„Każdy z nas ma w sobie optymizm. Czasami trzeba go tylko szturchnąć i obudzić” - wywiad z Magdaleną Witkiewicz

Bawi, wzrusza, ciekawi. Jej książki są polecane w ramach biblioterapii osobom po przejściach. Nigdy się nie poddaje i jest pełna optymizmu. Magdalena Witkiewicz, w rozmowie z Virtualo, opowiedziała o swoich pisarskich początkach, o historii swojej rodziny i pracy nad powieścią Jeszcze się kiedyś spotkamy. Zachęcamy do przeczytania wywiadu.

Cała pani w niezapominajkach dzisiaj.

Tak, jestem cała w niezapominajkach. Tak już mam – po premierze powieści Czereśnie zawsze muszą być dwie chodziłam cała w czereśniach (śmiech).

Tym razem chodzi o ozdobione niezapominajkami magiczne filiżanki z powieści Jeszcze się kiedyś spotkamy. Zakochani, rozdzieleni przez wojnę, obiecali sobie, że jak się jeszcze kiedyś spotkają, to w tych filiżankach wypiją razem herbatę. Adela czekała i zachowała te filiżanki na tę wyjątkową chwilę. Nie będziemy jednak zdradzać, czy udało jej się spotkać z ukochanym.

Wiadomo, że skończy się dobrze, jak wszystkie moje książki.

O to czytelnicy nie muszą się martwić. Chciałabym zapytać wpierw o to jakie były Pani pisarskie początki? Czy pisanie od zawsze było Pani marzeniem? Czy na początku trudno było pani znaleźć wydawcę?

Nigdy nie myślałam o tym, że będę pisarką. Nie było to nawet w sferze moich marzeń. Pisanie książek było dla mnie za mało realne, by w ogóle móc o tym marzyć. Zostałam pisarką trochę przez przypadek – podczas urlopu macierzyńskiego wzięłam komputer i zaczęłam pisać. Oczywiście wcześniej pisałam wypracowania szkolne, potem długo prowadziłam własny blog, lubiłam pisać listy.

Pamiętam, że miałam raz taką myśl, żeby napisać książkę. Ale ostatecznie stwierdziłam, że: jak to, ja? Przecież pisarze to nie są zwykli ludzie. Mają z pewnością niezwykłe umiejętności, których mi brak. Ostatecznie jednak stało się: zaczęłam pisać. Pamiętam, jak miałam 3 rozdziały mojej pierwszej książki, wszyscy mówili mi, że to się nie uda – szczególnie w Polsce. Wysłałam jednak tę próbkę do nieistniejącego już wydawnictwa. Odpisali mi krótko, że chcą resztę!

Kiedy skończyłam pisać tę powieść, wysłałam całość do wydawnictwa Moniki Szwai. Pamiętam, że odpisała mi: „Tak się śmieję, że nie mogę się opanować. Jak się opanuję, to napiszę więcej”. I rzeczywiście, wydała moją pierwszą książkę. Z debiutem nie miałam wobec tego problemów, udało mi się znaleźć wydawcę. Po drodze pojawiały się oczywiście przeszkody, były wzloty i upadki. Wydawcy odrzucali na przykład Opowieść niewiernej. Pisali, że – owszem – książka jest dobra, ale taka tematyka się nie sprzeda. Kiedy wreszcie się udało i Świat Książki zdecydował się wydać tę powieść, okazało się, że to jeden z ich największych bestsellerów w tamtym czasie.

Niektórzy mogą sobie myśleć, że Magdalena Witkiewicz jest pisarką, wszystko jej w życiu wychodzi. A to nie tak. Myślę, że po prostu jestem osobą, która szybko się otrząsa po porażkach. W pierwszym momencie intensywnie przeżywam niepowodzenia, a później wstaję, otrzepuję się i mówię: „Ja wam wszystkim jeszcze pokażę”.

Czyli ten swój optymizm, pozytywne podejście do życia i porażek przelewa Pani na karty swoich powieści.

Tak, myślę, że każdy z nas ma w sobie optymizm. Czasami trzeba go tylko szturchnąć i obudzić. Najważniejsze, by cieszyć się z drobiazgów, bo to właśnie one składają się na szczęście.

Wiadomo, dlaczego Pani książki są polecane w ramach biblioterapii.

Tak, to prawda, są polecane. To projekt, który cały czas się rozwija. Jest podzielony na różne sytuacje, np. książki, które warto czytać w przypadku zdrady małżeńskiej – Opowieść niewiernej, w przypadku śmierci bliskiej osoby – Po prostu bądź, w przypadku choroby – Pierwsza na liście itd.

To naprawdę piękne.

Pamiętam, jak przyszła do mnie dziewczyna, której historia poruszyła mnie dogłębnie. Powiedziała, że czytała Czereśnie po prostu muszą być dwie w szpitalu psychiatrycznym po próbie samobójczej. Jak przeczytała tę książkę, pomyślała, że może jednak warto żyć. To właśnie uważam za sukces. Jej przypadek jest niesamowity.

Czyli można powiedzieć, że Pani powieści są po trosze psychologiczne.

Myślę, że tak. Podczas pisania często konsultuję się z psychologami, żeby nie oderwać się od rzeczywistości. Choć moje książki wydają się lekkie, łatwe i przyjemne, zawsze mają w sobie drugie dno.

Bohaterowie Pani powieści są niezwykle barwni, a wydarzenia – jak z życia wzięte. Skąd czerpie Pani inspiracje?

