-
nowość
-
promocja
Niewyczerpany żart - ebook
Niewyczerpany żart - ebook
Opus magnum Davida Fostera Wallace’a.
Gargantuiczna, błyskotliwa i dowcipna historia o pogoni za szczęściem w Ameryce. Portretująca najbardziej wzruszająco dysfunkcyjną rodzinę, jaka pojawiła się w literaturze ostatnich lat, powieść zgłębia zasadnicze pytania o kondycję człowieka i o rozrywkę: czym ona jest i dlaczego w tak dużym stopniu zdominowała nasze życie; jak pragnienie rozrywki wpływa na naszą potrzebę kontaktu z innymi ludźmi; co o nas mówią przyjemności, które wybieramy.
"Niewyczerpany żart” powszechnie uznawana jest za przełomową amerykańską powieść lat dziewięćdziesiątych i najlepszą jak dotąd próbę uchwycenia rzeczywistości w nierealnym świecie. Główną osią fabuły jest poszukiwanie zaginionej kopii taśmy wideo znanej jako "Rozrywka”: filmu tak zabawnego, że każdy, kto go zobaczy, będzie zmuszony oglądać go w kółko, a zainteresowanie jedzeniem, piciem i podstawowymi warunkami sanitarnymi z czasem wygaśnie.
To pełna rozmachu analiza namiętności i rozkoszy, które czynią nas ludźmi – a także jedna z tych rzadkich książek, które na nowo definiują granice powieści.
"Dla takich książek warto żyć”
Jakub Małecki
"Następny krok w ewolucji prozy literackiej”
"The Atlantic"
"Niewyczerpany żart przyćmiewa niemalże każdą powieść napisaną w ostatnim stuleciu”
"The New York Times"
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-375-5 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ROK GLAD
Siedzę w gabinecie otoczony głowami i ciałami. Moja poza jest świadomie zgodna z kształtem twardego krzesła. Do tego zimnego pomieszczenia w gmachu Administracji Uniwersytetu, obitego boazerią, obwieszonego remingtonami, zaopatrzonego w podwójne okna chroniące przed listopadowym upałem, izolowanego od odgłosów Administracji zewnętrzną poczekalnią, zaproszono przed chwilą Wuja Charlesa, pana deLinta i mnie. Jestem tu, w środku.
Trzy twarze uplasowały się nad letnimi sportowymi marynarkami i półwindsorami po drugiej stronie stołu konferencyjnego z polerowanej sosny, lśniącego rozpajęczonym światłem arizońskiego południa. To trzej Dziekani – ds. Rekrutacji, ds. Studenckich, ds. Sportu. Nie wiem, która twarz należy do którego.
Wierzę, że sprawiam wrażenie neutralne, może nawet miłe, chociaż pouczono mnie, żebym raczej zgrzeszył neutralnością, niż silił się na przyjemny wyraz twarzy czy też uśmiech.
Zdecydowałem się starannie, mam nadzieję, założyć nogę na nogę, kostka stopy na kolanie, dłonie razem w kroku spodni. Moje splecione palce tworzą lustrzaną serię czytelnych dla mnie liter X. Resztę obsady pokoju przyjęć stanowią: uniwersytecki Dyrektor ds. Prac Pisemnych, uczelniany trener tenisa i prorektor Akademii, pan A. deLint. C.T. jest przy mnie, pozostali, kolejno, w pozycji siedzącej, stojącej, stojącej, znajdują się na marginesie mojego pola widzenia. Trener tenisa pobrzękuje drobnymi w kieszeni. Zapach pokoju ma w sobie coś niejasno spożywczego. Wysokoprzyczepna podeszwa mojego gratisowego buta Nike tkwi równolegle do dyndającego mokasyna brata mojej matki, który występuje tu w roli Dyrektora Szkoły i zasiada w fotelu tuż po mojej, mam nadzieję, prawicy, również twarzą do Dziekanów.
Dziekan z lewej, chudy, żółtawy mężczyzna, którego permanentny uśmiech ma w sobie nietrwałość odcisku w opornym materiale, reprezentuje typ osobowości, który ostatnio nauczyłem się cenić: odracza konieczność mojej reakcji, recytując za mnie, pod moim adresem, moje własne kwestie. Odkąd środkowy Dziekan, który wygląda jak kudłaty lew, podał mu plik wydruków komputerowych, przemawia mniej lub bardziej do tych stronic, uśmiechając się z góry.
– Nazywasz się Harold Incandenza, lat osiemnaście, data ukończenia szkoły średniej w przybliżeniu za miesiąc, obecnie uczęszczasz do Enfieldzkiej Akademii Tenisowej w Enfield, Massachusetts, szkoły z internatem, w którym zamieszkujesz.
Jego okulary do czytania są prostokątne, mają kształt kortów tenisowych z liniami bocznymi zaznaczonymi górą i dołem ramek.
– Według Trenera White’a i Dziekana figurujesz w regionalnym, krajowym i kontynentalnym rankingu tenisistów juniorów, jesteś wielce obiecującym sportowcem ONANCAA¹, pozyskanym przez nas drogą korespondencji Trenera White’a z obecnym tu doktorem Tavisem, zapoczątkowanej… w lutym bieżącego roku. – Górna strona zostaje usunięta i pedantycznie przeniesiona na spód pliku. – W Enfieldzkiej Akademii Tenisowej zamieszkujesz od siódmego roku życia.
Waham się, czy zaryzykować podrapanie się po prawej stronie ręki, gdzie mam torbiel łojową.
– Trener White informuje nasz wydział, że darzy wielkim szacunkiem program Enfieldzkiej Akademii Tenisowej oraz że drużyna tenisowa Uniwersytetu Stanu Arizona już kilkakrotnie skorzystała na immatrykulacji wychowanków EAT, jednym z których był niejaki pan Aubrey F. deLint, obecny tu dzisiaj wraz z tobą. Trener White i jego personel dali nam…
Słownictwo żółtawego Administratora jest, ogólnie rzecz biorąc, niewyszukane, chociaż muszę powiedzieć, że trafia w sedno. Dyrektor ds. Prac Pisemnych zdaje się mieć większą niż normalna liczbę brwi. Dziekan po prawej stronie dziwnie wpatruje się w moją twarz.
Wuj Charles mówi, że przypuszcza, iż Dziekani skłonni będą potraktować jego słowa jako panegiryk entuzjasty EAT, jednak on zapewnia panów Dziekanów, że to wszystko prawda: Akademia kształci obecnie ni mniej, ni więcej, tylko jedną trzecią z trzydziestu najlepszych juniorów kontynentu we wszystkich przedziałach wiekowych, a ja, czyli Hal, zaliczam się do „samej śmietanki”. Dziekani prawy i środkowy uśmiechają się profesjonalnie, głowy deLinta i trenera skłaniają się ku sobie, a Dziekan z lewej odchrząkuje i podejmuje wątek:
– …do zrozumienia, że mógłbyś już jako student pierwszego roku włączyć się w program szkolenia tenisowego naszego uniwersytetu. Miło nam słyszeć – mówi albo czyta, przekładając kartkę – że znalazłeś się tu po ważnych zawodach, dając nam okazję do spokojnej rozmowy o twoim podaniu, ewentualnym przyjęciu, immatrykulacji i stypendium.
