"Pisanie bierze się z czytania" - Zygmunt Miłoszewski w ogniu pytań

Deszczowy, jesienny dzień. Osnutą listopadową aurą mapę miasta rozświetla jeden punkt – kawiarnia „Jak zawsze”. W pośpiechu kierujemy swe kroki na Bracką 20. Szaroniebieskie sklepienie nad naszymi głowami zdaje się zapowiadać deszcz. „Co za pech, parasol został w biurze” – myślimy – „Na szczęście to rzut beretem od Domów Centrum”. Przyspieszamy, mając nadzieję, że tym razem nie będzie jak zawsze: krople, spadające z nieba niczym pociski, nie zmoczą nas jak zawsze, kawiarniany tłum nie zatarasuje nam wejścia jak zawsze, brak wolnego stolika nie zniechęci nas jak zawsze, opryskliwy kelner nie wzburzy nas jak zawsze, a zimna kawa nie zniechęci nas do odwiedzania stołecznych kawiarni – jak zawsze.

Ku naszemu zdziwieniu od progu wita nas uśmiechnięta kelnerka, wskazując wolny stolik. „Ciekawe miejsce. Wystrój a’la lata 60.” – komentujemy – „Ciekawe, czy podają kawę w musztardówkach i wodę z saturatora?”. Przejrzawszy opasłe menu, decydujemy się zamówić dwa razy małą czarną – nic nie wskazuje bowiem na to, by deszczowe chmury pożegnały Warszawę. Wtem naszą uwagę zwraca niemały tłumek kłębiący się wokół jednego ze stolików. Przedarłszy się przez lożę oczekujących, dostrzegamy siedzącego przy stoliku mężczyznę koło czterdziestki. „Jak zawsze dobrze trafiłyśmy!” – wymieniamy się porozumiewawczo spojrzeniami, przysiadamy się do rozchwytywanego jegomościa i mimochodem rozpoczynamy rozmowę.

- Czy ma Pan jakieś pisarskie zwyczaje? Ulubione miejsce, ulubiony długopis, ulubiona godzina pracy?

- Właśnie nie mam żadnej takiej mitologii. Po prostu siadam i piszę. Na początku na pewno muszę wyjechać na 2-3 tygodnie. Muszę być sam z myślami, by ogarnąć temat, o którym mam pisać. A potem, jak już się rozpędzę, to mogę pisać i w pociągu, i w gabinecie, i w ogóle gdziekolwiek, gdzie tylko mam dostęp do gniazdka, byleby skończyć jak najszybciej. Nie mam żadnych magicznych miejsc, magicznych rytuałów. Nie mam też żadnych magicznych programów – piszę w najprostszym notatniku. Czytelnicy pytają mnie czasami, czy korzystam ze specjalnych edytorów do komponowania powieści. Wyrafinowane programy, które śledzą poszczególne wątki i bohaterów. A ja to wszystko piszę w czymś takim, co normalni ludzie wykorzystują tylko do spisywania listy zakupów. Cała reszta programów jest dla mnie zbyt skomplikowana – i w sumie niepotrzebna. Co jeszcze? No tyję zawsze niestety w czasie pisania, siedzę do późna, zagryzając, rano się potem do sportu wstawać nie chce.

- Co Pan sądzi o nowoczesnych formach czytelnictwa, takich jak ebooki i audiobooki?

- Uważam, że każda forma czytelnictwa jest fajna. Jak pojawiły się ebooki, to wszyscy ludzie płakali, że nie ma zapachu książki. A ja uważam, że tekst to tekst. Bo o co chodzi w literaturze? Chodzi o przygodę – czytamy przecież dla przeżycia jakiejś przygody. A czy tę przygodę dostarcza nam papier, czy czytnik, czy audiobook – to bez znaczenia, co kto woli. Sam używam czytnika, ponieważ dużo jeżdżę. Czytnik to najgenialniejszy wynalazek ludzkości dla kogoś, kto czyta i kto podróżuje. Poza tym na czytniku mam podpięte słowniki, co ułatwia mi czytanie po francusku czy po angielsku. To naprawdę genialne narzędzie. Audiobooków akurat nie słucham, ponieważ jak się zawieszam nad książką, to mogę wrócić w tym samym miejscu, a jak się zawieszę przy audiobooku, to tracę wątek.

- Miał Pan niedawno okazję odwiedzić studio nagraniowe, gdzie aktorzy czytali Pana najnowszą powieść „Jak zawsze”. Jakie były Pana wrażenia? Chciał ich Pan poprawić, czy może dobrze się Pan bawił? Jakie to uczucie, gdy ktoś czyta i interpretuje Pana utwory?

