„Pasja do pisania pozwoliła mi znaleźć w sobie determinację” – rozmowa z Jenny Blackhurst

Pierwszą powieść napisała podczas urlopu macierzyńskiego. Jej historia udowadnia, że da się pogodzić macierzyństwo z pasją. Dziś jest jedną z najpoczytniejszych autorek thrillerów psychologicznych. Oprócz kolejnej powieści z tego gatunku szykuje dla swoich fanów… No, właśnie. Przeczytaj wywiad i dowiedz się, co ma w planach Jenny Blackhurst!

 

Od dziecięcej pasji wprost na szczyt listy bestsellerów. Jak się Pani dziś czuje jako autorka poczytnych książek? Czy jest tak, jak wyobrażała to sobie Pani na początku swojej literackiej drogi?

Jest lepiej, niż sobie wyobrażałam! Kiedy zaczynałam pisać, nie sądziłam, że ktokolwiek przeczyta moją książkę, ani że wyślę ją komukolwiek do oceny. Potrzebowałam przelać na papier swoje emocje, spostrzeżenia i dać dojść do głosu wszystkim myślom w mojej głowie – od tego wszystko się zaczęło.

Nigdy nie sądziłam sobie, że wydam książkę w Polsce czy w Wielkiej Brytanii. Bycie tutaj jest całkowicie poza moimi wyobrażeniami.

Proszę opowiedzieć, jaka była Pani pisarska droga? Czy łatwo było wydać pierwszą książkę?

W moim przypadku wydanie pierwszej książki nie było trudne. Wiem, że nie zawsze tak się udaje. Myślę, że moja powieść pojawiła się po prostu w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Dlatego uważam, że jestem szczęściarą.

Przestałam pracować, urodziłam synka. Macierzyństwo przyniosło mi cały wachlarz emocji i przemyśleń, które postanowiłam przelać na papier. Jednak zamiast pisać pamiętnik, zdecydowałam się stworzyć powieść. Zdobyłam się na odwagę, by pokazać moją książkę innej osobie. Spodobała się, więc pomyślałam: czemu nie? Może warto ją wydać i spróbować sprzedać? Wydawca chętny do opublikowania mojej powieści znalazł się szybko. Dlatego zawsze powtarzam, że miałam dużo szczęścia.

Może być Pani inspiracją dla wielu kobiet. Obok opieki nad dzieckiem podczas urlopu macierzyńskiego znalazła Pani miejsce na realizację swojej pasji. Jak udało się Pani pogodzić macierzyństwo z pisaniem?

Myślę, że to właśnie pasja do pisania pozwoliła mi znaleźć w sobie determinację, by pogodzić macierzyństwo z pisaniem. Był to dla mnie sposób na wyrażenie siebie w momencie, kiedy po raz pierwszy zostałam mamą. Czułam się zagubiona, czasem samotna. Dlatego, że od zawsze chciałam wrócić do pisania, z łatwością znalazłam na nie czas w trakcie urlopu macierzyńskiego.

Sądzę, że to my sami kreujemy czas na to, by robić to, co kochamy. Tak więc nie oglądałam telewizji, nie chodziłam na siłownię i nie robiłam nic innego. Opiekowałam się dzieckiem, a kiedy zasnęło, pisałam powieść. Jestem przekonana, że każdy z nas może znaleźć odrobinę czasu – nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że kompletnie go nie mamy – na to, by realizować swoje pasje.      

Pani historia może być dobrym przykładem dla młodych kobiet, które rozważają macierzyństwo. Obawiają się jednak tego, że będą musiały zrezygnować z siebie, ze swoich pasji, ze swojego dotychczasowego życia i marzeń. A Pani udowadnia, że wcale nie musi tak być.

To prawda. Zostanie mamą to nie jest koniec twojego życia. To początek nowego. Macierzyństwo może być bardzo trudnym i wyczerpującym doświadczeniem. Ale to nie oznacza, że twoje plany, marzenia, to, kim chcesz zostać w przyszłości, zostają przekreślone. Nigdy nie powiedziałabym, że macierzyństwo pogrzebało moje plany. Tak naprawdę wszystko sprowadza się do reorganizacji twoich priorytetów.

