„Im spokojniejsze czasy, tym więcej się czyta kryminałów” – rozmowa z Maksem Czornyjem

To nie przesada twierdzić, że Polska kryminałem stoi. Na rodzimej scenie kryminalnej każdy z czytelników znajdzie coś dla siebie: klasyka gatunku, kryminały retro, komediowe czy noir - jest w czym wybierać, zarówno w formie ebooka, jak i audiobooka. Kolejni młodzi twórcy tego gatunku błyskawicznie zdobywają szczyty list bestsellerów. Remigiusz Mróz, Katarzyna Bonda, Marcin Wroński, Katarzyna Puzyńska, Olga Rudnicka, Wojciech Chmielarz, Bartosz Szmigielski, Zygmunt Miłoszewski, a także... Max Czornyj. W rozmowie z Virtualo pisarz opowiedział o swoim zamiłowaniu do przedmiotów z duszą, o pracy adwokata, a także o swoich pisarskich doświadczeniach. Zachęcamy do lektury!

Internet mówi o Tobie, że lubisz starocie, rewolwery, wino i sery pleśniowe. Nazywa Cię ekscentrykiem. Jak się czujesz z tą łatką?

Wiesz, nie postrzegam tego w kategoriach ekscentryczności, bo dla mnie to jest normalne. Od dziecka mieszkałem w domu, w którym były stare przedmioty, od zawsze przykładało się wagę do tradycji i kultury, do spuścizny przodków. Nic dziwnego, że otaczam się porządnymi, starymi rzeczami. Nie mógłbym otoczyć się rzeczami z masowej produkcji.  To są przedmioty bez duszy. Mam satysfakcję, gdy ktoś do mnie przychodzi, przygląda się starym lustrom, zegarom i pyta mnie, jak mogę posiadać takie przedmioty, w końcu tylu ludzi z nich korzystało, umarło w ich otoczeniu. A dla mnie to jest przyjemne, bo taki przedmiot nasącza się tymi ludźmi, tym bardziej, że w większości są to rzeczy rodzinne. To taka przyjemność, która daje poczucie czegoś istotniejszego. Tego, że nie jesteśmy osadzeni tylko tu i teraz. Przebywanie wśród rzeczy nasiąkniętych historią to jest to, co pozwala nabrać chęci do życia, a nie uznać, że życie to marność nad marnościami. A przede wszystkim daje poczucie nieustannej bliskości przodków.

To ciekawa perspektywa, bo ja na przykład nie lubię antyków, starych rzeczy. Mam poczucie, że nie chciałabym żyć czyjąś historią, wolę tę historię napisać od nowa.

Wiesz, pisać historię od nowa można wszędzie. Te przedmioty, które są ze mną, były u moich dziadków, pradziadków, chciałbym przekazać je swoim dzieciom, wnukom itd. Dzięki temu wiem, że ta historia, którą ja napiszę, nie pójdzie do śmietnika razem ze mną. Otoczenie się rzeczami z historią pozytywnie nastraja mnie do życia. Odpędza deszczowego psa.

Czyli przedmioty mają duszę.

Mają, mają. Od pewnych przedmiotów czuć pozytywną aurę i ma się przekonanie, że poprzednio należały do porządnych ludzi.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że kochasz pisać i dlatego między innymi wybrałeś prawo. Dlaczego? Przecież teksty tworzone przez prawnika są z reguły nudne, objęte sztywnymi ramami i co do zasady nie ma tam miejsca na to, by puścić wodze fantazji.

Oj, mylisz się. Wystarczy przeczytać pierwszą lepszą apelację (śmiech).

Czemu nie wybrałeś np. dziennikarstwa, filologii?

Pisanie nie miało być sednem. Chodziło o to, żeby móc skończyć studia, które dadzą szansę na spokojne utrzymanie. Mój pradziadek był prawnikiem i być może został mi po nim jakiś gen. Meandry prawa, kodeksy, interpretacje przepisów, to wszystko mnie kusiło. Mogłem pójść na historię, ale nie mam predyspozycji do kontaktu z dziećmi, więc nie mógłbym uczyć w szkole. A gdybym pracował na uczelni, pewnie nudziłbym się jeszcze bardziej. Prawo z kolei przyszło tak naturalnie. Oprócz tego myślałem o tym, by pójść do szkoły podoficerskiej, ale uznałem, że chyba się do tego nie nadaję. Myślałem również o tym, by pójść do marynarki cywilnej, ale tam tez bym się nie popisał. A gdybym jeszcze wypłynął gdzieś na pół roku, to już w ogóle byłoby kiepsko. Kajuty są ciasne i nawet na luksusowych statkach obija się je masówką imitującą drewno. Poza tym non stop przebywa się w zamkniętym towarzystwie. To nie dla mnie. Zostało mi prawo i ubieganie się o licencję maklerską. Padło na to pierwsze. A pisać można przecież zawsze...

