„Wokół nas są dziesiątki historii, których nikt jeszcze nie opowiedział” – wywiad z Leszkiem Hermanem

Dzięki niemu pomorskie zabytki zyskują nowe oblicze. Przy tej okazji światło dzienne mają również możliwość ujrzeć niezwykłe historie, skrywane przez zaniedbane budowle. O swojej pracy architekta, a także o inspiracjach literackich, jakie z niej płyną, opowiedział Leszek Herman. Zachęcamy do przeczytania całego wywiadu z autorem Sieci widma.

Architekt, renowator zabytków, miłośnik historii i promotor Szczecina. Jak to się stało, że zaczął Pan pisać książki?

Był rok 2011. Bardzo dla mnie kiepski. Los naszej firmy z powodów finansowych wisiał wtedy na włosku, miałem na głowie trudny projekt, który zamienił się w bardzo trudną realizację oraz budowę, przez którą każdego dnia przybywało mi kilka siwych włosów na głowie. No i śmierć w rodzinie. Potrzebowałem wówczas odskoczni. I to wtedy odkopałem swoją starą pasję. Przez cały okres edukacji język polski był moim ulubionym przedmiotem, tylko filologię rodzina oraz paradoksalnie moja nauczycielka wybili mi z głowy. No i pisanie stało się takim zajęciem, dzięki któremu znikałem dla świata i przenosiłem się do innej rzeczywistości. Tak nie działało ani bieganie, ani rower, ani żadne inne zajęcie, pisanie stało się zatem taką psychoterapią. Pisałem z założeniem, że raczej nie będzie miało to żadnej przyszłości. Mniej więcej od połowy pierwszej książki wymyśliłem sobie tylko, że po skończeniu zrobię z tego bloga i będę wrzucał po jednym rozdziale. Stało się jednak inaczej.

W Pana powieściach można znaleźć dużo historii. Czy w trakcie pracy nad książką przeprowadza Pan dokładny reaserch, czyta dawne gazety, źródła historyczne, powieści o dawnych czasach, do których planuje się Pan odwołać? Jak dużo czasu zajmuje Panu przygotowanie się do napisania książki?

Podstawy tych historii są mi znane z racji wykonywanego zawodu. Konserwacja zabytków wymusza na architekcie zapoznanie się z archiwaliami, sięgnięcie do starych dokumentów, do akt policji budowlanej z XVIII i XIX wieku, żeby móc wykonać projekt renowacji, żeby przywrócić jakiemuś staremu budynkowi wygląd z czasów świetności. Wiele z historycznych budynków, którymi się zajmowałem, miało cudowną, nieprawdopodobnie wręcz fascynującą przeszłość, która była gotowym materiałem na książkę. Na przykład pałac w Przelewicach, który bratanek króla Wilhelma Fryderyka II kupił dla swojej kochanki, córki żydowskiego kupca z Berlina, co stało się jednym z największych skandali obyczajowych początku XIX wieku. Albo historia pomorskiej szlachcianki Sydonii, której szczeciński książę obiecał małżeństwo i nie dotrzymał słowa. Uznana za czarownicę, przeklęła księstwo i zapowiedziała, że w ciągu 50 lat dynastia Gryfitów wymrze. I tak się stało. To historia jak z bajki Disneya, tymczasem naprawdę wydarzyła się w Szczecinie.

Gdy zaczynam pracę nad książką, to oczywiście jednak zgłębiam te tematy. Szukam wtedy dodatkowych materiałów, szperam w gazetach z okresu, w którym dzieje się część opowieści. Czasem znajduję niesamowite zdjęcia, które stają się inspiracją. Ta część pisania zajmuje mniej więcej połowę czasu przeznaczonego na napisanie nowej książki, a jako, że staram się napisać coś raz w roku, to teoretycznie jest to około sześciu miesięcy.

W jednym z wywiadów mówił Pan, że podczas swojej pracy architekta wielokrotnie odwiedzał Pan pomorskie wsie i rozmawiał z ich mieszkańcami. Opowiadali oni Panu niesamowite historie, powiązane z wojennymi czasami. Czy stały się one dla Pana inspiracją do fabuł Pana powieści?