– Poproszono mnie o dodanie, że nasz Hal jest rozstawiony z trójką w Zawodach Singlowych Chłopców do lat 18 prestiżowego WhataBurger Southwest Junior Invitational w Centrum Tenisowym Randolpha – mówi domniemany Dziekan ds. Sportu, którego przekrzywiona głowa ukazuje piegowatą łysinę.
– Mieszczącym się w Parku Randolpha, obok znakomitego hotelu El Con Marriott – wtrąca C.T. – Cała reprezentacja jest, jak dotąd, zachwycona tym miejscem, które…
– Święta prawda, Chuck, i chciałbym przy okazji dodać, że zdaniem Chucka Hal udowodnił już, że zasłużył na swoją wysoką pozycję, dochodząc do półfinału dzięki imponującej podobno wygranej z dzisiejszego rana, a jutro znów zagra w Centrum, ze zwycięzcą dzisiejszego wieczornego spotkania ćwierćfinałowego. Mecz, jeśli się nie mylę, zaplanowany jest na godzinę 8:30…
– Chcą zacząć, zanim przyjdzie ten przeklęty upał. Wprawdzie to suchy upał, ale jednak.
– …i już podobno zakwalifikował się do zimowych Kontynentalnych Rozgrywek Halowych w Edmonton, jak mi donosi Kirk… – Przekrzywia głowę jeszcze bardziej, żeby spojrzeć do góry i w lewo na trenera reprezentacji uniwersyteckiej, którego zęby lśnią w uśmiechu na tle agresywnej opalenizny. – To doprawdy niemało. – Uśmiecha się, patrząc na mnie. – Wszystko się zgadza, Hal?
C.T. nonszalancko założył ręce; w klimatyzowanym blasku słońca ciało na jego tricepsach pokryte jest mapą cętek.
– Wszystko się zgadza idealnie, Bill. – I uśmiecha się. Dwie połówki jego wąsów nigdy dokładnie do siebie nie pasują. – I pozwolę sobie dodać, że Hal jest bardzo przejęty, przejęty tym, że zaproszony został trzeci rok z rzędu do udziału w WhataBurger Invitational, że ponownie należy do społeczności, którą darzy szczerym uczuciem, że może odwiedzić waszych wychowanków i kadrę trenerską, że już potwierdził swoją wysoką pozycję w niełatwych zawodach w tym tygodniu, że wciąż, jak to się mówi, jest na topie, ale najbardziej przejęty jest spotkaniem z wami, panowie, i możliwością obejrzenia tutejszych obiektów. To, co już widział, jest absolutnie najwyższej klasy.
Cisza. DeLint przesuwa plecami po boazerii i centruje na nowo środek ciężkości ciała. Mój wuj promienieje i prostuje się jak rozpięty pasek od zegarka. 62,5% twarzy obecnych w pokoju obraca się w moją stronę z wyrazem życzliwego wyczekiwania. Klatka piersiowa podskakuje mi jak wirówka z butami w środku. Układam usta w kształt, który w moim zamyśle zostanie odebrany jako uśmiech. Obracam się nieznacznie to tu, to tam, dzieląc uwagę między wszystkich obecnych w pokoju.
Cisza zmienia charakter. Brwi żółtego Dziekana tworzą cyrkumfleksy. Dwaj pozostali Dziekani patrzą na Dyrektora ds. Prac Pisemnych. Trener tenisa przesunął się pod szerokie okno, maca ostrzyżone na jeża włosy nad karkiem. Wuj Charles gładzi przedramię powyżej zegarka. Po lśniącym blacie sosnowego stołu przesuwają się nieznacznie cienie zajętych dłoni i jeden cień głowy jak czarny księżyc.
– Czy Hal dobrze się czuje, Chuck? – pyta Dziekan ds. Sportu. – Hal przed chwilą jakby się… no, skrzywił. Czy coś go boli? Boli cię coś, synu?
– Hal jest zdrów jak ryba. – Mój wuj się uśmiecha, pacyfikując powietrze niedbałym ruchem ręki. – To tylko taki mały, niewinny tik, z nadmiaru adrenaliny wywołanego, jak mi dał do zrozumienia, przebywaniem tutaj, na waszym imponującym kampusie, potwierdzeniem słuszności rozstawienia bez utraty, jak dotąd, ani jednego seta, otrzymaniem oficjalnej pisemnej oferty nie tylko zwolnienia z opłat, ale i stypendium socjalnego od tu obecnego Trenera White’a, na papeterii Pac 10, a także możliwością podpisania Zobowiązania przystąpienia do Narodowego Stowarzyszenia Sportowego Studentów, i to już dzisiaj, tu i teraz.
C.T. patrzy na mnie, a spojrzenie ma upiornie łagodne. Wybieram bezpieczne wyjście: rozluźniam wszystkie mięśnie twarzy, pozbawiając ją jakiegokolwiek wyrazu. Pilnie wpatruję się w kekuliański splot krawata środkowego Dziekana.
Moja milcząca odpowiedź na wyczekującą ciszę zaczyna wpływać na atmosferę w pokoju, drobinki kurzu i kłaczki lnu sportowych marynarek, wzniecane cugiem z ujść klimatyzatorów, tańczą nerwowo w ukośnej płaszczyźnie wpadającego przez okna światła, a powietrze nad stołem musuje jak nad świeżo nalaną wodą sodową. Trener, z lekkim akcentem, który nie jest ani brytyjski, ani australijski, tłumaczy C.T., że całą procedurę ubiegania się o przyjęcie, będącą z reguły miłą formalnością, znakomicie uprawnia fakt, że kandydat ma prawo mówić sam za siebie. Dziekani prawy i środkowy, nachyleni ku sobie, odbywają cichą konferencję, tworząc coś na kształt tipi ze skóry i włosów. Przypuszczam, że trenerowi tenisa chodziło nie o „uprawnianie”, ale o „usprawnianie”, chociaż sensowniejszym, jakkolwiek udźwięcznionym z punktu widzenia fonetyki przejęzyczeniem byłby czasownik „udrażnia”. Dziekan o płaskiej żółtej twarzy nachylił się i odsłania zęby w wyrazie, który ja odczytuję jako zatroskanie. Jego dłonie stykają się na powierzchni stołu konferencyjnego, a palce wyglądają, jakby spółkowały, podczas gdy moja seria czterech X rozplata się i ściskam kurczowo krawędzie krzesła.
Powinniśmy szczerze pogadać o potencjalnych problemach z moim podaniem – zagaja – oni i ja. Rozwija wątek szczerości i jej wagi.
– W materiałach dołączonych do twojego podania, Hal, Komisja Rekrutacyjna zwróciła uwagę na wyniki niektórych testów. – Zerka w dół na kolorowy arkusz ujednoliconych wyników, ukryty w okopie jego ramion. – Członkowie Komisji Rekrutacyjnej analizują twoje wyniki testów, które, jak sam zapewne wiesz i możesz wytłumaczyć, są, powiedzmy to sobie… poniżej normy.
Powinienem się wytłumaczyć.