Skąd bierzesz pomysły na brutalne zbrodnie, obecne w Twoich kryminałach? Czy znajdujesz inspiracje w pracy adwokata? Czy w Twoich powieściach pojawiają się postacie inspirowane prawdziwymi osobami?

Tak, są. Wydarzenia fikcyjne z tymi prawdziwymi się przeplatają. Także z tymi, które zasłyszałem na przykład na korytarzu sądowym. Często jest tak, że te sytuacje, które wydają się odbiorcom nieprawdopodobne, wydarzyły się naprawdę. Mam na myśli m.in. historię Deryły. Czasem zarzuca mi się, że opisane w książce wydarzenia z jego przeszłości są nierealne.

Tymczasem jedna z historii jest całkowicie prawdziwa. Sytuacja wyglądała tak, że pewna para wybrała się w daleką podróż. W jej trakcie doszło do wypadku. Kobieta poniosła obrażenia, ale była przytomna. Jej ciało zostało praktycznie zmasakrowane. Mężczyzna próbował ją ratować, lecz czas dojazdu karetki do miejsca wypadku był bardzo długi. Kobieta poprosiła partnera, by pomógł jej odejść. Wiedziała, że umrze, zresztą on też nie miał złudzeń. Obrażenia bez wątpienia były śmiertelne. W ten sposób mężczyzna dokonał na niej specyficznej eutanazji. To potwierdza, że często sytuacje, które wydają nam się abstrakcyjne, wydarzyły się naprawdę.

Jeśli zaś chodzi o opisywanie zabójstw, to po prostu samo przychodzi. Siadam, zaczynam pisać, a konkretne sceny widzę jak swego rodzaju zdjęcia, jak film – klatka po klatce. Nie siadam do komputera i nie szukam w internecie, jak zabić człowieka. Mam to w głowie. Na wiele sposobów (śmiech).

A jeżeli chodzi o postaci?

One są konglomeratem ludzi, których spotkałem, których widziałem w telewizji, z którymi się przyjaźnię itd. Któraś z postaci może mieć na przykład twoje cechy.

W porządku, w takim razie czekam na następną powieść (śmiech).

Cieszę się, że zachęciłem do czytania.

Zajmujesz się prawem karnym, piszesz o zbrodniach w swoich powieściach. Jak myślisz, skąd się bierze zło?

Taka podstawowa definicja mówi, że zło jest brakiem dobra. Ale czym w takim razie jest dobro? Trudno uchwycić definicję zła, ponieważ wszystko zależy od perspektywy. Patrząc na  zwyrodnialca – i mówię to też jako adwokat – w jego postępkach trzeba dostrzec coś, co pozwoli w jakiś sposób zracjonalizować motywy jego działania. To często trudne. W tym sensie zło jest tym, co z czyjejś lub jakiejś perspektywy – na przykład prawa karnego – jest oceniane negatywnie. Na przykład z perspektywy mordercy to, co sam czyni, może być oceniane jako dobro – i bardzo często zresztą tak jest.

Jeżeli jakiś system etyczny, moralny, uważa na przykład zabójstwo za zło, to jest to już kwestia perspektywy. Nie ma czegoś takiego jak obiektywnie postrzegane zło. Każde, nawet najbrutalniejsze zabójstwo, można postrzegać z jakiejś perspektywy jako dobro. Eutanazja, aborcja płodu zagrażającego życiu matki, wykonanie kary śmierci – to dla jednych zło, a dla innych wcale nie.

Jak sprawa Kajetana P. i kwestia jego poczytalności?

Tak. Zabójca może stworzyć sobie jakąś ideologię, wedle której będzie święcie przekonany, że czyni dobro. Jest to tak naprawdę jakieś egoistycznie rozumiane dobro – w końcu sprawca robi to tylko dla siebie, np. myśląc, że się samodoskonali.