Z wykształcenia jest Pani psychologiem. Czy pomaga to Pani w pisaniu powieści, tworzeniu bohaterów i mówieniu o przeżywanych przez nich emocjach? Skąd czerpie Pani inspiracje do tworzenia swoich historii?

Tak, swego rodzaju zaplecze psychologiczne bardzo mi pomaga, ponieważ moje książki nie są o tym, jak ludzie zachowują się względem siebie, lecz o tym, dlaczego robią tak, a nie inaczej. Ludzie potrafią być podli i zachowywać się naprawdę źle. A ja staram się zgłębić przyczyny takiego postępowania i wyjaśnić, co popchnęło ich do złych czynów. Tutaj psychologia jest bardzo pomocna.

Jeśli zaś chodzi o moje inspiracje, muszę przyznać, że przychodzą one do mnie zewsząd. To może być krótka wymiana zdań z drugą osobą, wiadomości ze świata, zasłyszana rozmowa o pozornie nieistotnych rzeczach. Wówczas przychodzi mi do głowy: „O! Świetny początek thrillera psychologicznego!”. Albo: „A co by było, gdyby…”. Myślę, że wystarczy przestawić swoje myślenie, by zacząć postrzegać nieistotne rzeczy jako takie, które mogą mieć znaczenie. Życie staje się wówczas trochę mroczniejsze (śmiech). Pomysły na książki przychodzą mi do głowy spontanicznie. Nie siedzę przy biurku i nie czekam usilnie na inspirację: „Coś mi musi przyjść do głowy, coś mi musi przyjść do głowy!”. Wychodzę i staram się bacznie obserwować wszystko dookoła. To trochę szalone (śmiech).

Czyli można powiedzieć, że po prostu ma Pani zdolność do słuchania innych – może to jest kluczem do sukcesu dla pisarza?

Tak, zdecydowanie mam. Praca pisarza w dużej mierze polega na słuchaniu innych ludzi. Potrafię mówić bez końca, szczególnie wtedy, gdy coś mnie pasjonuje. Ale ciągle mam z tyłu głowy, że opowieści innych ludzi to kopalnia inspiracji. Warto otworzyć się na nie, by dowiedzieć się więcej czy się zainspirować.

Nawet jeśli coś wydaje się banalnie proste, może się okazać kluczowym elementem. Kiedyś przestawiłam swój zegarek o 10 minut wcześniej, żeby nie spóźniać się na spotkania. Wówczas pomyślałam, że jeśli zostałaby popełniona zbrodnia i ktoś spojrzałby na mój zegarek, wysnułby błędne przypuszczenie, że do zdarzenia doszło 10 minut wcześniej. Doszłam do wniosku, że może warto to wykorzystać (śmiech)? A pół roku później otworzę mój notes, znajdę tę inspirację i napiszę, co było wcześniej, jak doszło do tej zbrodni. Tak wygląda mój sposób działania.  

Wspomniała Pani o tym, że napisała Pani thriller psychologiczny w dobrym czasie, kiedy ten gatunek stał się popularny. Czy oprócz tego jest inny powód, dla którego zdecydowała się Pani tworzyć thrillery psychologiczne? Czy jest w tym gatunku coś, co szczególnie Panią pociąga?

Tak, napisałam thriller psychologiczny nie dlatego, że była taka moda. To akurat był szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ u szczytu znalazły się takie powieści, jak: Dziewczyna z pociągu czy Zaginiona dziewczyna. Przeważyło w tym wypadku moje zainteresowanie psychologią.

Napisałam kiedyś romans opisujący nieszczęśliwą miłość, ale z każdym rozdziałem książka stawała się coraz bardziej tragiczna (śmiech). Nie mogłam powstrzymać tej ciemnej strony swojego „ja” i wyhamować myślenia w stylu: „A co, jeśli to? A co, jeśli tamto?”. To mnie upewniło, że zawsze ciągnie mnie w kierunku psychologii i tej mrocznej strony ludzkiej natury. Ludzie nie są tylko źli lub tylko dobrzy. Są raz tacy, raz tacy. 

Historia, którą opowiada Pani w najnowszej powieści Noc, kiedy umarła jest niesamowita. Młoda kobieta, w najpiękniejszym dniu swojego życia, w dniu ślubu, skacze z klifu w sukni ślubnej. Skąd pomysł na taki punkt wyjścia fabuły? Czy zainspirowała Panią jakaś prawdziwa historia?

