„Im mocniej kochamy siebie, tym więcej miłości przeniesiemy na innych” – wywiad z Anną H. Niemczynow

Pełna spokoju ducha, ciepła i optymizmu. Jej książki niosą pozytywny przekaz, uczą akceptacji i koncentrowania się na tym, co w życiu dobre.  Anna H. Niemczynow opowiada o swojej nowej powieści Powiedz życiu tak, Lili, o pisarskich początkach, a także swojej przygodzie z audiobookami. Przeczytaj cały wywiad z autorką.

Tytułowa bohaterka powieści Życie cię kocha, Lili powraca w Pani najnowszej książce. Czy może Pani zdradzić, co tym razem spotka tryskającą optymizmem Liliannę?

Myślę, że czytelnik będzie miał większą frajdę, jak sprawdzi to sam (śmiech). Mogę zdradzić, że na pewno będzie inspirująco. Powieść Życie cię kocha, Lili, oparłam na afirmacjach, czyniąc je tytułami rozdziałów. Afirmacje to pozytywne stwierdzenia, sformułowane w czasie teraźniejszym. W trakcie ich powtarzania na głos, czy w myślach, tworzymy w sobie pozytywne przekonania, które stopniowo wypierają te stare i kompletnie nam niesłużące.

Kontynuację przygód Lili Powiedz życiu tak, Lili, oparłam z kolei na iluminacjach, które są  wizjami i sugestiami zmian. Kiedy zaczynamy wprowadzać je w codzienność, jej jakość poprawia się diametralnie, a co za tym idzie - stajemy się spokojniejsi, bardziej rozluźnieni i akceptujący to, co nas otacza.

Obie Lilki, jak to lubię je nazywać, są swego rodzaju poradnikami ubranymi w lekką i zabawną fabułę. Zależało mi na tym, aby na kartach powieści umieścić jak najwięcej dobra i wrażliwości. Moim marzeniem było i nadal jest, aby czytelnik po odłożeniu lektury uśmiechnął się do siebie szeroko i był dla siebie łagodniejszy. Aby umiał sobie powiedzieć „Ej… Życie Cię kocha, powiedz mu tak, nie bierz go tak poważnie i wreszcie odczep się od siebie” (śmiech).

Lili to jedna z najbarwniejszych i najbardziej pozytywnych postaci polskiej literatury obyczajowej. Dlaczego warto ją poznać?

Lili jest młodą kobietą, której życie wcale nie jest usłane płatkami róż. Jej mama nie żyje, a tata zaginął. Dziewczynę wychowała babcia, która nauczyła ją tego, że życie trzeba brać takim, jakie jest i ze wszystkich sił starać się nie mieć oczekiwań. To trudne, ale warto o tym pamiętać.

Lili każdy dzień zaczyna od słów „Cześć Lili, co tam? Życie cię kocha”, a potem postanawia się od siebie odczepić i zamiast koncentrować się na tym, co jej nie wyszło, albo o zgrozo na swoim niedoskonałym wyglądzie, ona po prostu żyje. Powiedziałabym, że przepływ życia przez jej osobę jest tak niesamowity, że porywa swoim nurtem czytelnika.

Od samego początku pisania tych powieści chodziło mi o to, aby nie koncentrować się na dramatach, a na tym, co w ludziach dobre.

Stworzyła Pani postać, która jest w stanie wyciągnąć za uszy z największego dołka. Czego czytelnicy mogą nauczyć się od Lili?

Lili swoją postawa pokazuje, że wszystko jest zmienne. To jedyny pewnik naszej egzystencji. Logicznie rzecz ujmując, nie możemy być pewni tego, czego doświadczymy za godzinę, czy dwie, a dajemy sobie prawo do wyświetlania w naszych głowach negatywnych filmów odległej przyszłości. To prosta droga do życia w lęku. A Lili jest inna, uczy bycia tu i teraz.
Owszem, bywa jej smutno i potrafi płakać, lecz ona daje sobie do tego prawo. Nie karci siebie za własne słabości i nie ocenia ich. Akceptuje wszystkie swoje emocje jako integralną część jej osobowości i to jest piękne. Akceptacja jest kluczem do bezwarunkowej miłości. Im mocniej kochamy siebie, tym więcej miłości przeniesiemy na innych.

Pani książki mają wyjątkowy walor psychologiczny. Czy pisanie powieści podnoszących na duchu, motywujących do działania i wzięcia życia we własne ręce to dla Pani swego rodzaju misja, cel?

Zawsze, zanim zasiądę do pisania, zmawiam modlitwę i proszę Stwórcę o to, aby, pomógł mi tak połączyć słowa w zdania,  by niosły one pozytywną wartość, zachęcały do refleksji. Zależy mi na pisaniu historii z tak zwanym drugim dnem. Głęboko wierzę w to, że wszystko, co napisałam, zostało mi podyktowane. Sama nie dałabym rady. Wsparcie „Szefa” z góry jest nieocenione.

Jak to się stało, że została Pani pisarką? Czy było to Pani odwieczne marzenie?

