„Zależy mi na tym, by książka została z czytelnikiem na długo po lekturze” – rozmowa z A.J. Finnem

Doktor literatury, doświadczony wydawca kryminałów, a wreszcie… bestsellerowy pisarz! A.J. Finn, autor ebooka Kobieta w oknie, opowiada Virtualo o swojej recepcie na sukces, o tajnikach rynku wydawniczego, a także o własnych życiowych doświadczeniach, które znalazły odzwierciedlenie w jego debiutanckiej powieści.

Twoja debiutancka powieść trafiła na listę bestsellerów „New York Timesa”. To wielki sukces, a zarazem rzadka sytuacja. Jak ci się to udało? Jak sądzisz, w czym tkwi wyjątkowość Kobiety w oknie?

To jest po prostu arcydzieło, najlepsza książka, jaka kiedykolwiek powstała (śmiech). Tak na poważnie, są trzy czynniki, które sprawiły, że ta książka odniosła taki sukces. Po pierwsze, mój wydawca wykonał wspaniałą, tytaniczną pracę. Zaangażował dystrybutorów, księgarzy, influencerów, by przeczytali i zrecenzowali książkę jeszcze przed premierą. Robiąc coś takiego, mój wydawca wysłał sygnał branży, że wierzy w tę książkę i uważa, że warto w nią zainwestować. Pomogło także to, że w świat poszła informacja o tym, że prawa do filmu na podstawie Kobiety w oknie zostały sprzedane. Film będzie miał premierę w przyszłym roku, a w tym roku zaczynają się zdjęcia.

Drugi powód, dla którego wydaje mi się, że książka została tak dobrze przyjęta przez czytelników na całym świecie, to fakt, że Kobieta w oknie ma troszkę więcej do zaoferowania pod kątem emocjonalnym i intelektualnym niż inne książki z tego gatunku. To thriller, a zarazem książka, która porusza wiele ważnych, głębokich tematów, które znajdują swoje odzwierciedlenie w doświadczeniach wielu czytelników. Poza tym Anna, główna bohaterka powieści, różni się od innych protagonistek thrillerów. Moja bohaterka nie jest czekającą na ratunek księżniczką w wieży. Anna nie czeka na mężczyznę, który jej pomoże. Ona sama siebie musi uratować i pomóc samej sobie. Sama musi przejąć kontrolę nad swoim życiem.

Podsumowując, po pierwsze mój wydawca zrobił kawał dobrej roboty, po drugie książka zyskała uznanie czytelników dzięki temu, że mogli się z nią utożsamiać, a po trzecie – miałem sporo szczęścia. Z jakiegoś powodu udało mi się napisać właściwą książkę we właściwym czasie. A tego nie da się przewidzieć. Przez ostatnie 15 lat w branży wydawniczej widzieliśmy wiele książek, które pojawiały się dosłownie znikąd, nie były podobne do niczego i z nieznanego powodu ściągały na siebie uwagę całego świata i zdobywały sympatię czytelników. Od Kodu da Vinci, przez Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet, po 50 twarzy Greya. Te książki nie mają nic ze sobą wspólnego, a każda z nich wstrząsnęła rynkiem wydawniczym. Jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl o nich, to: fart.

Później na rynku pojawiało się wiele bardzo podobnych do nich książek, które próbowały powtórzyć ich sukces. Ale niekoniecznie się to udało.

Masz rację. Wielokrotnie pytano mnie, czy nie chciałem wznieść się na sukcesie np. Zaginionej dziewczyny czy Dziewczyny z pociągu. Mam na to dwie odpowiedzi. Po pierwsze, całe życie spędziłem na czytaniu kryminałów. Moja dysertacja doktorska na Oksfordzie dotyczyła tego gatunku, a poza tym spędziłem 10 lat w branży wydawniczej, gdzie zajmowałem się właśnie kryminałami.

Po drugie, gdybym rzeczywiście chciał się dorobić na tym trendzie, opublikowałbym swoją książkę 6 lat temu, zaraz po tym, jak ukazała się Zaginiona dziewczyna. Odczekałem tyle czasu, ponieważ wcześniej nie miałem pomysłu na żadną historię, którą chciałbym opowiedzieć. Nie chciałem również pisać powieści, która byłaby naśladowcza, wtórna.