- Problem w tym, że nie lubię swoich słów. Żadnej ze swoich książek nie przeczytałem po tym, jak się ukazały. Nie słuchałem też audiobooka żadnej z nich. Ale oczywiście się cieszę, że moje powieści są nagrywane. W przypadku „Jak zawsze” dobrano fantastyczny zestaw lektorów. Książka opowiada historię pary bohaterów w podeszłym wieku, którzy pewnego dnia budzą się o 50 lat młodsi. W nagraniu wzięły w związku z tym udział dwie pary aktorów: starsza i młodsza. Jest tu Dorota Kolak, która jest fantastyczną aktorką. Uwielbiam ją i mógłbym na nią patrzeć codziennie. Partneruje jej Kazimierz Kaczor. Młodszą parę odgrywają zaś Kamilla Baar-Kochańska i Modest Ruciński, którego prywatnie bardzo lubię.

- Czyli pobyt w studiu wspomina Pan dobrze?

- Tak, zdecydowanie. Sam nagrałem słowa od autora. Był pomysł, by nagrać „Jak zawsze” w formie słuchowiska. Niestety, ze względu na czas musieliśmy z tego zrezygnować. Cieszę się, że ten audiobook udało się nagrać przy współpracy z tak wspaniałymi aktorami, ale jakiś cień żalu we mnie jest. Jestem wielkim fanem słuchowisk, swoistych filmów bez obrazu. Mam nadzieję, że będzie ich powstawało coraz więcej.

- Czy ma Pan jakieś postanowienia noworoczne? Czy w ogóle ma Pan taki zwyczaj, by zmieniać coś od nowego roku?

-  Nie. Wybaczcie, wyszedłem na strasznego nudziarza, ale naprawdę nie mam żadnych postanowień noworocznych. Chciałbym, żeby prawdziwa, śnieżna zima trwała do kwietnia. By po tym całym koszmarze pisania udało mi się trochę pojeździć na nartach.

- To już są jakieś postanowienia. Mimochodem, ale są. Jest jeszcze jedno pytanie, którego nie możemy nie zadać: czy powróci Pan jeszcze do tematyki kryminalnej?

- Teraz nie planuję wracać do kryminałów. Muszę dojść do siebie po premierze. Póki co nie chcę, nie mam pomysłu na fabułę. Myślę z niechęcią o tym, że miałbym wracać do tej całej stylistyki kryminalnej, gdzie główny bohater chodzi w deszczu i, pełen frustracji, prowadzi monolog wewnętrzny. Ale może się okazać, że się obudzę za dwa tygodnie z jakimś pomysłem albo z chęcią na napisanie kryminału. Wtedy usiądę i napiszę, kto mi zabroni.

- Wielu czytelników marzy, by prokurator Szacki się jeszcze pojawił. Czy postanowił go Pan unicestwić raz na zawsze? Czy może jeszcze kiedyś powróci?

- Chwilowo nie planuję go przywracać. Ktoś ostatnio pytał mnie, czy pozwoliłbym na tworzenie fanfików. Moja odpowiedź brzmi: nie.

- Pracował Pan wcześniej jako dziennikarz, więc pisanie z pewnością nie było Panu obce. Co było dla Pana impulsem do napisania nie kolejnego artykułu, a tym razem pierwszej książki? Może w dzieciństwie miał Pan jakiegoś pisarza, który wywarł na Panu szczególne wrażenie, który rozbudził w Panu chęć pisania?

-  Takich książek i autorów było bardzo dużo. Byłem dzieckiem, które czytało bez przerwy. Pisanie bierze się z czytania. Nie ma pisarzy nieczytających. Chyba. Z jednej strony byłem dzieckiem lekturowym, ale z drugiej – czytałem wszystko, co mi wpadło w ręce. W pamięć zapadła mi na pewno Astrid Lindgren, zwłaszcza „Bracia Lwie Serce”. To jedna z najważniejszych lektur w moim życiu. Pamiętam wszystkie Tomki, Pany Samochodziki, powieści przygodowe Karola Maya. Ale czytałem też wszystko, co było u matki na półkach, czyli „Anię z Zielonego Wzgórza” razem z apokryfami, „Pollyannę”. Naprawdę mnóstwo tego było.

- Dziękujemy serdecznie za rozmowę.

Żegnamy się z rozmówcą i, z wypiekami na twarzy, niespiesznie opuszczamy niezwykłą kawiarnię „Jak zawsze”. Zamierzamy podzielić się tym, co udało nam się usłyszeć od naszego niecodziennego rozmówcy. Jesteśmy zgodne co do tego, że tym razem zdecydowanie nie było jak zawsze!

 

Zdjęcia autora: Maksymilian Rigamonti