Jasne, że ten naprawdę dosyć szczery żółty Dziekan po lewej reprezentuje Komisję Rekrutacyjną. A w takim razie drobna ptasia figurka po prawej to Sport, ponieważ zmarszczki na twarzy kudłatego Dziekana pośrodku ściągnęły się w wyraz wyniosłej urazy, z gatunku dzięki-temu-co-jem-naprawdę-doceniam-to-czym-popijam, zdradzający fachowo akademickie zastrzeżenia. A więc pośrodku mamy nieskomplikowaną wierność standardom. Mój wuj spogląda na Sport, jakby zdezorientowany. Poprawia się nieznacznie w fotelu.
Niezgodność odcieni ręki i twarzy Rekrutacji jest wręcz agresywna.
– …wyniki Egzaminów Ustnych niepokojąco bliskie zeru w zestawieniu ze świadectwem szkoły średniej, w której kierownictwie pracują twoja matka i jej brat… – Czyta z arkusza zamkniętego w elipsie jego ramion: – W minionym roku istotnie nieco się opuścił, ale zaznaczam, że opuścił się do oceny „wybitny” z niewiarygodnego wręcz poziomu z trzech poprzednich lat.
– Poza skalą.
– Większość placówek oświatowych nie stosuje nawet oceny A z wieloma plusami – mówi Dyrektor ds. Prac Pisemnych z niemożliwą do zinterpretowania miną.
– Ten rodzaj… jak to powiedzieć… rozbieżności – mówi Dziekan ds. Rekrutacji z miną szczerą i zatroskaną – zapala, rzec muszę, czerwoną lampkę potencjalnego problemu w procedurze przyjęcia.
– Prosimy cię zatem o wyjaśnienie tej ewidentnej rozbieżności, żeby nie rzec matactwa.
Dziekan ds. Studenckich ma cienki głosik, który brzmi absurdalnie, wydobywając się z tak dużej twarzy.
– „Niewiarygodny” miało zapewne znaczyć wielce, wielce imponujący, w odróżnieniu od dosłownego znaczenia słowa „niewiarygodny”, na pewno – mówi C.T., który zdaje się obserwować trenera masującego sobie kark przy oknie. Przez wielkie okno nie widać nic poza oślepiającym słońcem i spękaną ziemią owianą mgiełką upału.
– Do wyjaśnienia pozostaje też kwestia dziewięciu, zamiast dwóch wymaganych, esejów załączonych do podania o przyjęcie na studia, z których część ma rozmiary bliskie monografii, a wszystkie bez wyjątku ocenione zostały jako „celujące”, jakkolwiek z użyciem różnych przymiotników…
Dyr. ds. P.P.: – Ja celowo posłużyłem się w swoich ocenach określeniami „lapidarność” i „przeestetyzowany”.
– …i których tematykę i tytuły na pewno dość dobrze pamiętasz.
Hal: – _Założenia neoklasyczne we współczesnej gramatyce normatywnej_, _Implikacje Przekształceń postfourierowskich w holograficznie mimetycznym kinie_, _Zjawisko stazy heroicznej w rozrywce telewizyjnej_…
– _Gramatyka Montaguego a semantyka modalności fizycznej_?
– _Człowiek, który zaczął podejrzewać, że jest ze szkła_?
– _Symbolizm trzeciego stopnia w erotykach justyniańskich_?
Odsłania znaczne fragmenty dziąseł dotkniętych recesją.
– Powiem krótko: szczerze niepokoi nas to, że osoba, która uzyskała tak niefortunne, nawet jeśli wytłumaczalne, wyniki w testach, jest zarazem autorem tych esejów.
– Nie jestem pewien, czy Hal jest pewien, co tu się implikuje – mówi mój wuj.
Dziekan pośrodku pociera palcami klapy marynarki, interpretując budzące niesmak dane komputerowe.
– W opinii naszej uczelni ze ściśle akademickiego punktu widzenia mamy tu do czynienia z problemem rekrutacyjnym, który Hal musi nam pomóc rozwiązać. Na naszym uniwersytecie pierwszą rolą kandydata jest i musi być rola studenta. Nie możemy przyjąć na studia kandydata, którego mamy powód podejrzewać, że nie sprosta wymaganiom, choćby się nie wiem jak wyróżniał na boisku.
– Dziekan Sawyer ma, oczywiście, na myśli kort, Chuck – mówi Dziekan ds. Sportu, który tak mocno przekrzywia głowę, że wygląda, jakby zwracał się również do tego całego White’a. – Nie wspominając o regulaminie ONANCAA i o szpiclach, którzy wszędzie węszą nieprawidłowości.
Trener uniwersyteckiej kadry tenisa zerka na zegarek.
– Przyjmując, że niniejsze arkusze ocen adekwatnie odzwierciedlają umiejętności kandydata – mówi z powagą Dziekan ds. Studenckich, ściszając piskliwy głos i wciąż wpatrując się w leżące przed nim akta jak w talerz jakiegoś paskudztwa – powiem wprost: uważam, że to byłoby nie fair. Nie fair wobec pozostałych kandydatów. Nie fair wobec całej społeczności akademickiej. – Spogląda na mnie. – A zwłaszcza nie fair wobec Hala. Przyjęcie na studia chłopca, w którym widzimy tylko nadzieję sportową, byłoby równoznaczne z wykorzystaniem go. A nas śledzą tysiące oczu, pilnując, żebyśmy nikogo nie wykorzystywali. Twoje arkusze ocen, synu, mogłyby nas narazić na takie oskarżenie.
Wuj Charles prosi Trenera White’a, żeby zapytał Dziekana ds. Sportu, czy sąd nad moimi wynikami byłby równie surowy, gdybym był, dajmy na to, przynoszącym zyski geniuszem futbolu. Narasta we mnie znajoma panika wobec niezrozumienia, serce mi łomocze. Całą energię ładuję w milczące trwanie na krześle, wewnątrz mam pustkę, moje oczy to dwa wielkie wyblakłe zera. Obiecywano mi, że pójdzie gładko.
Za to wuj C.T. ma urażoną minę człowieka zapędzonego w kozi róg. W podobnych sytuacjach jego głos przybiera dziwaczne brzmienie zanikającego w oddali krzyku.
– Oceny Hala w EAT, która, podkreślam, jest Akademią, a nie obozem czy fabryką, placówką akredytowaną zarówno przez Wspólnotę Massachusetts, jak i przez Stowarzyszenie Północnoamerykańskich Akademii Sportu, skupioną na holistycznych potrzebach zawodnika i ucznia, założoną przez wybitnego intelektualistę, którego nazwiska nie muszę tu wymieniać, w oparciu o rygorystyczny, zaczerpnięty z Oxbridge, system _quadrivium-trivium_, szkołą wszechstronnie wyposażoną, z wykwalifikowaną kadrą dydaktyczną, powinny wystarczająco dowieść, że mój siostrzeniec potrafi sprostać wszelkim wymogom Pac 10, jak również…
DeLint przysuwa się do trenera tenisowego, który kręci głową.
– …byłby w stanie dopatrzyć się w całej tej historii wyraźnych znamion dyskryminacji sportów elitarnych – mówi C.T., krzyżując i rozplatając nogi, a ja słucham, opanowany i wpatrzony w jeden punkt.
Musująca cisza pokoju tchnie teraz wrogością.