Odkąd pamiętam pisałam. Najpierw pamiętniki, później wiersze i różnego rodzaju opowiastki, których często nikt nie rozumiał (śmiech). Pamiętam sytuację z czasów mojej wczesnej młodości. Byłam wtedy uczennicą Liceum Ogólnokształcącego nr 3 w Stargardzie Szczecińskim. Moja wychowawczyni, będąca jednocześnie polonistką, zadała nam jakieś wypracowanie. Odpłynęłam w nim totalnie, zagłębiając się w świat swojej wyobraźni, co zaowocowało tym, że napisałam coś kompletnie nie na temat. Kiedy oddałam kartkę, przepełniała mnie duma. Wierzyłam, że nauczycielka pozna się na moim talencie i pochwali mnie przy całej klasie. Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, kiedy dwa tygodnie później usłyszałam słowa: „Laskowska, coś ty tam nawypisywała? Nawet na mierny nie dało się naciągnąć!”. Zapłonęłam. Było mi gorąco, duszno i myślałam, że spalę się ze wstydu i to chyba wtedy po raz pierwszy pomyślałam „Ja ci jeszcze kiedyś pokażę”. (śmiech)

Dziś myślę sobie, że pani profesor Anita Osak zrobiła to kompletnie nieświadomie. Zwłaszcza, że mam podstawy ku temu, by twierdzić, że byłam jedną z jej ulubionych uczennic. Czasami się zastanawiam nad tym, czy którakolwiek z moich książek trafiła w jej ręce, ponieważ – jak się okazuje – tamten moment był niezwykle istotny na mojej pisarskiej drodze.

Później przez wiele lat zajmowałam się różnymi rzeczami i kończyłam co chwilę inne studia, wmawiając sobie, że jeszcze jestem za młoda na wydanie książki. Życie płynęło, a ja marzyłam. Aż wreszcie uznałam, że jeśli nie zrobię nic, to nigdy nie spełnię swoich marzeń. I tak powstała pierwsza historia W maratonie życia. Jej fabułę wymyśliłam, biegnąc maraton. Przebiegłam 42 km! Nie trudno się domyślić tego, jak mocno byłam zdeterminowana (śmiech).

Czy trudno było wydać pierwszą książkę?

No właśnie nie. Nasłuchałam i naczytałam się opowieści o tym, jak to trudno zadebiutować. Liczyłam się z tym, że zanim zostanie opublikowana pierwsza powieść, ja będę miała ich w szufladzie już kilka. Życie jednak napisało dla mnie inny scenariusz i już po dwóch tygodniach od złożenia ofert wydawniczych, odezwało się pierwsze zainteresowane wydawnictwo. Skakałam i płakałam z radości. Natychmiast podpisałam umowę i potem… chęć opublikowania tej samej książki wyraziły jeszcze dwa inne wydawnictwa. Miałam zatem wielkie szczęście. Nigdy nie pisałam do szuflady. Jestem za to wdzięczna.

Skąd czerpie Pani inspiracje do tworzenia fabuły i postaci? Wzoruje je Pani na konkretnych osobach, sytuacjach, a może na własnym doświadczeniu?

Jestem samotną obserwatorką. Uwielbiam swoje towarzystwo i muszę się pilnować, aby się w tej samotności nie zatracić. To niesamowite i może trochę sprzeczne, ponieważ równie mocno jak samotność kocham ludzi. Nieustannie myślę o innych, tworząc w wyobraźni różnorakie scenariusze alternatywnych zachować w odniesieniu do tej samej sytuacji. Nie to, co się dzieje jest kluczowe, lecz reakcja na to, co się dzieje. Ludzie są dla mnie nieustającym źródłem inspiracji. Uwielbiam ich słuchać i mam to szczęście, że jak już gdzieś się pojawiam, to spotykam na swojej drodze tych, którzy pragną być wysłuchani. A ja umiem i lubię słuchać innych, i to chyba jest ta cała tajemnica.

Czy czyta Pani ebooki i czy słucha Pani audiobooków? Co sądzi Pani o nowoczesnych formach czytelnictwa?

Ebooków nie czytam. Nie mam na czym. Wiem, że czytnik to fantastyczne urządzenie pozwalające zaoszczędzić miejsce na półce i czasami w walizce, ale jakoś  jeszcze się go nie dorobiłam (śmiech). Może dlatego, że ja uwielbiam papier. Każdego wieczoru zatapiam się w lekturze. To jest dla mnie niesamowity relaks i możliwość obcowania z piórem innym, niż własne.

Uwielbiam też to, co zwiemy „drugim życiem książki”. Mieszkam za granicą, gdzie dostęp do polskich książek w wersji papierowej jest trochę ograniczony, więc kiedy tylko mogę i mam okazję, obdarowuję rodaków słowem pisanym w czystej postaci.

Natomiast jeśli chodzi o audiobooki, to proszę sobie wyobrazić, że niedawno je odkryłam i zauważyłam, że są doskonałym towarzyszem podczas samotnego biegania, sprzątania domu czy podróży do Polski. Tak wkręciłam się w to całe słuchanie, że mam już nawet swoich ulubionych lektorów. Nasi polscy aktorzy nie tylko czytają książki, oni je odgrywają! Szalenie mi się to podoba. Anna Cieślak, Edyta Olszówka, Filip Kosior, Agata Kulesza - mogłabym ich słuchać nawet wtedy, jakby czytali książkę telefoniczną (śmiech).

Jakie są Pani plany na przyszłość? Czytelnicy mogą się spodziewać powieści obyczajowej, czy może chciałaby Pani spróbować sił w zupełnie innym gatunku?

Dawno temu wyrosłam z planów. Wolę mieć marzenia. Niezależnie od gatunku w którym będę się poruszać, chciałabym cały czas mieć te same wypieki na twarzy, kiedy zasiadam to pisania nowej historii. Pisanie, oprócz tego, że jest moją pracą, jest dla mnie również niesamowitą rozrywką. Nie mam pojęcia, co tam „Szef” mi podyktuje. Mam za to ufność, że będzie to coś fajnego i tego się trzymam.

 

Rozmawiała: Katarzyna Urbaniak-Bil

Zdjęcie Anny H. Niemczynow: Przemek Niemczynow