Współczesna cywilizacja wyrzekła się postrzegania dobra w sposób indywidualny. Wszystko dąży do uogólnienia, czasem do spłycenia sensu. Chodzi o to, by stworzyć spójną definicję dobra. To tendencja nie tylko w etyce, ale przecież także w polityce czy doktrynie prawa. Trzeba też rozróżnić zabójstwo od morderstwa. Na przykład eutanazja jest zabójstwem, ale jest niejednoznaczna moralnie. I to nawet w tej najszerzej postrzeganej moralności.

Jak aborcja?

Tak, tak samo aborcja. Nawet samobójstwo albo samobójstwo rozszerzone w jakichś skrajnych sytuacjach. Rozróżnianie dobra i zła to jest mechanizm, który powstaje w każdym indywidualnym przypadku.

Czyli w pewnym sensie zło jest w nas.

Tak.

Jaka była najbrutalniejsza, a zarazem najtrudniejsza dla Ciebie sprawa, na jaką natrafiłeś w swojej praktyce adwokackiej? Znajdziemy ją w którejś z Twoich powieści?

Jest wiele spraw, które mnie poruszyły. O dziwo, nie fascynuje mnie zabójstwo, gdzie mężczyzna zabił młotkiem przypadkową osobę, po czym twierdził, że tak naprawdę uprowadzili ją kosmici. To autentyczna historia. Zetknąłem się też ze sprawą męża, który na wieść o zdradzie odciął żonie głowę. To są zabójstwa, które są brutalne i wywołują emocje.  Bulwersują, ale nie fascynują.

Jednak najbardziej poruszające dla mnie są takie historie, jak np. sprawa młodego chłopaka, który został oskarżony o spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Zginęło w nim kilka osób, które siedziały w prowadzonym przez oskarżonego samochodzie. On sam w wyniku tego wypadku bardzo ucierpiał.

Nie chcę rozstrzygać kwestii jego winy. Oskarżony cały czas twierdził, że w chwili wypadku nie prowadził tego samochodu, że jest niewinny. I rzeczywiście: materiał dowodowy – m.in. nagrania ze stacji benzynowych, zeznania świadków itd. – potwierdzał, że kierowcy w ciągu kilku godzin często się zmieniali. Do auta dosiadały się kolejne osoby, przesiadały się itd. Wiele dowodów wskazywało na to, że oskarżony rzeczywiście mógł nie prowadzić tego pojazdu. Psy nie wyczuły jego zapachu na siedzeniu kierowcy, nagrania z kamer również nie były jednoznaczne, ślady krwi oskarżonego były po prawej stronie, a nie po lewej. Ale znalazły się też takie dowody, które przemawiały za tym, że chłopak jest winny. Ostatecznie przekonały sąd do wydania wyroku skazującego.

To jest sprawa, która wciąż we mnie siedzi. Patrzyłem temu chłopakowi w oczy, jeździłem do aresztu śledczego, rozmawiałem. A on cały czas powtarzał, że jest niewinny, że przysięga, że w chwili wypadku nie był za kółkiem.

On jako jedyny przeżył?

Tak, zginęli właściwie wszyscy jego przyjaciele. Został więc podwójnie ukarany, dodatkowo zlinczowany przez lokalne środowisko.

Wiadomo, że zasada domniemania niewinności nie istnieje w społeczeństwie.

Sąd wydał wyrok skazujący, kasacja została odrzucona. A ja w sumie wciąż nie wiem. Patrząc w oczy oskarżonego, widziałem może nie tyle niewinność, co to, że on po prostu nie pamięta chwili wypadku. Wiadomo, że wyrok jest prawomocny i się z nim nie dyskutuje. Mimo to istnieje możliwość, że chłopak siedzi w więzieniu, ale zupełnie nie pamięta za co, że jest przekonany o własnej niewinności. To jest coś, co potrafi zniszczyć umysł i jest trudne do przełknięcia.

W swoich książkach poruszasz również ważne problemy naszej rzeczywistości, jak chociażby odsiadujący wyroki więźniowie, którzy zostali niesłusznie skazani czy głośna w ostatnim czasie sprawa księży, którzy dopuścili się pedofilii. Czy przemycając do powieści te wątki masz na celu zwrócenie uwagi na te problemy, czy może próbujesz zabrać głos w tych kwestiach?