Spędziłeś wiele lat w branży wydawniczej. Nasuwa mi się w związku z tym takie pytanie: czy sądzisz, że da się wypromować absolutnie wszystko, nawet mierną literaturę, i wykreować bestseller?

50 twarzy Greya (śmiech). Z mojego doświadczenia w branży wynika, że nie ma czegoś takiego jak stuprocentowy pewniak. Jednym z powodów, dla których zostałem w swojej pracy jeszcze przez 15 miesięcy od momentu sprzedaży praw do wydania mojej książki w Stanach Zjednoczonych, było to, że w trakcie swojej kariery zawodowej niejednokrotnie widziałem, jak książki, w które pompowano miliony dolarów, które promowano z wielkim rozmachem i pozycjonowano jako niekwestionowane hity, ukazywały się, po czym okazywały się totalną klapą.

Może nie powinienem tak krytykować 50 twarzy Greya, bo tak czy inaczej, trzeba przyznać, że z jakiegoś niezrozumiałego powodu ta książka obiła się szerokim echem i skradła serca milionów czytelników na całym świecie. Ale o wiele częściej zdarza się tak, że książki, które zostały wypromowane z pomocą potężnej machiny marketingowej, dobrze zaczynają, przez chwilę jest o nich głośno, ale później czeka je bardzo szybka śmierć. To może się przytrafić także książkom, które wcale nie są złe.

Mam wrażenie, że żyjemy w takich czasach, w których każdy może napisać książkę, każdy może być pisarzem. Dzieje się tak, że książki piszą ludzie, którzy niekoniecznie mają coś ciekawego do powiedzenia, np. celebryci, blogerki itd. Jak odnosisz się do tego jako obecny pisarz z jednej strony, a z drugiej jako były wydawca?

Uważam, że to jest rzeczywiście problematyczna kwestia – zarówno z perspektywy obecnego pisarza, jak i byłego wydawcy. Na świecie jest za dużo książek. Na świecie jest za dużo książek wydanych własnym nakładem. Nie chcę przez to powiedzieć, że jeśli coś zostało przez kogoś wydane własnymi siłami jest niedobre. Co więcej, wydawcy publikują masę złych książek. Nie można w związku z tym mówić, że coś, co ukazało się własnym nakładem jest albo słabej jakości, albo nie znajdzie czytelników. Tak samo nie można zakładać, że jeśli coś jest opublikowane pod szyldem jakiegoś wydawcy, to musi być bardzo dobrą książką albo okazać się hitem. Jeśli pytasz mnie o zdanie, wydawcy powinni publikować mniej książek, ale lepszej jakości. Powinni mieć ostrzejsze kryteria przy wyborze tytułów do publikacji.  

Jest to z pewnością związane z koniecznością wypełnienia luk w planie wydawniczym.

Myślę, że masz rację. Przecież wydawcy muszą wyrobić budżet, spełnić wytyczne, mają pracowników, którym muszą zapewnić stałe zajęcie. Mamy niestety bardzo dużo świetnych książek, które nie załapują się na taką promocję, na jaką zasługują. Jest też masa bardzo złych książek, które się nadmiernie promuje. Cieszyłbym się, gdybym mógł zobaczyć, jak wydawcy odwracają tę proporcję. Uważam, że wydawcy powinni nie tylko publikować mniej książek i publikować książki lepszej jakości, lecz także powinni w lepszy sposób je później promować i staranniej wydawać.

Wspomniałeś o self publishingu i chciałabym pociągnąć ten temat. Dużo takich książek ukazuje się w ebookach. Co sądzisz o nowoczesnych formach czytelnictwa? Czy sam czytasz ebooki lub słuchasz audiobooków?

Sam nie czytam ebooków i rzadko zdarza mi się słuchać audiobooków, chociaż nie mam nic przeciwko tym formom czytelnictwa. Wręcz doceniam to, że one istnieją. Mogę mówić tylko o rynku brytyjskim i amerykańskim, ponieważ na tych się znam. Pamiętam, że mniej więcej 8 lat temu branża wydawnicza stanęła nad przepaścią. W trakcie tego kryzysu wszyscy się obawiali, że ebooki wygryzą do reszty książki papierowe, a cały rynek zapadnie się w sobie. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Ebooki nie dość, że stworzyły nową niszę dla czytelników, to zachęciły do czytania ludzi niezainteresowanych wcześniej książkami. W efekcie powstała nowa grupa osób czytających ebooki oraz duża grupa tych, którzy czytają zarówno, ebooki, jak i papier.