– Myślę, że czas najwyższy, aby nasz kandydat przemówił sam za siebie – mówi bardzo cicho Dziekan ds. Studenckich. – Odnoszę wrażenie, że w pana obecności będzie to niemożliwe.
Dziekan ds. Sportu uśmiecha się ze znużeniem pod dłonią masującą grzbiet nosa.
– Może wyjdziesz na chwilę i poczekasz na zewnątrz, Chuck.
– Trener White dotrzyma towarzystwa w sekretariacie panu Tavisowi i jego koledze – mówi żółty Dziekan, uśmiechając się w moje rozbiegane oczy.
– …nie odnieść wrażenia, że to wszystko było z góry ukartowane – mruczy C.T., odprowadzany do drzwi razem z deLintem. Trener tenisa wyciąga hipertroficzne ramię.
Dziekan ds. Sportu oświadcza:
– Jesteśmy tu wszyscy przyjaciółmi i kolegami.
To nie działa. Uderza mnie myśl, że rdzenny użytkownik łaciny odczytałby EXIT jako podświetloną na czerwono informację ON WCHODZI. Poddałbym się impulsowi skoku do drzwi na ich oczach, gdybym miał pewność, że to, co mężczyźni zebrani w tym pokoju zobaczą, będzie skokiem do drzwi. DeLint mamrocze coś do trenera. Odgłos klawiatur komputerowych i konsoli telefonicznych, gdy drzwi otwierają się na moment, a potem kategorycznie zamykają. Zostaję sam pośród administracyjnych głów.
– …chcieliśmy nikogo obrazić – mówi Dziekan ds. Sportu w płowej marynarce i krawacie sygnowanym drobniutkim nadrukiem – …poza zdolnościami czysto fizycznymi, które, wierz mi, szanujemy, których nam potrzeba, możesz mi wierzyć.
– …wątpliwości w tej kwestii, nie zabiegalibyśmy tak usilnie o bezpośrednią rozmowę z tobą, prawda?
– …że wiedzieliśmy, dzięki kilku podaniom o przyjęcie, które wcześniej przeszły przez dział Trenera White’a, iż Szkoła Enfield kierowana jest, skądinąd imponująco, przez bliskich krewnych najpierw twojego brata, o którego, jak pamiętam, bardzo zabiegał poprzednik White’a, Maury Klamkin, a zatem obiektywność ocen może zostać z łatwością zakwestionowana…
– Przez kogo nie bądź: NAAUP², nieżyczliwe nam szkoły Pac 10, ONANCAA…
Eseje są stare, zgoda, ale mojego autorstwa; _de moi_. No ale owszem, stare i nie całkiem na zadany temat, który brzmiał: _Najistotniejsze Doświadczenie Dydaktyczne Wszech Czasów_. Gdybym wam przedstawił pracę z ubiegłego roku, uznalibyście ją za efekt zabaw niemowlęcia z klawiaturą komputera, chociaż sami używacie „kogo nie bądź” jako dopełnienia bliższego. W tym nowym, mniejszym towarzystwie Dyrektor ds. Prac Pisemnych wyłania się znienacka jako alfa stada, a zarazem osobnik znacznie bardziej zniewieściały, niż to się początkowo zdawało: staje z wypiętym biodrem, ręka w talii, chodzi, kołysząc ramionami, brzęka drobnymi, podciągając spodnie, gdy wślizguje się w fotel, jeszcze ciepły po siedzeniu C.T., zakłada nogę na nogę, naruszając tym samym moją przestrzeń intymną, tak że widzę liczne tiki jego brwi i siateczki kapilarne na worach pod oczami, czując woń płynu do zmiękczania tkanin i skwaśniały już odór miętówki do odświeżania oddechu.
– …chłopcem bystrym, solidnym, ale bardzo nieśmiałym, wiemy o twojej wielkiej nieśmiałości, Kirk White powiedział nam, co usłyszał od twojego atletycznie zbudowanego, lecz dość sztywnego młodszego trenera – mówi cicho Dyrektor, przykrywając miseczką, chyba dłoni, mój biceps pod sportową marynarką (oby nie); więc niech ten chłopiec przełknie ślinę i z ufnością przedstawi swój punkt widzenia tym panom, którzy nie chcą mu zrobić krzywdy, bynajmniej, a tylko wykonują swój zawód, starając się dostrzegać interesy wszystkich stron jednocześnie.
Wyobrażam sobie deLinta i White’a, jak siedzą z łokciami na kolanach w defekacyjnej pozie wszystkich odpoczywających sportowców, deLint wpatrzony w swoje wielkie dłonie, a tymczasem C.T. spaceruje w sekretariacie po orbicie ciasnej elipsy, mówiąc coś do słuchawki przenośnego telefonu. Zostałem przeszkolony przed tym spotkaniem jak mafijny boss przed przesłuchaniem przez komisję RICO. Neutralna i beznamiętna cisza. Rodzaj gry obronnej, którą ćwiczył ze mną Schtitt – najlepsza defensywa: niech się wszystko od ciebie odbija, nie rób nic. Powiedziałbym wam to, co chcecie, i jeszcze więcej, gdyby wydawane przeze mnie dźwięki były tymi samymi, które usłyszycie.
Dziekan ds. Sportu wyziera spod skrzydełka dłoni:
– …pominąć procedury przyjęć sprawiające wrażenie nastawionych przede wszystkim na sport. Żeby nie narobić sobie bigosu, synu.
– Bill ma na myśli pozory, a niekoniecznie żywe fakty, których ty jeden możesz nam dostarczyć – mówi Dyrektor ds. Prac Pisemnych.
– …pozory wysokiej pozycji sportowej, wyniki testów poniżej normy, przesadnie akademickie eseje, niewiarygodne oceny wynikłe z domniemanego nepotyzmu.
Żółty Dziekan nachylił się tak głęboko, że w jego krawacie powstał horyzontalny odcisk krawędzi stołu; jego niezdrowa twarz ma dobrotliwy wyraz tylko-bez-ściemy.
– Niech pan posłucha, panie Incandenza, Hal, wytłumacz mi, proszę, dlaczego nie mielibyśmy zostać oskarżeni o wykorzystanie ciebie, synu. Dlaczego nie miałby tutaj ktoś przyjść i powiedzieć nam: słuchaj no, Uniwersytecie Arizony, wykorzystujesz chłopca wyłącznie dla jego ciała, chłopca tak nieśmiałego i zamkniętego, że nie chce mówić sam za siebie, frajera z naciąganymi ocenami i gotowcem załączonym do podania.
Światło odbite od blatu pod kątem Brewstera różowieje pod moimi zamkniętymi powiekami. Nie mogę uzyskać zrozumienia.
– Nie jestem frajerem – mówię powoli. Wyraźnie. – Moje zeszłoroczne świadectwo mogło być z lekka podrasowane, być może, ale to miało mi pomóc przetrwać trudny okres. Wcześniejsze oceny są _de moi_. – Oczy mam zamknięte, w pokoju jest cicho. – Widzę, że nie mogę uzyskać zrozumienia. – Mówię głośno i wyraźnie. – Widocznie coś zjadłem.