Nie. Żadna z moich książek nie była pisana pod jakiś z wątków czy tematów społecznych. Sprawy, sytuacje, postaci, które widziałem na bilbordzie w mieście, w reklamie itd. zostały przefiltrowane. Nie jest tak, że jeśli mówi się w danym momencie np. o pedofilii wśród księży, to ja siadam i o tym piszę. Staram się raczej trzymać daleko od takich spraw. Ale mózg filtruje wszystkie informacje.

Jest to głośny w ostatnim czasie w debacie publicznej temat.

Tak,  z pewnością to we mnie siedzi i znajduje odzwierciedlenie w książkach. Ale sam celowo na pewno nie poruszyłbym tych kwestii. Zaczęły się swego czasu pojawiać głosy od czytelników dotyczące Deryły – że jest antyklerykałem. Nie mogłem się zgodzić z tym, że jestem atakowany dlatego, że taki miałem pomysł na tę postać. Że komisarz stał się taki a taki. Oskarżano mnie, że w swoich książkach atakuję Kościół, co jest oczywiście nieprawdą. To poglądy jednego z wielu bohaterów.

Wiemy, że Lublin to Twoje miasto rodzinne. Podobnie jak w kryminałach retro Marcina Wrońskiego, tam też dzieje się akcja Twoich powieści z Erykiem Deryłą. Właśnie: czemu nie piszesz kryminałów retro?

Z trzech przyczyn. Po pierwsze jest na pewno mniej czytelników tym zainteresowanych. To jest najbardziej racjonalny powód. Po drugie kryminał retro wymaga przeprowadzenia dogłębnego reasearchu, co odebrałoby mi znaczną część zabawy płynącej z pisania. Jeśli musiałbym wykonać dogłębne badania, to nie miałbym przyjemności gładkiego prowadzenia akcji. Po trzecie: gdybym nawet napisał coś osadzonego w przeszłości, obawiałbym się, czy nie popełnię choćby najdrobniejszego błędu.

Kiedy chcę poczytać o czasach minionych, wolę po prostu sięgnąć po książkę pisaną w danym okresie, a nie po coś, co napisał współczesny autor. Jeśli chcę np. poczytać o wieku XIX, sięgam po Tołstoja, Dickensa, Londona itp. Oni wyrażali dokładnie to, co ludzie wtedy czuli, myśleli. A współcześnie – jak bardzo by nie zgłębić materiału – nigdy do końca nie odda się tego klimatu.

No dobrze, zdradzę, że napisałem coś o czasach przeszłych, co kosztowało mnie mnóstwo wysiłku jeżeli chodzi o reasearch. Musiałem spróbować wniknąć w psychikę tych ludzi sprzed wielu dekad – przecież mentalność była niegdyś zupełnie inna niż dzisiaj. I to jest największa trudność dla współczesnych autorów. Ciężko jest im wyobrazić sobie, że ludzie w minionych epokach mogli myśleć i postrzegać świat zupełnie inaczej. Repertuary kin, wydarzenia, topografia, to wszystko jest do zweryfikowania. Ale mentalność?

Gdzie powinien udać się czytelnik, który chciałby podążyć śladami komisarza Deryły?

Miejsca, w których pojawia się często Deryło, to znajdujące się w rzeczywistości w Lublinie sądy, siedziby policji, prokuratury. Można więc ruszyć szlakiem śledczych. Oprócz tego oczywiście kamienica Cztery Iksa, zlokalizowana naprzeciwko Katedry Lubelskiej. Tam miały miejsce tortury i morderstwa z „Grzechu”. W „Pokucie” akcja dzieje się również w okolicy Trybunału Koronnego, zlokalizowanego na Starym Mieście. W żadnej z książek nie ma za to informacji, o tym, gdzie Deryło mieszka. Celowo nie chciałem go nigdzie osadzić. Do pracy skądś dojeżdża, mam swoje domysły, gdzie to może być, ale Deryło mi tego nie zdradził (śmiech).

Pierwszy trup pojawia się przy stacji benzynowej na Sławinku, blisko Ronda Krwiodawców. Mieszkałem kiedyś niedaleko tego miejsca. Trzecie morderstwo zostało popełnione w dzielnicy, do której właśnie się przeprowadzam.

