła się nad całym polem walki. Beaumont miał wrażenie, że pośród czerni nocy widzi majaczące widma, półprzezroczyste sylwetki jeźdźców, zarysy armat i piętrzące się wśród traw trupie czaszki. Nagle dało się słyszeć, jak nieprzyjaciel ładuje działa. Zapalane lonty armat, rozświetlając nocne niebo, były jak ślepia osaczających go dzikich zwierząt. Biegł na oślep, próbując od nich uciec, ale wielkie kule ze świstem spadały tuż przed nim.
Ocknął się w przestronnym namiocie. Na zewnątrz było już ciemno i zrozumiał, że śnił. Ale czy na pewno? Miał zabandażowane pół twarzy i unieruchomioną nogę, a zdarzenia minionego dnia wydawały mu się straszliwą marą. Uniósł się lekko na łokciach. W pomieszczeniu było duszno, a blade światło lamp naftowych ukazywało makabryczny widok. Wokół leżało wielu ciężko rannych, jęczących z bólu, a dwójka sanitariuszy uwijała się wokół, zajmując się najciężej poszkodowanymi. Za chwilę do namiotu wpadł medyk i pospiesznie sprawdziwszy stan nowo przybyłych, podszedł do jakiegoś młodzieńca o bladej twarzy, który majaczył coś niezrozumiale.
– Tego przynieście do namiotu operacyjnego. Trzeba amputować mu nogę – rzekł, spoglądając na kończyny chłopaka. – Tego tutaj nie da się już uratować. – Wskazał na innego. – Lepiej zawołacie do niego księdza.
Mężczyzna opadł na posłanie, z trudem łapiąc powietrze.
– Przegraliśmy tę bitwę, czyż nie? – jęknął do leżącego obok z zamkniętymi oczami na wpół przytomnego żołnierza. Ten jednak nie odpowiadał, a z jego ust dobył się świszczący oddech. Generał odwrócił się i wlepił wzrok w poszycie namiotu, miarowym oddechem próbując walczyć z ogromnym bólem głowy i pieczeniem w ranie. Nagle dojrzał nad sobą cień.
– Generale Beaumont, jak się pan czuje? – Usłyszał.
– Przynajmniej żyję. Inni nie mieli tyle szczęścia – odparł.
W tym momencie dał się słyszeć mrożący krew w żyłach jęk młodzieńca, któremu właśnie amputowano nogę. Generał przełknął ciężko ślinę. Spojrzał w kierunku postaci, która nad nim stała. Rozpoznał jednego ze swoich żołnierzy.
– Jaki jest bilans bitwy? Jaki wynik? Czy nadal trwają walki?
– Walczą już chyba tylko ludzkie widma… Doszło do mnie właśnie, że pierwszy batalion pierwszego pułku strzelców pieszych Gwardii Cesarskiej generała Cambronne’a, jeden z ostatnich na polu walki, został otoczony ze wszystkich stron przez nieprzyjaciela. Odrzucili propozycję kapitulacji. Otworzono więc do nich ogień… Wątpliwe, żeby ktokolwiek przeżył… To koniec.
Generał zacisnął mocno szczękę. Całe jego ciało przeszył wibrujący ból. Był wściekły. Jeszcze tego ranka wierzył bezgranicznie w zwycięstwo armii francuskiej. Nie tak to sobie wyobrażał. Nie tu planował dzisiaj być.
– A nasz wódz? Napoleon? – spytał.
– Słyszałem, że Bertrand i Bernard widzieli go na łące niedaleko Genappe, gdy zapadała już noc, jak posępny i zamyślony zawracał konia, by samotnie wrócić do Waterloo. Podobno schwytali go Anglicy. Co się z nim teraz stanie, nie wiem. My też nie jesteśmy bezpieczni. Nawet teraz krążą niedaleko korpusy pruskie i wyłapują wszystkich żywych Francuzów. Poinformował nas o tym jeden z uciekających żołnierzy.
– Niech będzie, co ma być. Nikt z nas w takim stanie nigdzie nie ucieknie.
Żołnierz rozejrzał się wokoło, by się upewnić, że nikt ich nie podsłuchuje, i pochylił się nad generałem.
– Jeśli chce pan szanowny generał mojej rady, to proszę nie zabawiać tutaj za długo, nawet będąc rannym. Najgorsze, co może hrabiego teraz spotkać, to niewola albo nawet śmierć.
– Dziękuję. Przemyślę to.
– Razem z pułkownikiem Mercierem wyjeżdżamy stąd, gdy tylko zacznie świtać. Jest też miejsce dla pana, panie generale. Wracamy do Francji. Kierujemy się w stronę Paryża, a potem na zachód. Powinien pan jechać z nami – naciskał żołnierz.
Ich rozmowę przerwało wejście młodego człowieka. Gdy hrabia zobaczył jego twarz, zdębiał.
– Proszę pozwolić odpocząć generałowi. Stracił wiele krwi – rzekł młodzieniec, podchodząc do posłania hrabiego. Pochylił się nad skonfundowanym mężczyzną i delikatnie odsłonił bandaż na jego głowie, by sprawdzić ranę. To samo uczynił z opatrunkiem na nodze Beaumonta.
Generał szybko podjął decyzję – wyjedzie o brzasku.
– Jeszcze raz dziękuję, Simon, proszę wrócić do mnie o świcie – przykazał żołnierzowi.
Tamten się uśmiechnął.
– Do zobaczenia, generale.
Hrabia przez chwilę studiował twarz i posturę młodego człowieka, gdy zmieniał mu opatrunek na nodze.
– Jak się nazywasz, młodzieńcze? – spytał.
– Ludwik Lefebvre – odparł tamten.
– Skąd jesteś?
– Z Reims.
