Facebook - konwersja
„Nigdy nie ma ani idealnego, ani złego czasu, aby coś w życiu zmienić” – wywiad z Alkiem Rogozińskim
Blog - baner - „Nigdy nie ma ani idealnego, ani złego czasu, aby coś w życiu zmienić” – wywiad z Alkiem Rogozińskim

Błyskotliwy, pełen humoru i dystansu do siebie. Z okazji premiery swojej książki Teściowe muszą zniknąć Alek Rogoziński udzielił wywiadu Virtualo. Opowiedział m.in. o bohaterkach najnowszej komedii i pomyśle na fabułę, a także zdradził, czy miał do czynienia z hejterami. Jesteście ciekawi? Lubicie styl pisania Alka Rogozińskiego? Jeśli tak, koniecznie przeczytajcie poniższy wywiad.

Redaktor w czasopiśmie, DJ, prezenter radiowy. Ma Pan bogate doświadczenie mediowe. Dlaczego po tylu latach pracy dziennikarskiej zdecydował się Pan zaoferować odbiorcom rozrywkę w postaci książek?

Nie ukrywam, że był to wynik kryzysu wieku średniego. Kiedy zacząłem pisać pierwszą książkę, pracowałem już ósmy rok w gazecie, piszącej o gwiazdach. Wbrew pozorom taka praca to przerażające nudziarstwo, zwłaszcza jak pracuje się pod szefowymi, które robienie rozrywkowej gazety, czyli teoretycznie coś, do czego powinno się podchodzić z luzem i dystansem, traktują z pietyzmem i powagą godną wymyślania szczepionki na grypę.

Któregoś dnia pomyślałem, że już dłużej nie dam rady, że jeśli spędzę jeszcze jedno popołudnie na dywagacjach, czy na okładce lepiej „sprzeda się” Joanna Krupa, Doda czy jakaś inna jakże ważna dla narodowej kultury postać, to skończę żywot, rzucając się z ostatniego piętra Marriotta. I wtedy wpadłem na pomysł zrealizowania mojego największego życiowego marzenia, czyli napisania książki. A dalej poszło już siłą rozpędu.

Mówi się dużo o tym, że Remigiusz Mróz pisze swoje kolejne książki w zawrotnym tempie, wydając po kilka powieści rocznie. Zadebiutował Pan jako pisarz w 2015 roku, a właśnie ukazała się Pana 14. powieść. To również imponujące tempo. Czy poświęcił się Pan całkowicie pisaniu, czy godzi Pan z nim pracę zawodową?

Przez cztery lata godziłem, ale nie ma co ukrywać. Lata lecą i zarywanie nocy przy komputerze zaczęło się odbijać na moim zdrowiu. Trzeba było wybrać. Nie była to łatwa decyzja, głównie z powodów ekonomicznych. Z jednej strony – pewna kasa z korporacji, a z drugiej – niezbyt pewne dochody z książek, bo w tym przypadku nigdy nie da się niczego przewidzieć. Mimo wszystko postawiłem na jedną kartę i… dokładnie miesiąc po tym, jak to zrobiłem, wybuchła pandemia. Zamknięto księgarnie i biblioteki, nakłady książek spadły… Trochę straszno. Ale z drugiej strony – nigdy nie ma ani idealnego, ani złego czasu, aby coś w życiu zmienić.   

Jakie cechy Alka Rogozińskiego można odnaleźć w bohaterach powieści?

Pewnie każdą z nich obdarzam jakąś swoją cechą. Bohaterka, która pojawia się najczęściej w moich książkach, czyli autorka kryminałów Róża Krull ma po mnie bałaganiarstwo, to, że najpierw mówi, potem myśli, no i niezwykłe „nabożeństwo” do prac domowych. Tyle, że ona ma gosposię, a ja nie, więc ja na tym wychodzę o wiele gorzej.

Powiedział Pan kiedyś, że każdy pisarz jest złodziejem. Kradnie cechy i zachowania innych ludzi, a także sytuacje, które ich spotykają, by wykorzystać je potem w swoich powieściach. Skąd pomysł na skrajnie różne, charakterne mamuśki?

Jak większość pomysłów – z życia. Jechałem kiedyś tramwajem, siedząc za dwiema paniami w kwiecie wieku, które najpierw długo i zawzięcie kłóciły się o politykę, a następnie zgodnie zabrały za ustalanie menu na wesele swoich dzieci. Pomyślałem, że idealnie nadają się na bohaterki książki. Wróciłem do domu i… zasiadłem do pisania.

Patrząc na tytułowe teściowe z Pana najnowszej powieści mam wrażenie, że „ukradł” Pan nie tylko cechy poszczególnych osób, lecz przede wszystkim – obecne nastroje społeczne w Polsce. Czy chciał Pan przez to skomentować naszą pełną podziałów rzeczywistość?