Czyli trochę na własnym podwórku?

Tak, oswajam przestrzeń (śmiech). Co więcej, dokładnie w jednym z tych miejsc, w których osadziłem ofiary, w niedługim czasie po premierze książki rzeczywiście doszło do zbrodni.A to już nie jest zabawne.

Jak wygląda Twoja praca nad książką? Najpierw reaserch, potem rozpisanie całego planu, a dopiero potem rozpoczęcie pisania czy Twój modus operandi jest zupełnie inny?

Zależy od tego, co mam na warsztacie. Jeżeli powstaje cykl o Deryle, to nie chcę sobie psuć w jakikolwiek sposób zabawy z pisania. Gdybym wiedział, jak będzie wyglądała książka, to jej pisanie byłoby dla mnie bezsensowne. Akcja musi mnie zaskoczyć. Wtedy wiem, że zaskoczę czytelnika. Moje emocje są emocjami odbiorcy.

Czyli nie znasz zakończenia?

Nie znam, czasem mam tylko bardzo ogólny zarys. W trylogii wiedziałem, kto prawdopodobnie może być zabójcą. Dlatego miałem możliwość temperować niektóre sceny i nie zdradzać niczego przedwcześnie – gdyby okazało się, że właśnie ten bohater jest mordercą. Nie rzucałem sobie płyt pod nogi, by nie musieć ich później rozbijać i przerabiać książki. Dopuszczałem jednak możliwość, że tym zabójcą okaże się ktoś zupełnie inny. Na przykład zakończenie Ślepca zaskoczyło mnie całkowicie.

Chciałem się zaskakiwać, te sceny mają pobudzać moje emocje. Jeśli pisanie zaczyna mnie nudzić, nie ma tej adrenaliny, wtedy usuwam akapit czy dwa. Po prostu muszę być w tej historii, musi mi to sprawiać przyjemność, musi się coś dziać. Taki mam zamysł, by samemu się dobrze bawić. W Najszczęśliwszej ze względów czysto technicznych miałem przygotowany pewien zarys, bo tam musiały się pewne fakty mocno pozazębiać i ta historia nie mogła się rozejść. Ale też pewne elementy zmieniły się w trakcie pisania.

Co prywatnie czyta Max Czornyj? Oczywiście pomijając akta (śmiech). Sięgasz po książki swoich konkurentów, czytasz książki osadzone we Włoszech, czy może nurkujesz w przeszłość?

Nie przepadam za literaturą współczesną. Kryminały czytam czysto rozrywkowo, najczęściej na wakacjach czy w pociągu. Aktualnie skończyłem czytać polskie tłumaczenie Pamiętników Casanovy. Niestety jest niepełne, czego bardzo żałuję. Oprócz tego Żywot własny Celliniego… W ogóle lubię pamiętniki, bo dają mi obraz danej epoki. Bardzo mi się to podoba, że mogę wejść w ówczesną mentalność i sposób postrzegania. A jeśli jeszcze są to kultowe postaci, jak właśnie Cellini, Delacroix, Casanova – to dla mnie gratka.

Ostatnio dostałem na prezent i zacząłem czytać Niewyraźne portrety napisane przez reżysera, Paola Sorrentina. To bardzo ciekawa książka, z fajną koncepcją. Słynny fotograf zrobił kilkadziesiąt zdjęć przypadkowo spotkanych ludzi, którzy zgodzili się na udział w projekcie. Sorrentino do każdego z tych zdjęć dopisał historię, w stylu: To jest Elena. Elena lubi tańczyć. Wczoraj była w barze itd. Czyli cała historia dorobiona do zdjęcia. Fotografie są oczywiście dołączone do książki.

Z moich ulubionych książek, to na pewno wymienię jeszcze Rękopis znaleziony w Saragossie. Tylko że to jest taka książka, którą trudno czytać po raz kolejny od A do Z. Lubię sięgać sobie po nią wyrywkowo. Jako że jest to powieść szkatułkowa, raz na jakiś czas wracam do jednej z krótkich historii. Lubię także czytać Biblię, jest ona zbiorem doskonałych przypowieści.

Oprócz tego polecam Il Gattopardo – czyli po polsku Kotowatego – błędnie nazwanego Lampartem di Lampedusy. To doskonały rys epoki i zmieniających się pokoleń. A przedmioty z duszą mają w nim szczególne, metaforyczne znaczenie.