Byłam w podróży poślubnej w Meksyku. To było jeszcze przed narodzinami mojego syna i rok przed tym, jak chwyciłam długopis i napisałam powieść. Siedziałam na plaży i patrzyłam na rozpościerające się przede mną morze. Było piękne. Zaczęłam wchodzi do morza, było bardzo spokojne. Pomyślałam, że mogłabym tak iść i iść naprzód. Ta myśl zachowała się w mojej głowie: co, jeśli po prostu weszłabym w głąb morza? Wyobraziłam sobie kobietę, która podczas swojej podróży poślubnej wchodzi do morza i znika w jego głębinach. Chociaż jest najszczęśliwsza na świecie, co kierowało nią, gdy wchodziła coraz dalej w głąb morza?

Tak narodziła się w mojej głowie ta historia. Oczywiście ludzie, którzy chcą popełnić samobójstwo nie wchodzą coraz głębiej w morze, dlatego przyszedł mi do głowy klif. Zaczęłam się zastanawiać, co mogłoby się wydarzyć, by moja bohaterka po prostu chciała zniknąć? Dlaczego zdecydowała się skoczyć w dniu swojego ślubu, kiedy wyglądała na tak szczęśliwą?

Czasem drobna idea kiełkuje w mojej głowie i rozrasta się do kompletnej historii. Pierwszą scenę, w której Evie skacze z klifu, napisałam osiem lat przed stworzeniem całej książki. Wtedy była to jedynie scena w mojej głowie. Później zaczęłam myśleć: co dalej? Pokazałam fragment mojej agentce, spodobał jej się i zachęciła mnie, bym pociągnęła tę historię. Dopiero później wymyśliłam, dlaczego Evie skoczyła (śmiech).  

Evie i Rebecca, główne bohaterki Pani najnowszej powieści, są nierozłącznymi przyjaciółkami. Czy mogłaby Pani zdradzić czytelnikom o nich coś więcej?

Kiedy poznajemy Rebekę, mamy wrażenie, że ona wie wszystko o swojej przyjaciółce Evie. Rebecca chciałaby wieść takie życie, jakie wiedze Evie. Zazdrości przyjaciółce, próbuje ją naśladować. Evie jest lubiana, kontaktowa i odważna. Ludzie ją lubią, chcą być z nią i być jak ona. Ale przecież nie zawsze to, co piękne na zewnątrz, jest takie w środku. Rebecca zazdrości Evie również zamożności i wsparcia, jakie ma ona ze strony swojej rodziny. Evie ma w sobie lekkość, luz, odwagę, przebojowość i wolność, czego brakuje Rebecce. Najważniejsze, co trzeba wiedzieć o tych bohaterkach, to to, że nic nie jest takim, jakim się wydaje.

Według mnie relacja, jaka łączy Evie i Rebeccę, jest nieco toksyczna.

Sądzę, że większość relacji między ludźmi ma w sobie coś toksycznego. Jeśli kogoś kochamy i jesteśmy z nim blisko, możemy go najbardziej zranić. Kiedy mamy przyjaciela, który wie o nas wszystko, zna nasze sekrety, również może pójść w naszej relacji coś nie tak, a my zostaniemy zranieni. Bliskie osoby mają ogromną moc, by nas ranić.

W jakiś sposób to pokazuje prawdę o ludzkiej naturze – każdy z nas ma swoją ciemną stronę. Gdy mamy przyjaciela, którego kochamy z całego serca, z pewnością gdzieś głęboko tkwi w nas jakaś nutka zazdrości. I to jest bardzo niebezpieczne, co zresztą pokazuje ta historia.