Zabawne, czego człowiek nie pamięta. Nasz pierwszy dom na przedmieściu Weston, który ledwo sobie przypominam – mój najstarszy brat Orin twierdzi, że pamięta, jak był na podwórku tego domu z naszą matką i pomagał jej wyorać z zimnej gleby coś na kształt ogródka. Wczesna wiosna, marzec albo początek kwietnia. Miejscem pod ogródek był koślawy prostokąt wytyczony patyczkami od lodów i sznurkiem. Orin usuwał z drogi kamienie i twarde grudy ziemi, a Mamuś szła za nim z wypożyczoną glebogryzarką w kształcie taczki, z silnikiem benzynowym, która ryczała, czkała i wierzgała, i, jak pamięta Orin, to raczej ona popędzała Mamuś niż vice versa, a Mamuś jest bardzo wysoka, więc musiała schylać się z bólem do uchwytu, zostawiając za sobą pijany szlak śladów stóp odciśniętych w zaoranej ziemi. Orin pamięta, że w połowie tej orki wypadłem na podwórze w mechatym czerwonym ubranku z Kubusiem Puchatkiem, płakałem i pokazywałem na odwróconej dłoni coś, co, jak twierdzi Orin, wyglądało naprawdę nieprzyjemnie. Orin mówi, że mogłem mieć z pięć lat i poczerwieniałem od płaczu na zimnym wiosennym powietrzu. Powtarzałem w kółko coś, czego Orin nie mógł zrozumieć, dopóki nasza matka nie zauważyła mnie i nie wyłączyła glebogryzarki, która dalej brzęczała w jej rękach, po czym podeszła sprawdzić, co też takiego trzymam. Okazało się, że był to spory płat pleśni – Orin twierdzi, że mógł pochodzić z ciemnego kąta piwnicy domu w Weston, która była nagrzana od pieca i co wiosna zalewana powodziami. Samą pleśń opisuje mój brat jako horrendalną: ciemnozielona, lśniąca, jakby włochata, cętkowana żółtymi, pomarańczowymi i czerwonymi kropkami grzybów pasożytniczych. Co gorsza, widać było, że płat pleśni jest dziwnie niekompletny, nadgryziony, a ślady tego paskudztwa rozsmarowane są wokół moich rozdziawionych ust.
– Ja to zjadłem – oto co powtarzałem.
Podstawiałem pleśń pod nos Mamuś, która do brudnej roboty zdjęła szkła kontaktowe, więc zrazu, pochylona, widziała tylko swoje zapłakane dziecko z rączką wyciągniętą w geście ofiarowania, toteż, posłuszna najbardziej matczynemu z odruchów – ona, która nade wszystko brzydziła się odpadków i nieczystości – sięgnęła po to, co podawało jej dziecię, bo ileż to już razy sięgała po zasmarkaną jednorazową chusteczkę, wyplutego cukierka, przeżutą gumę, w teatrach, na lotniskach, na tylnych siedzeniach samochodów, w holach hal turniejowych. O. stał, jak powiada, podważając butem zmarzniętą grudę i bawiąc się rzepem puchowej kurtki, stał i obserwował Mamuś, która nachyliwszy się do mnie z wyciągniętą ręką i zbliżywszy do obiektu osłabiony wzrok, nagle zamarła, zastygła, gdyż zaczęła identyfikować to, co jej pokazywałem, spostrzegając także na mnie ślady oralnego kontaktu z tymże. O. zapamiętał jej minę jako nie do opisania. Jej wyciągnięta ręka, nadal drżąca w rytm glebogryzarki, zawisła w powietrzu przed moją.
– Ja to zjadłem – powiedziałem.
– Słucham?
O. mówi, że pamięta (sic) tylko tyle, że rzucił jakąś cierpką uwagę, wyginając się do tyłu, żeby opanować nagły skurcz w plecach. Mówi, że widocznie poczuł nieznośne napięcie. Mamuś kategorycznie odmawiała schodzenia do naszej wilgotnej piwnicy. Ja, pamięta O., przestałem płakać i stałem sztywno w tej czerwonej piżamce ze stópkami, w której miałem rozmiar i kształt hydrantu, i z powagą prezentowałem pleśń, niczym sprawozdanie z jakiegoś audytu.
O. mówi, że w tym momencie pamięć go zawodzi, najpewniej z powodu stresu. W jego następnym wspomnieniu Mamuś gania wielkim kręgiem po podwórku, wykrzykując histerycznie:
– O Boże!
– Ratunku! Mój syn zjadł to coś! – wrzeszczy w drugim, treściwszym wspomnieniu Orina, wrzeszczy w kółko to samo, trzymając wysoko nakrapiany płat w szczypczykach dwóch palców, biegając teraz dalej, po prostokącie ogródka, a O. jest niemym świadkiem pierwszego w swoim życiu spektaklu histerii u osoby dorosłej. Z okien i sponad ogrodzeń wyłaniają się głowy naszych sąsiadów śledzących bieg zdarzeń. O. pamięta, że potknąłem się o sznurek wytyczający granicę ogródka, po czym podniosłem się umorusany, zaryczany, żeby gonić Mamuś.
– O Boże! Ratunku! Mój syn zjadł to coś! Ratunku! – darła się Mamuś, wydeptując kanciasty szlak tuż po wewnętrznej stronie sznurka, a mój brat Orin zapamiętał, że nawet w histerycznej traumie linia jej ucieczki była schludna, ślady stóp po indiańsku proste, a zwroty w ideogramie sznurka precyzyjne i bojowe, punktowane okrzykami „Mój syn zjadł to coś! Ratunku!”, i że zdublowała mnie dwa razy, zanim wspomnienie się skończyło.
– Moje podanie nie jest gotowcem – oznajmiam im, wołając w mrok czerwonej groty, która otwiera się przed zamkniętymi oczami. – Nie jestem tylko chłopakiem, który gra w tenisa. Mam zawiłą przeszłość. Doświadczenia i uczucia. Jestem skomplikowany.
– Czytam – dodaję. – Studiuję i czytam. Założę się, że przeczytałem wszystko to, co panowie. Pożeram całe biblioteki. Niszczę grzbiety okładek i dyskietki. Zdarza mi się wskoczyć do taksówki i rzucić: „Do biblioteki, i to gazem!”. Moje wyczucie składni i mechaniki zdania jest na pewno, z całym szacunkiem, lepsze niż wasze.
Ale to przekracza mechanikę. Nie jestem maszyną. Czuję i wierzę. Mam opinie. Niektóre z nich są interesujące. Gdyby mi panowie pozwolili, mógłbym mówić i mówić. Porozmawiajmy o czymkolwiek. Moim zdaniem wpływ Kierkegaarda na Camusa jest niedoceniany. Moim zdaniem Dennis Gabor mógł z powodzeniem być Antychrystem. Moim zdaniem Hobbes to po prostu Rousseau w czarnym zwierciadle. Moim zdaniem Hegel ma rację i transcendencja jest absorpcją. Mógłbym was, panowie, zinterfejsować pod ten stół – powiadam. – Nie jestem _creatus_, wyprodukowany fabrycznie, uwarunkowany, wyhodowany do pełnienia jednej funkcji.
Otwieram oczy.
– Proszę nie myśleć, że mi nie zależy.