To przywodzi mi na myśl Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy. Polecam.

Nie czytałem tego jeszcze, choć kojarzę zarys fabuły. Może być ciekawe.

Uwielbiasz wszystko, co łączy się z minionymi epokami. Co w takim razie sądzisz o nowoczesnych formach czytelnictwa? Czytasz ebooki lub słuchasz audiobooków?

Słucham, to naprawdę dobra rzecz. Przede wszystkim, gdy jadę samochodem. Bardzo lubię audycje z książkami. Ale najbardziej z tego wszystkiego lubię mieć książkę papierową jako przedmiot, dlatego nie sięgam po ebooki, nie mam czytnika.

Teraz wcale nie trzeba mieć czytnika, co jest fajne. Można czytać ebooki na tablecie czy smartfonie, wystarczy ściągnąć aplikację. Na większości telefonów można ustawić „tryb nocny”, który znacznie wygasza jasność ekranu, dzięki czemu nie męczy się wzrok.

Jeśli już czytam na jakimś urządzeniu, to właśnie na telefonie. Tyle że są to zazwyczaj PDF-y, bo Biblioteka Narodowa czy Biblioteka Guttenberga mają w tym formacie wiele książek. Nigdzie indziej te tytuły nie są osiągalne.

Ale audiobooki swoich powieści masz, prawda?

Tak, najnowszy Ślepiec również ukazał się w audiobooku. Bardzo podoba mi się interpretacja trylogii o Deryle w wykonaniu Roberta Jarocińskiego. Co jest ciekawe, przy audiobooku po raz pierwszy słyszałem zupełnie inaczej zinterpretowany tekst, niż ja go pisałem. Jest taka scena w Grzechu, gdzie są przerywniki: „Raz, dwa, trzy”. Dla mnie to były oddechy bohaterki, która leżała w wykopanym grobie. A Jarociński zinterpretował to z innej perspektywy. Czytał to tak, jakby szufla nabierała w tym momencie piasek. Pomyślałem, że to naprawdę dobre! Mimo tego, że nie o to mi chodziło.

Niedawno wyszła Twoja kolejna powieść – wspomniany Ślepiec. Czemu Gdańsk, a nie Lublin? Lublin to terytorium wyłącznie Deryły? (śmiech).

Nie, po prostu Lublin się chwilowo nieco zużył. W ilości zabójstw prześcignął Warszawę i Łódź razem wzięte... A Gdańsk to jedno z moich ulubionych miast w Polsce, dlatego musiało w końcu i dla niego znaleźć się miejsce. Gdańsk oddał mi swój urok. To, co mi dał, musiałem mu oddać, pisząc. To jedyny powód. Ale jest też tak, że trzeba bywać w danym mieście, by móc o nim pisać.

Początkowy zamysł był taki, że start akcji miał się rozgrywać na drodze krajowej niedaleko Gdańska. Myślałem, że być może potem akcja przeniesie się do Lublina. Ale pisząc Ślepca, w zasadzie nie miałem żadnego schematu. Ślepiec pisał się scena po scenie. Wydarzenia otwierające powieść miały być tylko wstępem wstępów, bez większego znaczenia dla całej fabuły. Miały ją po prostu gdzieś, w jakimś momencie spinać. Tak wyszło, że został jednak Gdańsk.

Czyli Gdańsk stał się trochę bohaterem?

Nie powiedziałbym, że w moich powieściach miasto jest bohaterem. Jest swoistym tłem dla wydarzeń. Bo to, o czym piszę, może zdarzyć się wszędzie. Dlatego jeśli ktoś czyta i się boi, czuje jakieś emocje, to czułby to samo w innym mieście, nawet w jego własnym. Staram się tak przedstawić fabułę, by czytelnik czuł, że jego też to wszystko dotyczy. To jest najistotniejsze. Jeżeli mi się to udaje, to jestem naprawdę zadowolony.

Pisarze raczej osadzają akcję w miejscu, które znają – wtedy są wiarygodni.

No właśnie, można łatwo popełnić błąd. Jak się nie zna miejsca, to trzeba wszystko dokładnie sprawdzić, by nie umieścić na przykład trolejbusów w mieście, w którym ich w ogóle nie ma. Jaki byłby sens pisania całkowicie współczesnej powieści i sprawdzania każdego szczegółu? Miałbym się opierać na Google Maps?