Problem, moim zdaniem, z ebookami na rynku amerykańskim i brytyjskim jest taki, że ich cena jest nieproporcjonalnie niższa od książki papierowej. Czasami są tańsze przez cały czas trwania licencji, czasem są to promocje ograniczone czasowo. Wpływa to według mnie negatywnie na czytelnictwo w ogóle. Czytelnicy przyzwyczajają się, że książka kosztuje 1-2 dolary/funty i jest dobrem tanim. Taki czytelnik nie odczuwa w związku z tym, by książka była wartościowa, a czytanie – wyjątkowym doświadczeniem. Wszyscy są temu winni. Zarówno wydawcy, self publisherzy, a także (i chyba przede wszystkim) Amazon.

Audiobooki znacznie rzadziej są tak mocno przeceniane jak ebooki. Audio to najszybciej rozwijający się format na całym anglojęzycznym rynku. Przez ostatnie lata praktycznie każdego roku statystyki się zwiększają o dwucyfrowe wyniki. Audiobooki stworzyły nowych czytelników. Wielu z nich słucha książek np. podczas drogi do pracy czy do szkoły. To jest czas, którego oni często nie mogliby w innym przypadku przeznaczyć na czytanie książki drukowanej lub ebooka. Dlatego audiobooki stworzyły zupełnie nową grupę odbiorców.  

Co sądzisz o self publishingu? Czy myślisz, że w przyszłości self publishing przejmie rynek i tak naprawdę rolę tradycyjnych wydawców?

Bardzo ciekawe pytanie, cieszę się, że je zadałaś. Rzadko zdarza się, bym dostawał pytania dotyczące branży wydawniczej, a przecież przez wiele lat w niej pracowałem. Czy self publishing wyprze w pewnym momencie  tradycyjnych wydawców? Nie wydaje mi się. Na pewno nie w najbliższym czasie. Nie spodziewałbym się takiego rezultatu. Nie wiem jak będzie, ale raczej nie spodziewałbym się takiego scenariusza.

Warto zauważyć, że odkąd ebooki weszły na rynek 10 lat temu, żaden duży, uznany autor nie zdecydował się na to, by samodzielnie publikować swoje książki w ebookach. Nawet ci, którzy już osiągnęli sukces. W Stanach rynek wydawniczy działa bardzo prężnie. Autorzy self publishingowi nie mają możliwości, jakie ma wydawca: nie mogą ani pozwolić sobie na druk, ani wypuścić takich ilości egzemplarzy na rynek, ani nie mają kontaktu z dystrybutorami. Przez to nie mogą swoich książek tak efektywnie promować i sprzedawać. Z pełnym szacunkiem do autorów publikujących własnymi siłami, muszę stwierdzić, że rynek woli autorów, którzy mają tradycyjnego wydawcę. Myślę, że dopóki istnieją tradycyjni wydawcy, self publishing nie stanowi dla nich zagrożenia.

Zachęcałbym wydawców, by zwracali uwagę na książki publikowane samodzielnie. To jest materiał, który przeszedł już  pierwsze testy na żywym organizmie. To są książki, które zostały już przez kogoś przeczytane i można zobaczyć, jak sobie radzą. To dobra okazja dla wydawców. Na przykład E L James zaczynała od self publishingu. Można też w ten sposób odnieść sukces. Zwróćmy uwagę na to, że teraz publikuje tradycyjnie – ma wydawców.

Porozmawiajmy teraz o tobie i twojej książce. Dlaczego zdecydowałeś się pisać pod pseudonimem i skąd wziął się A.J. Finn?

Postanowiłem zastosować taki zabieg z trzech powodów. Po pierwsze, kiedy napisałem Kobietę w oknie, sam pracowałem, jak wiesz, jako wydawca. Moja kariera toczyła się dobrze, byłem znany w branży w USA i w Wielkiej Brytanii. Nie chciałem, żeby brali pod uwagę moją tożsamość podczas czytania manuskryptu. Chciałem, żeby książka obroniła się sama. Kiedy wydawcy dali znać, że chcieliby złożyć ofertę na wydanie mojej książki, nie grałem w to dalej – ujawniłem swoją prawdziwą tożsamość. Pomijając pierwszą fazę pracy nad znalezieniem wydawcy, nigdy nie robiłem tajemnicy z tego, kim jestem.