Tak, bo zaczyna mnie ona mocno irytować. Zdumiewa mnie fakt, że dajemy się ogrywać jak dzieci patałachom, jakimi są nasi politycy. To oni od lat robią nam wodę z mózgów. I co najzabawniejsze – posługując się od lewa do prawa takimi samymi chwytami. Najpierw jest więc gadka o „budowaniu wspólnoty”, a następnie po dojściu do władzy okazuje się, że „wspólnota” oznacza tylko tych, którzy lubią rządzących, a cała reszta może się wypchać. I zaczyna się szczucie jednych na drugich – katolików na ateistów, tęczowych na narodowców, konserwatystów na postępowych.

Od rana do wieczora jak kraj długi i szeroki – nawalanka. A tymczasem jest jeszcze środek, do którego sam się zaliczam, tych, którzy zdają sobie sprawę, że w cywilizowanym, europejskim kraju w XXI wieku jest miejsce dla wszystkich, a pytanie nie brzmi „jak się kogoś pozbyć?”, tylko „jak to urządzić, żeby każdy – podkreślam KAŻDY – uczciwy obywatel czuł się tu jak w domu?”. Tylko odpowiedź na to pytanie mogą znaleźć ludzie mądrzy, a nie głupole, którzy chcieliby zrobić z Polski drugi Gilead rodem z Opowieści podręcznej.  

Niecierpiące się nawzajem teściowe Maja i Kazimiera, Amelia i Janusz, którzy są małżeństwem i muszą znosić wzajemną niechęć swoich matek, wuj Karol, który ukrył tajemniczy skarb, zwariowany kuzyn Sylwester, a także postacie z Pana uniwersum, znane czytelnikom z poprzednich powieści – np. komisarz Darski. Mógłby Pan powiedzieć coś więcej o bohaterach pojawiających się w najnowszej powieści Teściowe muszą zniknąć?

Myślę, że najważniejsze z nich są tytułowe teściowe. Maja jest wojującą wolną duszą – taką, której żadna manifestacja w obronie wolności nie jest obca, nawet jeśli czasem nie do końca wie, o co wojuje. Z kolei Kazimiera to tak zwany „moher”, który tępi wszystko, co tępić mu każe radio Święta Jadwiga. Niestety, przekonuje się, że na liście „wrogów ojczyzny” ma też, ku swojej zgrozie, własnego męża i synową. Obie te panie wzajemnie się nie cierpią, ale zbieg okoliczności sprawia, że będą musiały razem poprowadzić amatorskie śledztwo. A czy się przy tym nie wzajemnie nie pozabijają, to już przeczytacie w książce.  

Humor, satyra i ironia to znaki rozpoznawcze Pana twórczości. Żartuje Pan z różnych ludzkich cech i zachowań, a jak wiemy – nie każdy ma dystans do siebie. Czy spotkał się Pan w związku z tym z jakimś hejtem ze strony osób, które poczuły się urażone?

Urażone książką? Odpukać, ale nie. Ale zdarzyło mi się spotkać z hejtem, wynikającym z zawodowej zawiści albo być oskarżonym o jakieś wyssane z palca rzeczy. Ostatnio na przykład opisywałem na Facebooku, jak to wstałem z rana, spojrzałem na swoją rękę i, zauważywszy, że jest żółta, zastanowiłem się, czy nie kupić sobie kimona. Po czym przypomniało mi się, że mam zaciągnięte żółte żaluzje. I na podstawie tego ewidentnego żartu zostałem oskarżony o rasizm. Serio.

Chciałem podyskutować, ale teraz to trudne, bo ledwo co napisałem coś wyjaśniającego mój punkt widzenia, a już dowiedziałem się, że atakuje swojego rozmówcę, obrażam i jestem histerykiem. To tak działa – wchodzi się do kogoś, pisze jakąś bzdurę, a jak ktoś próbuje dyskutować, to najlepiej się obrazić. Życie wirtualne nauczyło mnie jednego – jeśli ktoś oskarża nas o jakieś wydumane historie czy próbuje hejtować, to lepiej jest go szybko zablokować niż tracić czas na prowadzące do niczego dyskusje.

Myślę, że Pana komedie idealnie sprawdziłyby się na deskach teatralnych. Czy po zeszłorocznej premierze sztuki Raz, dwa trzy… giniesz ty! chciałby Pan, by Pana powieści były adaptowane na sztuki teatralne? A może widziałby Pan je raczej na srebrnym ekranie?

Raz, dwa, trzy… giniesz ty! to była bardzo pouczająca przygoda, choćby dlatego, że z pierwotnego tekstu sztuki, który wysłałem reżyserowi, ostało się mniej więcej trzydzieści procent. Powiedziano mi, że gdyby chcieć trzymać się mojej wersji, to spektakl zostałby wpisany do Księgi Guinessa jako najdłuższy w historii, a widzom trzeba byłoby zapewnić miejsca sypialne. Mimo to nie zniechęciłem się i na jesień dogadani byliśmy na kolejną sztukę, tyle że z powodu pandemii ten plan odsunął się w czasie. A co do filmu – jest to marzeniem każdego pisarza. Tyle że nie znalazł się jeszcze chętny producent ani reżyser. Cały czas trzymam za to kciuki.

 

Rozmawiała: Katarzyna Urbaniak-Bil

Zdjęcia autora: Paweł Płaczek