Rozglądam się. W moją stronę płynie zgroza. Podnoszę się z krzesła. Widzę obwisłe szczęki, uniesione brwi na drżących czołach, kredowobiałe policzki. Krzesło cofa się pode mną.
– Najsłodsza Matko Chrystusowa – mówi Dyrektor.
– Nic mi nie jest – oświadczam na stojąco. Sądząc po minie żółtego Dziekana, dmie ode mnie brutalny wiatr. Twarze akademików nagle się postarzały. Ośmioro oczu zamieniło się w puste krążki, które gapią się w to, co właśnie ujrzały.
– Dobry Boże – szepcze Dziekan ds. Sportu.
– Proszę się nie martwić – mówię. – Mogę wyjaśnić.
Uspokajam atmosferę niezobowiązującym ruchem ręki.
Obydwie moje ręce wykręca od tyłu Dyrektor ds. Prac Pisemnych, który brutalnie obala mnie na ziemię, przygniatając swoim ciężarem. Czuję smak podłogi.
– Co się dzieje?
– Nic się nie dzieje – mówię.
– Wszystko w porządku! Jestem tutaj! – krzyczy mi w ucho Dyrektor.
– Wezwać pomoc! – woła któryś Dziekan.
Moje czoło jest wciśnięte w parkiet, zimniejszy, niż przypuszczałem. Jestem aresztowany. Usiłuję sprawiać wrażenie wiotkiego i uległego. Moja twarz jest rozgnieciona na płask; ciężar Dyrektora ds. Prac Pisemnych utrudnia mi oddychanie.
– Proszę posłuchać – mówię bardzo powoli, głosem zduszonym przez podłogę.
– Co to, na Boga, za… – krzyczy piskliwie któryś Dziekan – …za dźwięki?
Klikanie przycisków konsoli telefonicznej, szuranie obcasów, piruet, szelest spadającego pliku wiotkich kartek.
– O Boże!
– Ratunku!
Dolna część drzwi otwiera się w lewym peryferium mojego pola widzenia: klin halogenowego światła z korytarza, białe adidasy i zdarty but Nunn Bush.
– Postawcie go!
To deLint.
– Nic mi się nie dzieje – mówię powoli w podłogę. – Jestem tu, w środku.
Zostaję podźwignięty o kulach moich własnych przedramion i potrząśnięty przez purpurowolicego Dyrektora, który tą metodą w swoim mniemaniu przywraca mi spokój.
– Weź się w garść, synu!
DeLint u boku olbrzyma:
– Przestań!
– Nie jestem taki, jak widzicie i słyszycie.
Z daleka wycie syren. Niezdarny półnelson. Postacie w drzwiach. Młoda Latynoska gapi się i przyciska dłoń do ust.
– Nie jestem – mówię.
Nie można nie kochać staroświeckich toalet dla panów: cytrusowa woń krążków zapachowych w długim porcelanowym korytku; kabiny z drewnianymi drzwiami we framugach z chłodnego marmuru; rzędy wąskich umywalek, których misy podtrzymują chwiejne alfabety obnażonych rur; lustra nad metalowymi półeczkami; w tle ludzkich głosów nikły szmer nieustannego ciurkania, wzmożony echem w zderzeniu z mokrą porcelaną i zimną posadzką, której mozaikowy deseń wygląda niemal islamicznie z tak bliskiej perspektywy.
Wywołane przeze mnie zamieszanie buzuje na całego. Zostałem tu na wpół przywleczony przez rzadki tłum pracowników Administracji, w żelaznym uścisku Dyrektora ds. Prac Pisemnych – który najwyraźniej zmienia koncepcję: już myślał, że mam atak epilepsji (stąd siłowe rozwarcie mi ust celem sprawdzenia, czy nie dławię się językiem), że się czymś krztuszę (kaszlałem od podręcznikowego chwytu Heimlicha), że straciłem kontrolę nad sobą w epizodzie psychotycznym (próby odzyskania wzmiankowanej kontroli poprzez zastosowanie rozmaitych postaw i chwytów) – a wokół nas krąży deLint, który usiłuje powstrzymać niewolącego mnie Dyrektora, uczelniany trener tenisa, który powstrzymuje deLinta, i przyrodni brat mojej matki, który przemawia szybkimi kombinacjami polisylab do tria Dziekanów, ci zaś na zmianę sapią, załamują ręce, luzują krawaty, grożą palcem przed nosem C.T. i wymachują ewidentnie już bezużytecznymi arkuszami jak matador muletą.
Przeturlany na wznak po geometrycznych kafelkach, skupiam się potulnie na pytaniu, dlaczego amerykańskie toalety traktowane są przez nas w sytuacjach kryzysowych jak infirmerie, miejsca odzyskiwania kontroli. Moja głowa tkwi w kołysce podołka klęczącego Dyrektora, który tamponuje mi twarz szarobrunatnymi papierowymi ręcznikami, odebranymi z czyjejś ręki wysuniętej z grupy stojących mi nad głową, ja zaś z całą naturalnością, na jaką mnie stać, wpatruję się w dołeczki na dyrektorskich policzkach, najbardziej widoczne wzdłuż linii dolnej szczęki – blizny po dawno przebytym trądziku. Wuj Charles, prawdziwie niezrównany wciskacz kitu, szasta nim bez umiaru, próbując udobruchać mężczyzn, którym porządne otarcie czół przydałoby się znacznie bardziej niż mnie.
– Nic mu nie jest – powtarza. – Sami widzicie, spokojniutki, leży sobie.
– Pan nie widział, co tam zaszło – odpowiada mu zgarbiony Dziekan przez rozczapierzone palce.
– Denerwuje się i tyle, czasami, nerwowy dzieciak, pod wrażeniem…
– Ale jakie on wydawał dźwięki.
– Nie do opisania.
– Jak zwierzę.
– Podzwierzęce odgłosy i dźwięki.
– Nie mówiąc o gestach.
– Czy załatwił pan temu chłopcu jakąś pomoc, doktorze Tavis?
– Jak jakieś zwierzę, które trzyma coś w pysku.
– Chłopiec jest zaburzony.
– Jak osełka masła ubijana knyplem.
– Oszalałe zwierzę z nożem w ślepiu.
– Co pan właściwie chciał osiągnąć, próbując zapisać tego…
– A te jego ręce.
– Pan tego nie widział, Tavis. Te jego ręce…
– Młócił nimi jak cepami. Palce mu się rozczapierzały, dygotały, bębniły, wiły się. Merdały. – Grupa ogląda się chwilowo na kogoś poza moim polem widzenia, kto usiłuje coś zademonstrować.
– Jak na filmie poklatkowym o życiu jakiejś potwornej… narośli.
– Brzmieniem najbardziej przypominało to tonącą kozę. Kozę, która się topi w czymś lepkim.
– Taka seria zdławionych pobekiwań i…
– Tak właśnie: merdały.
– Czyżby odrobina merdania z emocji stała się zbrodnią?
– Narobił pan sobie kłopotów. Dużych kłopotów.
– A jaką miał minę. Jakby się dusił. Palił żywcem. Naprawdę czułem się, jakbym oglądał wizję piekieł.
– On ma jakiś kłopot z komunikacją, jest zaburzony komunikacyjnie, nikt temu nie zaprzecza.
– Temu chłopcu potrzeba opieki.