Drugi powód jest taki, że nie zamierzałem zostawiać mojej pracy. Uznałem, że to mogłoby wywołać zmieszanie i być nieprzyjemne, gdyby autorzy, dla których jestem wydawcą, zobaczyli moje nazwisko na półce w księgarni tuż obok swojej książki. W końcu jednak odszedłem z pracy, więc olać to (śmiech).

Oprócz tego bardzo cenię sobie swoją prywatność. Nie miałbym ochoty widzieć wszędzie swojego imienia i nazwiska. Ten pseudonim pozwala mi uporządkować swoje życie w głowie. Jako Dan Mallory najchętniej siedzę w swoim mieszkaniu, czytam książki, piszę, oglądam filmy. Ale kiedy spotykam się z dziennikarzami (co oczywiście bardzo lubię), podpisuję książki, jestem na spotkaniach autorskich, wtedy przełączam się na tryb A.J. Finna. To nie znaczy, że to zupełnie inna postać. To część mojego życia, część mnie. W dodatku to część, o której istnieniu dotychczas nie wiedziałem.

Jesteś od lat ściśle związany z branżą wydawniczą, o czym już wspominaliśmy. Przez lata pracy jako wydawca zapoznałeś się z całą masą powieści – lepszych i gorszych. Wiesz także, jak funkcjonuje rynek. Czy to doświadczenie zawodowe wpłynęło na twoją twórczość? Czy praca zainspirowała cię do tego, by napisać i spróbować wydać własną powieść?

Powiedziałbym, że wręcz odwrotnie. Jako wydawca często spotykałem sfrustrowanych i nieszczęśliwych pisarzy. Przed napisaniem własnej powieści powstrzymywało mnie przede wszystkim to, że nie miałem historii, którą chciałbym opowiedzieć. Poza tym nie czułem się na tyle pewnie, by zakładać, że ktokolwiek zechciałby poświęcić swój czas i pieniądze, by przeczytać coś, co ja napisałem.

Ale jakby nie patrzeć, miałeś świetny warsztat.

Tak, moje doświadczenie w branży było przydatne w procesie wydawania książki – wiedziałem, jak to wszystko działa. Ale nie pomogło mi to w samym pisaniu. Owszem, doskonale wiem, jak redagować książkę, i rzeczywiście – te umiejętności bardzo mi się przydały podczas pracy nad Kobietą w oknie. Do tego stopnia, że opublikowana powieść jest praktycznie niezmienioną wersją maszynopisu, który wysłałem wydawcy.

Najbardziej jednak pomogło mi to, że całe życie dużo czytałem. Jako dziecko pochłaniałem powieści Agathy Christie i opowieści o przygodach Sherlocka Holmesa. Jako nastolatek zaczytywałem się w książkach Patricii Highsmith. Jako doktorant pisałem rozprawę o powieściach detektywistycznych, kryminalnych. Później wylądowałem w branży wydawniczej i zacząłem nie tylko czytać książki z tego gatunku, lecz także je wydawać. Dzięki temu, że tak dużo czytałem, nauczyłem się wielu sztuczek wykorzystywanych przez pisarzy kryminałów. Poznałem rytm tych powieści i nauczyłem się, jak powinny działać poszczególne elementy fabuły. Mogłem dzięki temu instynktownie skonstruować swoją powieść według prawideł gatunku, zasad sztuki.

Doświadczenie w branży wydawniczej naprawdę pomogło mi w samej promocji książki. Wielu pisarzy nie docenia swoich zagranicznych wydawców. Uważam, że to niemądre. Pisarze anglojęzyczni nierzadko mogą zbudować swoją popularność i zysk właśnie na wydaniach nieanglojęzycznych swoich powieści. Mogą odnieść sukces poza własnym rynkiem. Poza tym nieważne, jak duży jest dany rynek, nieważne, jak dużą zaliczkę zapłaci dany wydawca. Nie mogę zapominać, że ten wydawca we mnie uwierzył i zainwestował. W związku z tym chcę, by ta inwestycja mu się zwróciła, opłaciła. Oprócz tego pracowałem ciężko nad tą powieścią. Chciałbym, żeby czytali ją nie tylko Amerykanie, lecz także Polacy, Czesi, Szwedzi i inni.