Zgadzam się w pełni. Odbyłam jakiś czas temu rozmowę z moimi przyjaciółmi na temat dwóch rodzajów zazdrości. Zastanawialiśmy się, czy zazdrość w jakichkolwiek okolicznościach może być w porządku. Myślę, że tak. To taki rodzaj zazdrości, kiedy cieszę się szczęściem przyjaciela. Chciałabym, żeby i mnie to spotkało, ale i tak cieszę się, że on miał takie szczęście. Z kolei drugi rodzaj jest taki: „Dlaczego to nie spotkało mnie, tylko ją? Wolałabym, żeby to przydarzyło się mnie”. Myślę, że pierwszy typ zazdrości jest jak najbardziej zdrowy, normalny. Ale kiedy uczucie przechodzi w tryb: „chcę mieć to, co on”, „chcę, żeby mnie to spotkało zamiast niego”, relacja staje się bardzo toksyczna.

Różne oblicza zazdrości pokazuje relacja Evie i Rebekki. Evie ma wszystko, o czym Rebecca śni. Na początku to nie ma dla niej znaczenia, z kolejnym razem też nie. Ale z czasem, kiedy te sytuacje się powtarzają, w Rebecce rodzi się toksyczne uczucie.

Tak jak Pani mówi, na początku dla Rebekki przewaga Evie wydaje się nie mieć znaczenia. Ale z czasem, gdy zaczyna chodzić o mężczyznę, w Rebecce odzywa się zawiść.

A czyż nie zawsze tak jest, gdy chodzi o mężczyznę? (śmiech)

W książce Noc, kiedy umarła prowadzi Pani narrację z perspektywy trzech osób oraz przenosi się Pani w czasie, dodaje retrospekcje. Szkielet fabularny powieści jest dość skomplikowany. Czy trudno było Pani skonstruować taką powieść?

Książka sama w sobie nie była łatwa do napisania, ponieważ tak naprawdę miałam w głowie jedną scenę. Nie wiedziałam, co wydarzy się wcześniej. Tak myślałam, że to będzie tragiczna historia miłosna. Samo skonstruowanie fabuły nie było trudne. Napisałam najpierw całą historię z perspektywy Evie – jako osobną opowieść, później zrobiłam to samo z pozostałymi narratorami. Następnie pocięłam wszystkie opowieści na części i poprzeplatałam je ze sobą. Musiałam bardzo wczuć się w każdego z narratorów. Najtrudniejsze było to, by nie ujawnić czegoś istotnego w poprzedniej z opowieści.

Rzeczywiście, to musiało być trudne.

Tak, miałam takie sytuacje, kiedy uświadamiałam sobie: „O, o tym jeszcze nie wiemy, muszę przenieść ten fragment” (śmiech). Nie chciałam zrujnować żadnej z niespodzianek.

Konstrukcja tej książki przypomina mi scenariusz filmowy. Czytając Noc, kiedy umarła, widziałam całą akcję takimi obrazami jak kadry z filmu.

Zawsze staram się wizualizować sobie jak najwięcej, kiedy piszę. Nie lubię zagłębiać się w szczegóły i pisać np. o tym, jak wygląda drzewo. Pisząc tę książkę, starałam się spojrzeć na nią oczami odbiorcy, stąd może to wrażenie, że poszczególne sceny są jak kadry z filmu.

Jakie są Pani plany na przyszłość? Czy Jenny Blackhurst szykuje dla swoich fanów kolejny thriller? A może chciałaby Pani spróbować swoich sił w innym gatunku?

Dwa razy tak. Piszę teraz na pełen etat. Chciałabym na pewno spróbować swoich sił w klasycznym, detektywistycznym kryminale. Oprócz tego bardzo lubię fantastykę i książki dla młodzieży. Teraz, kiedy mam więcej czasu na pisanie, chętnie eksploruję inne gatunki.

Z kolei w przyszłym miesiącu w Wielkiej Brytanii ukaże się mój kolejny thriller psychologiczny – w Polsce będzie pewnie w przyszłym roku.

Czy mogłaby Pani zdradzić coś więcej o nowej książce?

Tak, oczywiście. To historia, która toczy się wokół przypadkowej śmierci w zamkniętej społeczności. Okoliczności wypadku były wyjątkowo tragiczne. Rok później w sieci pojawia się podcast, w którym mowa o tym, że to nie był wypadek, tylko morderstwo. Każdy w tej społeczności zaczyna się obawiać.

Brzmi interesująco! Z niecierpliwością czekamy w takim razie na Pani kolejną książkę i życzymy sukcesów.

Dziękuję za rozmowę! 

 

Rozmawiała: Katarzyna Urbaniak-Bil