– A pan, zamiast się nim zaopiekować, przysyła go tutaj, żeby kandydował na studia, współzawodniczył?
– Hal?
– Panu się nawet w najgorszych koszmarach nie śniło, ile kłopotów pan sobie narobił, doktorze, tak zwany Wychowawco, pedagogu.
– …dał nam do zrozumienia, że to czysta formalność. Panowie go zaskoczyli i tyle. Nieśmiały…
– A ty co, White? Chciałeś go przyjąć?
– …wrażliwy i potwornie przejęty, został nagle z wami, bez nas, bez swojej grupy wsparcia, bo kazaliście nam wyjść, gdyby nie to…
– Widziałem go tylko w grze. Na korcie jest doskonały. Możliwe, że to geniusz. Nie mieliśmy pojęcia. Jego brat gra w cholernej NFL, na litość boską. Uznaliśmy, że mamy do czynienia z wybitnym tenisistą o południowo-zachodnich korzeniach. Jego wyniki nie mieściły się w tabeli. Obserwowaliśmy go przez cały Turniej WhataBurgera ubiegłej jesieni. Nie wywijał rękami, nie wydawał żadnych dźwięków. Oglądaliśmy istny balet, powiedział mi potem jeden kumpel.
– Święte słowa, White, oglądaliście balet. Ten chłopak jest baletowym wyczynowcem, to gracz.
– W każdym razie ktoś w rodzaju sportowego sawanta. Baletowa kompensacja głębokich problemów, które pan szanowny wolał zatuszować, nakładając mu przed nami kaganiec milczenia.
Para kosztownych brazylijskich espadryli mija mnie z lewej i wchodzi do kabiny, po czym espadryle obracają się i stają noskami do mnie. Ciurkanie do urynału w tle pobrzmiewających słabym echem głosów.
– …lepiej już po prostu pójdziemy – mówi C.T.
– Spokój mojego snu został na zawsze zakłócony, szanowny panie.
– …sobie myślał, że wtryni nam zaburzonego kandydata ze sfabrykowanym świadectwem, przepchnie go bokiem przez parodię rozmowy wstępnej i wciśnie na siłę w gorset rygorów życia akademickiego?
– Hal funkcjonuje, ty dupku. Jeżeli stworzy mu się sprzyjające warunki. Sam radzi sobie doskonale. Owszem, ma pewne kłopoty z kontrolowaniem emocji w rozmowie. Czy słyszeliście, żeby choć raz temu zaprzeczył?
– Byliśmy świadkami zachowania ledwo na poziomie ssaków, szanowny panie.
– Akurat. Spójrzcie sami. Aubrey, jak ci teraz wygląda nasz porywczy młody człowiek?
– Szanowny pan zapewne źle się czuje. To nie jest koniec sprawy.
– Jak to karetka? Czy wy w ogóle nie słuchacie? Mówię wam, że nie ma…
– Hal? Hal?
– Nafaszerować go prochami, wystąpić w roli jego tuby, nie dać mu dojść do słowa i ma pan teraz: leży jak katatonik z wybałuszonymi oczami.
Trzask kolan deLinta.
– Hal?
– …rozdmuchać to publicznie w jakiejś zniekształconej wersji. Nasza Akademia ma wybitnych alumnów, radców prawnych. Hal jest kompetentny, czego można dowieść. Ma takie referencje, że szczęka opada, Bill. Czyta jak odkurzacz. Rozumuje analitycznie.
Ja sobie po prostu leżę, słucham, wącham papierowy ręcznik, śledzę piruet espadryla.
– Życie nie kończy się na siedzeniu i interfejsowaniu, co może być dla was nowiną.
A czy można nie kochać tego szczególnego lwiego ryku spuszczanej wody w toalecie publicznej?
Nie na darmo mawiał Orin, że w tych stronach ludzie poza domem śmigają tylko od klimatyzacji do klimatyzacji. Słońce jak młot. Już czuję, jak jedna strona mojej twarzy zaczyna się smażyć. Błękitne niebo jest lśniące i spęczniałe od upału, nieliczne cirrusy wiatr postrzępił po brzegach w cienkie pasma przypominające włosy. Ruch uliczny nie umywa się do bostońskiego. Nosze są szczególnego typu, na wszystkich czterech rogach mają pasy do unieruchomienia pacjenta. Ten sam Aubrey deLint, którego przez tyle lat lekceważyłem jako płaskiego formalistę, przyklęknął obok noszy na kółkach, żeby mi uścisnąć unieruchomioną rękę i powiedzieć: „Trzymaj się tam, Buckaroo”, zanim się włączył z powrotem w spór administracyjny przy drzwiach karetki. To jest ambulans specjalny, wolę nie myśleć, skąd przysłany, z obsadą nie tylko ratowników medycznych, ale i lekarza psychiatry. Ratownicy podnoszą mnie delikatnie i wprawnie mocują pasy. Lekarz, oparty plecami o bok karetki, unosi obie dłonie w geście beznamiętnej mediacji pomiędzy Dziekanem a C.T., który dalej dźga powietrze anteną komórki jak szablą, oburzony, że niepotrzebnie wiozą mnie karetką na jakiś Ostry Dyżur, wbrew mojej woli i interesom. Płytko poruszona zostaje kwestia, czy zaburzeni w ogóle mają wolę i interesy, a jednocześnie jakiś superszybki myśliwiec, lecący zbyt wysoko, aby dało się go usłyszeć, przecina niebo z południa na północ. Lekarz wzniósł obie ręce i poklepuje powietrze na znak niezaangażowania. Ma potężną sinawą szczękę. Na jedynym Ostrym Dyżurze, na jakim się dotąd znalazłem, nosze psychiatryczne wturlano do środka i zaparkowano przy siedzeniach w poczekalni. Były to gięte krzesła z pomarańczowego plastiku i trzy z nich w dalszej części rzędu zajmowały trzy różne osoby, wszystkie trzymały puste fiolki po lekarstwach i pociły się obficie. Już samo to byłoby dość okropne, a tymczasem na skrajnym krześle, tuż przy moim zabezpieczonym pasami wezgłowiu, siedziała kobieta w T-shircie, z rzemienną cerą, w czapce szofera ciężarówki i z silnym przechyłem na prawą burtę; zwracając się do mnie, skrępowanego i unieruchomionego, zaczęła opowiadać, jak to z dnia na dzień nabawiła się nagłego, anormalnego gigantyzmu prawej piersi, o której mówiła „cycek”; miała niemal parodystyczny quebecki akcent, którym przez blisko dwadzieścia minut, dopóki mnie stamtąd nie wywieźli, relacjonowała stan obecny „cycka” oraz potencjalne diagnozy. Ruch i szlak przelotu odrzutowca przypominały cięcie chirurgiczne, odsłaniające pod błękitem białe mięso, które po przejściu ostrza stopniowo rozszerzało się w klin. Widziałem kiedyś słowo NÓŻ wypisane palcem na zaparowanym lustrze niepublicznej toalety. Stałem się infantofilem. Jestem zmuszony przewracać zamkniętymi oczami w górę lub na boki, żeby nie dopuścić do pożaru czerwonej groty, którą nagrzewa słońce. Ruch uliczny ma charakter ciągły i daje się słyszeć jako „ćśśś, ćśśś, ćśśś”. Słońce, jeśli choć na sekundę zajrzy w rozbiegane oko, wywołuje niebieskie i czerwone plamy, jak migająca żarówka.