– Hmm – zastanowił się hrabia. – To niebywałe, ale wyglądasz zupełnie jak ja, gdy byłem kilka lat młodszy. Dodać ci wąs i zmienić fryzurę i mało kto znalazłby różnicę. No, może tylko moja żona. – Zaśmiał się.
Lefebvre na te słowa zmarszczył lekko brwi. Spojrzał na zmęczoną, pokrytą kurzem twarz generała i ze zdziwieniem stwierdził, że rzeczywiście widzi pewne podobieństwo. Gdy pomagał w opatrywaniu Beaumonta parę godzin temu, nie przyszło mu to nawet do głowy.
– Jak długo jest pan sanitariuszem? – pytał dalej hrabia.
Mężczyzna w odpowiedzi się uśmiechnął.
– Byłem nim, dopóki nie ukończyłem studiów lekarskich. Właściwie to jestem dość świeżo upieczonym medykiem. U doktora Simonsa miałem ostatnie praktyki, przez niemal cztery lata. Od niedawna mogę samodzielnie przeprowadzać operacje. Tutaj zostałem od razu rzucony na głęboką wodę, jeśli mogę to tak nazwać.
– Czy to pan operował mi nogę?
– Tak, ja. Ma pan wiele szczęścia, że nie wdała się gangrena. Co prawda może już pan nigdy nie odzyskać pełnej sprawności, bo rana i złamanie były dość rozległe, ale przynajmniej nadal ma pan nogę. Dla innych los był mniej łaskawy.
Hrabia pokiwał ze zrozumieniem głową, wspominając młodego żołnierza, którego zabrano wcześniej, aby amputować mu kończynę.
– Tak, poszczęściło mi się, to prawda. Ile ma pan lat?
– Trzydzieści jeden.
– Trzydzieści jeden – powtórzył Beaumont. – To ledwo sześć lat mniej niż ja… A czy praca medyka w wojsku podoba się panu?
– Podoba, nie podoba, tutaj jestem potrzebny. Niech pan już nie mówi, bo muszę zmienić opatrunek na głowie. Nie chcę, żeby pana bolało – przerwał mu młodzieniec.
Hrabia śledził bacznie ruchy mężczyzny, gdy ściągał zakrwawiony bandaż i przemywszy ranę, zakładał świeży.
– Gotowe. A teraz wybaczy pan, ale muszę spieszyć do kolejnych pacjentów. Mamy mnóstwo pracy – rzekł medyk, wycierając dłonie w fartuch.
– Niech pan poczeka – powiedział prędko Beaumont, chwytając Lefebvre’a za rękaw.
Ten spojrzał na niego zdziwiony.
– Niech pan poczeka – powtórzył hrabia. Wskazał na brzeg posłania i poprosił, aby młodzieniec usiadł.
– W czym mogę jeszcze pomóc? – spytał Lefebvre. Spojrzał po jęczących z bólu żołnierzach.
– Jest pan dobrym lekarzem, z powołania, jak widzę, nie dla samych korzyści. To ważne.
Młody medyk skinął lekko głową, zmieszany.
– Mam dla pana pewną propozycję – ciągnął Beaumont. – Tak się składa, że poszukuję do swojego majątku lekarza. Teraz, z taką kontuzją nogi, będę potrzebował stałej opieki. Zapłacę panu. Oferuję sutą pensję. Warunek jest jeden: musi pan zamieszkać w moim zamku – Château d’Azur. Ma pan żonę, dzieci?
– Nie mam. Ale, generale Beaumont… Taką propozycję musiałbym przemyśleć. Zresztą nie mogę pozostawić rannych samym sobie – odparł mężczyzna, nie kryjąc zakłopotania.
– Daję panu czas do świtu. Będzie miał pan całą noc, aby wszystko przemyśleć. Ale proszę pamiętać, że nigdzie pan nie zarobi tyle, co u mnie. Zapewnię też panu przestrzeń do nabycia dalszego doświadczenia, kontakt z najlepszymi w swoim fachu – przerwał mu hrabia. – No i nie zabiorę pana od razu. Zdąży pan zająć się wszystkimi rannymi. Zresztą ta wojna wkrótce się zakończy… Sądzę, że to była ostatnia bitwa. Ostatnia bitwa Napoleona. Za tydzień, za dwa nic tu będzie po panu.
Lefebvre pokiwał ze zrozumieniem głową.
– Dobrze, dam panu odpowiedź jeszcze dzisiejszej nocy – odparł.
Skończywszy krzątanie się przy umierających i ciężko rannych pacjentach, Ludwik przysiadł przed namiotem, ocierając chusteczką spocone czoło. Spojrzał na rozgwieżdżone niebo. Myślał o swojej schorowanej matce i ojcu, żyjących w skromnym domu na obrzeżach Reims. O młodszym bracie, któremu marzyła się własna łódź i kariera marynarza. Gdyby przyjął propozycję hrabiego, mógłby pomóc im wszystkim, spełnić ich marzenia. Tymczasem tyra dzień i noc, by spłacić długi i się utrzymać. Czy takiego życia chce na co najmniej kilka najbliższych lat dla siebie i swoich bliskich? Zamknął oczy i westchnął przeciągle. Nie, nie może stracić takiej szansy. Wrócił do namiotu. Hrabia nie spał. Leżał na posłaniu, paląc podaną mu przez któregoś z żołnierzy fajkę i wpatrując się w sufit.
– Generale Beaumont, przyjmuję pańską propozycję – powiedział Lefebvre.
Beaumont wyjął fajkę z ust i się uśmiechnął.
– Dobra decyzja. Za jakieś dwa miesiące, najwyżej trzy, poślę po pana do Reims. Proszę mi zostawić swój adres.
1.
* fr. Niech żyje cesarz!
2.
** fr. Gwardia się wycofuje!