Z życia właśnie! Codziennie mijamy tyle fantastycznych osób. Myślę, że tak naprawdę każdy z nas mógłby być bohaterem powieści. Czasem ktoś coś powie, czasem coś kogoś spotka – to są właśnie niesamowite inspiracje. Na przykład w przypadku książki Jeszcze się kiedyś spotkamy inspiracją również było życie. Zainspirowały mnie losy mojej babci i mojego dziadka, który zaginął na wojnie. Pisząc tę książkę, chciałam w jakimś sensie stworzyć jego alternatywną historię.

Jest Pani niezwykle wszechstronną pisarką. Tworzy Pani nie tylko powieści obyczajowe, lecz także książki dla dzieci. Niedawno miał również premierę thriller Cymanowski młyn, napisany wspólnie ze Stefanem Dardą. W którym z tych gatunków czuje się Pani najlepiej? Czy jest jeszcze jakiś gatunek, w którym chciałaby Pani spróbować swoich sił?

Lubię bawić się słowem, sprawdzać na nowych polach. Czytelnicy, którzy znają moje powieści, wiedzą, że raz piszę wzruszająco, raz zabawnie. To taki mój płodozmian literacki. Bardzo chciałabym kiedyś napisać thriller, ale boję się, że musiałabym go wydać pod pseudonimem, bo chyba nikt nie przeczyta thrillera Witkiewicz (śmiech).

W którym z gatunków, których Pani próbowała, czuje się Pani najlepiej?

Wszystko zależy od sytuacji. Po wzruszającej lekturze muszę się rozbawić. Z kolei bardzo lubię czytać thrillery i to po nie sięgam najczęściej.

Trochę detoks.

Tak, to taki detoks po tej słodkości (śmiech).

Akcja Pani najnowszej powieści Jeszcze się kiedyś spotkamy dzieje się na dwóch planach czasowych. Z jednej strony obserwujemy Justynę, której ukochany Michał niespodziewanie wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Z drugiej zaś – jej babcię, Adelę, która czeka, aż jej miłość wróci z wojny. W życiu obu czekających kobiet pojawiają się inni mężczyźni. Losy wnuczki i babci są paralelne. Czy w ten sposób chciała Pani pokazać, że mamy w swojej naturze skłonność do powielania błędów naszych przodków?

Tak, to jest nawet udowodnione naukowo. Chciałam to pokazać, a także, przez pryzmat filiżanek, napisać o kruchości życia. Jest ono przecież tak krótkie i tak kruche, że nie warto czekać w nieskończoność. Trzeba cieszyć się tym, co jest i nie być ślepym – czasem szczęście jest wokół nas. Jeśli patrzymy zbyt daleko i czekamy, możemy przegapić to, co jest tuż obok.

Właśnie to próbują cały czas uświadomić Justynie jej mama i przyjaciółka Magda. Ona jednak z uporem maniaka odrzuca te rady.

Tak, przecież Michał obiecał jej, że wróci, a my kobiety jesteśmy takie, że jak kochamy, to potrafimy wiele znieść. 

W Jeszcze się kiedyś spotkamy odmalowuje Pani przedwojenny Grudziądz i ówczesne społeczeństwo, a także wojenne realia. Czy w odwzorowaniu tamtej rzeczywistości pomogły Pani opowieści przodków, czy może rozmawiała Pani z ludźmi, czytała o tamtych czasach?

Przeczytałam chyba wszystkie dostępne książki dotyczące Grudziądza z lat wojennych i przed wojną, dotyczące Polaków w Wermachcie, czytałam stare gazety. Dotarłam do numerów z przedednia wybuchu wojny, gdzie dziennikarze zastanawiali się, czy mamy do czynienia z kolejnymi manewrami Hitlera, czy będzie wojna. A ja, z perspektywą czasu, chciałabym ostrzec ich przed wojną. Pisanie tej książki było dla mnie niezwykle emocjonującym przeżyciem. Chodziłam tymi samymi ścieżkami, co bohaterowie, wiedząc, że być może przecinały się one z losami moich przodków.

Czytałam również biografie, na przykład żołnierzy, którzy zostali wcieleni do wojska niemieckiego, z którego potem uciekli. Od września 2018 roku byłam w związku z tym w wojennym stanie, łącznie z tym, że obejrzałam wszystkie sezony Czasu honoru. Miałam dołujące momenty, kiedy moje dzieci mówiły mi: „Mamo, nie oglądaj już tego serialu, bo przez niego jesteś smutna”. Musiałam się wciągnąć w wojenne historie, by napisać Jeszcze się kiedyś spotkamy.

Wydaje się, ze ta książka była dość wymagająca: są dwa plany czasowe, narracja pierwszo- i trzecioosobowa.

Tak, sprawdzałam nawet drobne szczegóły. Jest taka scena, kiedy bohaterowie idą do kina 15 sierpnia 1939 roku. Sprawdziłam nawet, jaki był wtedy repertuar – grano wtedy Wrzos Marii Rodziewiczówny. Innego dnia grano film Cnotliwa Zuzanna – tytuł świetnie pasujący do książki, ale niestety, mnie był potrzebny ten 15 sierpnia.

Włożyła Pani wiele pracy w tę powieść. Gorąco zachęcam do jej przeczytania i dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję i zachęcam!

 

 

 

Rozmawiała: Katarzyna Urbaniak-Bil