– Czemu nie? Czemu nie? Czemu nie nie, skoro najlepsze rozumowanie, na jakie cię stać, to czemu nie?
Głos C.T. zamiera z oburzenia. Teraz kątem prawego oka widzę już tylko waleczne dźgnięcia jego antenki. Odwiozą mnie na jakieś Pogotowie, położą na Oddziale Powypadkowym, gdzie potrzymają mnie, dopóki nie odpowiem na wszystkie pytania, a potem, kiedy już odpowiem, podadzą mi środki uspokajające – czeka mnie więc odwrotność standardowej kolejności jazdy, karetki i oddziału Pogotowia: najpierw jazda, potem odlot. Myślę przelotnie o świętej pamięci Cosgrovie Watcie. Myślę o hipopaliczkowatym terapeucie od żałoby. Myślę o Mamuś ustawiającej w porządku alfabetycznym puszki zupy w szafce nad mikrofalówką. Myślę o parasolu Jegomościa zawieszonym za uchwyt na krawędzi stolika na pocztę tuż za drzwiami sieni Domu Dyrekcji. Kontuzjowana kostka nie bolała mnie przez ten cały rok. Myślę o Johnie „Z.N.P.” Waynie, który wygrałby tegoroczny Turniej WhataBurgera, wyobrażam go sobie, jak stoi na czatach w masce na twarzy, gdy Donald Gately i ja wykopujemy głowę mojego ojca. To prawie niewątpliwe, że Wayne by wygrał. A Venus Williams jest właścicielką rancza pod Green Valley – możliwe, że przyjdzie obejrzeć finały Chłopców i Dziewcząt do lat 18. Jak stąd wyjdę, będę miał jeszcze kupę czasu przed jutrzejszym półfinałem; ufam Wujowi Charlesowi. Dzisiaj wieczorem prawie na pewno wygra Dymphna, który ma szesnaście lat, ale jego urodziny wypadają dwa tygodnie przed graniczną datą 15 kwietnia; więc jutro o 8:30 Dymphna będzie jeszcze zmęczony, podczas gdy ja, na lekach uspokajających, wyśpię się jak suseł. Jeszcze nigdy nie grałem z Dymphną w turnieju, nie grałem też sonicznymi piłkami dla niewidomych, ale obserwowałem go w eliminacjach, przed ćwierćfinałem, gdzie z trudem pokonał Petropolisa Kahna, i wiem, że jest mój.
Zacznie się na Pogotowiu, przy kontuarze recepcji, jeżeli C.T. spóźni się, jadąc za karetką, albo w wyłożonej zieloną glazurą sali za pokojem z agresywnie cyfrową maszynerią; chyba że, skoro mamy ten specjalny ambulans z obsadą lekarską, zacznie się już podczas samej jazdy: jakiś sinoszczęki doktorek, wyszorowany do antyseptycznego połysku, z nazwiskiem wyhaftowanym kursywą na górnej kieszonce białego kitla i z markowym piórem wiecznym od kompletu, zasadzi się przy noszach, domagając się wywiadu, etiologii i diagnozy metodą sokratejską, uporządkowaną i punkt po punkcie. Według szóstej edycji Słownika Oksfordzkiego Języka Angielskiego istnieje dziewiętnaście niearchaicznych synonimów słowa „niekomunikatywny”, w tym dziewięć zlatynizowanych i cztery saksońskie. W niedzielnym finale zagram albo ze Stice’em, albo w Polepem. Może na oczach Venus Williams. Ale to niewątpliwie jakiś fizyczny bez kwalifikacji – pomocnik sanitariusza z poobgryzanymi do żywego mięsa paznokciami, szpitalny ochroniarz, zmęczony salowy, Kubańczyk, który zwraca się do mnie per _jou_, spojrzy z góry w połowie swojej krzątaniny, pochwyci, w swoim mniemaniu, mój wzrok i spyta: „Stary, a ty co mi opowiesz?”.❍
9 MAJA – ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Innym przejawem wpływu ojców na synów jest to, że z chwilą, gdy synowie przejdą mutację, zaczynają odbierać telefon z frazeologią i intonacją ojców. Dzieje się to bez względu na to, czy ojcowie jeszcze żyją.
Ponieważ Hal wychodził z internatu przed 6:00 na poranne treningi i często wracał tam dopiero po kolacji, spakowanie na cały dzień tornistra, plecaka i torby ze sprzętem sportowym, wraz z wybraniem rakiet z najlepszym naciągiem, zabierało mu sporo czasu. Zwłaszcza że zazwyczaj gromadził, pakował i wybierał po ciemku, i to chyłkiem, bo jego brat Mario zwykle spał jeszcze w drugim łóżku. Mario nie trenował, nie umiał grać i musiał się jak najwięcej wysypiać.
Hal trzymał otwartą torbę na sprzęt i przytykał do nosa kolejne pary spodni dresowych, usiłując wybrać po zapachu najczyściejsze, kiedy zadzwonił telefon. Mario rzucił się i usiadł na łóżku: mała zgarbiona figurka z dużą głową na tle szarego światła od okna. Hal dopadł konsoli za drugim dzwonkiem, a za trzecim wyciągnął antenę przezroczystego telefonu.
Odebrał, mamrocząc coś, co zabrzmiało jak „Mmmallooo”.
– Chcę ci powiedzieć – przemówił głos na linii. – Głowa mi pęka od rzeczy do powiedzenia.
Hal trzymał trzy pary spodni dresowych z logo EAT w tej samej ręce, w której trzymał telefon. Ujrzał, jak jego starszy brat ulega sile ciążenia i opada bezwładnie na poduszki. Mario często zrywał się do siadu i opadał z powrotem na śpiąco.
– Nie szkodzi – rzekł cicho Hal. – Mógłbym czekać w nieskończoność.
– Tak ci się tylko zdaje – powiedział głos. Połączenie zostało przerwane. To był Orin.
– Hej, Hal?
Światło w pokoju było upiornie szare, rodzaj nieświatła. Hal usłyszał śmiech Brandta z drugiego końca korytarza. Brandt śmiał się z czegoś, co powiedział Kenkle, i rozległ się brzęk ich dozorcowskich wiader. Osobą, która dzwoniła, był O.
– Hej, Hal?
Mario się obudził. Trzeba było czterech poduszek dla podtrzymania przerośniętej czaszki Maria. Jego głos dobywał się ze skotłowanej pościeli.
– Na dworze wciąż ciemno czy to mi się zdaje?
– Śpij jeszcze. Nie ma nawet szóstej.
Hal wsadził w nogawkę spodni dresowych najpierw zdrową nogę.
– Kto dzwonił?
Wsuwając trzy kompozytowe rakiety Dunlop bez pokrowców do torby sportowej i zasuwając zamek tylko częściowo, żeby zostawić miejsce na wystające uchwyty, znosząc wszystkie trzy torby pod konsolę, żeby wyłączyć dzwonek telefonu, Hal odpowiedział:
– Nie znasz. Nie sądzę.