Tytułową Kobietą w oknie jest Anna Fox, która cierpi na agorafobię. Jest samotna, nie wychodzi z domu, a jej jedyne kontakty ze światem zewnętrznym to internet i telewizja oraz podglądanie życia sąsiadów. Co zainspirowało cię do stworzenia tej postaci? Ile z ciebie jest w Annie?

Zacząłem pisać Kobietę w oknie sześć tygodni po tym, jak zdiagnozowano u mnie zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Wcześniej przez 15 lat zmagałem się z mylnie zdiagnozowaną głęboką depresją. Chciałem jakoś wykorzystać swoje doświadczenia i zabrać na piśmie głos w sprawie zdrowia psychicznego. Nie chciałem jednak napisać książki o depresji. Uznałem, że to będzie zbyt dołujące, przykre do napisania, a później niezbyt atrakcyjne dla czytelników.

To, co najbardziej cenię w thrillerach i powieściach kryminalnych, to fakt, że czasami te powieści mogą być doświadczane przez czytelników, odbierane na dwóch poziomach. Na powierzchni odbiorca wciąga się w zwroty akcji, fabułę. Kiedy jednak zajrzymy pod powierzchnię, możemy dostrzec tam głębsze i autentyczne doświadczenie. Chciałem stworzyć książkę, która byłaby sprawna fabularnie – jak na thriller przystało. Zależało mi też na tym, by ta książka została z czytelnikiem na długo po lekturze. Myślę, że właśnie dlatego Kobieta w oknie odniosła taki sukces na całym świecie. Zarówno na poziomie intelektualnym, jak i emocjonalnym miała do zaoferowania czytelnikom więcej niż przeciętny thriller.

Wydaje mi się, że Kobieta w oknie to trochę metafora współczesnego świata. Ludzie, choć nie cierpią na agorafobię, nierzadko więcej czasu poświęcają na śledzenie cudzego życia niż na własne. Oglądają reality show, śledzą plotki w internecie, obserwują swoich znajomych w mediach społecznościowych. Czy pisząc Kobietę w oknie, myślałeś właśnie o tym?

Na pewno nie zrobiłem tego świadomie, zwłaszcza, że przed napisaniem Kobiety w oknie, zanim zostałem bestsellerowym pisarzem, nie byłem zaangażowany w żaden sposób w media społecznościowe – nie miałem ani Facebooka, ani Instagrama, ani Twittera. Nie interesowało mnie to. Postanowiłem stworzyć bohaterkę cierpiącą na agorafobię, ponieważ wydawało mi się to ciekawym zabiegiem fabularnym. Tak, jak Anna jest uwięziona we własnej głowie, tak samo w sensie fizycznym jest uwięziona we własnym domu.

Z czasem też dotarło do mnie, że to, co się dzieje z Anną, jest odpowiedzią na to, co ma miejsce we współczesnym świecie. Internet łączy nas z innymi ludźmi, ale też paradoksalnie nas od nich izoluje. Sieć daje idealne warunki, by prezentować fałszywy, wyidealizowany obraz siebie. Przez to też trudniej nawiązać czy utrzymać relacje z innymi ludźmi. Trudniej jest nam ich zrozumieć i właściwie zinterpretować ich zachowania. I to właśnie przytrafia się mojej bohaterce. Dlatego myślę, że masz absolutną rację, mówiąc, że to, co przytrafia się Annie, jest w pewien sposób analogią tego, co wielu ludzi doświadcza w codziennym życiu. Zwróciło moją uwagę to, że wielu czytelników powiedziało mi później, że rzeczywiście: życie Anny przypomina ich własne. W dzisiejszym świecie możemy streamować sobie rozrywkę z internetu, możemy zamawiać jedzenie online, możemy komunikować się ze swoimi przyjaciółmi przez dostępne komunikatory. Jest to bardzo podobny styl życia – wcale nie musimy wychodzić z domu. Dobrowolnie stajemy się więźniami nowoczesności.

Dziękuję serdecznie za miłą rozmowę.

 

Autor zdjęć: Kuba Celej