Tak, jak wspomniałem wcześniej, tego typu kontakty stanowią często zwyczajowe przygotowanie do projektu. Gdy na przykład temat dotyczy renowacji starego pałacu, w którym od dawna zniszczone zostały detale architektoniczne, zniknęły np. werandy, logie, kute balustrady, to rozmowy z mieszkańcami często stają się cenne, stają się jedynym źródłem informacji o przeszłości. Ktoś pamięta, ze tu czy tam były kiedyś schody, ktoś pamięta, że kamiennego lwa sprzed pałacu w latach 70. utopiono w stawie. Bywa, że ktoś ma stare zdjęcie albo wręcz fragment jakiegoś elementu, zabytkowe drzwi, stary kufer. A często ludzie przechowują w pamięci niesamowite wspomnienia z czasów powojennych, które są tak niezwykłe lub mroczne, że nawet Stephen King nie wymyśliłby takich rzeczy.

Za każdym razem, gdy czytam takie wspomnienia albo słucham takich historii, mam świadomość, że życie pisze najciekawsze opowieści i że wokół nas są dziesiątki historii, których nikt jeszcze nie opowiedział.

Orient Express, tylko na morzu – tak można by powiedzieć o Pana najnowszej książce Sieci widma. Podobnie jak Agatha Christie, umieścił Pan na statku różnych bohaterów, z których każdy skrywa własne problemy. Spokój wśród podróżujących burzą nieoczekiwane wydarzenia. Skąd zaczerpnął Pan pomysł na fabułę?

Moja czwarta książka najmniej ze wszystkich odwołuje się do tajemnic historycznych. Zawsze podobał mi się koncept historii, w której ludzie zamknięci w jakimś miejscu, odseparowani od świata zaczynają odkrywać łączące ich więzy i skomplikowane relacje. To bardzo stary i znany pomysł na fabułę. Agatha Christie napisała kilka takich tytułów, Ken Follet napisał Lot nad oceanem, jego Igła też w zasadzie miała taką budowę.

Ta książką miała być na początku przerwą w serii Sedinum, zupełnie inną opowieścią, bez historii, bez tajemnic z przeszłości. Postanowiłem więc zmierzyć się z konwencją, która zawsze mi się podobała. A do tego podróż statkiem, która posiada mnóstwo możliwości wyalienowania bohaterów, a także realne niebezpieczeństwo – wciąż nieujarzmione morze.

Czy mógłby Pan opowiedzieć coś więcej o bohaterach powieści kryminalnej Sieci widma?

Pozornie obce sobie osoby, które wsiadają na pokład promu. Każda z nich ma inny cel przed sobą i inne plany. Grupa młodych ludzi, która wybiera się do Skandynawii na wakacyjną wyprawę. Małżeństwo, które jedzie tam, by odnaleźć siebie z młodości, kiedy jeszcze potrafili się ze sobą porozumieć. Para emerytów, która jedzie w odwiedziny do córki. A także samotna dziewczyna, goniąca za iluzją miłości. Wszyscy oni zostawili na lądzie różne swoje sprawy, większe i mniejsze problemy, przed którymi jednak nie uda im się uciec. Tytuł książki miał mieć wiele znaczeń. Sieci, pozrywane z kutrów i pływające samotnie w morzu i niewidzialne sieci łączące ze sobą ludzi.

Trochę prowokacyjnie, gdy ktoś mnie pyta o czym jest ta książka, to mówię, że o miłości 😊 O różnych jej formach i o ludziach, którzy są na różnych etapach życia.  

Jakie są Pana plany na przyszłość? Pracuje Pan już nad kolejną powieścią? A może któraś z Pana książek ma być sfilmowana?

Pomysł na nową książkę zazwyczaj pojawia się u mnie w momencie, gdy kończę poprzednią. W chwili, gdy jestem już bardzo zmęczony pracą i o niczym innym nie marzę jak tylko o tym, żeby zająć się czymś innym lub, żeby moi bohaterowie zajęli się czymś innym 😊

Tak samo i teraz, nowa opowieść zaczęła mi się roić w głowie już w styczniu, gdy kończyłem Sieci widma.  Teraz mam już za sobą research, wielodniowe głowienie się nad tym, jak wybrnąć z pewnych kłopotów scenograficznych i narracyjnych. Zacząłem właśnie tę nową książkę pisać.

O sfilmowaniu żadnej z moich książek nic nie wiem. Byłaby to pewnie niezła przygoda i po cichu mam nadzieję, że kiedyś kogoś taki temat zainteresuje.

 

Rozmawiała: Katarzyna Urbaniak-Bil

Zdjęcie Leszka HermanaEdyta Bartkiewicz Photography