Tym bardziej, że miasta dynamicznie się teraz zmieniają.

Tak, zmieniają się nazwy ulic, upadają pomniki.

Morderca, tytułowy Ślepiec, jest dość… ekscentryczny. Wykłuwa bowiem swoim ofiarom oczy. Inspirowałeś się sprawami, z którymi miałeś do czynienia jako adwokat czy sięgnąłeś po historie znanych morderców, np. Kuby Rozpruwacza?

Dwa razy nie. To, dlaczego morderca tak działa, wyjaśnia się w powieści. Wydłubywanie oczu nie jest tu po prostu obłędem. Wbrew pozorom to nie wytwór chorego umysłu. Cała akcja jest bardzo realistyczna. Morderca nie jest wymyślnym typem, po prostu pasuje do rzeczywistości. Cztery Iks jest zaś postacią niemalże z pogranicza fikcji i realności. To takie książkowe wynaturzenie. Natomiast tutaj, w Ślepcu, morderca jest istotny. Motyw jest bardzo wiarygodny, bardzo racjonalny. Wszystko układa się w spójną historię. Wydłubywanie oczu nie jest działaniem dla samego wydłubywania oczu.

Czyli nie jest to rodzaj fetyszu, nie o to chodzi?

Być może tak, być może nie.

Liza Langer to policjantka, której przydzielono sprawę brutalnego morderstwa. Pomaga jej młody profiler Orest Rembert. Powiedz nam coś więcej o głównych bohaterach Ślepca.

Liza Langer jest o tyle ciekawą postacią, że z powodu traumy cierpi na depresję. Nie jest jasno powiedziane, co ją wywołało. Pojawiają się pewne tropy, sygnały związane z jej przeszłością miłosną. Nie ma to związku ze zdradą, ale ze śmiercią narzeczonego. Jest to przykład osoby dręczonej stresem pourazowym. Psychoterapeuta zalecił jej wizualizować nadchodzący smutek. Przybrał on kształt deszczowego psa. Oprócz tego Liza to osoba inteligentna, zdolna, skrupulatna, ambitna. Nie chce się poddać temu, co ją ogarnia. W jej postać zlały mi się losy osób, które znam, dlatego podkomisarz jest według mnie bardzo realistyczna.

Profiler to z kolei chłopak przesiąknięty różnymi teoriami psychologicznymi. Taki typowy psycholog, bym powiedział. Zresztą mój przyjaciel jest psychologiem i dużo mi przy tej książce pomagał. Głównie konsultowałem z nim kwestie dotyczące narzędzi terapeutycznych. Nie chciałbym stworzyć niczego całkowicie oderwanego od rzeczywistości albo absurdalnego.

Wydaje mi się, że jeżeli pisarz tworzy w książce trochę głębszy portret psychologiczny postaci, czytelnikowi jest się łatwiej wczuć w tę postać, poczuć do niej empatię. Obecnie jest trend na thrillery z bardzo głębokim tłem psychologicznym. Tak myślę, że może to nie jest pozbawiona sensu moda. Może czytelnikom jest łatwiej?

Niektórzy mieli za złe Deryle, że nie jest alkoholikiem, ćpunem, nie ma strasznych traum z przeszłości, rozwodu, tylko normalne życie rodzinne. Ale dzięki temu jest naturalny. Jednym się to podoba, innym nie. Nie miałbym przyjemności z pisania o jakimś degeneracie.

Mam wrażenie, że to się już utarło na polskiej scenie kryminalnej – bohater, o którym mówisz, który ma jakieś ciągnące się problemy z przeszłości, jest alkoholikiem, używa wulgaryzmów bez względu na to, do kogo mówi, jest trochę ekscentryczny. Jak pojawia się coś innego, to jest zaskoczenie i stąd ta krytyka, bo ludzie się przyzwyczaili.

Tak, to prawda. Choć nie mam wielkiego rozeznania, to zauważyłem, że i w polskich, i w zagranicznych kryminałach pojawiają się tacy bohaterowie.

Dziękujemy za miłą rozmowę.

Cała przyjemność po mojej stronie.

 

 

Zdjęcia autora: Bartosz Pussak